Reklama

Kraków: „Za daleki Bliski Wschód” – spotkanie z o. Zygmuntem Kwiatkowskim SJ

2017-10-04 21:32

md / Kraków

Archiwum Redakcji Rzeszowskiej

Codzienność mieszkańców Bliskiego Wschodu, uwarunkowania kulturowe i relacje między chrześcijanami a muzułmanami były tematem spotkania wokół książki „Za daleki Bliski Wschód”, które odbyło się w środę na Polach Dialogu w Krakowie. Jej autor, o. Zygmunt Kwiatkowski SJ przez ponad 30 lat był misjonarzem w Syrii i na Bliskim Wschodzie.

Spotkanie rozpoczęło się od odmówionej po arabsku modlitwy do Ducha Świętego. O. Zygmunt Kwiatkowski podkreślał, że choć z powodu wojny zmuszony został do opuszczenia miejsca swojej wieloletniej pracy, wciąż pracuje dla swoich byłych podopiecznych, służąc przez internet radą duchową. „Wojna to jest sprawa życiowa, żadna konwencja literacka, ale olbrzymie cierpienie ludzi. Wojna to jest tragedia, zło, rzecz straszna. Bliski Wschód pali się” – mówił, dodając, że jest to codzienność ludzi, których dobrze zna.

Na terenach dzisiejszej Syrii już od czasów apostolskich istniała wspólnota chrześcijańska. Ta współczesna stanowi mozaikę niemal wszystkich rytów, które pojawiły się w historii Kościoła. Przez całe stulecia wytrzymywała ona napór islamu, starała się prowadzić z nim dialog kulturowy i cywilizacyjny, a tym samym także religijny, zanurzony w zwykłej codzienności sąsiedzkiej i obywatelskiej.

Jezuici mają na Bliskim Wschodzie sześć domów. O. Kwiatkowski przemieszczał się po całej Syrii, korzystając z komunikacji publicznej, dzięki temu mógł lepiej poznać tamtejszych mieszkańców. „Przez 30 lat nie doświadczyłem od nich żadnego aktu agresji, nawet słownej. Przeciwnie – spotkało mnie wiele gestów bezinteresownej sympatii” – opowiadał. Jako przykład przytoczył opowieść o konduktorze, który nie chciał od niego pieniędzy, bo ludzie po cichu opłacili bilet misjonarzowi. „Nie znali mnie, nie wiedzieli nawet, że jestem księdzem. Po prostu cieszyli się, że mogli pomóc cudzoziemcowi” – wspominał.

Reklama

Takich obrazów o. Kwiatkowski przechowuje w pamięci wiele. „Dwukrotnie pisałem do generała, myślałem, że o mnie zapomnieli, czy mam dalej być w Syrii. Miałem problemy ze zrozumieniem trudnego języka i wątpliwości, czy rzeczywiście tam zostać. W Polsce to były czasy Solidarności, dużo pracy, zastanawiałem się, czy nie jestem bardziej potrzebny w ojczyźnie” – opowiadał dalej jezuita. Podkreślił, że dzięki mieszkańcom Bliskiego Wschodu, ich życzliwości, to nie było dramatyczne doświadczenie. „Dlatego - mimo że nie mogłem się dogadać, udało się tam wytrzymać” – stwierdził.

Jego ambicją było pokazanie w książce wielobarwności świata Wschodu. „Z przekazów w mediach znamy tylko kolor czarny: wojny i czerwony: krwi i przemocy. Tymczasem Bliski Wschód to nie tylko wojna, gwałty i przemoc. To region wysokiej, wysublimowanej kultury” – podkreślał. Jako przykład podał Aleppo, gdzie nie było więcej niż 200 tys. chrześcijan, ale chórów było więcej niż w Paryżu. W każdej parafii był chór, teatr, ośrodek kultury, zaangażowani byli ludzie świeccy. Życie tam wrzało. Ciekawy kraj, ciekawi ludzie. Dużo można się od nich nauczyć” – opowiadał.

O. Kwiatkowski przyznał, że zazdrościł mieszkańcom Wschodu prostoty i naturalnego luzu. „Tam jest poezja, orientaliści to doskonale wiedzą. To nie ma nic wspólnego z lansowanymi wizerunkami groźnych Arabów. Europejczycy, którzy tam żyli i pracowali, są oczarowani, tęsknią, chcąc wrócić do Damaszku, do Aleppo” – stwierdził kapłan.

Przyznał zarazem, że na Bliskim Wschodzie zawsze istniało napięcie między większością a mniejszością. „Mniejszościom tam żyje się gorzej. W Egipcie na przykład chrześcijanie są ubożsi, mają mniej pracy, wykonują najgorsze zawody. Religia muzułmańska mówi, że to ona jest tą właściwą i pełną. Szanuje się wprawdzie ludzi Księgi, czyli żydów i chrześcijan, ale prawo cywilne daje przywileje muzułmanom” – podkreślał o. Kwiatkowski. Dodał jednak, że trudno jednoznacznie oceniać, czy chrześcijanie tam byli zamkniętą enklawą, czy otwierali się na innych. „Kategorie otwartości i zamknięcia są nieprecyzyjne, każdemu można je wszczepić” – zauważył.

Według niego, ludzie Bliskiego Wschodu myślą o Europie z niechęcią. „Jest w nich dużo pogardy dla Europy: z powodu niewiary w Boga i braku moralności. Uważają, że z tego powodu Europa się kończy, stąd tak łatwo przychodzi im myśl o ekspansji. W ich ocenie chrześcijaństwo jest mdłe i w rozsypce, a oni - pewni swego, silni w swojej wierze i kulturze” – skonkludował.

O. Zygmunt Kwiatkowski SJ przez ponad trzydzieści lat był misjonarzem w Syrii i na Bliskim Wschodzie. Na własne oczy widział rodzący się konflikt i jego stopniową eskalację.

Książka o. Zygmunta Kwiatkowskiego SJ „Za daleki Bliski Wschód” ukazała się nakładem Wydawnictwa św. Wojciech. Patronem medialnym publikacji jest Katolicka Agencja Informacyjna.

Tagi:
chrześcijaństwo Syria islam

Czy chrześcijaństwo nadal działa?

2018-08-14 11:06

Artur Stelmasiak
Edycja warszawska 33/2018, str. IV

Powojenne Włochy zmagały się z podobnymi przemianami społecznymi i kulturowymi, które dziś obserwujemy w Polsce. Ks. Luigi Giussani wypracował wówczas metodę duszpastersko-wychowawczą, która doskonale pasuje do obecnej sytuacji Kościoła nad Wisłą

Artur Stelmasiak
Prezentacja książki „Wiara to fascynujące spotkanie. Przekaz wiary w społeczeństwie zsekularyzowanym na podstawie pism Luigiego Giussaniego” odbyła się w Domu Arcybiskupów Warszawskich. Książka ukazała się nakładem Oficyny Wydawniczo-Poligraficznej ADAM

W 1973 r. znany włoski teolog, duszpasterz, wychowawca młodzieży oraz założyciel ruchu Comunione e Liberazione ks. Luigi Giussani przyjeżdża do Polski. Razem z kard. Karolem Wojtyłą i ks. Franciszkiem Blachnickim w Krościenku nad Dunajcem uczestniczy w akcie zawierzenia Matce Bożej ruchu oazowego (Ruchu Światło-Życie). Tak się zaczyna włosko-polska przyjaźń i duszpasterska współpraca kapłanów, którzy odcisnęli trwały ślad na współczesnej myśli pastoralnej.

To wówczas ks. Giussani, bliski współpracownik metropolity mediolańskiego, a później papieża Pawła VI, „zakochuje” się w polskim Kościele. Co włoskiego kapłana skłoniło, by zainteresować się Polską? – Szukaliśmy żywego Kościoła. Byliśmy przekonani, że autentyczne chrześcijańskie doświadczenie można odnaleźć przede wszystkim na Wschodzie, gdzie Kościół znosi prześladowania ze strony władz – mówił w 1981 r. ks. Giussani. – My także chcieliśmy być żywi, a nasze doświadczenia pośród grup w zachodnim Kościele budziły wielki zamęt. Były to lata, w których stanowiska chrześcijańskich grup znajdowały się pod silnym wpływem kultur kontestacyjnych.

Aktualna i potrzebna książka

Według duszpasterza warszawskiej wspólnoty Comunione e Liberazione (Komunia i Wyzwolenie) ks. dr. Matteo Campagnaro, mediolański kapłan znalazł w PRL-u „eklezjalne zainteresowanie Kościołem”, które polegało na narodowym przywiązaniu do chrześcijańskiej tradycji. Ks. Giussani z uznaniem patrzył na roztropność władz kościelnych podczas wprowadzania nowości Soboru Watykańskiego II. Jego zdaniem udało się w Polsce uniknąć problemów, które wywołały zredukowanie życia kościelnego nie tylko we Włoszech, ale i na całym świecie. „Jedynym wyjątkiem pod tym względem jest Polska, gdzie przesłanki chrześcijańskiego życia, czyli wymiar eklezjalny i jasność ewangelizacji, zawsze były i wciąż są jasno wspierane i potwierdzane przez biskupów” – pisał później ks. Giussani. Kapłan podziwiał kard. Stefana Wyszyńskiego i jego metodę ostrożnego wprowadzania reformy soborowej, które odbyły się z poszanowaniem narodowej pobożności.

Ks. Luigi Giussani zmarł w 2005 r., na dwa miesiące przed odejściem św. Jana Pawła II. Do końca życia patrzył z uznaniem na Kościół w Polsce, a także na dorobek ks. Franciszka Blachnickiego oraz Ruchu Światło Życie. Ale dziś, gdy Polacy są pod coraz mocniejszą presją agresywnej kultury laickiej, mediolańska metoda duszpasterska może okazać się skuteczna nad Wisłą. Przekonany jest o tym ks. dr Matteo Campagnaro, sekretarz metropolity warszawskiego oraz autor pracy doktorskiej, która ukazała się na rynku wydawniczym pt. „Wiara to fascynujące spotkanie. Przekaz wiary w społeczeństwie zsekularyzowanym na podstawie pism Luigiego Giussaniego”.

– Osobiście namówiłem ks. Mateusza, by wydał swój doktorat. Jest bowiem wiele analogii sytuacji w powojennych Włoszech, gdzie żył, pracował i pisał ks. Giussani do sytuacji we współczesnej Polsce. Dlatego nie ma żadnych wątpliwości, że ta książka jest dziś aktualna i potrzebna dla Kościoła w Polsce – powiedział kard. Kazimierz Nycz, metropolita warszawski. – Ta pozycja jest wartościowa, bo została napisana przez Włocha, który jest kapłanem w Polsce. Co więcej, napisał ją człowiek, który jest zanurzony w Drodze Neokatechumenalnej, i który poświęcił kilka lat nad spuścizną założyciela Ruchu Comunione e Liberazione.

Musimy się obudzić

Ks. Giussani był zachwycony Kościołem w Polsce, bo odkrył w nim żywą wiarę, którą bardzo szybko tracili jego rodacy. Był on świadkiem przemian kulturowych i społecznych na Półwyspie Apenińskim po II wojnie światowej, a zwłaszcza bardzo radykalnego ataku rewolucji kulturalnej z 1968 r. Ten trend społeczny był wówczas tak silny, że od Kościoła odchodzili nawet dawni wychowankowie mediolańskiego duszpasterza z katolickiego uniwersytetu w Mediolanie. Spustoszenie rozsiane zostało także w Kościele wśród wielu ruchów i stowarzyszeń katolickich. To wówczas ks. Giussani postanowił uzbroić członków Comunione e Liberazione w wiarę, która będzie silna i racjonalna, aby młodzi tak łatwo nie ulegali ówczesnym modom. – Włoski Kościół w latach 50. i 60.

XX wieku charakteryzował się silną religijnością, która jest podobna do tej we współczesnej Polsce. Wystarczyły dwie dekady, aby ten religijny obraz Italii zmienił się radykalnie na niekorzyść – mówi „Niedzieli” ks. Matteo Campagnaro.

– Kościół w Polsce też jest coraz silniej atakowany, a wierni ulegają wpływom różnych ideologii. Ks. Giussani opracował gotową metodę, którą można się bronić przed takimi zjawiskami sekularyzacji.

Ks. Campagnaro jest Włochem, który skończył seminarium misyjne archidiecezji warszawskiej Redemptoris Mater. Jego książka naukowa ukazała się w języku włoskim oraz polskim. – Ks. Mateusz obserwuje sytuację Kościoła w Polsce i wydaniem tej książki pokazuje, że my, katolicy, musimy się obudzić, zanim będzie za późno – mówi Piotr Milczanowski, dyrektor Szkoły Podstawowej „Wierchy” Fundacji Sternik.

Jedyna rozumna decyzja

Mediolański kapłan fenomen chrześcijańskiej religii opisywał, używając zrozumiałych i ciekawych anegdot. Wzorował się na Ewangeliach, które w czasach pierwotnego Kościoła były przecież komunikatywne i przyciągające uwagę. – Wyobraźmy sobie, że jakiś Człowiek, który był dzieckiem, bawił się, pił mleko swojej matki, miał czasem kilka dziwnych i inteligentnych spostrzeżeń, że wprawiał w zdumienie nawet wielkich, takich jak uczeni w prawie. Gdy ten Człowiek dorósł, w obecności wszystkich ludzi ośmielił się powiedzieć: „Ja jestem drogą, prawdą, życiem”. A więc jest to wydarzenie całkowicie nieprzewidywalne, niewyobrażalne – mówił ks. Giussani. – On jest jedynym takim przypadkiem w historii, bo przecież prorocy czy też religijni geniusze mieli silne poczucie różnicy między człowiekiem a Bogiem. Nikomu nigdy się nie śniło, by powiedzieć: „Ja jestem drogą, prawdą, życiem”. Przyszedł taki nadzwyczajny Człowiek, który nie był w żaden sposób konsekwencją swoich poprzedników.

Zdaniem ks. Giussaniego, chrześcijaństwo odróżnia się od wszystkich innych systemów religijnych, bo jest nieprzewidywalne, a za sprawą tego Człowieka, tajemnica Boga stała się jednym z nas. Dzięki temu metoda służąca przeanalizowaniu problemu religijnego staje się historycznym objawianiem obiektywnego faktu. I z tym faktem – nauczał za Kierkegaardem – człowiek musi coś zrobić, bo największym skandalem byłoby pozostawienie „problemu” Chrystusa bez rozwiązania. Jeżeli ktoś uważa, że Jezus z Nazaretu jest wydarzeniem historycznym i jest Tym, za kogo się uważa, to podejmuje najważniejszą w życiu decyzję. Wówczas może przejść do następnego etapu problemu, który historycznie nazywamy Kościołem, czyli kontynuację Chrystusa na ziemi. – Ks. Giussani jednoznacznie dowodzi, że chrześcijaństwo jest faktem, wobec którego nie można przejść obojętnie. Jeżeli przyjmiemy prawdę o Jezusie, to jedyną naszą rozumną decyzją jest pójście za Nim – wskazuje ks. Campagnaro.

Czy 2000-letni prezent działa?

Ruch założony przez ks. Giussaniego nie jest zbyt popularny w Polsce. W Warszawie działają trzy wspólnoty. Jedna na Uniwersytecie Warszawskim w ramach Soli Deo, druga na Białołęce przy parafii św. Mateusza Ewangelisty, a trzecia w parafii Narodzenia Najświętszej Maryi Panny przy al. Solidarności. Duszpasterzem tej ostatniej wspólnoty jest właśnie ks. dr Matteo Campagnaro.

Comunione e Liberazione nie rozwijało się dynamicznie w Polsce, bo sam ks. Giussani nalegał, by jego członkowie wspierali rozwój „oaz” ks. Blachnickiego, bez skupiania się na tworzeniu wspólnot CL w Polsce. – Ale trzeba sięgać dziś do tego dorobku kapłana z Mediolanu. Jego spuścizna może być pomocna zarówno w duszpasterstwie, jak i wśród wychowawców młodzieży. On jest przykładem tego, że Pan Bóg zawsze znajdzie ludzi, którzy potrafią właściwie odczytać znaki czasu i zagrożenia – mówi Piotr Milczanowski.

Metodologia ks. Giussaniego doskonale wpisuje się w system wychowania katolickiego, który powinien opierać się nie tylko na przekazywaniu treści wiary, ale także na racjonalnym konfrontowaniu tego depozytu. W katechezie, w rodzinach i w parafiach zbyt często bazuje się na przekazie wiedzy, która nie kształtuje młodego człowieka do weryfikowania tego, co otrzymał i nie przygotowuje do zderzenia z sekularyzowanym środowiskiem. Dlatego jak nigdy dotąd konieczne jest przygotowanie młodych do racjonalnej i mądrej apologii. – Przekaz wiary może być jak robocza hipoteza, którą młody człowiek powinien dostać na starcie, aby ją samodzielnie krytykować, czyli sprawdzać – tłumaczył ks. Matteo Campagnaro. – W Europie jest coraz więcej samobójstw młodych ludzi, którzy zostali oszukani, bo dostali na starcie totalną pustkę. Nie mieli hipotezy roboczej, na której mogliby pracować. Dlatego ważne jest, by dbać o przekazywanie wiary i 2000-letniej tradycji Kościoła w rodzinach. Rodzice powinni powiedzieć do dziecka: Masz chrześcijaństwo od nas w prezencie i teraz sprawdź, czy to jest prawdziwe i czy nadal dobrze działa.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Kard. Krajewski: kiedy zaczynam czytać Pismo święte, ono czyta moje życie

2018-09-22 17:42

xpk / Łódź (KAI)

- Kiedy zaczynam czytać Pismo święte, ono mnie czyta, ono czyta moje życie, a ja zaczynam widzieć świat, tak jak widzi je Bóg. Słowo Boże jest dobre wtedy, gdy ktoś się rodzi i umiera, kiedy ktoś jest zakochany i jest po uszy w grzechu i wyjść nie może, ono jest dobre na każde cierpienie – mówił kardynał Krajewski podczas swojej kardynalskiej Mszy prymicyjnej w łódzkiej katedrze.

Grzegorz Gałązka

W łódzkiej bazylice archikatedralnej św. Stanisława Kostki w trzy miesiące od nominacji kardynalskiej odbyła się Msza święta prymicyjna kardynała Konrada Krajewskiego, który w tej samej katedrze 30 lat temu z rąk abp. Władysława Ziółka przyjął święcenia kapłańskie.

W liturgii obok abp. Grzegorza Rysia i abp. seniora Władysława Ziółka uczestniczyli biskupi pomocniczy bp Ireneusz Pękalski i bp Marek Marczak, kapłani, siostry zakonne i licznie zgromadzeni wierni z całej archidiecezji.

Kardynał, przywołując przypowieści o ziarnie i siewcy z dzisiejszej ewangelii, odniósł się do swojego życia - Doskonale pamiętam, kiedy byłem nieurodzajną glebą, kiedy nie chciałem słuchać tego, co mówi Bóg. Kiedy ono padało, nawet mnie porywało, ale potem piękno tego świata, wszystko co jest związane z moim ciałem, zabierało ten głos, niszczyło, nie było żadnego wzrostu. Ale Jezus mówi, że jest jeszcze diabeł, a papież Franciszek dopowiada – on tańczy najpierw wobec niego, potem wobec kardynałów, metropolitów, arcybiskupów i zabiera wszystko, żeby się nie urodziło, by zniknęło. Ziarnem, które Jezus rzuca nawet wtedy, kiedy nie jesteśmy w stanie tego przyjąć, jest słowo Boże – zaznaczył kardynał.

Kaznodzieja zwrócił uwagę na znaczenie i rolę słowa Bożego w codzienności, w domu, w życiu. - Wszystkie książki, jakie mamy w swojej bibliotece, to jest słowo ludzkie, ale jest jedna księga, która jest słowem Boga. Dlaczego jest gdzieś w biblioteczce, skoro po czytaniu jej mówimy: oto słowo Boże, oto słowo Pańskie? Podnosimy je, okadzamy, uroczyście wnosimy. Gdzie w twoim domu jest Pismo święte? A może warto je wyjąć, by poznać Boga, by dowiedzieć się czego On ode mnie chce? – pytał.

Kardynał podzielił się także swoim doświadczeniem codziennego czytania ewangelii i wielkiego szacunku do słowa Bożego. – Czytam codziennie Pismo święte, ono we mnie wzrasta, ono jest we mnie. Zacznijmy i my dzisiaj czytać słowo Boże. Nie patrzmy na innych, na całą archidiecezję, ale na siebie. Wyjmijmy dzisiaj Pismo Święte – apelował do zebranych. – Codziennie czytam ewangelię na następny dzień i staram się tą ewangelią żyć. Przypominam sobie ją wieczorem, w południe i przed zaśnięciem. Nieraz nie pamiętam, zapomniałem i wtedy idę i czytam na nowo – dzielił się swoim doświadczeniem kardynał.

Po komunii świętej wszyscy zebrani w katedrze odśpiewali hymn Te Deum Laudamus, dziękując za pierwszego kardynała, który pochodzi z archidiecezji łódzkiej.

Z życzeniami zwrócił się do kardynała prymicjanta arcybiskup łódzki, który przypomniał, że "choć przez swoją posługę kardynalską należysz do kleru rzymskiego, to wiedz, że ta katedra jest nadal twoim domem. To jest dom twojego powołania. Wracaj do tego domu, odkrywaj swoje powołanie, żyj nim, wypełnij je i osiągnij świętość, tego wszyscy ci życzymy" - mówił abp Ryś.

Po zakończonej liturgii w domu biskupim każdy mógł osobiście złożyć życzenia kardynałowi prymicjantowi.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Jestem od poczęcia

Dziś 65. rocznica uwięzienia Prymasa Wyszyńskiego

2018-09-25 07:42

Bernadeta Kruszyk / Gniezno (KAI)

„Człowiek bezprawny” - tak kard. Stefan Wyszyński nazywał sam siebie w czasie trzyletniego internowania. 25 września mija 65 lat od jego aresztowania. Komuniści więzili go w Rywałdzie, Stoczku Warmińskim, Prudniku na Śląsku Opolskim i Komańczy w Bieszczadach.

ARCHIWUM

Był późny piątkowy wieczór 25 września 1953 roku. Zmęczony prymas wrócił do rezydencji na ul. Miodowej po uroczystościach ku czci bł. Władysława z Gielniowa i od razu udał się na spoczynek. Pół godziny później do jego pokoju zapukał kapelan ks. Hieronim Goździewicz z informacją, że „jacyś panowie” dobijają się do bramy. – O tej porze? – zdziwił się prymas i tknięty przeczuciem, a może już pewnością wstał, ubrał się i kazał wpuścić „gości”. Schodząc z piętra na parter zapalił wszystkie światła – niech Warszawa wie, co dzieje się w domu prymasa. W tym samym czasie inna grupa „gości” przeskoczyła przez mur okalający pałac i natknęła się na sekretarza prymasa bp. Antoniego Baraniaka. – Ci panowie chcieli strzelać – relacjonował później kard. Wyszyńskiemu. – Szkoda, że nie strzelali, wiedzielibyśmy, że to napad, a tak to nie wiemy, co sądzić o tym nocnym najściu – odpowiedział prymas.

W ciągu następnych kilkunastu minut cel wizyty się wyjaśnił. Jeden z oficerów wyciągnął z teczki dokument Rady Ministrów, który nakazywał prymasowi opuścić miasto i zamieszkać w wyznaczonym miejscu oraz zakazywał mu wszelkich czynności związanych z piastowanym urzędem. „Czytałem – napisał później – by nie zaogniać napiętej sytuacji”. Po północy z różańcem i brewiarzem w ręku siedział już w samochodzie, który eskortowało sześć innych aut. „Po drodze nie mogłem odczytać żadnych drogowskazów”. Dniało, gdy konwój zatrzymał się na północnym przedmieściu Grudziądza, by chwilę później zawrócić w kierunku Jabłonowa. Ludzie szli do pracy. „Przyjechaliśmy do Rywałdu. Było to miejsce mojego przeznaczenia” – zapisał prymas.

Mówicie za mnie Różaniec

Czy kard. Wyszyński spodziewał się uwięzienia? Jego biograf Peter Raina uważa, że tak.

Za twierdzeniem tym przemawiają m.in. słowa, które wypowiedział w dniu aresztowania. Po południu prosił bliską współpracownicę Marię Okońską: „Gdyby ci mówili, że twój ojciec zdradził sprawę Bożą, nie wierz! Gdyby ci mówili, że twój ojciec ma nieczyste ręce, nie wierz! Gdyby ci mówili, że twój ojciec działa przeciwko narodowi we własnej ojczyźnie, nie wierz! Gdyby ci mówili, że twój ojciec stchórzył, nie wierz! Twój ojciec nigdy nie zdradził i nie zdradzi sprawy Kościoła, choćby miał za to zapłacić życiem i własną krwią”.

Kilka godzin później w domu rektora kościoła św. Anny pytał kapłanów: „Znacie obraz Michała Anioła Sąd Ostateczny? Anioł Boży wyciąga człowieka z przepaści na Różańcu. Mówcie za mnie Różaniec”. Wiedział więc i do tej chwili się przygotował nie tylko duchowo.

Choć w czasie aresztowania powiedział, że niczego nie potrzebuje i niczego własnego nie posiada, już wcześniej polecił zawiadującej prymasowskim gospodarstwem siostrze Maksencji, by skompletowała odpowiednie ubrania, bieliznę i kazała uszyć mocne buty. Te właśnie rzeczy zakonnica w pośpiechu spakowała do jednej walizki na polecenie oficera UB. Inny funkcjonariusz przyprowadził bp. Baraniaka, na którego ręce prymas złożył oświadczenie, że z pełnionych stanowisk nie rezygnuje. Kilka godzin później bp Baraniak również został aresztowany. Prymas wszedł jeszcze do kaplicy, a siostrze Maksencji powiedział, że gdyby został postawiony przed sądem, nie potrzebuje adwokatów, bo sam będzie się bronił. Rewizja w pałacu prymasowskim trwała do wieczora następnego dnia.

Nie wolno wyglądać oknem

W Rywałdzie nie od razu ich wpuszczono. Zakonnicy byli zaskoczeni i wystraszeni. Gdy o 5 rano jak zawsze otworzyli kościół i klasztorną bramę, funkcjonariusze zajęli całe pierwsze piętro. Tylko jeden z braci zauważył, że jest z nimi prymas. Cela, którą dostał, była niewielka i skromnie urządzona. Tak później o niej pisał:

„Rozejrzałem się w swoim pokoju, który nosi ślady niedawno zamieszkałego przez któregoś z ojców Kapucynów. Zostałem sam. Na ścianie, nad łóżkiem, wisi obraz z podpisem: Matko Boża Rywałdzka, pociesz strapionych. Był to pierwszy głos przyjazny, który wywołał wielka radość. (…) Wzrok mój zatrzymał się na biurku. Stoi tu Chrystus Miłosierny z podpisem: Jezu, ufam Tobie – fotografia znanego obrazu. Uznaję to za drugą łaskę dnia dzisiejszego. (…) Na biurku stoi jeszcze obrazek świętego Franciszka z Asyżu słuchającego muzyki anielskiej. (…) Pokój, do którego byłem wprowadzony, robi wrażenie mieszkania świeżo i pospiesznie opuszczonego. Łóżko nie jest zasłane, pozostawione osobiste rzeczy przez zakonnika, który tu mieszkał. Wśród tych rzeczy – walizka na wpół otwarta, z której wygląda najnowszy zeszyt pisma Kuźnica Kapłańska, z zaadresowaną obwolutą. Wszystkie meble są w stanie ruiny: biurko trzyma się ściany, podobnie szafka nocna, miednica z niewylaną wodą, w szafie osobista bielizna i ubranie. Na podłodze sterta książek przykrytych papierem. Podłoga brudna, po kątach pełno «kotów»”. Prymas sam musiał posprzątać.

Decyzja zapadła w Moskwie

Wiadomość o aresztowaniu kard. Wyszyńskiego szybko obiegła stolicę. W „Trybunie Ludu”, organie prasowym KC PZPR, już następnego dnia Edward Ochab ostro go atakował oskarżając o warcholstwo i politykę antypaństwową. Trzy dni później gazeta opublikowała komunikat: „Na skutek uporczywego, mimo wielokrotnych ostrzeżeń nadużywania przez ks. arcybiskupa Stefana Wyszyńskiego piastowanych przez niego funkcji kościelnych dla łamania zasad porozumienia, prowadzenia akcji podburzającej, wytwarzania atmosfery jątrzenia (…)” itd., itd.

Protestowała Stolica Apostolska. Oburzenie wyraził prezydent USA. Grzmiała angielska Izba Gmin i Izba Deputowanych we Francji. Sprzeciw wystosowali biskupi USA i Wielkiej Brytanii. Na próżno. Decyzja o aresztowaniu prymasa zapadła przecież nie w Warszawie, a w Moskwie. Jak później ujawnił na antenie Radia Wolna Europa zbiegły na Zachód wysoki funkcjonariusz Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego ppłk. Józef Światło, projekt taki Bierut przedstawił Stalinowi już wcześniej. Ten jednak powiedział, że czas jeszcze nie nadszedł, dodając jednak, że dobrze byłoby mieć w Polsce „swojego” prymasa.

Po śmierci wodza Bierut otrzymał zgodę na przeprowadzenie operacji. „W ten sposób – mówił Światło – rozpoczęła się walka o posiadanie swojego prymasa w Polsce, jak chciał Stalin”. Ujawnił też, w jaki sposób przystosowano klasztor w Rywałdzie. Każde drzwi na piętrze zaopatrzone były w specjalne urządzenie. Gdy je otwierano, w pokoju wartowników zapalała się lampka. Na podłodze i do połowy wysokości ścian zamontowano mikrofony podsłuchowe. Także ogród odpowiednio „zabezpieczono”. Specjalne siatki nie pozwalały „kierownikowi Episkopatu” jak nazywała prymasa władza ludowa, zbliżać się do muru. Kardynał nie mógł też bez zgody strażnika iść do kaplicy. „Pan w ceracie” – tak pisał o nim prymas. Cała ta operacja – stwierdził jeszcze Światło – była tylko małą cząstką wielkiego planu walki z Kościołem, który sowieci przetestowali już w stosunku do Cerkwi prawosławnej, skutecznie łamiąc jej niezależność.

W imię Boże

Prymas Wyszyński przebywał w Rywałdzie niespełna trzy tygodnie. „Postanowiłem sobie tak urządzić czas, aby zostawić jak najmniej miejsca swobodnym dociekaniom” – zanotował w Zapiskach więziennych. Czytał kilka książek na zmianę, lekturę przerywał modlitwą, a brewiarz odmawiał, chodząc po pokoju, by – jak pisał – „brak powietrza uzupełnić ruchem”. Wieczorem, gdy brakowało światła, odmawiał Różaniec, wędrując po pokoju. Później na ścianach celi wypisał stację Drogi Krzyżowej, by móc odprawiać nabożeństwo Męki Pańskiej.

W październiku kard. Wyszyński – znów w największej tajemnicy – został przewieziony do Stoczka Warmińskiego. W zapisach relacjonował: „Zebrałem dość szybko swoje rzeczy do waliz przywiezionych z Miodowej. Po ciemnych schodach idziemy na dół, po raz pierwszy od dwóch tygodni. Wokół mnie nie ma żywej duszy. Nawet żołnierzy, którzy zazwyczaj wśród nocy czynili tyle hałasu na korytarzu, ani śladu. Zajmuję miejsce w aucie wraz z panem w ceracie. Stoi kilka innych wozów w dyskretnej odległości. Ruszamy. W imię Boże. Czuję się tak bardzo rzeczą, że nie pytam o nic”.

U celu znowu budynek poklasztorny – bardzo zniszczony i zaniedbany, nazywany przez komendanturę „obiektem 123”. Półtorametrowej grubości mury, słabo ogrzewane cele, ziąb i wilgoć. Wewnątrz zainstalowana aparatura podsłuchowa opatrzona przez „strażników” równie wdzięczną nazwą co zabudowania: „truteń1”,”truteń2” i „truteń3”. Pusto, zimo i mokro. Prymas domyślał się, że nowe miejsce odosobnienia to zabudowania klasztorne. Później potwierdziło się, że gdzieś w pobliżu znajduje się kościół. Słyszał daleki śpiew ludzi.

Codzienna dyscyplina

W Stoczku Warmińskim przydzielono prymasowi dwoje współwięźniów: ks. Stanisława Skorodeckiego i s. Marie Leonię Graczyk, oboje byli wyniszczeni więzieniem: „ksiądz przesadnie chudy, siostra skóra i kości” – ocenił w Zapiskach prymas. Pierwsze dni mijały na wzajemnym poznawaniu się i organizowaniu codziennego życia. Prymas miał do dyspozycji dwa pokoje, łazienkę, korytarz i ogród. Na tej powierzchni mógł się poruszać. Szybko ustalił ścisły porządek dnia, którego przestrzegał z żelazną dyscypliną. Pobudka o 5 rano. Po modlitwach i rozmyślaniu Msza św. Po śniadaniu spacer w ogrodzie. Znów modlitwa i do obiadu praca. Po posiłku drugi spacer w ogrodzie, modlitwa brewiarzowa i do kolacji praca. Wieczorem Różaniec odmawiany ze współwięźniami, a później lektura najczęściej w języku obcym.

„Nie mogę dziś Kościołowi i Ojczyźnie służyć pracą kapłańską w świątyniach, ale mogę im służyć modlitwą. I czynię to niemal przez cały dzień” – pisał w liście do ojca. Prosił również: „Pragnąłbym, by z ust moich najbliższych nikt nie słyszał ani w domu, ani poza domem najmniejszej nawet skargi. Potrzebna jest mi wasza pogoda, spokój i modlitwa. Nie traćcie ufności w dobroć Opatrzności Bożej, w potęgę, mądrość i miłosierdzie Najmilszej Matki Jasnogórskiej”.

Kard. Wyszyński się nie skarżył. Jego stanowisko odnośnie uwięzienia było jednak niezmienne – traktował decyzję rządu jako naruszenie podstawowych praw człowieka. Wielokrotnie prosił o wyjaśnienia i możliwość ustosunkowania się do stawianych mu zarzutów i za każdym razem otrzymywał odpowiedź odmowną. Więźniów pilnował sztab strażników.

Prymas traktował ich z szacunkiem, ale i dystansem, zalecając to samo ks. Skorodeckiemu i s. Leonii. Nie próbował wchodzić w jakiekolwiek relacje. Zanotował: „Wszyscy nasi dozorcy, chociaż są oficerami, chodzą po korytarzu powłócząc nogami. W języku, którym się posługują, zwłaszcza młodzi, najczęstszym słowem jest cholera”. Strażnicy z kolei – obojętni na jakiekolwiek przeżycia duchowe – nie rozumieli zachowania prymasa: „płakał w czasie modlitwy”, „w swym fanatyzmie leżał znowu krzyżem w kaplicy” – raportowali zdegustowani.

Soli Deo

Zima 1953–1954 była mroźna. Pierwsze mrozy chwyciły już w listopadzie, a pod koniec miesiąca spadł śnieg. W budynkach poklasztornych prawie nie działało ogrzewanie. Piece dymiły. Było tak zimno, że praca przy biurku stała się niemożliwa. W łazience nie było ciepłej wody. Przynoszono ją tylko raz w tygodniu, z kuchni.

„Od dnia przyjazdu do Stoczka, do końca pobytu ani w dzień, ani w nocy nie rozgrzałem stóp” – wyznał po latach prymas Wyszyński. W uroczystość Niepokalanego Poczęcia NMP oddał się Matce Bożej w macierzyńską niewolę. „Wszystko cokolwiek czynić będę, przez Twoje ręce Niepokalana Pośredniczko łask wszelkich, oddaję ku chwale Trójcy Świętej – Soli Deo”.

Nadeszły święta Bożego Narodzenia, które więźniowie spędzili przy małym żłóbku. W lutym przypadała 5. rocznica ingresu do katedry gnieźnieńskiej. Prymas robił rachunek sumienia i dziękował za ten „wielki niezasłużony zaszczyt”. Wreszcie po ciężkiej zimie nadeszła wiosna. W codziennym harmonogramie dnia znalazła się jeszcze jeden punkt – praca w ogrodzie. Na końcu jednej ze ścieżek więźniowie postawili krzyż zrobiony z dwóch kijów związanych drutem kolczastym – ostatnia stacja Kalwarii.

W Wielki Czwartek Prymas celebrował Mszę św.: „Sercem i myślą jestem w Archikatedrze wśród duchowieństwa i wiernych – pisał w więziennym dzienniku. – Modlę się o to, by mój zastępca przy ołtarzu, przy konsekracji olejów i przy mandatum czynił to lepiej niż ja; by obdzielał kapłanów Ciałem Chrystusa, wszczepiając w nich ducha jedności diecezjalnej; by całował nogi ubogich, jak to czyniłem, z całkowitym oddaniem się tej czynności, tak wspaniałej a tak trudnej do wykonania jej po chrześcijańsku. Bo całować ma serce, nie usta”.

Wielka Nowenna

Trudne warunki panujące w budynkach poklasztornych w Stoczku Warmińskim i ciężka zima odbiły się na zdrowiu prymasa. Skarżył się na bóle w okolicach nerek, puchły mu ręce i powieki, bolała głowa. Lekarze zbadali go jednak dopiero w maju. Stwierdzili m.in. powiększenie wątroby, drobne zmiany kostne i bóle mięśniowe, stan nerek nie budził jednak ich niepokoju. W czerwcu, a więc blisko 10 miesięcy po aresztowaniu, pozwolono prymasowi wystosować list do rządu. Ustosunkował się w nim do wszystkich stawianych mu zarzutów. Z wysłaniem jednak był pewien problem. Komendant, od którego otrzymał zezwolenie na napisanie pisma niespodziewanie wyjechał na urlop, a zastępca postawił warunki, na które kardynał nie mógł się zgodzić. Sprawę listu odłożono. Tymczasem w kraju trwała akcja usuwania z klasztorów sióstr i braci zakonnych. Stalinizm upadł, represje jednak nie ustały.

W sierpniu prymas Wyszyński rozpoczął pracę nad swoim wielkim dziełem Wielką Nowenną Tysiąclecia Chrztu Polski. Przedsięwzięcie pochłonęło go do tego stopnia, że nie odnotował przybycia nowego komendanta: „Nie mogę sobie przypomnieć dokładnie, kiedy na terenie Stoczka pojawił się nowy kierownik – zapisał prymas. – Ukazał się w ogrodzie któregoś sierpniowego dnia, zatrzymał się pod każdym drzewem, starannie oglądał okna, parkany, druty na drzewach (…) Później zaczął interesować się kuchnią i tam pytał o potrzeby (…) Dość wcześnie zauważyliśmy, że nowy kierownik lubi chodzić w nocnych pantoflach na naszym korytarzu i zatrzymywać się pod naszymi drzwiami. Raz został wyraźnie schwytany na gorącym posterunku. Wreszcie któregoś dnia zainteresował się mieszkaniem (…) Starał się być grzeczny i troskliwy (…) Dopytywał, jakich (książek) mi brakuje. Sięgnąłem do spisów. Kierownik z wprawą indyka wyciągnął szyję, aby zajrzeć przez ramię do moich notatek. Poznałem speca od śledztwa. Trzeba było być zwięzłym. Pożegnaliśmy się szybko”.

Na południowy zachód

Nowy kierownik zwiastował zmiany. W październiku w Stoczku ponownie zjawił się lekarz, który poinformował kard. Wyszyńskiego o zmianie miejsca odosobnienia. Miejscowy klimat – jak argumentował – miał prymasowi nie służyć, w trosce o zdrowie zdecydowano więc przenieść go w bardziej przyjazne miejsce. Gdzie? Tego powiedzieć nie mógł.

Wyjazd zaplanowano na następny dzień. Ks. Skorodecki i s. Graczyk również mieli zostać przeniesieni. Ostatnie wspólne godziny wszyscy troje spędzili, pakując i porządkując swoje rzeczy. Wieczorem kard. Wyszyński zapisał: „Największym brakiem apostoła jest lęk. Bo on budzi nieufność do potęgi Mistrza, ściska serce i kurczy gardło. Apostoł już nie wyznaje. Czyż jest jeszcze apostołem? (…) Lęk apostoła jest pierwszym sprzymierzeńcem nieprzyjaciół sprawy. Zmusić do milczenia przez lęk – to pierwsze zadanie strategii bezbożniczej. Terror, stosowany przez wszystkie dyktatury obliczony jest na lękliwość apostołów. Milczenie tylko wtedy ma swoją apostolską wymowę, gdy nie odwracam swego oblicza od bijących. Tak czynił milczący Chrystus. Ale w tym znaku okazał swoje męstwo”. Czy prymas myślał o sobie?

Następnego dnia na polu pod Kętrzynem na więźniów czekał samolot. Nie wiedzieli, dokąd lecą. Prymas zorientował się tylko, że na południowy zachód. Po dwóch godzinach wylądowali. Później okazało się, że w okolicach Nysy. Do zmroku przesiedzieli w maszynie. Nikt nie mógł zobaczyć prymasa i zorientować się, gdzie jest przetrzymywany. Późnym wieczorem więźniowie dotarli do celu – pofranciszkańskiego klasztoru w Prudniku Śląskim. Tym razem przygotowano się na ich przyjazd. Teren otaczał płot wysoki na trzy i pół metra, nad którym – na wszelki wypadek – rozciągnięto jeszcze drut kolczasty, oczywiście „dla bezpieczeństwa”.

Dwa pokoje na końcu świata

Klasztor pofranciszkański w Prudniku Śląskim był trzecim miejscem internowania kard. Stefana Wyszyńskiego. Zbudowany na wzgórzu i otoczony lasem wydawał się miejscem odciętym od świata. Przed przyjazdem więźniów przeprowadzono w nim pobieżne prace remontowe. Budynek został wybielony i otoczony trzymetrowym płotem.

Prymasa umieszczono na pierwszym piętrze. Miał do dyspozycji dwa pokoje; w jednym urządzono sypialnię w drugim pracownię. Łóżko zbite z surowych desek, stół, dwa krzesła i klęcznik, na ścianie duży drewniany krzyż. Ot całe wyposażenie. Tydzień po „zakwaterowaniu” w Prudniku prymas zapisał: „Lewa strona korytarza jest przeznaczona dla nas, prawa posiada słoneczne pokoje, zamknięte na klucze i zabite gwoździami. Całość ma charakter bardziej izolowany niż w Stoczku. Stąd nie można zobaczyć żywej normalnej duszy; wszystko, co nas otacza, albo chodzi skrycie pod parkanami zewnętrznymi, albo też wałęsa się po korytarzach (…)”

„W tym nowym miejscu – notował dalej prymas – jesteśmy jeszcze bardziej skazani na siebie, gdyż nikt tu nie zagląda, ani też nikt nie może kontrolować ruchu na korytarzu. Wszystko jest tandetnie, licho pomalowane. Wszędzie jeszcze znać ślady świeżej roboty. Tu i ówdzie leżą porzucone pędzle; stoją pudełka z farbą, sterty zardzewiałych gwoździ, piłki ręczne, młotki, o które nikt się nie troszczy. Naszym zwyczajem, pozbieraliśmy to wszystko na ogrodową werandę, skąd powoli wszystko zniknęło. Będziemy tu mieli trudną sprawę ze spacerem, gdyż chodzenie po pochyłym, oślizgłym terenie, będzie uciążliwe. Natomiast dom jest korzystniejszy, na naszym piętrze suchy, o widnych oknach, starannie poosłanianych storami i firankami. Wydano polecenie, że nie należy wyglądać oknami, że przed zapaleniem światła trzeba zasłonić story. Wprawdzie wokół nic i nikogo nie widać, ale my mamy obowiązek ukrywać się przed żołnierzami, wartującymi na zewnątrz. Oczywiście, o tym obowiązku wie tylko ksiądz i siostra. Ja jestem wolny od podobnych przypomnień”.

Chory, ale zdrowy

Mimo korzystniejszych – jak pisał prymas – warunków mieszkaniowych stan jego zdrowia nie uległ poprawie. Ciągle dokuczały mu nerki, bóle głowy i nóg, nadkwasota i ogólne osłabienie. W listopadzie ponownie zbadali go lekarze. „Ogólnym stanem zachwyceni nie jesteśmy” – oświadczyli i zlecili dokładniejsze badania kliniczne. Przeprowadzono je dopiero przed Bożym Narodzeniem. Prymas był dowożony – oczywiście po zmroku – do Wojewódzkiego Urzędu Bezpieczeństwa w Opolu, gdzie czekali specjaliści. Pobrano krew, zrobiono prześwietlenie płuc i brzucha, podleczono zęby. „Prymas jest człowiekiem zupełnie zdrowym” – brzmiała diagnoza. „Dotąd nigdy takiej opinii lekarzy o sobie nie słyszałem” – skomentował w Zapiskach prymas.

W czasie pobytu w Prudniku kard. Wyszyński mógł pisać i otrzymywać listy i paczki. Były czytane i cenzurowane przez strażników, mimo to stanowiły źródło pociechy i wiadomości o najbliższych. Z każdego słowa przebijała serdeczność i troska. W podobnym tonie odpisywał prymas. Troszczył się o zdrowie rodzeństwa, prosił, by nie wykosztowywali się na niego, pytał o dzieci i dziękował za każde napisane przez nie słowo. Najbardziej martwił się o dobiegającego osiemdziesiątki ojca, który nieustannie niepokoił się o zdrowie syna. Do siostry pisał:

„Pragnąłbym się odwołać do Twojej, Droga Stachno, roztropności i doświadczenia i prosić, byś wpłynęła na Ojca uspokajająco. Wiem, że doświadczenie, przez które przechodzi, jest zbyt ciężkie dla sędziwego wieku Ojca, ale Ty możesz wpłynąć na Ojca, by w pełni zaufał mądrości Bożej. Jestem sługą Kościoła i w mojej sprawie jest więcej dróg i planów Bożych niż woli ludzkiej. Nie trzeba na nikogo się skarżyć, ani też do nikogo mieć żalu, tylko cierpliwie i spokojnie się modlić o to, by Bóg pozwolił wypełnić zadanie chwili obecnej”.

W listach prosił też o książki i „drobiazgi gospodarcze”: grzebień, lusterko, wełniane skarpety, miód, cytryny, gorzką czekoladę i domowe suchary, które mu bardzo służyły. I jeszcze dwie koloratki – dla niego i ks. Stanisława Skorodeckiego.

Myślę zaledwie promykami świateł

W Prudniku Śląskim upłynęła druga „więzienna” Wigilia kard. Wyszyńskiego. Mimo zamknięcia, izolacji i skromnych warunków bytowych atmosfera była pogodna, a nawet radosna. Ks. Skorodecki sobie tylko znanymi sposobami zdobył i udekorował niewielkie drzewko. Na stole nie zabrakło wigilijnych potraw i tradycyjnego opłatka, który kard. Wyszyński posłał także gotującej dla nich gospodyni. Po wieczerzy trójka więźniów długo rozmawiała, a o północy udała się odprawić Msze św. – pierwszą śpiewaną, dwie następne ciche.

„Jest nam bardzo dobrze w tej ubożuchnej kapliczce, bez jednego kwiatka, z dymiącymi, lichymi świecami, wobec Chrystusa, który chciał być z nami w tym dniu” – zanotował później prymas. I reflektował: „Najskuteczniejszą drogą do zwalczenia w sobie smutku jest wspomnienie na mądrość, dobroć, miłość i doskonałość Boga, którego wszystkie dzieła są doskonałe. A więc i te, które mnie dotyczą. W każdym czynie Boga jest tylko mądrość, tylko dobroć, tylko miłość. Może nie rozumiem ich do końca, może myślę zaledwie promykami świateł. Ale pełna światłość objawia się, gdy rozumiem sens działania Bożego”.

Dwa miesiące później za „obozowe” mury dotarły pierwsze od czasu aresztowania wiadomości ze świata. Przez cały ten czas prymas nie miał dostępu do prasy, o radiu nie wspominając. Z listów od rodziny wycinano wszystko, co wydało się cenzorom podejrzane. Kardynał nie wiedział co dzieje się w Polsce, w Kościele, na świecie. We wspomnianym lutym ks. Skorodeckiemu pozwolono na widzenie z ojcem i to on przywiózł wiadomość o usuwaniu księży ze szkół, nękaniu zakonów, utrudnianiu obsadzania stanowisk kościelnych. „Nadzieja na to, że moje uwięzienie powstrzyma wyniszczanie Kościoła, zaczyna blednąć” – napisał gorzko kard. Wyszyński.

Wkrótce nadeszła kolejna zła wiadomość. Jego ojciec miał wylew. Prymas natychmiast poprosił o pozwolenie na widzenie. W odpowiedzi tydzień później usłyszał, że ojciec czuje się lepiej i wychodzi ze szpitala.

Wstań, dobrze ci to zrobi

Kard. Wyszyński był przetrzymywany w Prudniku do października 1955 roku. Pod koniec pobytu rygor znacznie zelżał. Więźniów nie pilnowano już tak starannie, a nawet zaczęto im dostarczać gazety. Odwilż była wyraźna, nie oznaczała jednak uwolnienia.

28 października kard. Wyszyński został poinformowany o zmianie miejsca pobytu. Miał zostać przeniesiony do klasztoru Sióstr Nazaretanek w Komańczy, gdzie mógł się swobodnie poruszać. Ks. Skorodecki i s. Leonia mieli zostać zwolnieni. „Taka jest obecnie linia postępowania” – oświadczył funkcjonariusz UB.

Z chwilą przywiezienia kard. Wyszyńskiego do Komańczy zmienił się status tego miejsca. Miejscowość została włączona do pasa przygranicznego, co oznaczało, że można się było do niej dostać jedynie po okazaniu przepustki. Sam prymas tak wspominał pierwsze chwile spędzone w nowym miejscu: „Na spotkanie wybiegła jakaś pani, która – jak się później okazało – przybyła tu dziś rano, aby uprzedzić siostry o moim przybyciu i przygotować mieszkanie (…) Tym razem klasztor jest z prawdziwego zdarzenia. Obszerny dom, prowadzący normalne, życie klasztorne, z prawdziwymi siostrami zakonnymi, które nie są więźniarkami, i z własnym, zakonnym trybem życia”.

Po dwóch miesiącach życia wśród sióstr kard. Wyszyński zanotował w swoim dzienniku ciekawą refleksję, której echa wielokrotnie pojawiały się w jego późniejszym życiu i posłudze: „Z woli Bożej jestem znowu wśród gromady kobiet. Zapamiętam sobie: ilekroć wchodzi do twego pokoju kobieta, zawsze wstań, chociaż byłbyś najbardziej zajęty. Wstań, bez względu na to, czy weszła matka przełożona, czy siostra Kleofasa, która pali w piecu. Pamiętaj, że przypomina ci ona zawsze Służebnicę Pańską, na imię której Kościół wstaje. Pamiętaj, że w ten sposób płacisz dług czci twojej Niepokalanej Matce, z którą ściślej jest związana ta niewiasta niż ty. W ten sposób płacisz dług wobec twej rodzonej Matki, która ci usłużyła własną krwią i ciałem... Wstań i nie ociągaj się, pokonaj twą męską wyniosłość i władztwo... Wstań nawet wtedy, gdyby weszła najbiedniejsza z Magdalen... Dopiero wtedy będziesz naśladować Twego Mistrza, który wstał z Tronu po prawicy Ojca, aby zstąpić do Służebnicy Pańskiej... Wtedy dopiero będziesz naśladował Ojca Stworzyciela, który Ewie na pomoc przysłał Maryję... Wstań, bez zwłoki, dobrze ci to zrobi”.

Śluby miliona

Pobyt w Komańczy znacznie różnił się od dotychczasowego „obozowego” życia w Stoczku i Prudniku. Prymas mógł przyjmować gości i prowadzić w miarę normalny tryb życia. Nie był już objęty dozorem Służby Bezpieczeństwa. W listopadzie odwiedzili go biskupi: Michał Klepacz pełniący od chwili aresztowania kard. Wyszyńskiego obowiązki przewodniczącego Episkopatu Polski oraz Zygmunt Choromański. Wraz z nimi przyjechał ojciec kardynała. Witali się na kolanach.

W marcu 1956 r. zmarł Bolesław Bierut. Nowy pierwszy sekretarz Edward Ochab ogłosił oczyszczenie z zarzutów członków partii prześladowanych w czasach stalinowskich m.in. Władysława Gomułki. W maju prymas skończył pracę nad tekstem Ślubów Narodu Polskiego przygotowywanych z okazji 300-lecia ślubów Jana Kazimierza. Miesiąc później wybuchł Poznański Czerwiec. Robotnicy wystąpili przeciwko władzy ludowej – dla komunistów był to szok, do którego oczywiście się nie przyznali. W sierpniu spadł na nich kolejny cios.

Na Jasnej Górze blisko milion Polaków odnowiło śluby króla Jana Kazimierza, deklarując w ten sposób przywiązanie do wiary i Kościoła. Fotel prymasa był wymownie pusty. W październiku do władzy doszedł Gomułka. Wśród Polaków zabłysła nadzieja na zmiany. Trzy dni po plenum, na którym wybrano nowego sekretarza PZPR, wiecujący na jego cześć tłum zaczął domagać się uwolnienia prymasa. Towarzysz Wiesław zadośćuczynił oczekiwaniom społeczeństwa. 26 października w Komańczy zjawili się przedstawiciele rządu, którzy oświadczyli, że konieczny jest jak najszybszy powrót prymasa do Warszawy. W czasie rozmowy ustalono konieczność zniesienia dekretu o obsadzaniu stanowisk kościelnych oraz przestrzegania zasad Konkordatu w sprawie nominacji biskupich i innych urzędów kościelnych. Jak się później okazało, wszystkie składane wówczas obietnice swobód religijnych były pisane patykiem na wodzie. Pierwsze symptomy niesłowności nowych władz pojawiły się już wkrótce, podczas rzekomych wolnych wyborów.

Za paciorki szeptane

Kard. Stefan Wyszyński wrócił do domu 28 października 1956 roku. Pod rezydencją zebrały się tłumy wiernych. Mimo zmęczenia wyszedł na balkon, by im pobłogosławić. Tego samego dnia wysłał telegram do Piusa XII z wiadomością o objęciu na powrót obowiązków w archidiecezji gnieźnieńskiej i archidiecezji warszawskiej. Przygotował także krótki list do wiernych i duchowieństwa:

„Zaciągnąłem wielkie długi wobec was wszystkich, Dzieci Boże, gdyż wspierałyście mnie nadprzyrodzoną mocą waszej wiary, niezachwianą ufnością, miłością bezgraniczną, tragicznie wytrwałą modlitwą, wyrzeczeniami, a nawet gotowością do złożenia ofiary z życia za Kościół Boży – pisał.

„Pragnę spłacić mój dług wszystkim! Wam, małe dziateczki, dziękując za paciorki w mojej intencji szeptane. Wam, młodzieży polska, zwłaszcza spod znaków akademickich, która okazała mi tyle pamięci i serca. Wam, Robotnicy, którzy wołając o poszanowanie swoich praw z taką godnością i dojrzałym spokojem, nie zapomnieliście o tym, że nie samym chlebem żyje człowiek (…) Wam, Rodzice katoliccy, którzy wraz z dziatwą waszą każdego wieczoru na kolanach wołaliście do wspólnego Ojca naszego. I Wam najmilsi Bracia Kapłani, diecezjalni i zakonni oraz Siostry tylu rodzin zakonnych, których modlitwy i umartwienia tak zwycięskie są w obliczu Boga (…) A spłacić mogę dług jedynie gorętszą modlitwą ku wam, jeszcze gorliwszą służbą pasterską i oddaniem dziełu zjednoczenia wszystkich, których ożywia pragnienie miłości, sprawiedliwości i pokoju Bożego” – pisał prymas.

Kard. Stefan Wyszyński służył gorliwie Kościołowi i Ojczyźnie do chwili śmierci 28 maja 1981 roku. W grudniu 2017 roku Stolica Apostolska wydała dekret o heroiczności cnót prymasa. Dekret taki jest orzeczeniem Kościoła, że Sługa Boży cieszy się sławą świętości i heroiczności cnót. To oficjalny głos Kościoła, że dana postać jest w chwale błogosławionych i że może być beatyfikowana.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem