Reklama

Akcja dom

Egoista choruje sam

Z ks. prof. Wojciechem Bołozem rozmawiała Milena Kindziuk
Edycja warszawska (st.) 6/2004

Człowiek życzliwy ma na ogół wokół siebie życzliwych ludzi. Gdy choruje - także. Natomiast egoista częściej pozostanie sam. I będzie jedynie domagał się nieustannej opieki, bo on przecież ma prawa...

Rozmowa z ks. prof. Wojciechem Bołozem, wykładowcą bioetyki na UKSW

Milena Kindziuk: - Jak godnie znosić swoją chorobę, cierpienie?

Ks. prof. Wojciech Bołoz: - Jest to skomplikowany problem. Bo wciąż słyszy się, że chory ma same prawa: do opieki ze strony społeczeństwa, do leczenia, itd. itd. Tymczasem zapominamy o tym, że chory ma też obowiązki.

- Obowiązki chorego - to pojęcie mało znane.

- Tak, bo zbyt często zapominamy, że choroba jest w znacznej mierze kontynuacją życia. Jest takie stare powiedzenie: „Jakie życie, taka śmierć”. Styl życia kontynuowany jest w stylu chorowania, a co za tym idzie w stylu umierania. Bywają chorzy podziwiani przez otoczenie. Ale chory może być również bardzo uciążliwy, złośliwy. Może chorować w sposób zawiniony właśnie przez zły styl życia. Dlatego trzeba też mówić o obowiązkach chorego. Warto postawić sobie pytanie: czy moja choroba nie jest przypadkiem przeze mnie zawiniona? Czy nie jest konsekwencją mojego złego stylu życia? O nasze zdrowie musimy dbać sami. Musimy też starać się o to, byśmy w chorobie nie byli sami. Człowiek życzliwy ma na ogół wokół siebie życzliwych ludzi. Gdy choruje - także. Natomiast egoista częściej pozostanie sam. I będzie jedynie domagał się nieustannej opieki, bo on przecież ma prawa...
O możliwości choroby trzeba myśleć wtedy, gdy jest się zdrowym. Trzeba mieć świadomość, że zdrowie jest wartością i dobrem nietrwałym, o które należy dbać. Jeżeli już zachorujemy, mamy prawo oczekiwać pomocy, ale też musimy sobie uświadamiać, że ludzie zdrowi, od których jej oczekujemy, mają swoje obowiązki. Chory nie powinien terroryzować swego otoczenia. A czasem w rodzinach to się niestety zdarza. Niekiedy rodzice terroryzują swoje dzieci i ściągają je do siebie, bo im się wydaje, że ich zdrowie się pogorszyło. A potem się okazuje, że dzieci są bardziej chore od nich, tylko o tym nigdy nie mówiły, by rodziców nie martwić. Czasem bywa odwrotnie, to dzieci terroryzują rodziców. Znam też taki przypadek, kiedy żona nie odważyła się wspomnieć o swojej chorobie z obawy o serce męża. I zmarła siedem lat wcześniej od niego z powodu raka piersi.

- Czy taki terror jest grzechem?

- Bywa formą emocjonalnego szantażu. A jeśli jest świadomy - to także grzechem. Choć najczęściej jest to owoc długiego pielęgnowania egoizmu. W takiej sytuacji chory przyzwyczaja się do tego, że wszystko mu się należy. Nie zwraca uwagi na uwarunkowania zewnętrzne, wyolbrzymia swoje dolegliwości, na nich koncentruje swoją uwagę, wmawia sobie pewne rzeczy. I nie chce zainteresować się czymś innym, mimo że byłoby to dla niego pożyteczne, prowadziłoby do zapomnienia o własnych bólach, a co za tym idzie sprawiłoby mu lepsze samopoczucie.

- Jak się należy zachowywać wobec takich osób?

- Należy im uświadamiać, że ludzie zdrowi, pracujący też mają swoje obowiązki, i nie mogą całej uwagi koncentrować na czyjejś chorobie. Tym bardziej, że są to czasem schorzenia bardzo typowe, a nawet błahe. Utrudniają one wprawdzie życie, ale taki chory wyolbrzymia je, aby skupić na sobie uwagę otoczenia. Człowiek chory ma obowiązek zadbać o siebie, jeżeli potrafi. Nie wolno mu się poddawać i dążyć do tego, by wszystkie funkcje spełniał za niego ktoś inny. Podobnie, jeśli chodzi o schorzenia psychiczne, o różnego rodzaju nerwice.

- Właśnie, jak tacy ludzie mogą godnie znosić cierpienie?

-To zależy od rodzaju trudności, czy to jest choroba psychiczna, czy psychonerwica. Zaburzenia natury psychicznej są bardzo uciążliwe, objawiają się obniżeniem nastroju, depresją, poczuciem winy. Przede wszystkim, człowiek ma obowiązek poznania, jeśli to możliwe, na czym jego dolegliwości polegają i czym są spowodowane. Trzeba rozpoznać uwarunkowania zaburzenia i szukać pomocy u innych, szczególnie u specjalistów. W dużych miastach, jak Warszawa, jest to łatwiejsze, a w mniejszych ośrodkach jest to trudniejsze, ale także możliwe. Nie wolno natomiast swego stanu pogłębiać, pogrążać się w czarnych myślach, bez podejmowania prób leczenia. Nie jest to bowiem ani godne, ani też chrześcijańskie podejście do cierpienia i choroby. Weźmy na przykład kobietę, żonę alkoholika, cierpiącą na nerwicę. Może się ona zadręczać nie widząc wyjścia, może też próbować się z tego wyzwolić, „postawić się” i powiedzieć: nie! Jeżeli podejmie trud, jeżeli zechce walczyć o swoją godność... Kobiety często nie uświadamiają sobie, że są współuzależnione od męża i dlatego tolerują jego patologiczne zachowania. Nie mogą z nim żyć i nie mogą żyć bez niego. I w takim marazmie tkwią całymi latami, nie próbując nic z tym zrobić. A potem mają pretensję do całego świata, że tak im się ułożyło życie. Wielu ludziom żyje się trudno. Wszyscy na pewnym etapie życia napotykamy na trudności, żyjemy z wysiłkiem. Ale pamiętajmy też, że kształt życia w dużej mierze zależy od nas. Od tego, jak i na ile będziemy dbać o nasze zdrowie, także psychiczne. Bo zdrowie - poza życiem - to nasze podstawowe dobro. Także z racji religijnych powinniśmy o nie dbać, bo dane jest nam ono od Boga. Jak będziemy zdrowi możemy coś dobrego zrobić dla rodziny, dla społeczeństwa. A jako chorzy możemy stać się ciężarem dla siebie i dla innych.

- Mówi Ksiądz o chorobie zawinionej?

- Tak. Choć myślę, że warto mówić szerzej o uwarunkowaniach choroby, ponieważ mogą być one dziedziczone, spowodowane skażeniem środowiska, wreszcie własnymi zaniedbaniami. Biblia mówi o chorych z własnej winy, winy rodziców i takich, którzy się chorymi urodzili. W Piśmie Świętym są podane też przypadki, że choroba jest zsyłana przez Boga jako doświadczenie czy upomnienie np. z powodu niewłaściwego życia.

- Na przykład...

Najbardziej znanym przykładem niezawinionej choroby jest Hiob. Natomiast współcześnie najczęściej o chorobach zawinionych mówi się w kontekście palenia tytoniu i picia alkoholu czy zażywania narkotyków. Można to jednak poszerzyć o inne formy uzależnienia, o zaniedbania dotyczące diety, brak proporcji między pracą a wypoczynkiem, między dniem a nocą. I tym podobne sprawy.

- Choroba zatem jest formą upomnienia?

- Myślę, że w szerokim znaczeniu można tak powiedzieć. Choroba jest zawsze informacją, że w naszym organizmie, czasem w naszej duszy, dzieje się coś niedobrego. Ponieważ często choroby są następstwem naruszania praw natury i prawa moralnego, dlatego można powiedzieć, że w ten sposób Bóg, który stworzył człowieka i dał mu te prawa, upomina człowieka, gdy on je lekceważy.

- W swoich książkach głosi Ksiądz dość kontrowersyjną tezę, że człowiek śmiertelnie chory ma prawo do rezygnacji z zabiegów medycznych, które nie przynoszą poprawy, a jedynie przedłużają proces umierania. Czy nie jest to równoznaczne z eutanazją?

- Oczywiście, że nie jest. Tak przecież uczy Kościół!

- Znaczy to więc, że chory ma prawo nie przyjmować jedzenia albo odłączyć sobie kroplówkę i nie będzie to forma samobójstwa czy eutanazji?

- Nie chodzi o rezygnację z pożywienia albo z zabiegów pielęgnacyjnych. Mam na myśli rezygnację z terapii nadzwyczajnej.

- Co to oznacza w praktyce?

- Jeżeli terapia danego pacjenta nie przedłuża mu znacząco życia, jest przy tym bardzo kosztowna albo też sprawia choremu wielki ból, można jej zaprzestać. Bo ma ona wtedy na celu jedynie przedłużanie procesu umierania. Tymczasem chory ma prawo do tego, by nie przedłużać mu sztucznie życia.

- Ale każdy chce żyć, i to najdłużej jak to możliwe.

- Wielu ludzi chce żyć za wszelką cenę i mają prawo do tego, jeżeli nie dokonuje się to kosztem innych ludzi. Są jednak chorzy, którzy chcą umierać, jeżeli życie staje się zbyt uciążliwe dla nich samych. Człowiek ma prawo do życia, ale też ma prawo do naturalnej i godnej śmierci. Ważne jest poszanowanie i wyważenie obydwu wartości. Chciałbym podkreślić, że niechętnie mówię o godnej śmierci, ponieważ dziś często próbuje się ją interpretować jako prawo do eutanazji. Tymczasem eutanazja jest poszukiwaniem tzw. godnej śmierci przy równoczesnym lekceważeniu wartości życia. Wartość życia zastępuje się pojęciem jakości życia. Zaś przeciwieństwem eutanazji jest tzw. dystanazja, która podkreśla wartość życia odmawiając człowiekowi prawa do naturalnej śmierci. Wbrew pozorom nie jest to postawa chrześcijańska, która upatruje wolę Boga w naturalnej konieczności umierania. Prawdziwy chrześcijanin chce żyć, ale potrafi także zaakceptować śmierć jako początek nowego życia.

- Powiedział Ksiądz Profesor, że gdy terapia jest zbyt droga, można ją przerwać. Kiedy więc rodzina nie ma pieniędzy na leki dla chorej matki, można je odstawić i nie będzie to forma eutanazji?

- Nie jest to takie proste. Bywają sytuacje, gdy rodzina się zapożycza, aby ratować życie najbliższej osoby. Jeżeli jednak choroba jest nieuleczalna, to rodzi się pytanie, czy rodzina ma sprzedać wszystko, by nieznacznie przedłużyć życie chorej osoby?

- Telewizor czy meble są więc ważniejsze od umierającej w szpitalu matki?

- Telewizor bez dyskusji można sprzedać, ale pytanie, czy można sprzedać meble albo dom, jest już kontrowersyjne. Jest to oczywiście pewien wybór. Dzisiaj istnieją ogromne możliwości pozwalające przedłużać człowiekowi życie. Tylko czy aby na pewno jest to nasz obowiązek? Czy trzeba? Czy warto?

- Nie boi się Ksiądz zarzutów, że takie myślenie jest pierwszym krokiem ku temu, że Kościół będzie się skłaniał ku eutanazji?

- Na pewno nie opowiadam się za eutanazją. Tym bardziej absurdalne jest posądzanie Kościoła o zgodę na niektóre jej formy. To właśnie Kościół katolicki jest dzisiaj najbardziej zdecydowanym obrońcą ludzkiego życia. Uważam jednak, że należy zachować umiar i właściwą hierarchię wartości, jeśli chodzi o szacunek dla życia i dla człowieka. Można za wszelką cenę chcieć przedłużać ludzkie życie. Może to prowadzić do przekonania, że jest ono jedyną wielką wartością. Absolutyzując prawo do życia neguje się wtedy inne prawa człowieka, łącznie z prawem do naturalnej śmierci. Tymczasem człowiek ma prawo umrzeć, tak samo, jak ma prawo do życia. Śmierć należy przecież do losu ludzkiego. I w żaden sposób jej nie unikniemy. Dlaczego więc nie pozwolić człowiekowi jej po prostu przeżyć, jak innych wydarzeń w życiu?

- W którym więc momencie lekarz ma prawo zaprzestać leczenia, aby zachować czyste sumienie?

- Lekarz może podjąć taką decyzję, gdy chory nie może uczynić tego sam i nie ma rodziny. Gdy natomiast rodzina stara się o drogie leki, wtedy nie ma przeszkód, by je lekarz choremu aplikował. Sam lekarz ma prawo przerwać terapię, kiedy widzi, że z punktu widzenia chorego jest ona bezużyteczna, bo tylko przedłuża agonię i nie przynosi żadnych korzyści.

- Jak zatem zdefiniowałby Ksiądz prawo do godnego umierania?

- Jest to umieranie w takich warunkach, które są najbliższe tym, w jakich żył dany człowiek. Musi mieć zapewnioną opiekę medyczną. Ma prawo przebywać wśród swoich bliskich. Ma też prawo do szacunku należnego każdemu człowiekowi, prawo do informacji o stanie swojego zdrowia i współdecydowania o sposobie leczenia.

- Każdy chory ma zatem prawo do informacji o własnym stanie zdrowia. Czy także wtedy, gdy choroba jest śmiertelna?

- Generalnie, jeżeli traktujemy człowieka poważnie, ma on prawo dowiedzieć się, co się z nim dzieje. Wiadomo jednak, że niektórzy po usłyszeniu prawdy o sobie, od razu się załamują. Nie każdy jest w stanie tę prawdę przyjąć. Można więc wtedy dawać choremu pewne przesłanki, przy pomocy których sam chory może odkryć prawdę o swoim stanie.

- Można więc pozwolić, by chory umierał w nieświadomości?

- Zasadniczo tak, poza takimi sytuacjami, kiedy chory nie pozałatwiał wszystkich spraw, nie dopełnił obowiązków wobec rodziny, nie spłacił długów, nie wypełnił obowiązków religijnych. Zawsze jednak należy uszanować wolę tych chorych, którzy chcą świadomie umierać.

Św. Walenty - patron zakochanych i chorych na padaczkę

Ks. Paweł Staniszewski
Edycja łowicka 7/2005

seyed mostafa zamani / Foter.com / CC BY

Początek lutego. Gdzie nie spojrzeć, tam króluje kolor czerwony - kolor miłości, kolor walentynek. Na sklepowych półkach, wystawach, a nawet na prowizorycznych straganach pojawia się „nowy produkt” - miłość. Opakowana w pluszowe misie, mrugające serduszka, zakochane mysie parki i tysiące innych zmyślnych cudeniek, mających tylko jedno zadanie - powiedzieć: „kocham Cię”. A wszystko z powodu jednego dnia - Dnia Zakochanych czyli walentynek.
Walentynki to dla Polaków zupełnie nowe święto. Popularność zdobyło sobie przede wszystkim w ciągu ostatnich 10 lat i to do tego stopnia, że dzisiaj wielu ludzi, niezależnie od wieku, czeka na ten dzień, by serdeczniej niż na co dzień wyrazić uczucia do najbliższej osoby. Istnieje zwyczaj rozsyłania specjalnych kartek, tzw. walentynek - zwykle anonimowych, których motywem przewodnim są amorki, serca, kwiaty, czułe wyznania miłości. Powszechnym stało się także, iż tego dnia zakochani wręczają sobie kwiaty i upominki, które mają potwierdzać ich wzajemne uczucie. Tradycja ta zwraca uwagę na wartość i wymiar uczuć, na niezaprzeczalną konieczność ich istnienia, na to, że są niezbędne, że są łaską i stanowią nieodłączny element ludzkiego bytu. Umiejętność ich nazwania, to, że odczuwamy je względem drugiej osoby lub stajemy się obiektem cudzych uczuć i dysponujemy możliwością ich odwzajemniania, czynią nas ludźmi. Nie można tego problemu traktować jednostronnie, jednowymiarowo i poddawać zaciekłej krytyce - co niektórzy czynią, ignorując pozytywne aspekty całości.
Walentynki niewątpliwie skłaniają do uwalniania dobrych emocji, zachęcają do okazywania uczuć, ośmielają i ułatwiają takie inicjatywy. Motywują do tego, by nie kryć się z tym, co czujemy do drugiej osoby, by nie zatajać tego, że ktoś jest nam bliski, ponieważ staje się to źródłem radości i siły, zarówno dla samego autora, jak i adresata takiej deklaracji. Korzystając z tych sprzyjających refleksjom okoliczności, należy zdać sobie sprawę, że ukrywanie własnych uczuć, tłumienie ich w sobie, znacznie zubaża nasze życie i wzajemne kontakty.

Skąd ten zwyczaj?

Pochodzenia zwyczajów związanych z walentynkami należy poszukiwać w luperkaliach - rzymskim święcie płodności, które w związku z ekspansją Cesarstwa Rzymskiego pojawiło się również na Wyspach Brytyjskich. Stąd w przyszłości walentynki rozprzestrzeniły się na cały świat. W czasach, gdy zastępowano święta pogańskie chrześcijańskimi, uznano, że św. Walenty, który zginął 14 lutego, w (przeddzień luperkaliów) może godnie objąć pieczę nad świętem budzącej się wiosny, kiedy przyroda pomału otrząsa się z zimowego snu, zwierzęta zaczynają łączyć się w pary, a ludzie chętniej szukają swoich drugich połówek. Na zachodzie Europy święty patronuje zakochanym co najmniej od XV wieku.



Co wiemy o św. Walentym?

Św. Walenty, patron Dnia Zakochanych, to postać dość zagadkowa. Był biskupem Terni pod Rzymem. Za czasów cesarza Klaudiusza II Gota (ok. 269 r.) poniósł śmierć męczeńską.
Legenda mówi, że św. Walenty zajął się popieraniem zakochanych jeszcze za swego życia, kiedy wystąpił przeciwko edyktowi cesarza, zakazującemu zawierania małżeństw. Cesarz Klaudiusz II Gocki z rozczarowaniem zauważył, że żonaci mężczyźni chętniej zostają w domach, zamiast ochoczo uczestniczyć w wojnach i dzielnie walczyć za Rzym. Św. Walenty zignorował ów zakaz i w tajemnicy udzielał ślubów młodym, zakochanym parom. Niestety, sekret się wydał, a Święty został pojmany, wtrącony do więzienia, a następnie stracony.
Według drugiej wersji okoliczności śmierci św. Walentego były zgoła inne: jako człowiek świątobliwy Biskup Terni w III wieku został obdarzony przez Boga niezwykłą mocą uzdrawiania. Wieść o tym dotarła do rzymskiego filozofa Kratona, którego syn był ciężko chory na padaczkę i czekało go życie pełne cierpienia. Św. Walenty zgodził się pomóc rodzinie Kratona pod warunkiem, że ten się nawróci. I rzeczywiście, przekonany cudem dokonanym przez Świętego, Filozof ochrzcił się, a wraz z nim jego bliscy i uczniowie. Niechętnie jednak przyjął to senat rzymski - uznano św. Walentego za osobę niebezpieczną dla państwa, aresztowano go i skazano na śmierć.
Kult Świętego rozwijał się dość szybko. W miejscu, w którym Męczennik został pochowany, już w IV wieku papież Juliusz I kazał wznieść bazylikę. Ponieważ padaczka, a także wszelkiego rodzaju choroby nerwowe, były wówczas w Europie bardzo częste, Święty znalazł licznych czcicieli na całym kontynencie. Do Polski jego sława dotarła dopiero w XV wieku. Ma tu św. Walenty wiele kościołów poświęconych jego imieniu, wiele ołtarzy i wizerunków. Ciekawe, że do niedawna żadne z tych miejsc nie cieszyło się specjalnym zainteresowaniem zakochanych. Sytuacja zmieniła się od chwili, gdy postać Świętego zaczęto łączyć z tym stanem serca.
Tak czy inaczej, historyczne przekazy dotyczące osoby św. Walentego w Dniu Zakochanych stają się rzeczą zupełnie niezauważalną, albo przynajmniej drugorzędną. Mało kto dziś pamięta, że św. Walenty, zanim zaczął patronować uczuciom, zanim stał się wzorcem dla wszystkich zakochanych i podkochujących się, był patronem chorych na epilepsję (padaczkę). Ci, którzy nie pamiętają już co to miłość, lubią złośliwie przyrównywać ją do stanu podobnego tej chorobie.
To tłumaczy, dlaczego właśnie św. Walenty jest patronem wszystkich zakochanych.
Św. Walenty patronuje nie tylko chorym na epilepsję, ale i na choroby nerwowe. Jest opiekunem chorych psychicznie, ludzi ogarniętych mrokiem umysłu. Ikonografia przedstawia tego męczennika najczęściej w stroju kapłańskim, w momencie uzdrawiania chorego.
Święty, dziś nieco zapomniany, miał w dawnej Polsce wiele świątyń, obrazów i cieszył się wielkim kultem. Obecnie w liturgii Kościoła 14 lutego na pierwszym miejscu wymienia się św. Cyryla i Metodego, słowiańskich patronów Europy, a dopiero w dalszej kolejności św. Walentego. Dawniej do kościołów, gdzie znajdował się ołtarz z wizerunkiem tego Świętego, 14 lutego matki przynosiły chore dzieci, aby za jego wstawiennictwem uprosić Boga o zdrowie dla dziecka. Najczęściej przynoszono dzieci chore na padaczkę lub przestraszone. Kapłan odprawiał w intencji osoby chorej Mszę św., następnie odczytywał fragment Ewangelii o uzdrowieniu przez Jezusa i kładąc Księgę Świętą na głowę chorego, udzielał błogosławieństwa. Po tych modlitwach wielu chorych, szczególnie dzieci, miało powracać szybko do zdrowia. Może warto w dniu 14 lutego przywrócić ten piękny zwyczaj pamiętając, iż św. Walenty to także patron chorych.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Akcja dom

Wrocław pamięta o Powstańcach Wielkopolskich

2019-02-16 21:13

Anna Majowicz

W 100. rocznicę zakończenia Powstania Wielkopolskiego (16.02.2019), w sali kolumnowej Dolnośląskiego Urzędu Wojewódzkiego spotkali się przedstawiciele rodzin Powstańców pochowanych na Dolnym Śląsku. Spotkanie odbyło się w ramach działań związanych z projektem ,,Ocalamy” realizowanego przez Wojewodę Dolnośląskiego oraz Oddział Instytutu Pamięci Narodowej we Wrocławiu.

Anna Majowicz
pamiątkowe zdjęcie uczestników spotkania

- 100 lat temu Wielkopolanie stanęli do walki o wolność i niepodległość. Solidarnie, ramię w ramię, ponad podziałami. Dziś jesteśmy tu, by oddać im hołd – rozpoczął spotkanie Wojewoda Dolnośląski, Paweł Hreniak.

Następnie głos zabrała wicedyrektor wrocławskiego oddziału IPN, dr Katarzyna Pawlak – Weiss. Przypomniała wydarzenia, które miały miejsce 20 lat po zakończeniu zwycięskich walk w Powstaniu Wielkopolskim. – Kiedy rozpoczęła się II wojna światowa, esesmani aresztowali Powstańców i osadzali ich w obozie. Tam okrutnie ich torturowano. W jaki sposób? Wyprowadzano ich z cel na dziedziniec, by w kurzu i błocie, do utraty sił, wykonywali trudne ćwiczenia. Mało tego. Aresztantów zimą wysyłano w Karpaty, gdzie musieli wdrapywać się na górę, którą wcześniej polewano wodą. Gdy już udało im się dotrzeć na szczyt, strącano ich, by w bólu i z połamanymi kończynami zaczynali trud ponownie. Świadectwo wielkiego patriotyzmu Powstańców nie zakończyło się więc w 1919 r. – zaznaczyła dr Katarzyna Pawlak – Weiss.

Dowódca Garnizonu Wrocław, płk Dariusz Krzywdziński, zwrócił się do rodzin Powstańców: - Szanowni Państwo, wasi przodkowie dają wam ogromny powód do dumy. Niezależnie od stopnia, jaki nosili na pagonach. Pamiętajcie, że w waszych żyłach płynie krew bohaterów i nie zapomnijcie tej dumy i wiedzy przekazywać kolejnym pokoleniom. To zaszczyt i obowiązek wobec przodków i polskiej historii. Chwała bohaterom, część ich pamięci.

Zobacz zdjęcia: Wrocław pamięta o Powstańcach Wielkopolskich

„Ocalamy” to projekt symbolicznego znakowania grobów bohaterów walk powstańczych i wyzwoleńczych, pochowanych na terenie Dolnego Śląska, specjalnym insygnium.

Poniżej przedstawiamy nazwiska osób, których groby zostały uhonorowane:

Anton Cebulski - ur. 20.02. 1896 r. w miejscowości Nowiny. Weteran armii niemieckiej oraz Legionów Polskich. Podczas powstania Wielkopolskiego został ciężko ranny i dostał się do niewoli. Leczył się w szpitalu w Leśnicy oraz w lazarecie fortecznym Twierdzy Wrocław. Zmarł 03.02.1919r. Pochowany został we Wrocławiu, na Cmentarzu Grabiszyńskim.

Bogusław Ćwikła – ur. 19.07.1901 r. w Paterku (gm. Nakło nad Notecią). Żołnierz Kompanii Nakielskiej. Brał udział w walkach o Nakło, Czerwonak, Kcynię, Szczepice, Studzienki, Tur i Szubin. Po powstaniu pełnił służbę w 4. Pułku Strzelców Wielkopolskich w Gnieźnie. Odznaczony Wielkopolskim Krzyżem Powstańczym.

Jan Dzierżykraj-Morawski – ur. 01.12.1900 r. w Jurkowie. Od 1915 r. działacz konspiracyjnego Towarzystwa im. Tomasza Zana. W 1918 r. członek Tajnego Komitetu Wojskowego. Żołnierz Pułku Wielkopolskiej Jazdy Ochotniczej i uczestnik walk pod Szubinem. W wojnie 1920 r. walczył jako podporucznik w 26. Pułku Ułanów. W latach 1923-1926 pełnił funkcję zastępcy dyrektora generalnego Rady Naczelnej Przemysłu Cukrowniczego. Od 1924 r. do 1936 r. był członkiem Zarządu i dyrektorem Biura Ekonomicznego Izb i Organizacji Rolniczych Zachodniej Polski. W 1931 r. wszedł w skład polskiej delegacji na rokowania gospodarcze z Niemcami. W 1939 r. był członkiem polskiej delegacji działającej przy Lidze Narodów. Od 1938 r. był Prezesem Wielkopolskiej Izby Rolniczej. Po wojnie został dyrektorem Jeleniogórskiego Okręgu Państwowych Nieruchomości Ziemskich z siedzibą w Legnicy. Później przeniósł się do Wrocławia, gdzie został dyrektorem Biblioteki Głównej Wyższej Szkoły Rolniczej. Odznaczony m.in. Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski, Krzyżem Orderu Polonia Restituta (dwukrotnie), Złotym Krzyżem Zasługi. Zmarł 22.06.1997 r. we Wrocławiu. Pochowany na Cmentarzu św. Wawrzyńca.

Jan Gibasiewicz – ur. 24.10.1900 r. w Sulmierzycach. Członek Polskiej Organizacji Wojskowej, żołnierz ochotniczej Kompanii Sulmierzyckiej pod dowództwem sierżanta Stanisława Kamińskiego, później 12. Pułku Strzelców Wielkopolskich oraz 8. Pułku Strzelców Wielkopolskich. Uczestnik walk pod Sulmierzycami, Kobylą Górą i Granowem. W wojnie w 1920 r. służył w 62. Pułku Piechoty ze składu 15. Dywizji Piechoty, z którą wziął udział m.in. w wyprawie kijowskiej. Latem 1920 r. został ranny w walkach nad Berezyną. Po wojnie służył jeszcze w 14. Pułku Artylerii Ciężkiej w Poznaniu. Do rezerwy przeszedł w 1922 r. W latach 30-tych prowadził przedsiębiorstwo transportowe. Zmobilizowany jako kierowca w 56. Pułku Piechoty wziął udział w walkach we wrześniu 1939 r. Po zakończeniu walk dostał się do niewoli, z której uciekł i zatrzymał się w Krotoszynie. Stamtąd razem z rodziną, w 1944 r. został wywieziony do Milicza. Był aktywnym członkiem Zarządu Weteranów Powstań Narodowych RP oraz Związku Powstańców Wielkopolskich. Odznaczony m.in. Wielkopolskim Krzyżem Powstańczym oraz Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski. Zmarł 11.01.1984 r. w Miliczu. Pochowany jest na Cmentarzu Parafialnym przy ul. Kasztanowej.

Stanisław Gierusz – ur. 04.05.1900 r. w Bączylasie (pow. Gostyń). Uczestnik Powstania Wielkopolskiego i walk w rejonie Janiszewo, Sowiny, Gostyń, Miechcin, Leszno w składzie Kompanii Ochotniczej chorążego Kazimierczaka. Od 1919 r. służył w 60. Pułku Piechoty, z którym walczył m.in. w Międzychodzie, Toruniu, Gniewkowie, Bydgoszczy, Koronowie oraz w Lasach Tucholskich. Po wojnie przeniósł się na Kresy Wschodnie, służąc jako policjant w miejscowości Rozłucz w woj. lwowskim. W 1939 r. drogą przez Węgry, Jugosławię, Grecję i Turcję dotarł do Syrii, wstępując w skład tworzącej się tam Samodzielnej Brygady Strzelców Karpackich, z którą walczył pod Tobrukiem. Później przeszedł szlak bojowy kampanii włoskiej II. Korpusu gen. Andersa, z bitwą pod Monte Cassino włącznie. Po zakończeniu wojny powrócił do kraju. Zmarł 27.11.1976 r. we Wrocławiu. Pochowany jest na Cmentarzu Komunalnym na Osobowicach. Odznaczony m.in. Wielkopolskim Krzyżem Powstańczym, Krzyżem Walecznych, Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski, Krzyżem Monte Cassino, Krzyżem Ziemi Świętej, Gwiazdą Afryki, Gwiazdą Italii, Brytyjskim Medalem Obronnym oraz Brytyjskim Medalem Wojny.

Wojciech Grodzki – ur. 09.04.1898 r. w Parzęczewie (Jarocin). Żołnierz 1. Kompanii Jarocińskiej. Uczestnik Walk o Krotoszyn, Ostrów Wielkopolski, Zakrzew, Łaszczyn, Rawicz, Zołnicę, Sarnówkę i Kawcze. W wojnie 1920 r. walczył na Wileńszczyźnie podczas zmagań nad rzeką Wilejką. Po wojnie mieszkał w Jaroczewie, a w latach 60. przeniósł się Dolny Śląsk. Zmarł 01.10.1976 r. w Oleśnicy. Pochowany na Cmentarzu Komunalnym przy ul. Wojska Polskiego.

Piotr Jarysz – ur. 23.06.1897 r. w Chorzępowie (pow. Międychód). Uczestnik walk powstańczych w szeregach kompanii piechoty starszego sierżanta Michalskiego, a później podporucznika Kostrzewskiego. Brał udział w bojach o miejscowości: Wrzeszczyna, Rosko oraz Romanów. Odznaczony Wielkopolskim Krzyżem Powstańczym. Zmarł 16.07.1973 r. we Wrocławiu. Pochowany jest na Cmentarzu Komunalnym przy ul. Grabiszyńskiej.

Franciszek Klein – ur. 25.11.1886 r. w Laskach (pow. Kępno). Uczestnik Powstania w rejonie Kórnik k. Poznania. W czasie II Wojny Światowej, w celu uniknięcia niemieckiej represji przeniósł się na Kielecczyznę. Zmarł 25.04.1955 r. w Oleśnicy.

Antoni Rosik – Rosiński – ur. 02.10.1899 r. w Pońcu (pow. Gostyń). Żołnierz 4 kompanii ponieckiej batalionu gostyńskiego sierżanta Kaźmierczaka . Uczestnik walk pod Lesznem, Pońcem, Miechocinem, Waszkową, Gościejewicami oraz Kąkolem. W wojnie 1920 r. walczył w składzie 60. Pułku Piechoty pod Mińskiem i nad Berezyną. Brał udział w Bitwie Warszawskiej w szeregach 15. Dywizji Piechoty w jej ofensywie na Mińsk Mazowiecki i Łomżę. Po zakończeniu konfliktu pozostał w wojnie jako podoficer zawodowy. Służył w batalionach Korpusu Ochrony pogranicza w Ludwikowie oraz Suwałkach. We wrześniu 1939 r. dowodził obroną strażnicy KOP Nowa Różana przed wojskami radzieckimi. W czasie II wojny światowej był członkiem Armii Krajowej. Odznaczony m.in. Krzyżem Walecznych (trzykrotnie), Medalem Niepodległości, Wielkopolskim Krzyżem Powstańczym. Zmarł 22.10.1964 r. w Obornikach Śląskich. Pochowany jest na Cmentarzu parafialnym przy ul. Siemianickiej.

Józef Wojtkowiak – ur. 03.02.1899 r. w Poznaniu. Żołnierz 2. batalionu Poznań – Wilda, pod dowództwem majora Hądzilka. Uczestnik walk pod Wielkim Grójcem, Małym Grójcem i Kargową. W Wojsku Polskim służył zawodowo do 1927 r. Po zakończeniu służby rozpoczął pracę w PKP, która trwała do momentu przejścia na emeryturę w 1959 r. Odznaczony m.in. Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski oraz Wielkopolskim Krzyżem Powstańczym. Zmarł 25.03.1982 r. w Bierutowie. Pochowany jest na Cmentarzu Komunalnym, przy ul. Wrocławskiej.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem