Reklama

Stowarzyszenie Przyjaciół Ludzkiego Życia - 1%

"Tak właśnie mamy się modlić" - Wincenty Łaszewski, wielki mariolog

2017-06-09 09:00

Edyta Tombarkiewicz

blogpress.pl, YouTube.com

Wincenty Łaszewski, wielki mariolog, najbardziej znany polski autor książek o Matce Bożej dzieli się z nami szokującym wyznaniem: Studiowaniu mariologii i kultu maryjnego poświęcałem wszystkie wolne chwile, dryfując trochę ku temu, o czym mówi papież Benedykt XVI "uważajcie, bo najlepszym teologiem, o którym Jezus wspomina, jest diabeł", aż zrozumiałem, że po pierwsze wcale nikogo do Pana Boga nie przyciągam, a po drugie - żaden ślad po tym nie zostanie.

Edyta Tombarkiewicz: Od kiedy Maryja stała się dla Pana ważna?

U mnie nie zaczęło się to ani od żadnego objawienia, ani od rekolekcji, ani od odkrycia przez kogoś tajemnicy piękna i mocy Matki Bożej. Zaczęło się od drogi intelektualnej. Na początku 1976 roku zafascynowała mnie tajemnica Matki Najświętszej jako ideału człowieka zjednoczonego w pełni, bardziej niż ktokolwiek inny, z Bogiem, który Jest.

Wtedy byłem w miarę młody, a młodzi stawiają pytania o tym kim jest człowiek, jak stać się w pełni sobą – szczęśliwym. Ja gdzieś wewnętrznie wyczuwałem, że taką drogą, by poznać prawdę o sobie jest Matka Najświętsza. Tuż po lekturze książki "Na wschód od Edenu" Steinbecka, zapadły we mnie słowa jednego z jej bohaterów: "Pamiętaj, człowiek nie będzie słuchał opowieści, która nie mówi o nim". Zrozumiałem wtedy, że cokolwiek człowiek bada – opowiada to tak naprawdę sobie, a nauka nas niesie tylko wtedy, kiedy w niej odkrywamy kawałek siebie.

Czy to wprowadziło Pana w świat nauki?

Na pewno. Tak między innymi trafiłem na studia mariologiczne. Zacząłem pochylać się nad historią Matki Bożej jak nad niezrozumiałą dla mnie tajemnicą mnie samego i każdego innego człowieka pytając Boga: 'Jak na przykładzie tajemnicy niepokalanego poczęcia Maryi człowiek może się spełnić i być szczęśliwy' . Ona jest bez grzechu, a więc mogła w pełni odpowiedzieć na wolę Bożą. A ja, pochylając się nad Nią, czułem że w pewien sposób doświadczam łaski reparacji mojego życia, żeby ono było też takie dobre, piękne i szczęśliwe.

Kim więc była dla Pana Matka Boża?

Była nie tyle wzorem kobiety, archetypem matki, co wzorem każdego człowieka – i mężczyzny i kobiety. Studiowałem ten temat przez trzynaście lat. Maryja, oprócz tego, że się do Niej modliłem, stała się moim przedmiotem badawczym, który prowadził mnie do prawdy o sobie i drugim człowieku. Pasjonowałem się antropologią, bo człowiek potrzebuje znaleźć klucz do pełni życia, do szczęścia.

Reklama

Otworzyła się więc przed panem kariera naukowa?

W międzyczasie zrobiłem doktorat, zacząłem drogę habilitacji w Augsburgu, tak więc byłem na progu jakiejś pseudokariery w Kościele jako mariolog i nagle zrozumiałem, że to wszystko jest tak naprawdę na nic. Otrzymałem przekonanie, że nikogo w ten sposób nie zbliżę do Matki Bożej, bo ta piękna teologia jest hermetycznie zamknięta w swoim słownictwie, może czasem cytowana na wykładach w seminarium, ale to nikogo nie nawróci. Mało tego – nie pozostanie po tym śladu! Dziś prawie nikt nie pamięta kim był Karl Rahner. Studiowaniu mariologii i kultu maryjnego poświęcałem wszystkie wolne chwile, dryfując trochę ku temu, o czym mówi papież Benedykt XVI "uważajcie, bo najlepszym teologiem, o którym Jezus wspomina, jest diabeł", aż zrozumiałem, że po pierwsze wcale nikogo do Pana Boga nie przyciągam, a po drugie – ślad po tym nie zostanie. Gwoździem w tym wszystkim było odwrócenie definicji pojęcia 'teologia'. Skoro teologia to nauka o Bogu, to przedmiotem badawczym teologii jest Bóg.

Przedmiotem, a nie Osobą! Martwy przedmiot: Pan Bóg, Matka Najświętsza. Ja, który zajmowałem się tak półprofesjonalnie teologią miałem w ręku taki oto przedmiot, na którym robiłem różne sekcje, żeby pokazać coś, czego jeszcze nikt nie pokazał. Tego samego dnia zerwałem z teologią na dobrych parę lat. A w porzuceniu tej dziedziny pomogło mi zrozumienie, że jedyną teologią jaka jest dla Kościoła skarbem, który wciąż w nim trwa, jest teologia świętych. A ponieważ mnie do świętości było dalej niż komukolwiek, uznałem, że Pana Boga nie znam i nie mam prawa się Nim zajmować, bo był dla mnie przedmiotem nauki, a nie Osobą.

Ale jednak nie był to koniec?

No nie, bo potem Kościół jakoś sam mnie odszukał. Poproszono mnie, abym, będąc przygotowany teologicznie, zajął się tym, co najbardziej ludziom jest potrzebne: tematem objawień fatimskich. Zadzwonił do mnie w tej sprawie ks. Mirosław Drozdek z Zakopanego. Znalazł mnie, bo popełniłem zakończenie do jednej z pierwszych w Polsce książek o Fatimie. Zaczął mnie swoim kolbiańskim Bożym szaleństwem pociągać. Matka Boża Fatimska była dla niego absolutnie wszystkim. Poświęcał na Nią każdą chwilę swojego życia, ze snem włącznie. A ja w tamtym okresie życia szukałem jakiegoś duchowego mistrza, dla którego jest tylko Bóg i nic więcej. I wtedy odkryłem to, czego tak się obawiałem – cały świat maryjnej pobożności, znaków, interwencji, matczynej opieki Maryi i Jej pochylania sie nad światem. Zachwyciłem się też objawieniami w Guadalupe, a słowa, które Maryja tam wypowiedziała są żywe w moim sercu, aż do dziś.

Wrócił Pan do roli eksperta od Matki Bożej?

Chyba nie, bo nie umiałem znieść sposobu, w jaki o Niej pisano. Kiedyś ktoś przysłał mi książkę o Maryi do recenzji, a ja strasznie tego autora skrytykowałem, że to co napisał jest bez sensu, teologicznie niepoprawne, a do tego ta treść ludzi nie zmieni, bo przez nią człowiek nie rozwinie w sobie tęsknoty za byciem świętym, tak jak Maryja, która zawsze była z Bogiem. W odpowiedzi usłyszałem: 'jak Pan jest taki mądry, to niech Pan napisze lepiej!'. I tak mnie to dziwnie dotknęło. Poczułem, że może rzeczywiście moim obowiązkiem jest spróbować. Pojawiły się wtedy różne zamówienia od wydawców, zacząłem coś pisać i, ku mojemu zdumieniu, oni to przyjmowali. Dziś, już nie do końca utożsamiałbym się z tymi tekstami, bo człowiek z wiekiem patrzy na siebie krytyczniej, ale zawsze traktowałem to jako służbę w Kościele wyznając naczelną zasadę, że nie napiszę nic, nie mając pewności, że nikt tego jeszcze nie zrobił i chyba długo nie zrobi. Po śmierci Jana Pawła II mówiono o nim w mediach, rozważano wszystko, oprócz faktu 'Totus Tuus', z którego wynikało praktycznie wszystko, cokowiek robił. Przez dwa lata nikt nic o tym nie wspomniał, więc napisałem książkę: "Cuda Maryi w życiu Jana Pawła II", żeby pokazać o nim prawdę. No i tak ta moja służba wyglądała do roku 2012, kiedy urodziło się nam niepełnosprawne dziecko.

Jak zmieniło to Pana patrzenie na teologię i sens życia?

Zobaczyłem przede wszystkim jak wielką miłość do takiego dziecka ma jego matka, zapomina o wszystkim, a całe swoje życie poświęca na jego rehabilitację. Słowo rehabilitacja w języku teologicznym oznacza 'przywrócenie człowiekowi godności, odkrycie jego piękna'. A to był przecież motyw moich naukowych poszukiwań, nosząc przekonanie, że Maryja mnie zrehabilituje, że w Niej mogę odkryć w pełni swoją godność jako Bożego stworzenia. Przy takim dziecku wszystkie plany idą w niepamięć i człowiek odkrywa nowy sens, o wiele głębszy, wręcz namacalny. Zobaczyłem siebie wtedy jako niepełnosprawne dziecko Matki Bożej, grzesznika, który przewraca się i wstaje, a jego postęp nie zależy od siły jego woli. Ja jestem niepełnosprawnym dzieckiem, które Matka Boża musi uczyć chodzić, mówić. Mam świadomość, że nigdy nie będę dobrze chodzić, ani dobrze mówić, ale jak będzie trzeba, to Matka Boża weźmie mnie na ręce i poniesie.

Kościół zawsze głosił, że Maryja ma w naszym życiu bardzo osobistą, dotykalną rolę, ale dopóki człowiek nie ma w życiu wydarzenia, które pomoże mu to przeżyć, to tego nie zrozumie.

Ostatnio spotkał się Pan z tysiącami osób na Maryjnym Forum Charyzmatycznym w Szczecinie, jakie było Pana wrażenie takiego Kościoła, który właśnie dotyka nieba?

Ja nigdy nie byłem charyzmatykiem, moja duchowość jest ukryta, ale w tych dniach odkryłem prawdziwą Matkę Bożą. Wcale nie tańczącą, mówiącą językami, czy śpiewającą, ale taką szarą, zwyczajną, że gdyby się pojawiła pośród nas, to byśmy Jej nie poznali, bo Ona tylko serce ma inne. To doświadczenie mi pokazało, że my Jej zupełnie nie znamy i nie wpuszczamy do swojego życia. Mówimy 'przyjdź, wejdź, prowadź', ale to są tylko słowa za którymi niewiele stoi. Krzywdzę teraz pewnie 99,9 procent wierzących.

To czego nam brakuje?

Doświadczenia wiary, które miała Maryja. Nasza wiara wynika bardziej z przekazu rodziców, katechezy, kazań niedzielnych, rekolekcji, ale nikt z nas nie powie jak kardynał Stefan Wyszyński: "Wiem! Dlatego wierzę". To jest właśnie doświadczenie zupełnie innego świata. I zrozumiałem, że to dotyczy także Matki Najświętszej, która jest w takim Kościele. 'Oni nie są z tego świata' – mówił Jezus. A Matka Boża, która jest blisko, która jest jakby kluczem do Serca Jezusa, jest nam niezbędna, żebyśmy zrozumieli, że ten cały świat supermarketów, gonienia za byciem młodym, pięknym, zawsze zdrowym i bogatym - jest niczym. Ten prawdziwy Kościół, który zwycięży szatana, zgromadzi się wokół Maryi. Będą to ludzie o większym doświadczeniu Boga, niż tego świata, a Matka Boża ma nas do tego doprowadzić.

Co by Pan poradził tym osobom wierzącym, które jeszcze osobiście nie znają Maryi?

Sercem odmawiać różaniec. Spotkałem teraz charyzmatyków, którzy rzeczywiście wołaja do Boga i On się odzywa. Sam tego doświadczyłem, że Pan Bóg jest na tyle prawdziwy, że jeśli człowiek Go prawdziwie woła, to On prawdziwie jest. Natomiast ci ludzie wielkiej modlitwy i pokornego przyjmowania Jego natchnień, nie umieli sercem odmawiać różańca. Uznaję za niezbędne połączenie w Kościele charyzmatów, czyli wymiaru proroczego, z tym tradycyjnym, wielkim różańcem – to by był naprawdę wybuch nadprzyrodzoności. Ludzie Kościoła muszą znaleźć w sobie doświadczenie Pana Boga, inaczej nic z tego nie będzie – nie uradują się Kościołem, Komunia Święta będzie dla nich przyjmowaniem wafelka, a różaniec - klepaniem zdrowasiek.

To jak mamy się modlić?

Anioł w Fatimie pokazał dzieciom jak aniołowie w niebie padają przed majestatem Boga na twarz. Niosły one w sercu przez całe swoje krótkie, a w przypadku Łucji – długie życie: obraz modlitwy anioła na kolanach, padającego głową w proch. Warto zamknąć się w swoim pokoju i paść przed Bogiem właśnie w ten sposób, a doświadcza się wtedy, że jestem zerem, naprawdę nikim, że moje wielkie zdanie o sobie samym jest nic nie warte; a jednocześnie, że Bóg jest nieskończonością, a człowiek – jednością, bo Pan Bóg stworzył także nasze ciała. Wtedy nawiązuje się właściwa relacja między człowiekiem a Bogiem i Pan Bóg może nasze serca włożyć w Siebie. I to nie jest teologia, od której dziś rozmowę zaczęliśmy, a doświadczenie. Dopiero w tym miejscu zaczyna się przygoda z Bogiem, która zmienia człowieka.

Rozmawiała: Edyta Tombarkiewicz

Wywiad jest częścią akcji Pokochaj Maryję organizowanej przez Fundację Holy Mary Team: www.hmt.org.pl lub www.facebook.com/holymaryteam.

Tagi:
wywiad rozmowa Maryja

Nie mówimy już „panie władzo”

2018-03-21 09:41

Z mł. insp. dr. Mariuszem Ciarką rozmawia Wiesława Lewandowska
Niedziela Ogólnopolska 12/2018, str. 36-37

O trudnej pracy policji i jej relacji ze społeczeństwem z mł. insp. dr. Mariuszem Ciarką – rzecznikiem prasowym Komendy Głównej Policji – rozmawia Wiesława Lewandowska

Krzysztof Świertok

WIESŁAWA LEWANDOWSKA: – Mimo upływu ponad ćwierćwiecza wydaje się, że na stosunku polskiego społeczeństwa do policji wciąż ciąży niechlubna scheda po Milicji Obywatelskiej; raczej boimy się policjanta, niż widzimy w nim stróża naszego bezpieczeństwa. Czy dla codziennej służby policyjnej to wciąż duży problem, Panie Inspektorze?

MŁ. INSP. DR MARIUSZ CIARKA: – Coraz mniejszy. Dlatego m.in., że cały czas wzrasta liczba policjantów z powołania, z prawdziwą pasją. Coraz więcej mamy dziś policjantów, którzy już w szkole średniej wybierali klasę o profilu policyjnym (takich klas jest dziś w Polsce kilkadziesiąt). Osoby, które decydują się na bardzo trudną rekrutację do policji – chyba jedną z najtrudniejszych spośród wszystkich innych zawodów – z góry godzą się na konieczne w tej służbie wyrzeczenia. Wiedzą, że mają chronić ludzi i nieść im pomoc, nawet z narażeniem własnego życia.

– Można dziś, Pańskim zdaniem, mówić, że w służbie policyjnej zaszła już taka jakościowo-osobowościowa dobra zmiana, iż obywatele zaczynają ją doceniać i szanować?

– Jak najbardziej. Widać to na co dzień i w odniesieniu do konkretnych policjantów, mimo że zdarza się, iż niektóre media nie są policji przychylne. To, że 89 proc. Polaków uważa dziś, iż Polska jest krajem bezpiecznym, a aż 95 proc. oświadcza, że czuje się bezpiecznie w miejscu swojego zamieszkania, o tej dobrej zmianie świadczy. Z badania opinii społecznej wynika też, że policja cieszy się ponad 72-procentowym zaufaniem, co sytuuje ją na drugiej pozycji wśród badanych instytucji, tuż po samorządach. To wynik przede wszystkim dużego zaangażowania policjantów, których na co dzień spotykamy, a którzy pełnią tę odpowiedzialną służbę.

– Kiedy zaczęło się odczuwalnie zmieniać postrzeganie policji przez polskie społeczeństwo? Kiedy przestano ją już wiązać z nielubianą MO?

– Ta przemiana nastawienia społecznego następowała powoli. Jest ona efektem ciężkiej pracy policjantów i kierownictwa policji od początku jej istnienia, czyli od zmiany nazwy w 1990 r. Na początku, oczywiście, brak było zaplanowanego, profesjonalnego podejścia do zmiany niektórych starych nawyków, konieczna tu była wręcz przemiana mentalności – nie tylko samych policjantów, ale i całego społeczeństwa. Mówi się, że na to potrzeba co najmniej dwóch pokoleń... W policji widać już wyraźnie zmianę pokoleniową, mamy coraz więcej młodych policjantów, zupełnie inaczej podchodzących do życia.

– I naprawdę cieszą się oni już należnym tej instytucji respektem?

– Tak zwykle jest, choć to podejście bywa różne. Nikt dziś do młodego policjanta nie mówi: „panie władzo”, bo i nie o to tu przecież chodzi, lecz o to, by policjant był doceniany i szanowany – jako ten, kto potrafi zapewnić każdemu potrzebną mu ochronę, potrafi pomóc niemal dosłownie w każdej sprawie związanej z bezpieczeństwem, a czasem także w innych. Policja to pomoc i ochrona – POMAGAMY I CHRONIMY. Na takie właśnie ukształtowanie służby policyjnej szczególny nacisk kładzie obecne kierownictwo MSWiA i policji. Zdajemy sobie sprawę, że dobry wizerunek i zaufanie ludzi są ważnymi elementami dobrej i skutecznej pracy policjanta. Policjant nie tylko niesie pomoc ludziom, ale też sam jej potrzebuje – potrzebuje współpracy z ludźmi.

– Współpraca z policją – czy w potocznym odczuciu nie brzmi to wciąż nagannie?

– Sądzę, że także w tej sprawie zaszła już duża zmiana. Ludzie zdecydowanie chętniej z nami współpracują, informują nas o tym, co ich niepokoi, i nie jest to traktowane jako donosicielstwo, jak to wcześniej bywało. Wyraźnie zwiększa się w naszym społeczeństwie poczucie współodpowiedzialności za bezpieczeństwo. A wynika to przede wszystkim ze zmiany postawy samych policjantów, którzy wiele czasu poświęcają na spotkania i rozmowy z ludźmi, niekoniecznie przy okazji interwencji czy w związku z przestępstwem. Znakomitym narzędziem ułatwiającym współdziałanie obywateli z policją jest funkcjonująca już od półtora roku internetowa Krajowa Mapa Zagrożeń Bezpieczeństwa, dzięki której każdy z nas ma wpływ na zwiększenie poczucia bezpieczeństwa przez wskazywanie swoich spostrzeżeń policji. Mapa ta powstała po szerokich konsultacjach prowadzonych przez policjantów w całej Polsce. Dopytywaliśmy, co powinno się na niej znaleźć, jakie kategorie zagrożeń powinniśmy wyszczególnić. Do dziś mapa ma już ponad 3 mln odsłon.

– Rolą Krajowej Mapy Zagrożeń Bezpieczeństwa jest ostrzeganie przed niebezpiecznymi miejscami w celu ich unikania?

– To by było o wiele za mało! Tę mapę, zamieszczoną na stronach internetowych policji, tworzą ci, którzy chcą nas poinformować o rozmaitych zagrożeniach lub uciążliwościach w miejscu swojego zamieszkania. Nie trzeba mieć wielkiej wiedzy o komputerach, wystarczy się zalogować na Krajowej Mapie Zagrożeń Bezpieczeństwa – także za pomocą odpowiedniej aplikacji w telefonie – wybrać swoją miejscowość, ulicę, konkretne miejsce i zaznaczyć wybrany problem albo go opisać. W zgłoszeniu można poruszyć najrozmaitsze kwestie – od związanych z miejscami gromadzenia się narkomanów, osób spożywających alkohol, wagarowiczów, po złe oznakowanie dróg, kłusownictwo itp. Jesteśmy zobowiązani do sprawdzenia, czy te konkretne problemy rzeczywiście w danym miejscu istnieją, a następnie staramy się je rozwiązać. Nie ignorujemy nawet najdrobniejszej informacji i weryfikujemy ją w możliwie najkrótszym czasie. Chodzi tu, oczywiście, o te zdarzenia i wykroczenia, które najbardziej nurtują społeczeństwo – nie o przestępstwa, bo w ich przypadku tryb składania zawiadomień reguluje Kodeks postępowania karnego. Za pośrednictwem Krajowej Mapy Zagrożeń Bezpieczeństwa nie możemy zgłaszać również tych zdarzeń, które wymagają natychmiastowej interwencji – tu, oczywiście, mamy do dyspozycji numery alarmowe: 997 lub 112.

– Zarówno przy wielkim, jak i małym zagrożeniu liczy się przede wszystkim szybkość interwencji policyjnej, a więc fizyczna bliskość policji. A z tym chyba wciąż nie jest najlepiej, zwłaszcza poza miastami?

– Aby poprawić ten stan rzeczy, po 2015 r. minister spraw wewnętrznych i administracji podjął decyzję o przywracaniu zlikwidowanych przez poprzednie rządy posterunków policyjnych w małych miejscowościach, wszędzie tam, gdzie to możliwe i zasadne – co wnikliwie badamy – i gdzie lokalne społeczności oraz samorządy wyrażają taką wolę. Do dziś odtworzono już blisko 80 posterunków i w miarę możliwości będzie ich jeszcze przybywać. Zmierzamy więc ku temu, aby policjanci byli jak najbliżej ludzi, także w tych najmniejszych miejscowościach. I chociaż nie powstają tam wielkie komisariaty z dużą liczbą funkcjonariuszy, to już kilku policjantów buduje poczucie bezpieczeństwa oraz swoistą dumę lokalną. Chcielibyśmy, aby dobrze wyposażony posterunek policji nie tylko dawał większe poczucie bezpieczeństwa, ale też by był szanowaną instytucją lokalną, by stanowił o prestiżu danej miejscowości.

– Przez całe lata III RP policjanci narzekali na zbyt wielkie obciążenie pracą papierkową, byli zresztą kojarzeni raczej z przewlekłą, mało efektywną pracą urzędniczą niż ze skutecznym zapewnianiem bezpieczeństwa...

– Zmieniamy to. W 2017 r. wdrożyliśmy nową formułę funkcjonowania dzielnicowego; dzielnicowi zostali odciążeni od spraw papierkowych, nie prowadzą już dochodzeń, za to jak najczęściej muszą być obecni w terenie, aby mieszkańcy rzeczywiście znali swojego dzielnicowego – jako tę pierwszą pomocną osobę, do której można się zgłosić niemal z każdym problemem. Ponadto wspólnie z MSWiA uruchomiliśmy specjalną aplikację „Moja Komenda”, którą każdy może ściągnąć na telefon, a za pośrednictwem której możemy znaleźć wszystkie dane kontaktowe swojego dzielnicowego. Chodzi o to, żeby ludzie znali swoich policjantów i mogli się z nimi łatwo kontaktować. Nie tylko w przypadku bezpośredniego zagrożenia, ale przede wszystkim po to, by takiego zagrożenia uniknąć. Tak jak w służbie zdrowia ważna jest profilaktyka, tak w Policji liczy się prewencja.

– Jak duże są udział i waga działań prewencyjnych w codziennej pracy policji?

– Każdy policjant dobrze wie i docenia to, że w jego pracy najważniejsza jest prewencja, której jednak nie da się ani zmierzyć, ani wycenić. Nikt nie jest w stanie zmierzyć tego, ilu ludzi dzięki ciężkiej pracy policjantów prewencji – czyli tych, którzy chodzą na pogadanki do szkół, przedszkoli, na rozmaite spotkania, prelekcje, którzy organizują festyny poświęcone popularyzacji bezpieczeństwa, szkolenia itp. – nie stało się ofiarami przestępstwa, ilu ludzi zrozumiało, jak należy dbać o własne bezpieczeństwo. Z naszych obserwacji wynika, że nieustanna praca prewencyjna ma ogromne znaczenie, że jest ciągle niezbędna.

– Dlatego, że ludzie mają małą świadomość coraz to nowych zagrożeń?

– Niestety tak, choć niektóre z nich właśnie dzięki działaniom prewencyjnym udało się ograniczyć lub wyeliminować, np. będące do niedawna wielką plagą oszustwa „na wnuczka”. Dzięki szeroko zakrojonej akcji uświadamiająco-edukacyjnej, prowadzonej także w mediach, starsi ludzie już coraz rzadziej ulegają oszustom. Oczywiście, pojawiają się nowi oszuści i nowe sposoby ich działania. Dziś mamy już do czynienia z oszustwami „na policjanta”, „na prokuratora”, oszuści, posługując się telefonem lub Internetem, podszywają się pod wszystkie możliwe osoby i instytucje zaufania publicznego.

– Dawni pospolici kieszonkowcy i włamywacze po prostu przenoszą się do Internetu?

– Ci zwykli kieszonkowcy i włamywacze nadal istnieją, żadnej policji na świecie nie udało się ich wyeliminować, lecz dzięki policyjnym akcjom prewencyjnym już lepiej wiemy, jak się przed nimi ochronić. W ostatnim czasie np. w Krakowie jest prowadzona akcja prewencyjna, w której policja wspólnie z urzędem miasta uświadamia użytkowników komunikacji miejskiej, jak się zachować, aby uniknąć kradzieży, jak nie kusić złodzieja. Wobec przestępców internetowych natomiast rzeczywiście wielu ludzi nie wie, jak się zachować, co dalej robić. A w sieci dochodzi do takich samych przestępstw jak w tzw. realu – do kradzieży, włamań, handlu bronią, żywym towarem, narkotykami, pedofilii – a także do wielu nowych, bo np. łatwiejsza staje się kradzież danych osobowych.

– Co policja na to?

– Prowadzimy, oczywiście, specjalne akcje prewencyjne, ale też bardzo konkretne działania. Ponad rok temu utworzono w policji wyspecjalizowane Biuro do Walki z Cyberprzestępczością, co, moim zdaniem, w przyszłości okaże się tak przełomową decyzją, jaką w przeszłości było utworzenie polskiego FBI, czyli Centralnego Biura Śledczego. Efekty działania tego ostatniego już są imponujące; jeden tylko wydział tego biura w 2017 r. pracował nad ok. 4 tys. spraw.

– Można więc mieć pewność, że przestępcy w sieci są tak samo tropieni przez policjantów jak ci w realu?

– Tak, a może nawet bardziej, bo tu wychwytywane są najdrobniejsze nawet sygnały o mogącym mieć miejsce zdarzeniu. Dla zilustrowania możliwości policyjnego działania, nie zdradzając tajemnic żadnego śledztwa, podam przykład konkretnej sprawy: mężczyzna obwieścił na szwedzkim portalu społecznościowym, że za chwilę popełni samobójstwo; szybko ustalono jego lokalizację w Myślenicach. Dzięki policyjnej interwencji do samobójstwa nie doszło... Przy tej okazji powiem, że wiele jest takich działań, którymi byśmy chcieli się pochwalić, zwłaszcza wtedy, kiedy jesteśmy niesłusznie krytykowani, ale z uwagi na dobro prowadzonych spraw i na dobro konkretnych osób musimy zachować milczenie.

Mł. insp. Mariusz Ciarka, doktor prawa, oficer policji, rzecznik prasowy Komendy Głównej Policji

***

Jak zadbać o własne bezpieczeństwo?

• chroń swoje dane osobowe: dowód osobisty trzymaj w bezpiecznym miejscu; bez oczywistej potrzeby nigdzie i nikomu nie podawaj swojego numeru PESEL i innych informacji;

• jeśli posługujesz się Internetem, pamiętaj, że w sieci nic nie ginie; nie rozpisuj się więc na portalach społecznościowych o swoich prywatnych sprawach (np. o zdrowiu, wyjazdach), które mogą zostać przez kogoś wykorzystane, m.in. przez przestępców;

• nie załatwiaj spraw przez telefon, nawet jeśli dzwoniący podaje się za przedstawiciela jakiejś znanej ci firmy lub instytucji (np. policji) i proponuje ci korzystne transakcje lub rozwiązania twoich problemów; nie rozmawiaj z takimi osobami, nie podawaj i nie potwierdzaj swoich danych osobowych;

• zbierających pieniądze na szczytne cele zawsze proś o wylegitymowanie się dowodem osobistym (i o możliwość spisania danych z tego dokumentu); kolorowy, profesjonalnie wyglądający identyfikator nie wystarczy, gdyż dziś z łatwością można go sobie wydrukować;

• pamiętaj, że policjant to twój przyjaciel, nie wróg; zlokalizuj swoją komendę policji (ściągnij na telefon aplikację „Moja Komenda”), poznaj swojego dzielnicowego; korzystaj z Krajowej Mapy Zagrożeń Bezpieczeństwa.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Jestem od poczęcia

Viktor Orbán podziękował

2018-04-18 11:44

Mirosław Piotrowski
Niedziela Ogólnopolska 16/2018, str. 46-47

Mówi się o możliwym odwróceniu brukselskich sojuszy

PAP/EPA

Węgierski premier, który kolejny raz zdecydowanie wygrał wybory parlamentarne, podziękował dwóm zagranicznym delegacjom: polskiej i bawarskiej, a konkretnie trzem osobom: prezesowi PiS Jarosławowi Kaczyńskiemu, premierowi Polski Mateuszowi Morawieckiemu i bawarskiemu europosłowi Manfredowi Weberowi. Trójka ta w trakcie kampanii wyborczej pojechała na Węgry i zachęcała do głosowania na Orbána oraz jego partię Fidesz. Najwięcej emocji wywołało aktywne wsparcie Orbána przez Webera – szefa największej grupy politycznej w Parlamencie Europejskim, Europejskiej Partii Ludowej (EPL). Do niej należą nie tylko niemieccy towarzysze Webera z CSU i CDU Angeli Merkel, ale też m.in. europosłowie PO i... Fideszu. Ileż to razy na przestrzeni wielu lat słyszałem od kolegów z EPL, że tym razem to już na pewno wyrzucą przedstawicieli Orbána ze swojej grupy. Formułowali to nie dalej jak kilka miesięcy temu. Wzburzali się przed debatą PE w Brukseli na temat Węgier i naruszania przez rząd Orbána praworządności, a  także w jej trakcie. Ostro atakował też komisarz Timmermans, zarzucając tłamszenie na Węgrzech wolności naukowej, czego koronnym dowodem miała być likwidacja Uniwersytetu Środkowoeuropejskiego George’a Sorosa. Win oczywiście było więcej. W brzmieniu podobne do tych, które dzisiaj przypisuje się Polsce. Słynny art. 7 traktatu uruchomiony wobec Polski skrojony był przecież na miarę Orbána, nazywanego czarną owcą UE. A tu proszę, największa partia rządząca w UE nie karci, nie wyrzuca, a... popiera.

Co do EPL, to ona obsadza wszystkie unijne stanowiska. Z jej nadania są szefowie najważniejszych instytucji, czyli Jean-Claude Juncker, Antonio Tajani i Donald Tusk, którego notabene poparł także Orbán. Teraz europejska grupa pomogła jemu, a że nadal niektórzy powtarzają mantrę o łamaniu praworządności na Węgrzech... Kto by się tym na serio w Unii przejmował? Liczą się pragmatyczne, polityczne kalkulacje.

Za rok wybory do PE. EPL chce zachować pozycję lidera i decydować. Do tego musi mieć największą liczbę europosłów. Węgrzy liczą się tak samo jak inne narodowości. Niektóre narodowe delegacje mogą osłabnąć, inne odejść. Nie jest tajemnicą, że prezydent Francji Macron kombinuje coś na boku. Ponoć chciałby stworzyć nową grupę w PE albo wejść w alians z liberałami. A propos słabnięcia: zjawisko to obserwuje kierownictwo EPL w szeregach swoich sojuszników z Polski – PO i PSL. Pewnie stąd w kuluarach słychać i nawet przebija się w mediach o możliwym odwróceniu brukselskich sojuszy. Tylko kto komu będzie wówczas dziękował?

Mirosław Piotrowski, Poseł do Parlamentu Europejskiego www.piotrowski.org.pl

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Warszawa: Uroczyste obchody imienin Błogosławionego Księdza Jerzego Popiełuszki

2018-04-19 18:19

pk, mp / Warszawa (KAI)

23 kwietnia w jego sanktuarium na warszawskim Żoliborzu obchodzone będą imieniny księdza Jerzego Popiełuszki. 0 godz. 18. celebrowana będzie uroczysta Msza Święta z modlitwą o kanonizację zakończona wniesieniem relikwii błogosławionego i litanią ku jego czci. Po mszy księdza Jerzego wspominać będą członkowie jego rodziny i przyjaciele z Huty Warszawa. Uroczystość zakończy się złożeniem wieńców przy grobie kapłana – męczennika.

Archiwum

Dzień imienin kapelana Solidarności jeszcze za jego życia obchodzony był szczególnie. Plebania parafii Świętego Stanisława Kostki przyjmowała wielu gości, którzy chcieli wyrazić więź ze swoim duszpasterzem ofiarowując mu kwiaty, podarunki oraz słowa wdzięczności.

Po śmierci księdza Jerzego jego imieniny w parafii świętego Stanisława Kostki w której posługiwał wciąż obchodzone były w sposób szczególny. Uroczystą Mszę Świętą koncelebrowało wielu kapłanów grób męczennika znajdujący się przy kościele otaczały znicze i wieńce. Na cześć kapelana Solidarności organizowano koncerty i wieczory wspomnień.

Obchody imienin księdza Jerzego w parafii Świętego Stanisława Kostki będą obchodzone następująco: W przeddzień imienin, 22 kwietnia o godzinie 19:00 odbędzie się uroczysty koncert Orkiestry Kameralnej Filharmonii Narodowej pod przewodnictwem Jana Lewtaka. W repertuarze znajdą się utwory Wojciecha Kilara i Amadeusza Wolfganga Mozarta.

23 kwietnia w sam dzień imienin księdza Jerzego Popiełuszki o godzinie 18. celebrowana będzie uroczysta Msza Święta z modlitwą o jego kanonizację zakończona wniesieniem relikwii błogosławionego i litanią ku jego czci. Po mszy księdza Jerzego wspominać będą członkowie jego rodziny i przyjaciele z Huty Warszawa, którzy przybędą na Eucharystię z pocztem sztandarowym hutniczej Solidarności. Uroczystość zakończy się złożeniem wieńców przy grobie kapłana – męczennika.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Moje pismo Tęcza - 11/12 2017

Reklama

Najczęściej czytane

Wiele stron internetowych, wykorzystuje pliki cookies (ciasteczka). Służą one m.in. do tego, by zagłosować w sondzie. Nowe przepisy zobowiązują nas do poinformowania o tym. Dalsze korzystanie z naszych stron bez zmiany ustawień przeglądarki będzie oznaczało, że zgadzasz się na ich wykorzystywanie.
Aby dowiedzieć się więcej, przeczytaj o Polityce plików cookies.

Rozumiem