Reklama

BETEL - Zakupy z sercem - Rahel Kebebe Tshay

Arturo Mari: Matka Boża nigdy nie opuściła Jana Pawła II

2017-05-14 15:57

dab / Puławy / KAI

BOŻENA SZTAJNER/NIEDZIELA

Matka Boża nigdy nie opuściła Ojca Świętego. Każdego dnia rozmawiał z Nią i prosił o pomoc -mówił Arturo Mari, fotograf sześciu papieży, który wieczorem 13 maja spotkał się z mieszkańcami Puław. Spotkanie odbyło się w 100. rocznicę Objawień Fatimskich i 36. rocznicę zamachu na Jana Pawła II.

Podczas spotkania, Arturo Mari wspominał zamach na Jana Pawła II z 13 maja 1981 r., którego był naocznym świadkiem. – „Znajdowałem się wtedy zaledwie metr od Ojca Świętego. Kiedy padł strzał, zobaczyłem jego opadającą sylwetkę. Poczułem się, jakbym tracił własnego ojca” – powiedział fotograf.

„Trzy dni po zamachu, zostałem poproszony o zrobienie zdjęcia papieżowi, jako dowód, że przeżył zamach. Wszedłem dyskretnie do jego pokoju, a Ojciec Święty powiedział do mnie: Widzisz mój synu, Matka Boża mnie uratowała” – wspominał po latach Mari.

Papieski fotograf wspomniał również o innym zamachu na życie Jana Pawła II, który miał miejsce w Fatimie, w pierwszą rocznicę zamachu dokonanego przez Turka Mehmeta Ali Agce. – „Po spotkaniu z wiernymi, kiedy Ojciec Święty wchodził do katedry, kątem oka zobaczyłem ciemną postać. Instynktownie odwróciłem się i uderzyłem ciężką torbą w napastnika. Niestety udało mu się zranić Jana Pawła II w okolicach pasa” – mówił gość spotkania.

Reklama

„Nie chcę żeby to brzmiało tak, jakbym to ja uratował życie Ojca Świętego, ale jestem przekonany, że to Matka Boża kolejny raz wzięła sprawy w swoje ręce. Ona nigdy nie opuściła Jana Pawła II” – dodał.

Mari zaznaczył, że Jan Paweł II miał szczególną więź z Matką Odkupiciela - „Każdego dnia, papież rozmawiał z Matką Bożą po polsku. Na początku nie rozumiałem jego słów, dopiero z czasem udało mi się uchwycić kilka z nich: Matko moja, nie opuszczaj mnie, prowadź mnie, pomagaj mi” – wspominał fotograf.

Organizatorami spotkania była parafia pw. Świętej Rodziny na Niwie w Puławach oraz Stowarzyszenie „Rodzina”. Wizyta Arturo Mariego zainaugurowała puławskie obchody „Dni Rodziny”.

Arturo Mari był fotografem sześciu papieży, od marca 1956 r. Fotografował Piusa XII, św. Jana XXIII, bł. Pawła VI, Jana Pawła I, św. Jana Pawła II i Benedykta XVI. Podczas pontyfikatu Jana Pawła II wykonał blisko sześć milionów zdjęć.

Tagi:
Arturo Mari

Świadectwo o św. Janie Pawle II

2017-05-25 11:21

Urszula Buglewicz
Edycja lubelska 22/2017, str. 1, 4

Paweł Wysoki

Arturo Mari, osobisty fotograf sześciu papieży, w tym św. Jana Pawła II, był gościem parafii pw. Świętej Rodziny w Puławach. Świadek świętości Papieża Polaka spotkał się z wiernymi 13 maja podczas inauguracji Dni Rodziny, a także uczestniczył w parafialnych obchodach stulecia objawień Matki Bożej w Fatimie.

Świadek świętości

Papieski fotograf przybył do Puław dzięki życzliwości Krzysztofa Witkowskiego z Muzeum Monet i Medali Jana Pawła II w Częstochowie. – Na szczególną okazję udało nam się zaprosić do parafii człowieka, który może wiele powiedzieć o świętości Jana Pawła II, papieża, który bezgranicznie zaufał Maryi. To dla nas wielki dar – mówił ks. Henryk Olech, proboszcz parafii Świętej Rodziny. – Do tego wydarzenia przygotowywaliśmy się od dawna; chcieliśmy, aby gorliwi czciciele Matki Bożej mogli godnie przeżyć stulecie objawień, podczas których Maryja wezwała nas do nawrócenia i dała do ręki skuteczną broń w walce ze złem – Różaniec. Zdaję sobie sprawę, że codzienne odmawianie Różańca nie jest prostym zadaniem, dlatego pilnie wsłuchamy się w świadectwo o św. Janie Pawle II, największym czcicielu Matki Bożej Fatimskiej – mówił Ksiądz Proboszcz.

Beata i Kamil, młode małżeństwo, które w imieniu parafian powitało fotografa, przywołało wizytę kard. Karola Wojtyły w Puławach przed 45 laty, związaną z peregrynacją symboli Ikony Jasnogórskiej. Małżonkowie podkreślili, że parafia i budujący się kościół są wotum miasta za pontyfikat Papieża Polaka, a mieszkańcy Puław przechowują w sercach najpiękniejsze wspomnienia związane z Janem Pawłem II. Nawiązując do rozpoczynających się Dni Rodziny, wyrazili nadzieję, że spotkanie ze świadkiem codziennej świętości Papieża Rodziny umocni ich wiarę.

Znamienna data

Rozpoczynając swoją opowieść, Arturo Mari nawiązał do stulecia objawień Matki Bożej w Fatimie i rocznicy zamachu na papieża w 1981 r. – Bardzo mocno pragnę powiedzieć, że Matka Boża opiekowała się Janem Pawłem II podczas całego pontyfikatu – podkreślił. Ze wzruszeniem wspomniał późne popołudnie 13 maja 1981 r., gdy śmiertelnie raniony przez zamachowca Ojciec Święty osunął się metr od niego. W dramatycznej chwili fotografa nie opuszczała myśl, że Matka Boża go uratuje. Trzy dni później, gdy wykonywał zdjęcie Jana Pawła II, które miało udowodnić światu, że przeżył zamach, usłyszał słowa: „Widzisz mój synu, Matka Boża uratowała”. Arturo Mari przywołał też mniej znane wydarzenie z życia Jana Pawła II, gdy rok później w Fatimie zaatakował go inny zamachowiec. Dzięki kolejnej interwencji Maryi, a także odwadze fotografa napastnik tylko rozerwał papieską sutannę. – Jestem przekonany, że na tej sytuacji Matka Boża również położyła swoje dłonie – podkreślał. – Jan Paweł II codziennie rozmawiał z Maryją. Każdego poranka, gdy przechodziłem obok kaplicy, słyszałem, jak modlił się po polsku. Z czasem rozumiałem jego słowa: Matko Boża, nie opuszczaj mnie, prowadź mnie, pomóż mi – wspominał.

Zatroskany o ojczyznę

Wśród wielu wspomnień w pamięci papieskiego fotografa zapisała się pierwsza pielgrzymka Jana Pawła II do Ojczyzny. – Jan Paweł II kochał was wszystkich, swoją ziemię; znał jej problemy. Lubię przypominać sobie czas, w którym zaczęły się przemiany. Poznałem wasz kraj, gdy przygotowywałem się do pielgrzymki w 1979 r.; wiem, jak wyglądało życie za żelazną kurtyną, pełne problemów i pozbawione nadziei – mówił Arturo Mari. – Widzę, jak lądujemy na lotnisku i po oficjalnych powitaniach jedziemy przez miasto w zdumiewającej ciszy, chociaż jest mnóstwo ludzi i sporo milicji. Nagle z tłumu wyszedł mały chłopiec i zawołał: Witamy, Ojcze Święty. To była kropla, która przelała dzban. Rozległy się okrzyki, nastąpiła wielka eksplozja radości. Pamiętam też przejmujące pytania papieża przy Grobie Nieznanego Żołnierza: Dlaczego tyle przelanej krwi, tyle przemocy... Później Msza św. i wołanie, by Bóg wysłuchał wołania narodu, który pragnie wolności. On modlił się z ojczyznę – wspominał.

Arturo Mari przywołał też okoliczności rozebrania muru berlińskiego i upadku komunizmu, w tym m.in. spotkanie Jana Pawła II z Michaiłem Gorbaczowem. Wówczas ujął go sposób, w jaki Ojciec Święty patrzył na rozmówcę. – Człowiekowi zawsze patrz w oczy; to jest jedyne miejsce, które mówi prawdę, które nie zdradza – podkreślał. – Widziałem łzy u Ojca Świętego, gdyż zależało mu na ojczyźnie. Dla Polski, ale i dla wielu krajów świata zrobił wszystko, co tylko było możliwe – zapewniał bezpośredni świadek papieskiego życia.

Prawdziwa miłość

Fotograf z Watykanu podkreślał, że, będąc u boku Jana Pawła II, od początku miał świadomość, że znajduje się u boku świętego. – Ja nie musiałem czekać 27 lat, żeby mi ktoś o tym powiedział. Ja wiedziałem – mówił z przekonaniem. – Jan Paweł II to niespotykana wewnętrzna siła, to hart ducha, odwaga, pokora, prostolinijność, prawdomówność, pracowitość – wymieniał. Na dowód tego przytoczył kilka historii z różnych spotkań Jana Pawła II z najuboższymi tego świata. Mówił o tym, jak podczas podróży do Korei Ojciec Święty zmienił program wizyty. – W ogromnym białym budynku, do którego papież nie miał prawa wejść, znajdowało się ok. 800 osób chorych na trąd. On jednak wszedł, ja za nim. Pierwszy raz widziałem z bliska chorych bez nosa, bez ust, bez dłoni... Jan Paweł II każdego z nich całował, przytulał, błogosławił. Nie potrzebował myć rąk, gdyż nie brzydził się tymi ludźmi. To była prawdziwa miłość – wspominał Arturo Mari.

Podczas innej wizyty, w Ameryce Południowej, Jan Paweł II sam odsunął barierki i wszedł w środek najbiedniejszej dzielnicy Rio de Janeiro. Przechodził między narkomanami, pijakami, porzuconymi dziećmi, których wcześniej odgradzał kordon policji. – Poszedł swoją drogą, pośród ludzi, dosłownie zaglądając im do garnków. W końcu doszedł do ubogiej kaplicy, zbudowanej z kilku desek. W środku krzyż i młody wystraszony sytuacją ksiądz. Papież przywołał go do siebie, zdjął z palca pierścień i przykazał, by kapłan sprzedał go za dobrą cenę, a pieniędzmi podzielił się z potrzebującymi – opowiadał fotograf. Jak podkreślał, Jan Paweł II rozdał mnóstwo pieniędzy ubogim. Przed każdą pielgrzymką prosił o wypłacenie wszystkich pieniędzy ze swojego konta. Ku zdziwieniu sekretarza stanu przed każdą następną pojawiały się na nim nowe środki potrzebne dla ubogich.

Taki był Jan Paweł II

Wśród wielu opowieści wierni ze szczególnym wzruszeniem wysłuchali historii wizyty Jana Pawła II w jednym ze szpitali w Zairze. – Papież odwiedzał chorych i zatrzymał się przy małym, może 2,5-letnim dziecku. Oblepiony muchami, z wydętym brzuszkiem maluch leżał pośród innych chorych. Jan Paweł II wziął dziecko na ręce, własną chusteczką otarł twarz, i zaczął kołysać w ramionach jak dobry ojciec. Po chwili delikatne pieszczoty sprawiły, że dziecko otworzyło oczy i zaczęło się uśmiechać. Znajdująca się obok matka wybucha płaczem, a spod łóżka zaczynają wychodzić inne dzieci, jak się okazało rodzeństwo malucha. Po chwili biała sutanna papieża zrobiła się ciemna od brudnych dziecięcych rączek. Jan Paweł II nie zwraca na to uwagi, oddaje dziecko matce i mówi: Módlmy się, trzeba się modlić; Matka Boża nie opuści nikogo. Później, przy wyjściu ze szpitala, papież zobaczył dwie siostry zakonne, klęknął przed nimi, ucałował ich dłonie, pobłogosławił i podziękował za pracę. To był Jan Paweł II.

Podsumowując wspomnienia, Arturo Mari mówił: – Jestem przekonany, że Matka Boża pchała go swoimi dłońmi, aby szedł do przodu. A on wziął w swoje ręce Kościół i zaprowadził go daleko modlitwą, ofiarą, miłością.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Jestem od poczęcia

Urodził się jako święty

2018-06-06 10:32

Rozmawia Lidia Dudkiewicz
Niedziela Ogólnopolska 23/2018, str. 12-14

Archiwum
Ks. Dolindo Ruotolo zostawił nam orędzie o bliskości Chrystusa i sile zaufania: „Jezu, Ty się tym zajmij!”

LIDIA DUDKIEWICZ: – Wydaje się, że zaczyna do nas docierać głos św. Jana Pawła II, który uważał, iż święci uratują świat. Dziś coraz bardziej zaludnia się kontynent cyfrowy – ludzie przenoszą się do przestrzeni wirtualnej – świat się laicyzuje, a jednocześnie biografia nieznanego wcześniej kapłana z Neapolu błyskawicznie staje się bestsellerem. Jak to wytłumaczyć? Skąd, zdaniem Księdza Profesora, bierze się dziś nadzwyczajna popularność ks. Dolindo Ruotolo?

KS. PROF. ROBERT SKRZYPCZAK: – Zaraz po Soborze Watykańskim II powstało poczucie ogromnego kryzysu chrześcijaństwa na Zachodzie. Było to związane z podziałami, które nastąpiły w Kościele. Z jednej strony stanęli wówczas zwolennicy szybkich zmian, podążania za postępem, dostosowania Kościoła do zmieniającego się świata, z drugiej – zwolennicy włączenia biegu wstecznego, powrotu do tradycji. A przy tym wszystkim mieliśmy pustoszejące kościoły, seminaria, zakony, kryzys zainteresowania modlitwą, kryzys spowiedzi – w związku z tym również odczuwania grzechu – kontestację nauczania Kościoła, wszystko, co przyniosła rewolucja seksualna w 1968 r. To naprawdę przerażało wielu obserwatorów, pasterzy i teologów zamiast dostarczać radość nowej wiosny Kościoła. Kard. Joseph Ratzinger w swojej głośnej książce „Raport o stanie wiary” napisał, że jeśli w Kościele nie pojawią się owoce świętości, to odbije on w sobie cały kryzys pokolenia. Tylko święci mogą ratować Kościół. I gdy przypatrujemy się historii chrześcijaństwa, widzimy, że kiedy dochodziło do zamętu, braku jedności, pesymizmu, Bóg budził wybitne jednostki – świętych, którzy ratowali Kościół. W wiekach średnich, gdy rozkwitały herezje, był to m.in. św. Dominik. Spójrzmy na ogromny wysyp świętych po Soborze Trydenckim – od mistyków hiszpańskich przez Ignacego Loyolę, Karola Boromeusza po Andrzeja Bobolę. Tak samo jest po Soborze Watykańskim II. Bóg wychodzi naprzeciw – a czasami uprzedza znaki kryzysu, wzbudzając świętych. W Polsce jesteśmy szczęściarzami – w zlaicyzowanym świecie wciąż stanowimy wyspę żywej wiary. Wciąż są u nas ludzie, którzy chętnie przychodzą do kościoła, biorą udział w pielgrzymkach, w rekolekcjach i w nabożeństwach, przystępują do sakramentów i chcą się nawracać.

– Z czego to wynika?

– Przez długi czas przeżywaliśmy ucisk wiary, prześladowanie, a poza tym jesteśmy pokoleniem dotkniętym zasiewem świętości, o którym wspomniałem. Jesteśmy pokoleniem, które miało wielkiego świętego – Jana Pawła II. I myślę, że duchowo to odczuwamy – nawet jeśli ktoś się zagubi, odłączy od praktykowanej wiary, gdzieś w głębi duszy ten posiew zostaje. Polacy są także bardzo wrażliwi na św. Faustynę, na św. Szarbela i podobnie teraz bardzo dobrze zareagowali na postać świętego kapłana z Neapolu.

– Czy mógłby Ksiądz Profesor przybliżyć duchową sylwetkę ks. Dolindo? Jego najbliższa żyjąca krewna twierdzi, że urodził się już jako święty.

– Myślę, że ks. Dolindo przemawia do nas bardzo mocno swoją postawą wewnętrznej radości w przeciwnościach. Oznacza to, że znalazł on prawdziwe oparcie w życiu. To bardzo ważne – dziś wielu ludzi nie ma na co ani na kogo liczyć. W związku z tym liczą na samych siebie i wpadają w przewlekły stres czy przerażenie, mówiąc: wszystko jest na mojej głowie, nikt mi nie pomaga. Tymczasem ks. Dolindo jest świadkiem szukania oparcia w miłości Boga, w Chrystusie. Nawet jeśli ktoś jeszcze nie poznał samej postaci kapłana z Neapolu, to zapewne słyszał wcześniej o modlitwie „Jezu, Ty się tym zajmij!”. To jest kwintesencja takiej postawy zaufania. Oczywiście, wymaga ona wyjaśnienia, nie wszyscy właściwie ją rozumieją. Łatwo można pomyśleć, że jest to pewien rodzaj spychologii, że przez ten akt zawierzenia wyznacza się Chrystusowi powinności, którymi sam nie mam ochoty się zająć. Nie o to chodzi. „Jezu, Ty się tym zajmij!” to akt radykalnego zaufania. Ks. Dolindo często mówił, że ludzie nie widzą Boga właśnie dlatego, że Mu nie ufają. Tymczasem Boga możesz zobaczyć, kiedy obdarzysz Go zaufaniem. Wywodzi się to wprost z Ewangelii – gdy ludzie przychodzili do Chrystusa ze swoimi sprawami, prosili Go o zdrowie dla siebie lub dla kogoś bliskiego, o uwolnienie od demona, Jezus często zaczynał od pytania o wiarę. Uzależniał spotkanie z Jego mocą od wiary człowieka, który do Niego przychodził. I nie chodziło o wiarę jako światopogląd religijny, ale o osobiste otwarcie, często wbrew oczywistym, namacalnym faktom.

– Jak realizowało się to w życiu ks. Dolindo?

– Została po nim potężna autobiografia pt. „Dolindo znaczy ból”. Opisuje on tam swoje życie – i rzeczywiście, jest to prawdziwe pasmo bólu i nieszczęść, które rozpoczęły się już w dzieciństwie. Jego rodzice się rozwiedli. Wcześniej jego ojciec, Rafaele, sadystycznie wychowywał swoje dzieci. Mały Dolindo nieraz był bity, za drobne przewinienia trafiał na długie godziny do komórki ze szczurami. Wtedy klękał i modlił się za tatę. W tak strasznych warunkach budziły się w nim miłość i zaufanie do Chrystusa! Później, jako chłopak, przeżywał niepowodzenia w szkole – co z pewnością było efektem wieloletniego udręczenia i zamknięcia. Został wysłany do prestiżowego liceum w Neapolu – był z niego dwukrotnie wyrzucony, następnie wstąpił do mniejszego seminarium duchownego – dostawał same dwóje, jedna po drugiej... Aż do momentu, kiedy pewnego dnia zwrócił się ze łzami do Matki Bożej: Maryjo, jeśli chcesz, żebym został księdzem, pomóż mi, żebym nie był takim kretynem – on tak często o sobie mówił... Sam nie mógł nic zrobić, oddał się w ręce Maryi i prosił o wstawiennictwo – i to był moment zaufania. Zerwał się nagły podmuch wiatru, aż obrazek, który stał na półce, niespodziewanie znalazł się na jego czole. I ten symboliczny moment go odblokował. Okazało się, że w chłopcu drzemie ogromny intelekt. Już jako młody kapłan rozpoczął coś, co dzisiaj moglibyśmy nazwać duszpasterstwem akademickim, ówcześnie zupełnie nieznanym. Ponieważ cechowała go ogromna miłość do Pisma Świętego, zaczął studiować język hebrajski, dużo czytał i modlił się. Szybko stał się słynny z powodu swoich biblijnych katechez, które głosił w kościołach i w domach – a to gromadziło wokół niego wielu studentów, młodych ludzi. Znajdowali oni w ks. Dolindo niezwykłego ewangelizatora, spowiednika i ojca duchowego. To, oczywiście, budziło w wielu ludziach coś odwrotnego: zazdrość, zawiść, pomówienia, próby wplątania go w lokalne afery... Jak wiemy, te doprowadziły ks. Dolindo do postawienia go przed Świętym Oficjum, oskarżenia o herezję i, ostatecznie, do lat suspensy. Ks. Dolindo cierpiał, ale nigdy nie odpłacił złem za zło. Nie słyszano, żeby kiedykolwiek narzekał, pomstował czy kogoś krytykował. Nie pozwalał także innym ludziom na szemranie przeciwko Kościołowi czy pasterzom. Zawsze powtarzał, że Kościół to Jezus. To była jego ulubiona definicja. Jednocześnie jest to serce Dobrej Nowiny: w Kościele pośród ludzkich grzechów i mimo ludzkiej słabości działa Chrystus – nieskończenie potężniejszy od nas. Ks. Dolindo doskonale to rozumiał i wiedział, że trzeba przede wszystkim ufać Jezusowi.

– Biografia ks. Dolindo cieszy się wielkim zainteresowaniem zwłaszcza wśród księży. Świadectwo jego życia dla wielu z nich stanowi umocnienie w powołaniu... Dlaczego? Co kapłani odkrywają w życiu księdza z Neapolu?

– Często spotykam się z kapłanami, którzy chętnie rozmawiają na temat ks. Dolindo, pytają o niego, czasem piszą do mnie z prośbą o więcej jego pism w języku polskim. Wiem, że także niektórzy księża biskupi są poruszeni postacią kapłana z Neapolu. Ostatnio zostałem nawet poproszony, by w jednej z diecezji poprowadzić dzień formacyjny dla kapłanów właśnie na temat ks. Dolindo. Słyszę świadectwa, że ks. Dolindo uratował już niektórych kapłanów z sytuacji kryzysowych, wątpliwości, cierpień, które zamieniały się w zniechęcenie. Są także kapłani, którzy w tej intencji pojechali do Neapolu – modlić się przy grobie ks. Dolindo, by powierzać tam swoje kapłaństwo... Ks. Dolindo rzeczywiście jest dużym wsparciem w tym powołaniu. Dlaczego? Myślę, że wszyscy jesteśmy w kruchym momencie zaburzenia tożsamości i jest to generalny powód duchowego cierpienia wielu ludzi. Coraz mniej oczywista staje się odpowiedź na pytanie, co to znaczy być kobietą, mężczyzną, matką, ojcem, małżonkiem... To dotyka również kapłanów, którzy często tracą z oczu jednolity model bycia pasterzem, wpadają w myślenie, że bycie dobrym księdzem oznacza bycie menadżerem, organizatorem pielgrzymek, turniejów sportowych, bycie dobrym psychologiem czy budowniczym... Wtedy pomija się to, co dla każdego księdza powinno być najbardziej smakowite – głoszenie ludziom Ewangelii i dawanie Chrystusa w sakramentach. Z tego płyną miłość, pokora, prostota – to jest jako pierwsze kojarzone z byciem człowiekiem Boga i tego przede wszystkim oczekują od nas wierni. Właśnie taki model kapłaństwa pokazuje ks. Dolindo. Wystarczy dzisiaj pojechać do Neapolu i spytać tamtejszych mieszkańców o „padre Dolindo” – natychmiast się ożywiają i zaczynają opowiadać o jego dobroci. Tymczasem dzisiaj księża starają się być profesjonalistami w konkretnych świeckich dziedzinach, a to często jest przyczyną wewnętrznego znerwicowania i w konsekwencji prowadzi do kryzysów. Ks. Dolindo wiedział, że chodzi o to, by mieć w sobie dobroć samego Chrystusa.

– „Nic, co wyszło spod pióra ks. Dolindo, ani jedno słowo, nie może być zaprzepaszczone. Święty to kapłan” – powiedział św. Ojciec Pio. Ksiądz Profesor sprawił, że Polacy otrzymali porcję dzieł ks. Dolindo pt. „W twej duszy jest niebo. Konferencje i świadectwa”. Co znajdziemy w tej książce?

– Bardzo się cieszę, że ta książka mogła się ukazać w Polsce. To zaledwie pierwsza próbka dzieł ks. Dolindo. Jego dziedzictwo jest naprawdę imponujące, bo zostawił on m.in. 33 tomy komentarzy do Pisma Świętego, autobiografię, która liczy ponad 2 tys. stron, ogromną liczbę listów do kapłanów... Moim marzeniem jest, by móc je udostępnić polskim księżom. Osobiście jestem już 20 lat po święceniach i dość trudno mnie zaskoczyć, ale kiedy czytałem listy ks. Dolindo do kapłanów, nieraz miałem gęsią skórkę. Poza tym jest wiele jego prac teologicznych o życiu Jezusa, o Duchu Świętym, są teksty na temat Matki Bożej. Swoją ostatnią książkę poświęcił właśnie Jej – żył z Nią w dużej bliskości, przez większość życia odczuwał Jej obecność, towarzyszyła mu we wszystkich trudnych momentach aż do ostatnich lat – ciężkiej choroby, udaru i jego skutków. Właśnie w takiej sytuacji podjął się napisania wielkiego dzieła o Maryi, w którym, jak mówi, Ona sama przekazywała mu rzeczy, które powinien był napisać. Doznawał przy tym ogromnych ataków ze strony złego ducha, demon bardzo nie chciał, by ta książka powstała. Chciałbym, by te wszystkie prace dotarły do jak najszerszego grona. Było to zresztą także życzenie ks. Dolindo, które wyraził w swoim testamencie. Proszę czytelników o modlitwę, by to było możliwe. Sama książka „W twej duszy jest niebo” zawiera natomiast bezcenne świadectwo Enziny Cervo, jednej z duchowych córek ks. Dolindo, kobiety, która opiekowała się nim w ostatnim okresie życia. Druga część to próbka zakosztowania konferencji na temat Bożej miłości, które ks. Dolindo wygłaszał w różnych częściach Neapolu – czasem nawet po osiem razy dziennie – w kościołach i w domach... Czytelnik wreszcie może posmakować słów ks. Dolindo i odkryć, co było pociągające w jego sposobie głoszenia.

– A skąd tytuł książki?

– Tytuł jest diagnozą, którą św. Ojciec Pio postawił ks. Dolindo. Ojciec Pio znał ks. Dolindo, odsyłał nawet do niego swoich penitentów. Gdy nieraz do San Giovanni Rotondo przyjeżdżali neapolitańczycy, pytał ich: – Dlaczego przyjeżdżacie do mnie? Macie świętego u siebie! Do spotkania tych dwóch mistyków doszło w 1958 r. – 10 lat przed śmiercią Ojca Pio. Ks. Dolindo pojechał do niego razem z biskupem pomocniczym Neapolu. Gdy przyjechali do San Giovanni Rotondo i udało im się spotkać z Ojcem Pio, a ks. Dolindo poprosił go o spowiedź, ten spojrzał na niego i powiedział: – Chcesz się wyspowiadać? Przecież ty cały jesteś błogosławiony! Kiedy potem się żegnali, Ojciec Pio powiedział do ks. Dolindo właśnie te słowa: – W twej duszy jest niebo. Wszystkich to bardzo poruszyło, pytali potem ks. Dolindo, co to znaczy. Pomyślałem, że to diagnoza, którą stawiają sobie nawzajem święci, by dodać odwagi, umocnić się, dać świadectwo, które płynie od samego Ducha Świętego. Myślę, że to był właśnie taki moment, dotyczący identyfikacji tego świętego kapłana. Jaka nauka płynie z tego dla nas? Ludzie nieraz szukają nieba w zaświatach, w wyobraźni, myślą o tym, że niebo będzie po śmierci... A można je nosić w sobie.

– Ks. Dolindo jeszcze nie został oficjalnie wyniesiony na ołtarze. Jak wygląda jego proces beatyfikacyjny? Czy prawdziwa jest opinia, że ostatnio Polacy wpłynęli na przyspieszenie procesu?

– Ks. Dolindo zmarł 19 listopada 1970 r. i został pochowany na cmentarzu parafialnym. Po dwóch latach na prośbę wielu wiernych, którzy nieustannie gromadzili się tam na modlitwie, dokonano ekshumacji jego ciała. Został przeniesiony do kościoła pw. Matki Bożej z Lourdes i św. Józefa przy Via Salvatore Tommasi w Neapolu, gdzie służył za życia. Proces beatyfikacyjny – zbieranie materiałów, świadectw, dokumentacji – rozpoczął się bardzo szybko, zaraz po śmierci ks. Dolindo. Niestety, pierwszy postulator zmarł, a drugi, który zajmował się tą sprawą, w pewnym momencie ze względu na trudną sytuację zgromadzenia zakonnego, do którego należy, został zablokowany. Siłą rzeczy sam proces również zablokowano. Jest on na poziomie uznania heroiczności cnót ks. Dolindo – co oznacza, że ks. Dolindo ma tytuł sługi Bożego. Rzeczywiście – pod wpływem licznie przyjeżdżających pielgrzymów z Polski proboszcz parafii, w której spoczywa ks. Dolindo, postanowił napisać świadectwo do kardynała Neapolu. W odpowiedzi neapolitańska Kuria podjęła decyzję o reaktywacji procesu beatyfikacyjnego. Na nowo jesteśmy proszeni o zbieranie świadectw dotyczących pomocy ks. Dolindo, czekamy na świadectwa cudów fizycznych, uzdrowień, które dokonały się za jego wstawiennictwem. Kiedy usłyszeliśmy tę odpowiedź kardynała Neapolu zawartą w liście przeczytanym podczas Mszy św. odprawionej w rocznicę śmierci ks. Dolindo w ubiegłym roku, bardzo wzruszona Grazia, jego bratanica, powiedziała: „Wy, Polacy, doprowadzicie ten proces do końca”. Dzięki temu, że ks. Dolindo został zaprezentowany, doświadczamy w Polsce przebudzenia, otwarcia się na jego przesłanie. Mam nadzieję, że jeśli uda się przetłumaczyć publikacje na inne języki, duchowość tego kapłana zacznie dotykać serca ludzi na całym świecie. Osobiście jestem przekonany, że Bóg w tym pokoleniu postanowił zapalić dwa wielkie reflektory. Jednym jest to, co zostało przekazane światu dzięki ubogiej i pokornej zakonnicy z Polski – s. Faustynie Kowalskiej. To pokolenie bardzo potrzebowało przesłania o Bożym Miłosierdziu, odkrycia na nowo tego, zapomnianego nieco, aspektu Dobrej Nowiny. Przyjęli je ludzie, którzy zostali zmasakrowani przemocą, bestialstwem, okropnością grzechu i podłości, które pojawiły się w postaci wojen, totalitaryzmów, nazizmu i komunizmu, tego ogromnego zła i cierpienia. Natomiast drugi reflektor, moim zdaniem, Bóg zapalił w Neapolu. To jest inny aspekt Ewangelii – przesłanie o obdarzeniu Chrystusa całkowitym zaufaniem i objawienie się Boga poprzez zewnętrzne doświadczenie Jego czułości. Ks. Dolindo szczególnie przemawia do ludzi w dzisiejszych czasach: zmęczonych, zagubionych, będących w nieustannej gonitwie... Trafia do ludzi, którzy nie dają rady pogodzić wszystkich obowiązków, do tych, którzy są nieustannie przytłoczeni życiowymi okolicznościami, świadomością wziętych kredytów i koniecznością ich spłaty, do ludzi, którzy są zmuszani do całkowitej dyspozycyjności w wielkich korporacjach... Niestety, nieraz za cenę oddalenia się od modlitwy, sakramentów, Kościoła – to jest haracz, który postnowocześni ludzie składają bożkowi cywilizacji. W związku z tym odczuwają wewnętrzne wyjałowienie, duchowy głód. Ks. Dolindo udziela odpowiedzi, na którą od dawna czekali – możliwości zaznania dotyku Boga, Jego miłości i czułości, a także ogromnej siły, która płynie z wiary. Jezu, Ty się tym zajmij!

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Skaldowie w hołdzie Janowi Pawłowi II

2018-06-22 13:47

Anna Buchar

Kilkadziesiąt osób przybyło wczoraj wieczorem na Ostrów Tumski, aby wysłuchać koncertu zespołu Skaldowie. Koncert pięknie wpisał się w 35. rocznicę wizyty św. Jana Pawła II we Wrocławiu.

Anna Buchar
koncert poprzedziła katecheza Jana Budziszka

Występ Skaldów poprzedziła katecheza perkusisty zespołu, Jana Budziaszka. - Musimy zdać sobie sprawę z tego, że największe wydarzenia XX w. zostały zbudowane na różańcu. Wiedzieli o tym Ojciec Pio, Matka Teresa z Kalkuty i Jan Paweł II. Ojciec święty rozdał Polakom 40 mln różańców. Każdy, kto do niego przychodził, bez względu na to, jakiej był narodowości i wyznania, dostawał od niego tą najważniejszą broń przeciwko szatanowi. Maryja we wszystkich swoich objawieniach prosiła nas tylko o jedno, byśmy odmawiali różaniec. Dlatego pójdźmy za Jej głosem i odmówmy dziesiątek różańca, za naszego wielkiego rodaka, św. Jana Pawła II – zachęcał Jan Budziaszek, a za jego głosem publiczność odmówiła wspólną modlitwę.

Na scenie pojawił się także bp Jacek Kiciński, który wspomniał na wydarzenia sprzed 35 lat. - Dzisiejszy wieczór jest dla nas szczególny, ponieważ dziękujemy Panu Bogu za to, że 35 lat temu mogliśmy na wrocławskiej ziemi gościć i spotkać się z naszym pasterzem, dziś już św. Janem Pawłem II. W dzisiejsze przedpołudnie miałem okazję i wysłuchałem tych wszystkich słów, które Ojciec Święty skierował do nas, do mieszkańców Dolnego Śląska. W swojej homilii wskazał nam przede wszystkim na naszą patronkę św. Jadwigę, która uczy nas wiary, zaufania, pojednania i jedności. To co powiedział Ojciec Święty 35 lat temu okazuje się dzisiaj niezwykle aktualne. Dlatego cieszę się, że możemy wspólnie podziękować Panu Bogu za dar św. Jana Pawła II i że możemy wracać do tego testamentu, który nam pozostawił – mówił bp Jacek Kiciński.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Jestem od poczęcia

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem