Reklama

Jestem od poczęcia

Podnieśmy się do lotu! - rozmowa z kard. Kazimierzem Nyczem

2017-10-06 19:31

rozmawiał Tomasz Królak / Warszawa / KAI

Episkopat.pl
Kard. Kazimierz Nycz

Być może zbyt szybko przenieśliśmy Jana Pawła II do historii – przyznaje kard. Kazimierz Nycz w przededniu kolejnego Dnia Papieskiego. W rozmowie z KAI metropolita warszawski mówi o swoich nadziejach i niepokojach, duchowej kondycji polskiej młodzieży, trójpodziale władzy, debacie wewnątrz Kościoła i korytarzach humanitarnych.

Tomasz Królak (KAI): "Idźmy naprzód z nadzieją!" – brzmi hasło tegorocznego Dnia Papieskiego. Wspieramy się zachętą Jana Pawła II bo przeżywamy w Polsce deficyt nadziei?

– To są słowa wzięte z zakończenia listu apostolskiego "Novo Millenio Ineunte", którym Jan Paweł II wprowadzał Kościół w trzecie tysiąclecie. Ta zachęta została sformułowana po Roku Jubileuszowym, po wielkiej nadziei, która zapaliła się w sercach ludzi w całym Kościele ale nie tylko, bo ten Rok Święty miał swoje wymiary daleko wychodzące poza "wnętrze" Kościoła. Pozostawał w pamięci i Światowy Dzień Młodzieży w Rzymie w 2000 r. i wszystko, co w tym Roku Świętym się wydarzyło. Papież mówił: idźmy z nadzieją, jest dobrze i czyńmy to, co powinniśmy czynić jako ludzie Kościoła wobec świata. Potem wydarzyły się rzeczy różne... Punktem zwrotnym, który nas wszystkich odmienił i wprowadził dużo pesymizmu w patrzeniu na świat był zamach na World Trade Center we wrześniu 2001. Cały świat ogarnęła niepewność, wzmacniana przez kolejne wojny i nowe akty terroru. Nigdy wcześniej nie dochodziło do czegoś takiego by zabijać dla samego zabijania, a nie w ramach obrony.
Poprzez niespokojny kontekst naszych czasów, tamte słowa Jana Pawła II nabierają bardzo aktualnego znaczenia. Naprawdę musimy posłuchać go i iść w przyszłość z nadzieją. Bardzo łatwo bowiem popaść w pesymizm i marazm, zgubić nadzieję powtarzając, że jesteśmy bezradni, w sytuacji bez wyjścia itd. Jeżeli nam papież to mówi, to nie po to, żeby nas tanio pocieszyć ale po to, żeby nam pokazać, gdzie są źródła nadziei prawdziwej, co trzeba robić, żeby ten świat, w którym żyjemy i który współtworzymy - miał swój sens. Z tej strony patrząc bardzo się cieszę, że po 18 latach istnienia Fundacji Dzieło Nowego Tysiąclecia, wzięliśmy taki temat tegorocznego Dnia Papieskiego. Jest w tym zawarta i promocja nauczania Jana Pawła II i aktualność jego osoby i dzieła. Być może zbyt szybko przenieśliśmy tego papieża do historii. Zapominamy, że w tym wszystkim kim był i co zostawił, jest on bardzo aktualny także dzisiaj. Może nawet bardziej niż wówczas, 16 lat temu, gdy zachęcał nas, by iść naprzód z nadzieją.

- Niekiedy w Kościele w Polsce pojawiają się głosy, że teraz, gdy Jana Pawła II nie ma wśród nas, to nie wiemy "jak żyć". Czy takie sieroce głosy nie wydają się Księdzu Kardynałowi drażniącym biadoleniem?

- – Nie rozpatrywałbym tego w kategoriach: drażni, nie drażni. Takie narzekania słychać było jeszcze za życia Jana Pawła II. Po każdej z ośmiu pielgrzymek do Polski przeżywaliśmy zapał; krzywa emocji, radości i entuzjazmu szła do góry. Trzeba też zaznaczyć, że nie jest prawdą, że go nie słuchaliśmy. Jednak czasami spodziewaliśmy się, że to zostanie w nas na zawsze. A to nie takie proste. Papież wracał do Rzymu i okazywało się, że wchodziliśmy w swoje codzienne, narastające i czasem bardzo trudne sprawy – osobiste czy społeczne. I podświadomie czekaliśmy, żeby znów przyjechał, żeby nas zapalił i ożywił. Myślę, że to można przenieść i na sytuację dzisiejszą, 12 lat po śmierci papieża.
Dzień Papieski czy inne okazje związane z Janem Pawłem II potrzebne są po to, żebyśmy podnieśli się do lotu, zaczerpnęli czegoś z jego nauczania i potrafili według tego żyć. To się nie stanie automatycznie, tego trzeba chcieć i tego się trzymać. Natomiast nie biadolić, bo biadolenie niczego nie rozwiąże.

- A co, jeśli chodzi o polskie realia, najbardziej zagraża dziś nadziei?

- – Co do mnie, to próbuję być człowiekiem nadziei i jestem raczej optymistą. Nie biadolę tak bardzo... Jeśli chodzi o Polskę, zwłaszcza w kontekście Europy czy współczesnego świata, to takich niepokojących sytuacji jest sporo. Człowiek nie jest pewny jutrzejszego dnia, bo co chwila dzieje się coś złego, media natychmiast to nagłaśniają, przez co stajemy się niemal uczestnikami różnych dramatycznych wydarzeń. Ale, generalnie rzecz biorąc, kiedy jestem w różnych miejscach Polski, a sporo jeżdżę po kraju, widzę wiele bardzo pozytywnych wydarzeń czy zjawisk. Jest ich mimo wszystko większość, dlatego patrząc przez taki pryzmat "idę w przyszłość z nadzieją". Wierzę gorąco w to, że dobro będzie zwyciężać i pod tym względem jestem optymistą.
Natomiast jeśli chodzi o sprawy, które budzą niepokój, to jest nim widoczny podział między ludźmi. Nie mówię tu o wielkich sprawach politycznych. Bardzo często przebywam w kręgach ludzi świeckich i widzę, że gdy zaczyna się rozmawiać na jakiś temat, to bardzo łatwo jest przekroczyć granicę spokojnego dialogu. To niepokojące zjawisko. Nakręca się spirala niezgody czy braku porozumienia. Trzeba to naprawdę zmieniać, poprawiać - zaczynając zawsze od siebie - i nie dopuszczać do dalszej brutalizacji języka i kontaktów międzyludzkich.
Dostrzegam i inne zjawiska, które mogą osłabiać nadzieję. Weźmy choćby dane mówiące o liczbie rozpadających się w ciągu roku małżeństw. Ile dzieci cierpi w związku z tym! Podobnie też łatwo stracić nadzieję obserwując wskaźniki demograficzne Europy, w tym Polski i porównując je z danymi sprzed, powiedzmy, 30 lat. To są poważne problemy, z którymi musimy się mierzyć. Trzeba przy tym mieć nadzieję, że potrafimy się zmienić, nawracać, stać się mniej hedonistycznymi, wygodnymi i mniej narzekać. Trzeba też wierzyć, że polska rodzina jako taka zacznie budować swoja przyszłość wokół tego, co jest najważniejszym celem naszego życia. Co to znaczy? Jan Paweł II wskazywał, że człowiek winien widzieć sens swojego życia w powierzeniu go Bogu, powinien wierzyć, że jesteśmy przez Boga powołani i posłani do tego świata, żeby żyć tutaj, czynić sobie ziemię poddaną, rosnąć, rozwijać się i w ten sposób zostawiać po sobie trwały ślad.

- Niedawno szerokim echem odbiły się pełne niepokoju słowa Księdza Kardynała o to, by w Polsce nie zostały naruszone fundamenty trójpodziału władzy. Obecna sytuacja polityczna podważa Księdza nadzieję?

- To się dzieje trochę na zasadzie: uderz w stół a nożyce się odezwą. Do tego kazania wygłoszonego na Mszy z okazji 100. rocznicy Sądu Najwyższego przygotowywałem się sięgając do początków tej instytucji. Przywołałem idee, którymi kierowali się ojcowie - założyciele i to w czasach, gdy nie było państwa, granic, struktur. Otóż ponad rok przed formalnym powstaniem państwa ci ludzie powołują Sąd Najwyższy. Jakby chcąc w ten sposób powiedzieć przyszłym pokoleniom, także więc nam, że bez fundamentu sprawiedliwości, która jest weryfikowalna także przez każdy Sąd Najwyższy, nie da się zbudować państwa jako takiego.
To, że moje słowa odbiły się takim echem, świadczy o tym, że istnieje pewna wrażliwość, która sprawia, że jeśli dotknie się jakiejś struny, to zaczyna ona grać i mocno rezonować. Jeżeli dotknie się jakiegoś obolałego miejsca, to wtedy boli ono jeszcze bardziej. Oby to był zawsze ból ostrzegawczy, w tym wypadku przypominający, że trzeba zawsze stać na fundamencie trójpodziału władzy. Jestem człowiekiem nadziei, i w tym kazaniu też o tym zapewniłem. Wierzę w to, że jesteśmy mądrym narodem i że potrafimy razem zrobić naprawdę bardzo dużo dobrych rzeczy.

- A w pojednanie polsko-polskie także Ksiądz Kardynał wierzy?

- Jestem człowiekiem nadziei i wierzę w mądrość naszego narodu. Mam na to dwie przesłanki: z jednej strony, pomimo tego, co sam powiedziałem, kiedy wejdzie się na poziom życia zwyczajnych ludzi, jeśli popatrzy się na życie w miastach, dużych i małych gdziekolwiek w Polsce, to jest to życie dużo spokojniejsze niż to pokazywane w telewizji. Jest to dla mnie duże źródło nadziei.
Musimy pamiętać o tym, że w ostatnich latach wiele się w Polsce zmieniło i zmienia. Myślę o sprawach nadającym życiu ludzi więcej sensu, na przykład o zmniejszającym się w ostatnich latach bezrobociu. Rozmawiam z ludźmi i po prostu słyszę, że widzą sens, widzą potrzebę zaangażowania, czują, że warto. Ważne jest to, co działo się w ciągu ostatnich lat, zwłaszcza dwóch ostatnich, jeśli chodzi o rodziny i to, co nazywamy polityką rodzinną. Wyraźnie widać, że ci ludzie czują się po prostu zauważeni, zmienia się podejście do wielodzietności, przy czym nie chodzi o rodziny z pięciorgiem czy sześciorgiem dzieci. Przecież przez całe lata nawet trzecie dziecko było traktowane jako coś zupełnie nadzwyczajnego. Tych ludzi trzeba mocno wspomagać! Jeżeli społeczeństwo ma jakieś priorytety, to liczna rodzina dobrze wychowująca swoje dzieci jest priorytetem absolutnym. Podobnie jak zapewnienie ludziom pracy. Mam nadzieję, że ten kierunek będzie kontynuowany.
Oczywiście zdaję sobie sprawę z obaw dzisiejszych młodych ludzi przed podejmowaniem decyzji na całe życie. Złożoność problematyki niestabilnych małżeństw też jest bardzo duża i nie da się jej wyjaśnić w paru zdaniach, ale preferuje się myślenie według którego najważniejsze jest to, żebym był szczęśliwy i niczym obciążony. To leży w głowie i wcale nie odzwierciedla sytuacji materialnej, bo niestety jest tak, że ci, których warunki materialne spokojnie "wystarczyłyby" na trzecie czy czwarte dziecko, na to potomstwo się nie decydują. Ci zaś, którzy mają rodzinę liczniejszą niekoniecznie wiążą to z warunkami materialnymi. Nie chcę tego wiązać wprost z wiara, ale wpływ wiary ma tu swoje pierwszorzędne znaczenie. Świadczy o tym liczba dzieci w małżeństwach należących do kościelnych ruchów i stowarzyszeń a więc środowisk mocno nastawionych na pogłębianie wiary.
To są te światła nadziei. Jest ich dużo. Nie dajmy sobie wmówić, że świat codziennego życia jest taki, jak ten, który oglądamy w internecie i innych mediach. Jeśli zaś mogę zaapelować do mediów to o to, by odzwierciedlały życie ludzi takim, jakim ono jest i kreowały piękno, dobro, prawdę, tak bardzo i dziś potrzebne.

- W przyszłym roku będzie obradował synod biskupów poświęcony młodzieży. To ogromna szansa na poznanie kondycji duchowej i religijnej także młodego pokolenia Polaków. Ma Ksiądz Kardynał nadzieję, że oni z kolei wciąż odnajdywać będą nadzieję w Kościele?

- To się samo nie stanie. Dużo zależeć będzie od tych dorosłych, na pierwszym miejscu od rodziców i rodzin. Nie tylko takie wydarzenia jak Światowe Dni Młodzieży pokazują, że jest bardzo dużo dobrej, wspaniałej młodzieży. Dowodzą tego także liczne wydarzenia, takie Przystanek Jezus, ewangelizacja na Stadionie Narodowym ale też zwyczajne życie w parafiach wielu miejscowości, gdzie młodzież systematycznie gromadzi się na modlitwie czy wokół takiego czy innego działania. To budzi nadzieję.
Natomiast to, że sprawa przynależności młodzieży do Kościoła stała się sprawą trudniejszą, to nie ulega wątpliwości. To dużo większe wyzwanie niż jeszcze 20 lat temu. Wchodzi nowe pokolenie. Nie jest już obciążone balastem komunizmu, ale bardzo często stawia sobie inne priorytety. Nikogo oczywiście nie potępiam. Jeśli ten młody człowiek jest zdolny, uczy się, chce się rozwijać, zna języki i otwiera się na świat, to jest to oczywiście bardzo pozytywne. Natomiast bardzo często odnoszę wrażenie, że oni już nie bardzo mają ochotę negować Pana Boga i walczyć z nim, jak to nieraz bywało w dawniejszych czasach, kiedy to młode pokolenie stykało się z marksizmem. Dziś inaczej: młodzi ludzie próbują żyć tak, jak by Boga nie było albo się bez Niego obchodzą. Wydaje im się, że mogą zbudować swoje szczęście i że będzie to szczęście trwałe, negując czy "odstawiając" sprawy wiary na "potem".
To się oczywiście wiąże z naszą zdolnością trafiania do młodego pokolenia. My też często wpadamy w schematy i mówimy tak, jak się mówiło 30 czy 40 lat temu. Sam przyłapuję się dość często na tym, że podczas wizytacji lekcji religii w jakiejś gimnazjalnej klasie dziwię się, że uczniowie nie znają tego czy innego faktu o Janie Pawle II czy kard. Wyszyńskim. No ale wtedy od razu pytam samego siebie: a niby skąd mają wiedzieć? My im mówimy o tym albo mało albo nudnie. Nie zawsze mamy dobry klucz do otwarcia Ewangelii młodym ludziom. Nie dotyczy to tylko szkolnej katechezy ale jeszcze bardziej kerygmatycznego mówienia, apelowania o wiarę jak to jest w głoszeniu Ewangelii przy okazji katechezy przed bierzmowaniem, przed sakramentami. Pod tym względem katecheci, księża i my, biskupi ciągle mają wiele do zrobienia.
Osobiście bardzo liczę na to, że przyszłoroczny synod o młodzieży bardzo mocno poruszy naszą wyobraźnię. Nie chodzi o szczegółowe rozwiązywanie, bo tego nikt za nas nie zrobi i każdy musi znaleźć właściwą drogę. Chodzi o podjęcie refleksji nad hermeneutyką: jak otworzyć człowiekowi Biblię i jak otworzyć człowieka na Słowo Boże tak, by nastąpiło spotkanie. Jeżeli nam się to uda, to wcześniej czy później Pan Bóg sobie z tym człowiekiem poradzi. Do nas należy to, co wynika z przypowieści o siewcy: troska o rolę i jej uprawianie aby ziarno, które padnie na glebę ludzkiej duszy mogło wydać owoc.

- Może hasło "Idźmy naprzód z nadzieją!" powinniśmy odnieść także do sytuacji wewnątrz Kościoła? Czy spokojna rozmowa, powiedzmy ks. Adama z ojcem Tadeuszem nie byłaby czymś z tego punktu widzenia ożywczym i budzącym nadzieję?

- Pytanie prowokuje do dłuższej odpowiedzi... Odchodząc od konkretnych osób: jeżeli zdecydowaliśmy się na to, żeby podczas nadchodzącego Dziedzińca Dialogu zorganizować debatę osób, którzy są teologami ale mają różne poglądy (choć nie chcę używać politycznych kategorii "lewica", "prawica") to chcę pokazać, że w Kościele mają prawo istnieć postawy różne. Warunek jest jeden: że to wszystko dzieje się w mądrym pluralizmie tego samego Kościoła. Nie jest przecież problemem, że samochody jadą pięciopasmową autostradą - zmierzają przecież w jednym kierunku. Ważne, żeby nie wylądowały w rowie a kierowcy nie zrobili sobie krzywdy. Ważne, by ten pluralizm czy jedność (ale nie jednolitość) ubogacała i była głosem tego samego Kościoła.
Gdyby dziś tych dwóch konkretnych zakonników spotkało się, to myślę, że potrafiliby ze sobą spokojnie rozmawiać. Nie wiem, może potrzeba, żeby ktoś stworzył im płaszczyznę takiej rozmowy?
Pamiętam, że gdy byłem klerykiem czy młodym krakowskim księdzem, to wielu wybitnych, nieżyjących już dziś kaznodziejów (nie będę wymieniał nazwisk), mających odmienne poglądy na wiele spraw i różne sposoby głoszenia Ewangelii, miało za sobą na mszy prawdziwe tłumy. I to naprawdę było bogactwo Kościoła.

- Słowo nadzieja, przewodni motyw tegorocznego Dnia Papieskiego, występuje też w haśle modlitewnej inicjatywy poświęconej uchodźcom - "Umrzeć z nadziei". Właśnie trwa jej kolejna edycja. Czy robimy wszystko - Kościół, państwo, wspólnota wierzących - żeby tchnąć w tych ludziach nadzieję? Korytarze humanitarne, o które upomina się episkopat, wciąż nie zyskały aprobaty rządu.

- Nigdy nie przestaję apelować o jeszcze większą wrażliwość wobec ludzi, którzy potrzebują od nas pomocy i nadziei. Myślę, że mamy dużo do zrobienia zarówno pomagając im tam, gdzie są - w Libanie, we Włoszech czy w Grecji. Sam ich zresztą widziałem w tych krajach i nie tylko tam.
Mamy jeszcze dużo do zrobienia przynajmniej w tym minimalnym wymiarze, jakim są właśnie korytarze humanitarne. Nie wiem czy u podstaw problemu nie leży pomieszanie pojęć, dlatego że idea korytarzy zakłada pomoc ludziom skrajnie potrzebującym pomocy medycznej czy innej, krótkotrwałej czy dłuższej. Spójrzmy na skalę: w przypadku Włoch jest to tysiąc ludzi rocznie, w Polsce byłoby ich może 500!
Rozmawiałem z uchodźcami w Libanie. Najgorszy był ten deficyt nadziei. Stracili nadzieję na powrót do ojczyzny, do domu. Wśród nich są ludzie, którzy nie mają już nadziei, w tym dzieci, które w wojnie straciły oboje rodziców. Oni potrzebują ludzkiej pomocy, motywowanej nie litością, lecz miłością i Ewangelią. Według mnie wiele krajów Europy stać po prostu na to, żeby im pomóc. Zresztą dowodzi tego konkretna wypowiedź Franciszka sprzed paru dni, a mianowicie że w dziedzinie korytarzy humanitarnych robimy zdecydowanie za mało, dlatego trzeba otworzyć się na tych potrzebujących. Źle by się stało, gdyby te słowa miały okazać się wołaniem na puszczy.

- Kościół w Polsce będzie naciskał na władze, żeby korytarze zostały jednak uruchomione, czy też stracił już nadzieję?

- Nie straciliśmy nadziei. Ciągle o to prosimy i mamy nadzieje, że porozumiemy się na tyle, żeby korytarz humanitarny pozwalający pomóc przynajmniej niektórym spośród najbardziej potrzebujących, stał się możliwy także w Polsce, od tego tematu nigdy nie uciekniemy. Nawet gdybyśmy uciekali, to gdzieś tam w naszym sumieniu zawsze powinny odezwać się słowa św. Pawła; "Niech każdy ma na oku nie tylko swoje własne sprawy, ale też i drugich".

Tagi:
kard. Kaziemierz Nycz

Kard. Nycz w Boże Ciało: Chrystus potrzebuje dziś Kościoła wrażliwego

2018-05-31 14:06

pgo / Warszawa (KAI)

Dziś Chrystus potrzebuje Kościoła wrażliwego na współczesne biedy, na bezdomnych, samotnych, na szukających schronienia, czy nowej ojczyzny. Kościół nigdy nie może powiedzieć: "to nie jest nasza sprawa, to nie jest nasz problem" - powiedział kard. Kazimierz Nycz podczas warszawskich obchodów Bożego Ciała, które rozpoczęła uroczysta Msza św. o godz. 10.00 w archikatedrze św. Jana Chrzciciela. Po Eucharystii rozpoczęła się centralna procesja, gdzie przy czwartym ołtarzu na pl. Piłsudskiego metropolita warszawski wygłosił kazanie.

Wojciech Łączyński/archwwa.pl

Kard. Nycz podkreślił, że uroczystość Bożego Ciała jest nierozłącznie związana z Wielkim Czwartkiem i Wielkim Piątkiem. - W Eucharystii dokonuje się przemiana darów tej ziemi – chleba i wina – w Ciało i Krew Chrystusa, po to by się dokonywała przemiana naszego życia. A my przemienieni świętą eucharystią byśmy przemieniali świat, byli solą tej ziemi i światłem świata. O tym nam przypomina każda, także dzisiejsza procesja Bożego Ciała - mówił.

Metropolita warszawski zaznaczył, że Eucharystia powinna przenikać całe życie codzienne i publiczne. - Powinien być znakiem trwałej obecności Chrystusa, obecności konkretnej, żywej także pośród naszych domów, jako pulsujące serce Warszawy. Tak się dzieje dziś, gdy trwamy w modlitwie, uwielbieniu i dziękczynieniu - podkreślił. Jak dodał, naszą odpowiedzią jest modlitwa, adoracja, wyznanie wiary i gotowość przemieniania z Jezusem naszego życia i świata, do którego posyła nas Jezus.

Hierarcha przypomniał, że przy 4 ołtarzach usłyszeliśmy jak Jezusa zaprasza nas na Ucztę Eucharystyczną. - Dlatego wychodzimy na ulice, na peryferie, na obrzeża, by ewangelizować, by nieść Chrystusa wszystkim - mówił.

-Jezus jest wrażliwy, nie jest obojętny. Dziś Chrystus potrzebuje Kościoła wrażliwego na współczesne biedy, na bezdomnych, samotnych, na szukających schronienia, czy nowej ojczyzny. Kościół nigdy nie może powiedzieć: "to nie jest nasza sprawa, to nie jest nasz problem". Stosunek do biednych, potrzebujących, opuszczonych jest miarą dojrzałości społeczeństwa.

Kard. Nycz zaznaczył, że aby przynosić owoc życia chrześcijańskiego, trzeba być wszczepionym w Chrystusa, który jest winnym krzewem. - Trwanie w Chrystusie, Komunia z Jezusem, jest równocześnie Komunią z Kościołem jego mistycznym Ciałem. To ważne w czasie, gdy wielu próbuje mówić "Chrystus - tak, Kościół – nie" - podkreślił.

Metropolita warszawski odniósł się do obchodzonej w tym roku 100. rocznicy odzyskania niepodległości przez Polskę. Przy ołtarzach procesji towarzyszyła refleksja nad historią Polski, w której realizuje się historia zbawienia. - Przy każdym z ołtarzy reflektowaliśmy nad jedna z czterech dróg naszej trudnej polskiej wolności. Dziękujemy za jej odzyskanie w 1918 roku - mówił kardynał. Dodał, że przynajmniej połowa tego czasu nie była jednak czasem pełnej i pięknej wolności.

Hierarcha przypomniał, że ołtarze symbolizowały drogę nauki, wiary i wrażliwości na biedę, ilustrowana przez św. Jana Kantego. Z kolei droga świętości wiary i troski o młode pokolenie, symbolizowana była przez św. Stanisława Kostkę, przy ołtarzu na tle naszego warszawskiego seminarium. Droga kultury i sztuki nawiązywała do Jana Kochanowskiego i mieszkającym przy kościele ss. wizytek – ks. Jana Twardowskiego. Droga historii była przeplatana postaciami Jana III Sobieskiego, Józefa Piłsudskiego czy ks. Ignacego Skorupki. - Wielu wielkich Polaków, świętych, ludzi kultury, nauki, mądrze prowadzonej polityki, trzeba by jeszcze domalować z okresu drugiej części tych 100 lat, za które dziękujemy - dodał.

Na zakończenie kard. Nycz przypomniał, że 37 lat temu na placu Piłsudskiego odbył się pogrzeb Sługi Bożego kard. Stefana Wyszyńskiego. Zachęcił wszystkich zgromadzonych do modlitwy o rychłą beatyfikację Prymasa Tysiąclecia. Zaprosił także zgromadzonych na Święto Dziękczynienia w nadchodzącą niedzielę, która odbędzie się z udziałem prezydenta RP Andrzeja Dudy.

Centralny orszak procesyjny przeszedł ul. Świętojańską na Plac Zamkowy, następnie Krakowskim Przedmieściem i ul. Królewską na Plac Piłsudskiego. Procesja zatrzymała się przy czterech ołtarzach. Zbudowali je: pierwszy – studenci z duszpasterstwa akademickiego św. Anny, drugi – rzemieślnicy z Cechu Rzemiosł, trzeci – nadzwyczajni szafarze Komunii Świętej i czwarty – Wojsko Polskie.

W tym roku, w związku z setną rocznicą odzyskania niepodległości Polski wystrój ołtarzy nawiązuje do obrazu jednego z najwybitniejszych polskich malarzy religijnych XX w. Jana Henryka Rosena pt. „Polonia Mater Sanctorum”. Obraz ten został namalowany w 1936 r. na Międzynarodową Wystawę Prasy Katolickiej w Watykanie, a obecnie znajduje się w Domu Arcybiskupów Warszawskich.

Kolejne ołtarze na trasie procesji symbolicznie ukazywały cztery drogi do wolności - nauki, kultury, wiary oraz wybitne postaci z historii Polski.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Jestem od poczęcia

Mama Anny Lewandowskiej reżyseruje film o służebnicy Bożej Stanisławie Leszczyńskiej

2018-07-18 17:38

azr (Dobre Nowiny/KAI) / Warszawa

Maria Stachurska, matka Anny i teściowa Roberta Lewandowskiego reżyseruje film o służebnicy Bożej Stanisławie Leszczyńskiej, która była jej krewną. O produkcji upamiętniającej heroiczną postawę "położnej z Oświęcimia" opowiada na łamach czasopisma ewangelizacyjnego "Dobre Nowiny".

Kl. Kamil Gregorczyk
Stanisława Leszczyńska - witraż

Jak wyjaśnia Maria Stachurska, realizacja filmu o służebnicy Bożej, Stanisławie Leszczyńskiej, która była jej cioteczną babcią, to pomysł, który dojrzewał w jej rodzinie przez lata.

"Od lat myślałam o jego nakręceniu. Wielokrotnie rozmawiałam z moimi nieżyjącymi już wujkami i to oni inspirowali mnie do zrobienia filmu o ich matce. Przekazywali mi różne pamiątki po niej i dokumenty" - opowiada Maria Stachurska w wywiadzie dla czasopisma ewangelizacyjnego "Dobre Nowiny". Wspomina, że Stanisława Leszczyńska, która w obozie koncentracyjnym w Birkenau odebrała ponad 3000 porodów, była osobą cichą, powściągliwą i pogodną, choć zarazem wzbudzającą respekt.

"O jej życiu obozowym wiemy tylko z dokumentu 'Raport położnej z Oświęcimia'. Bardzo długo szukałam świadków, osób, które Stanisławę znały. Docierałam do kobiet, których porody przyjęła w Auschwitz" - relacjonuje autorka filmu. Jak zapowiada, w powstającym filmie przewodnikiem po losach Leszczyńskiej będzie jej wnuk.

Stanisława Leszczyńska urodziła się 8 maja 1896 r. Dzieciństwo spędziła w Łodzi i Rio de Janeiro, skąd powróciła wraz z rodziną przed wybuchem I wojny światowej. W 1922 r. ukończyła z wyróżnieniem warszawską szkołę położniczą. Podczas II wojny światowej rodzina Leszczyńskich działała w łódzkich strukturach Narodowych Sił Zbrojnych. Działalność ta zakończyła się dla Stanisławy wywiezieniem do obozu Auschwitz-Birkenau. Od kwietnia 1943 r. do stycznia 1945 (tj. do wyzwolenia obozu), Leszczyńska służyła w KL Birkenau jako położna, sprzeciwiając się kierownictwu obozu. Udało jej się odebrać w tym czasie ok. 3000 porodów.

Dramatyczne wspomnienia spisała w "Raporcie położnej z Oświęcimia", opublikowanym po raz pierwszy w 1965 r. Na podstawie książki powstał spektakl "Oratorium oświęcimskie". Zmarła wskutek choroby nowotworowej jelit 11 marca 1974 r. Jej proces beatyfikacyjny na etapie diecezjalnym rozpoczął się w 1992 r.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Bahrajn: rozpoczęto prace przy budowie katedry katolickiej

2018-07-19 20:54

(KAI/vaticannews.va) / Manama

W Bahrajnie rozpoczęły się prace przy budowie katedry poświęconej Matce Bożej, która stanie się sercem wspólnoty katolickiej wikariatu apostolskiego Arabii Północnej, obejmującego Kuwejt, Arabię Saudyjską, Katar i sam Bahrajn.

maxos_dim/pixabay.com

Katedra wznoszona jest 20 km od stolicy kraju - Manamy i będzie nie tylko miejscem kultu. Oprócz świątyni znajdą się tam także kuria biskupia, dom dla gości oraz centrum formacji duszpasterskiej i społecznej. Teren pod budowę obiektu ofiarował król Bahrajnu Hamad bis Isa Al Chalifa. Zakończenie prac przewidziane na 2021 rok.

Powstająca katedra, obliczona na 2 tys. wiernych, stanie się wyraźnym świadectwem obecności chrześcijan na Półwyspie Arabskim, w ogromnej większości muzułmańskim. W fundamentach budowli umieszczono kapsułę, zawierającą opis historii Kościoła katolickiego na świecie, ze szczególnym uwzględnieniem jego obecności w tym regionie, a także podstawowe informacje na temat powstającej katedry.

Dla tamtejszych katolików, w ogromnej większości migrantów, którzy na co dzień niejednokrotnie doświadczają różnego rodzaju zniewag, dyskryminacji i trudności, nowa świątynia jest powodem do dumy i radości. Oni też finansowo włączają się w jej budowę. Wspólnotę katolicką stanowią tam przede wszystkim chrześcijanie z Iraku i Iranu, a także ze Sri Lanki, Indii, Libanu i Filipin, którzy przybyli do Bahrajnu w poszukiwaniu pracy. Na duże uroczystości do katedry Matki Bożej w Bahrajnie będą przybywać także chrześcijanie z innych krajów, np. z Arabii Saudyjskiej, gdzie wyznawanie innej wiary poza islamem jest całkowicie zabronione.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Moje pismo Tęcza - 5/6 2018

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem