Reklama

Syberia: Kościół w sercu tajgi

2016-11-30 11:09

abd / Irkuck / KAI

photo_mts/pl.fotolia.com

Aby przejechać z jednego krańca diecezji na drugi, potrzeba często kilku dni. Aby dostać się do sąsiedniej parafii – dobrego auta, które pokona niekiedy kilkaset kilometrów błotnistej lub oblodzonej drogi. Aby doczekać się "swojego" proboszcza – wielu lat modlitw o to, by na Syberię przybył jeszcze jeden kapłan, który zechce towarzyszyć lokalnej wspólnocie wiernych. Katolicka diecezja św. Józefa w Irkucku, o powierzchni ponad 10 tys.km. kw., to największa diecezja świata. Jak w soczewce, skupia ona wyzwania współczesnego Kościoła w Rosji, podejmowane przez niespełna 40-stu kapłanów i kilkadziesiąt sióstr zakonnych pracujących na tym terenie.

CICHE CZYNIENIE DOBRA

"Nam nie wolno pracować, nie wolno mówić głośno o Panu Bogu w szkołach, ani nawet w naszej świetlicy. Misja na Syberii polega na cichym czynieniu dobra. Wtedy dzieci i młodzież podchodzą i pytają: dlaczego to robisz? A my w odpowiedzi pokazujemy im Pana Boga" - mówi s. Samuela, albertynka, współprowadząca świetlicę dla dzieci w oddalonym o 90 km od Irkucka Usolu Syberyjskim. Wystarczy kilka rozmów z pracującymi w diecezji irkuckiej siostrami zakonnymi, by zrozumieć, że opieka nad dziećmi z ubogich i patologicznych środowisk, to ich główne zajęcie i często jedyna droga do nawiązania kontaktu z rozpadającymi się rodzinami. Odwrotnie, niż na Zachodzie, tutaj często to dzieci jako pierwsze przychodzą do sióstr, prosząc najpierw o chleb, następnie o opiekę nad bliskimi, aż wreszcie: o Pana Boga. To doświadczenie m.in. sióstr albertynek, których misja w Rosji trwa już 15 lat.

"Dramat dzieci w Rosji polega na tym, że nie znają swoich ojców, nie wiedzą, czym jest pełna rodzina" - opowiada s. Samuela, która w świetlicy ma pod opieką ok. 25 dzieci w wieku od 8 miesięcy do 6 lat. Jak mówi, w Usolu nie brak rodzin, w których jest nawet 8 dzieci, choć często każde z nich ma innego ojca, a matki, zniewolonej nałogiem alkoholowym, nie ma w domu. "Te dzieci mają ogromny smutek w oczach. I niesamowitą rzeczą jest móc wywołać u nich uśmiech, a do tego często potrzeba bardzo niewiele: przytulić, pochwalić". I zadbać o podstawowe potrzeby, jak choćby posiłek, bo kanapki przygotowane przez siostry, to dla wielu dzieci jedyne pożywienie w ciągu dnia. Jak podkreślają misjonarki, aby skutecznie pomóc dzieciom, należy najpierw poznać realia ich codziennego życia, często bardzo surowe.

Reklama

"Kiedy przyjechałam, chciałam te dzieci nauczyć mycia zębów. Pamiętam, jak Ania, wspaniała mała dziewczynka przyszła do mnie i powiedziała, że ona nie może codziennie myć zębów. Nie rozumiałam dlaczego, dopóki nie odwiedziłam ich bloku, w którym na jednym piętrze jest ok. 20 mieszkań, brakuje ciepłej wody, jest jedna łazienka i jedna toaleta." - mówi s. Samuela. Pytana o liczbę osób, żyjących w takich warunkach s. Samuela potrząsa głową. Nie sposób policzyć, ale potrzebujących jest bardzo, bardzo wielu.

Podczas uroczystości poświęcenia kościoła w Usolu Syberyjskim, do s. Samueli garnie się gromadka zadbanych, roześmianych dzieci, niepodobnych do podopiecznych o których opowiada.

"To są dzieci naszych wychowanków, którym pomagały siostry, które były tu przede mną" – wyjaśnia albertynka, zapewniając, że dzięki pomocy sióstr wychowankowie całkowicie zmienili swoje życie, wyrwali się z patologicznego środowiska, założyli szczęśliwe rodziny i dziś sami pomagają potrzebującym.

Działalność podobną do świetlicy sióstr albertynek, prowadzi większość zakonów obecnych w tej części Rosji. Z okazji konsekracji usolskiego kościoła, do Irkucka przyjeżdżają m.in. dominikanki, pracujące w Błagowieszczeńsku, przy granicy z Chinami i w Ułan-Ude na Bajkałem a także siostry służebniczki, opiekujące się dziećmi m.in. w Czicie i w Angarsku. Zgodnie mówią, że dramatyczny los współczesnych rodzin na Syberii, to nie tylko efekt ubóstwa materialnego, ale też wieloletnich prób oderwania społeczeństwa od wiary w Boga.

"Tutaj przez wiele lat cerkwie były zamknięte, mówiło się, że Boga nie ma. Aby dziś to odwrócić – potrzeba całego pokolenia" – mówi s. Jola, dominikanka, dla której przyjazd z Błagowieszczeńska do Irkucka, to kilkudniowa wyprawa koleją transsyberyjską.

"W ten sposób zniszczono podstawową komórkę społeczną: rozbito rodzinę, zabrano ludziom nadzieję i podstawowe odniesienie do Boga" – dodaje s. Samuela.

O działalności sióstr wiele osób mówi, że to właśnie przywracanie nadziei. Misjonarki prowadzą je, pokonując także wiele codziennych trudności, takich, jak tymczasowe prawo pobytu w Rosji, wymagające ponownego składania dokumentów i regularnych wyjazdów do Polski, a także zakaz podejmowania pracy zarobkowej. "Tak naprawdę, to pracujemy tu bez wynagrodzenia. Dzięki ofiarom, które wpływają, udaje nam się nakarmić potrzebujących tutaj, przy przedszkolu, które prowadzimy. A jak trzeba pieniędzy na leczenie, to zgromadzenie z Polski nam pomaga" – mówią siostry służebniczki z Angarska.

Pytane o to, jakiego wsparcia potrzebują w codziennej działalności, siostry mówią zgodnie, że oprócz modlitwy i wsparcia materialnego, potrzeba po prostu rąk do pracy, a wolontariusze, którzy chcieliby im pomóc, zawsze są mile widziani.

RĘCE PANA BOGA

Dla tych mieszkańców Rosji, którzy poznali Pana Boga i Kościół, wyzwaniem, a nawet marzeniem jest poznanie Kościoła powszechnego. Ostatnio udało się to m.in. 130-osobChoć wyjazd przekraczał ich możliwości finansowe, pomocne okazało się dofinansowanie z projektu "Bilet dla Brata" stworzonego przez polską młodzież. Jak się okazało, wyjazd był duchową inwestycją nie tylko w młodzież, ale też w całą wspólnotę lokalnego Kościoła, do której młodzi pielgrzymi powrócili pełni nowego zapału. Spontaniczne opowieści o tym wyjeździe, w których wzruszenie przeplata się z entuzjazmem, świadczą o wciąż żywych wspomnieniach spotkania w Polsce.

- ŚDM było dla mnie jednym z najważniejszych wydarzeń w życiu. Nie znam zbyt wielu ludzi, którzy są katolikami, ale staram się, żeby jak najwięcej osób mogło dowiedzieć się w co wierzymy i co jest prawdą. Przyprowadziłem do Kościoła kilkoro przyjaciół – opowiada płynną polszczyzną siedemnastoletni Andrzej, ministrant w irkuckiej katedrze, spotkany po niedzielnej Mszy św. Jest Rosjaninem, ale uczy się polskiego od jednego z tutejszych księży, bo – jak mówi – język polski, to dla niego język Kościoła. Tym bardziej, że po ŚDM spędzonych w Ełku i w Krakowie utrzymuje kontakt z wieloma osobami z Polski. - W Ełku mieszkaliśmy u starszej pani, która nas bardzo dobrze przyjęła, dbała o nas i rozmawiała z nami tak po prostu: o wierze, kulturze, o życiu... o wszystkim. Te zwykłe rozmowy były dla mnie bardzo ważne!

"Niektórzy z nich widzą księdza raz na miesiąc, kościoła nie mają wcale, bo liturgia jest sprawowana w domach. W niektórych kościołach w Polsce, oni naprawdę klękali i płakali – dziewczyny i chłopaki. Dla nich to było niesamowite, że są kościoły mające setki lat. Tutaj takich nie mają" - wspomina ks. Włodzimierz Siek SVD, wikariusz generalny diecezji irkuckiej i proboszcz katedry, który towarzyszył młodzieży podczas ełckich Dni w Diecezjach i spotkania w Krakowie.

Ks. Siek wspomina też niezwykłą atmosferę towarzyszącą spotkaniom młodzieży z poszczególnych krajów byłego bloku sowieckiego, zwłaszcza spotkaniu młodzieży rosyjskiej i ukraińskiej. "Nasze obawy okazały się niepotrzebne. To jest droga pojednania: te dzieciaki klękały obok siebie, oni modlili się razem, ściskali, obejmowali, a potem robili wspólnie zdjęcia, z flagami: rosyjską obok ukraińskiej".

Uliana, dziewiętnastoletnia studentka architektury z Irkucka, udział w ŚDM nazywa "małym cudem", bo jej niewierzący rodzice w ostatniej chwili niespodziewanie zezwolili na ten pierwszy zagraniczny wyjazd w jej życiu. "Byłam pewna, że się nie zgodzą i bardzo bałam się rozmowy z mamą, ale kiedy ona pozwoliła mi jechać, wiedziałam, że to działanie Ducha Świętego. Tym bardziej, że tuż przed wyjazdem mama powiedziała, że w ogóle nie pamięta, że zgodziła się na mój udział w ŚDM".

Z samego spotkania w Krakowie, Uliana wspomina wstrząsające dla niej świadectwo młodej Syryjki, która podczas czuwania na Campus Misericordiae opowiadała o swoich rówieśnikach, umierających za wiarę. "Za każdym razem, kiedy pojawia się wątpliwość, czy pójść dziś do kościoła, czy nie, przypominam sobie, jak wielu ludzi nie ma tego, co my mamy, a czego nie doceniamy" – mówi. Najmocniej przeżyła sobotnią adorację. "Wtedy w czasie modlitwy przyszło mi do głowy, że Pan Bóg nie ma rąk, by czynić miłosierdzie na ziemi, że to my, powinniśmy być jego oczami i zauważać tych, którzy potrzebują miłosierdzia. Gdyby wszyscy chrześcijanie to zrozumieli, żylibyśmy chyba w Raju" – dodaje ze śmiechem.

BÓG, KTÓRY NIE ZAWSZE MA IMIĘ

Dla irkuckiej młodzieży wzorem osoby, która w praktyce realizuje powołanie do tego, by na Syberii być "rękami Pana Boga" jest Barbara Zięba, pochodząca z Puław świecka misjonarka, którą także można spotkać w tutejszej katedrze. Od 16 lat Barbara pomaga osobom uzależnionym na terenie diecezji irkuckiej. Pomoc alkoholikom i narkomanom oraz ich rodzinom, organizacja szkoleń i kursów dla lekarzy i konsultantów, pomoc w organizacji ośrodków i systemu pomocy osobom uzależnionym – to działalność, której owoce już teraz są widoczne. Jednym z nich jest telefon zaufania działający przy irkuckiej katedrze od ponad 14 lat. Pytana o skalę problemu alkoholowego i narkotykowego, Barbara mówi, że to zjawisko powszechne, choć uzależnionych nikt na Syberii nie liczy.

"Słyszałam kiedyś, że co 10 osoba w obwodzie irkuckim jest zarażona wirusem HIV. To poniekąd pokazuje skalę zjawiska narkomanii" - mówi i dodaje, że uzależnieni i współuzależnieni, to osoby, którym terapia pomaga wyzwolić ukryte w nich wielkie pokłady dobra.

"Szczególnie ci, którzy weszli na drogę zmiany, czyli np. są w AA i pracują nad sobą, okazują się wspaniałymi ludźmi. Oni ogromnie poświęcają się służbie innym, oddają potrzebującym ogrom swojego czasu. Wszyscy moi wolontariusze, czy na telefonie zaufania, czy w innych działaniach, to są ludzie z tego środowiska. W tych ludziach znajduję najwięcej gotowości do wolontariatu, ponadto oni, pomagając innym, pomagają także sobie".

Barbara podkreśla misyjny charakter swojej pracy, polegający także na tym, że osoby proszące o pomoc, są często niewierzące, a podejmowana przez nich terapia bywa początkiem ich drogi do Boga. "Oni mają ogromne doświadczenie tej Siły Wyższej, którą nazywają Bogiem, lub nie. Mówią jak ludzie wierzący, doświadczają działania Boga i są w stanie poprzeć to przykładami konkretnych wydarzeń ze swojego życia. To jest Bóg, tylko na razie nie dla każdego z nich On ma imię" - relacjonuje misjonarka, dodając, że świadectwa osób uzależnionych często porażają swoją głębią i prostotą. "Daj Boże, żeby to się rozwijało w życie eklezjalne, żeby doszli do sakramentów" – mówi.

Pytana o to, jak można pomóc, misjonarka mówi, że od lat ważne jest wsparcie w organizowaniu przyjazdu do Rosji specjalistów z Polski. "Zajmując się tym tematem jako osoba świecka mam możliwość dojścia do wielu środowisk, także ministerialnych, uniwersyteckich itp. Otwartość na prowadzenie szkoleń i spotkań jest duża, ale muszę mieć odpowiednie środki na zaproszenie specjalistów z Polski" – tłumaczy.

Z POLSKI, TO ZNACZY: DOBRY

Nie tylko współcześnie Polacy kojarzeni są z niesieniem pomocy mieszkańcom Syberii. Na hasło "jestem z Polski", otwiera się dziś wiele serc i domów. Syberyjscy gospodarze wiedzą ze wspomnień, że już w czasach zesłań, wielu trafiających tu Polaków pomagało mieszkańcom, roztaczając nad nimi opiekę medyczną, ucząc uprawy roli, dzieląc się wykształceniem zdobytym w Polsce, a także sprawując posługę sakramentalną.

Bogatą historią relacji polsko-rosyjskich fascynuje się m.in. ks. Wojciech Piekarski, proboszcz parafii w Sludiance nad Bajkałem. Wprawdzie jest jedynym proboszczem katolickim nad Bajkałem, jednak wraz z parafianami spotyka się na modlitwie w zaadaptowanym na kaplicę domu, bo w miejscu dawnego kościoła w Sludiance stoją dziś budynki policji.

"Może się to wydawać niewiarygodne, ale tutaj bardzo nas, Polaków, cenią i lubią. Na Syberię był wysyłany kwiat narodu polskiego: ludzie, którzy nie myśleli tylko o sobie, ale nawet w tak trudnych warunkach troszczyli się o innych" – przekonuje ks. Wojciech.

Jako przykład Polaka, który miał wielki wkład w rozwój Syberii, kapłan podaje Benedykta Dybowskiego i Jana Czerskiego, polskich naukowców i zesłańców, którzy zajmowali się m.in. badaniem Bajkału. "Tutaj mamy góry Dybowskiego, a tutaj Szczyt Czerskiego, w masywie Chamar Daban. Miejsc nazwanych ich imieniem jest tu zresztą znacznie więcej" – pokazuje na mapie kapłan, który na co dzień mieszka na terenach, na które zostali zesłani Polacy po upadku Powstania Styczniowego.

Tak, jak dawniej zesłańcy i dobrowolni emigranci, tak dziś polscy misjonarze i misjonarki cieszą się wdzięcznością mieszkańców Syberii i innych części Rosji. Spośród misjonarzy z całego świata, najwięcej jest właśnie Polaków – na terenie całego kraju pracuje dziś ok. 1000 polskich księży i sióstr zakonnych. To jednak wciąż za mało.

O tym, że na Syberii brakuje kapłanów dla wiernych różnych obrządków, świadczy choćby scena, rozgrywająca się przy drodze wiodącej z Irkucka do Sludianki. Na przydrożnym cmentarzu rozpoczyna się uroczystość pogrzebowa. Furgonetką przywieziono przystrojoną trumnę z ciałem starszej pani, wokół odśnieżonego grobu zgromadziła się garstka osób z – tradycyjnymi dla tej okolicy – sztucznymi wieńcami w żywych barwach. Brakuje jedynie duchownego, ale pomimo jego nieobecności, zebrani sami rozpoczynają krótką ceremonię.

- Takie pogrzeby, to częsty widok – mówi ks. Wojciech – Często kapłan nie jest w stanie dojechać.

Tagi:
Kościół Syberia

Abp Scicluna: Kościół musi być bezpiecznym portem

2019-02-19 18:31

vaticannews / Watykan (KAI)

Skuteczna prewencja, ochrona dzieci przed nadużyciami i zagwarantowanie im bezpieczeństwa to wielkie zadanie, które stoi przed Kościołem. Wskazuje na to abp Charles Scicluna, który weźmie udział w watykańskim szczycie na temat ochrony nieletnich. Maltański hierarcha liczy, że to spotkanie pomoże wypracować skuteczniejszą strategię działania na przyszłość.

Grzegorz Gałązka

Abp Scicluna przez lata był promotorem sprawiedliwości, czyli watykańskim odpowiednikiem prokuratora. Obecnie w Kongregacji Nauki Wiary kieruje kolegium ds. rozpatrywania odwołań w sprawach najcięższych przestępstw. Zauważa on, że rozpoczynające się w czwartek spotkanie nie jest pierwszym krokiem Kościoła na drodze ochrony nieletnich, ale wpisuje się w całą serię zdecydowanych działań podejmowanych w ciągu minionych lat.

„Przede wszystkim trzeba stawić czoło nadużyciom wszędzie tam, gdzie mają one miejsce. Trzeba zarazem stworzyć środowisko, które uczyni dokonywanie nadużyć trudniejszym, niemożliwym. Trzeba tu wiele pracować m.in. nad kulturą milczenia, by nie użyć słowa « omertà» (czyli zmowa milczenia), które nieraz pada w tym kontekście – mówi Radiu Watykańskiemu abp Scicluna. – Trzeba dać władzę ludowi, wzmocnić wszystko to, co jest mądrością, ostrożnością i chęcią działania we wspólnotach, po to byśmy razem jako Lud Boży mogli być bezpiecznym portem, którym powinien być Kościół. Wiarygodność nie jest czymś, co odbuduje się w ciągu kilkudniowego spotkania. O wiarygodność trzeba walczyć nieustannie, każdego dnia. Chciałbym tu pozdrowić tak wielu księży i zakonników, którzy w ciszy pracują na całym świecie, z ogromną wiernością, wielkim wysiłkiem i oddaniem. Oni nigdy nie trafią na czołówki gazet, ale są tym lasem, który wzrasta po cichu i jest tłem dla drzew, które padają. My musimy przede wszystkim jednak patrzeć na ten las, który wzrasta, starając się zarazem za wszelką cenę pozbyć w nim wszelkich wilków. Musimy patrzeć na naszych księży jak na ikonę Miłosiernego Samarytanina. To jest nasze życzenia dla całego Kościoła”.

Watykański szczyt na temat ochrony nieletnich potrwa od czwartku do niedzieli. Weźmie w nim udział 190 osób, w tym m.in. 114 przewodniczących episkopatów z całego świata. Polskę będzie reprezentował zastępca przewodniczącego KEP abp Marek Jędraszewski. Zastąpi on abp. Stanisława Gądeckiego, który od kilku dni jest hospitalizowany z powodu ostrego zapalenia płuc.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Władze Gdańska: przewrócenie pomnika ks. Jankowskiego to akt samosądu

2019-02-21 11:59

lk / Gdańsk (KAI)

"Nie może być zatem zgody na akty wandalizmu, które noszą znamiona przemocy symbolicznej. Przewrócenie monumentu jest aktem samosądu naruszającym polski porządek prawny" - podkreśliły władze miasta Gdańska w przedstawionym w czwartek oświadczeniu po tym, jak w nocy trzech mężczyzn obaliło pomnik ks. Henryka Jankowskiego w "obywatelskiej niezgodzie na obecność zła w przestrzeni publicznej". Sprawa dotyczy zarzutów molestowania dzieci przez późniejszego kapelana "Solidarności".

Krzysztof Rakowski/wikipedia.pl
Pomnik ks. Jankowskiego w Gdańsku

W nocy z 20 na 21 lutego trzech mężczyzn przewróciło w Gdańsku pomnik ks. Henryka Jankowskiego. Swój czyn tłumaczyli "obywatelską niezgodą na obecność zła w przestrzeni publicznej".

Do tej akcji odniosły się władze Gdańska na zwołanej przed południem konferencji prasowej.

W oświadczeniu władz miasta Gdańska, odczytanym przez rzeczniczkę prasową prezydenta miasta Magdalenę Skorupka-Kaczmarek podkreślono, że ofiarom molestowania seksualnego i ich rodzinom należy się współczucie, jednak działać należy "zgodnie z literą prawa i ogólnie przyjętymi normami współżycia społecznego".

"Nie może być zatem zgody na akty wandalizmu, które noszą znamiona przemocy symbolicznej. Przewrócenie monumentu jest aktem samosądu naruszającym polski porządek prawny" - brzmi oświadczenie.

Zaznaczono w nim jednak też, że sprawcy obalenia pomnika, "zrobili to, ujawniając swoje twarze, nie zniszczyli pomnika, dbając, aby się nie roztrzaskał, a w akcie manifestu na przewróconej figurze położyli dziecięcą bieliznę i komżę".

Zdaniem gdańskiego ratusza, był to ich "wyraz sprzeciwu wobec milczenia Kościoła katolickiego po fali publikacji medialnych, jakie przetoczyły się w grudniu 2018 r.". Mężczyźni zostali zatrzymani przez policję.

Rzeczniczka przypomniała, że pomnik ks. Jankowskiego stał na gruncie miejskim, ale jest własnością prywatną. Monument stanął na skwerze między ul. Mniszki i Stolarską w Gdańsku w 2012 r., w rocznicę wydarzeń Sierpnia 1980, dwa lata po śmierci duchownego. Inicjatorem i budowniczym pomnika był Społeczny Komitet.

W oświadczeniu przypomniano ponadto, że od chwili debaty publicznej zainicjowanej reportażem zawierającym wspomnienia Barbary Borowieckiej, która twierdzi, że jako dziecko była wielokrotnie molestowana przez ks. Henryka Jankowskiego, władze Gdańska z początkiem grudnia ub. roku "podjęły działania zmierzające do usunięcia pomnika".

Podczas sesji Rady Miasta Gdańska 11 grudnia ub. roku prezydent Paweł Adamowicz poinformował, że zwrócił się w liście do metropolity gdańskiego abp. Sławoja Leszka Głódzia z prośbą o zajęcie się tą sprawą przez archidiecezję gdańską. - Myślę, że będzie to dobrze służyło Kościołowi i nam wszystkim - mówił.

Odwołał się też do oświadczenia gdańskiej Kurii opublikowanego dzień wcześniej, w którym cytuje się m.in. zdanie z Wytycznych Konferencji Episkopatu Polski dotyczących wstępnego dochodzenia kanonicznego: "Gdyby oskarżenie zostało wniesione przeciwko zmarłemu duchownemu, nie należy wszczynać dochodzenia kanonicznego, chyba że zasadnym wydałoby się wyjaśnienie sprawy dla dobra Kościoła".

Paweł Adamowicz stwierdził, że sprawę doniesień medialnych dotyczących ks. Jankowskiego "trzeba wyjaśnić, nawet jeśli zajmie to miesiące, albo i lata". Dodał, że mieszkańcy miasta są głęboko zasmuceni i wszyscy oczekują prawdy. „Ta sprawa nie przyschnie, to zbyt głęboki cierń w sercach tysięcy gdańszczan. Uciekanie od tego problemu jest bardzo niefrasobliwe, nieetyczne” – stwierdził prezydent.

Rzeczniczka przytoczyła z kolei inne słowa śp. Pawła Adamowicza: "Nie ma miejsca w przestrzeni publicznej dla pomnika ks. Jankowskiego. Tylko niech to się odbywa z kulturą i uszanowaniem procedur". Prezydent Gdańska zaapelował też do Społecznego Komitetu o jak najszybsze zdemontowanie monumentu.

Magdalena Skorupka-Kaczmarek powiedziała, że obecnie pomnik nie nadaje się do ponownego umieszczenia na skwerze. Po zakończeniu czynności przez policję zostanie przewieziony do magazynu, a decyzję o jego ewentualnym przywróceniu na poprzednie miejsce musi podjąć Społeczny Komitet budowy monumentu.

Na najbliższej sesji Rady Miasta, 7 marca miał ponadto stanąć wniosek o odebranie ks. Jankowskiemu honorowego obywatelstwa Gdańska oraz o zmianę nazwy skweru, na którym stał pomnik.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Gorzów Wlkp.: powstała katedra z tysięcy klocków lego

2019-02-21 15:26

wm / Gorzów Wielkopolski (KAI)

Budowlę katedry pw. Najświętszej Maryi Panny zbudowaną z kilku tysięcy klocków lego zaprezentował twórca Cezary Siwek na wystawie w rodzinnym salonie, znajdującym się w Galerii Manhattan w Gorzowie Wielkopolskim. Wernisaż odbył się 21 lutego, a uczestniczyły w nim dzieci i dorośli. Proboszcz fary ks. dr Zbigniew Kobus ofiarował pomysłodawcy wizerunek kościoła na fotografii.

Twitter

- Do tej pory nie spotkałem takiego przedstawienia katedry – powiedział duchowny, zauważając, że na wystawach spotyka się najczęściej obrazy i fotografie. Przypomniał, że maleńka konstrukcja tego kościoła jest w muzeum „Spichlerz” na planie miasta średniowiecznego ale tak dużych rozmiarów i z takiego budulca jeszcze nie widział. Ks. Kobus pogratulował pomysłu i wręczył modelarzowi w prezencie fotografię przedwojennej katedry.

O realizacji modelu gorzowskiej świątyni, która jest symbolem Gorzowa Cezary Siwek myślał już od wielu lat. Działanie rozpoczął w 2011 r. od wykonania kilkuset zdjęć. O swoim pomyśle twórca rozmawiał już z poprzednim proboszczem ks. Zbigniewem Samociakiem, od którego dostał plan z przekrojem katedry i małą makietę.

Klocki zbierał przez dwa lata. – Są to elementy o unikalnych barwach, specjalistyczne, trudno dostępne, które trzeba było sprowadzać z wielu części świata. Udało się. Katedra powstawała przez 21 dni i nocy – powiedział Siwek, inicjator jedynej takiej katedry na świecie, bo jak twierdzi nie słyszał aby ktoś wcześniej podobny model wykonał. Jest on częścią wystawy, którą można oglądać w galerii handlowej na osiedlu Górczyn do 28 kwietnia.

Gorzowska katedra od lipca 2017 r. jest remontowana po pożarze, który wybuchł w czasie rozpoczynających się Dni Gorzowa. Ogień i dym zniszczył przede wszystkim wieżę, jednak w rezultacie ucierpiała cała budowla.

Cały czas prowadzona jest zbiórka funduszy na odbudowę kościoła, podczas ostatniej niedzielnej zebrano ponad 5 tys. zł.

Ofiary można wpłacać na konto parafii: 25 1020 1954 0000 7102 0069 8399 oraz diecezji: 81 1020 1954 0000 7602 0101 3754 lub wysyłając SMS na nr 72052 (koszt 2,46 zł z VAT) z dopiskiem „katedra”.

Ks. Kobus apeluje także do wiernych o zwracanie uwagi na otaczający katedrę teren, ponieważ w ostatnich dniach miały miejsce kradzieże sprzętu budowlanego.

Gotycka katedra Wniebowzięcia NMP, zbudowana w XIII w., jest symbolem Gorzowa Wielkopolskiego, mieści się w samym centrum. To najcenniejszy zabytek historii regionu i diecezji zielonogórsko – gorzowskiej.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem