Reklama

Hiszpania: kolejny rekord liczby pielgrzymów na Drodze św. Jakuba

2017-11-04 08:21

ts, kg (KAI/KNA) / Santiago de Compostela / KAI

KS. SŁAWOMIR MAREK
SANTIAGO DE COMPOSTELA

Nie maleje zainteresowanie pielgrzymkami Drogą św. Jakuba do Santiago de Compostela. Ten rok okazał się rekordowy, gdyż – według oficjalnych danych – do końca października do tego sanktuarium przybyło 290 799 pielgrzymów. Jest to znacznie więcej, niż w „rekordowych” dotychczas latach: 2016 (277 854 ) i Roku św. Jakuba 2010 (272 417) – poinformowała 3 listopada niemiecka agencja katolicka KNA.

Tradycyjny certyfikat otrzymują w biurze pielgrzymkowym osoby, które mają udokumentowane pieczątkami w specjalnym dokumencie przebycie co najmniej ostatnich stu kilometrów do Santiago pieszo lub 200 kilometrów na rowerze.

Według dotychczasowych statystyk najwięcej pątników przybyło w sierpniu (57680), a następnie w lipcu (47470) i we wrześniu (42188). Obecnie coraz modniejsze stają się pielgrzymki zimowe. Nie są wprawdzie polecane ze względy na temperatury, ale niektórzy prawdziwi pątnicy znajdują na pielgrzymim szlaku ciszę i samotność, nieosiągalne w okresie letnim, gdy każdego dnia przybywają tłumy.

Droga św. Jakuba, nazywana po hiszpańsku Camino de Santiago, jest szlakiem pielgrzymkowym do katedry w Santiago de Compostela w Galicji w północno-zachodniej Hiszpanii. W katedrze tej ma znajdować się ciało apostoła św. Jakuba Większego. Nie ma jednej trasy pielgrzymki – uczestnicy mogą dotrzeć do celu jednym z wielu szlaków. Droga oznaczona jest muszlą św. Jakuba, która od wieków jest także symbolem pielgrzymów. Istniejąca od ponad tysiąca lat Droga św. Jakuba jest jednym z najważniejszych chrześcijańskich szlaków pielgrzymkowych, obok dróg do Rzymu i Jerozolimy. Według legendy, ciało św. Jakuba przewieziono łodzią do północnej Hiszpanii, gdzie pochowano je w miejscu, zwanym Polem Gwiazdy – po łacinie Campus Stellae, stąd dzisiejsza nazwa tego miasta: Santiago de Compostela.

Reklama

Przybycie pierwszego udokumentowanego pielgrzyma, francuskiego biskupa Le Puy – Godescalco, datuje się na rok 950. Ślady pielgrzymek z IX w. istnieją na monetach Karola Wielkiego, ale największe nasilenie ruchów pielgrzymkowych przypada na wieki XII-XIV. W XII w. dokument papieski uznał Compostelę za trzecie po Jerozolimie i Rzymie miejsce święte chrześcijaństwa. Pojawiła się wówczas nowa terminologia: pątnika udającego się do Santiago zaczęto nazywać peregrino, tak jak swą nazwę miał pielgrzym udający się do Rzymu (romero) i do Jerozolimy (palmero – od palm, z którymi przybywali do tego miasta).

O ogromnej roli pielgrzymek po Camino świadczą słowa Johanna Wolfganga Goethego, że „drogi św. Jakuba ukształtowały Europę”. Po rewolucji francuskiej (1789) znaczenie pielgrzymek wyraźnie spadło i dopiero od końca lat 80. XX w. szlak znowu zaczął przyciągać coraz większą liczbę pielgrzymów z całego świata.

Jan Paweł II był w Santiago dwukrotnie: za pierwszym razem było to na zakończenie jego 1. podróży do Hiszpanii – 9 listopada 1982, po raz drugi przebywał tam w dniach 19-20 sierpnia 1989, w ramach IV Światowego Dnia Młodzieży – wtedy ok. pół kilometra pokonał pieszo, idąc odcinkiem Camino Francés, czyli Drogi Francuskiej, w pelerynie pielgrzymiej z naszytymi na nią muszelkami. 6 listopada 2010 w Santiago de Compostela modlił się jego następca, Benedykt XVI.

Po pierwszej wizycie papieża Polaka w tym miejscu w 1982 Rada Europy uznała Camino de Santiago za drogę ważną dla kultury kontynentu i zaapelowała o odtwarzanie i utrzymywanie dawnych szlaków pątniczych. Droga św. Jakuba została ogłoszona pierwszym Europejskim Szlakiem Kulturowym Rady Europy w październiku 1987, a w 6 lat później wpisano ją na Listę Światowego Dziedzictwa Kultury UNESCO.

Tagi:
Santiago de Compostela

Santiago de Compostela: polski pielgrzym uczcił rocznicę wyboru Jana Pawła II i odzyskania niepodległości

2018-11-04 13:00

Rozmawiała Magda Dobrzyniak / Kraków (KAI)

Cztery miesiące pieszej wędrówki, niemal 3,7 tys. km drogi przez cztery kraje, od Krakowa do Santiago de Compostela ma na koncie Tomasz Jędrzejewski, pierwszy od czasów średniowiecznych krakowianin, który wyszedł na szlak św. Jakuba od bazyliki Mariackiej. W ten sposób uczcił 40. rocznicę pontyfikatu Jana Pawła II i 100. rocznicę odzyskania niepodległości przez Polskę.

Andrzej Kotowski

KAI: Mówią, że pielgrzymowanie zmienia człowieka. To prawda?

Tomasz Jędrzejewski: Pewne rzeczy widzę już teraz, jednak wiele doświadczeń, które przeżyłem na szlaku, przyniesie prawdziwe owoce później, gdy wrócę do Polski i normalnego życia. Jest taka piosenka Marcina Stycznia, nazywa się „Ta droga”. Bardzo mi się kojarzy z Camino, zwłaszcza ostatnie słowa: „A kiedy dotrzesz do celu, odkryjesz, że meta to start, że jesteś częścią krwiobiegu, który napędza ten świat”. Tak naprawdę więc cel jest dopiero początkiem. Camino będzie miało swoją duchową kontynuację w moim dalszym życiu.

- Mijał Pan po drodze miejsca, które są świadectwem przemian kulturowych i politycznych w naszej części Europy. W kontekście jubileuszu 100-lecia odzyskania przez Polskę niepodległości i 40. rocznicy wyboru kard. Wojtyły na papieża, który przyczynił się do zjednoczenia Europy, były to chyba ciekawe obserwacje?

- Celem mojej pielgrzymki była m.in. chęć poznania kultury i historii Europy, spotkania ludzi i doświadczenia w tym wszystkim obecności Boga. Szedłem przez Polskę, Niemcy, Francję i Hiszpanię, mijając po drodze miejsca, w których widoczne były ślady historii. Przechodząc przez zachodnią część Polski, w mijanych wioskach wciąż widziałem ślady niemieckiej przeszłości. Pamiętam totalnie zniszczony i do dziś nieodbudowany kościół, górujący nad małą wsią Twardocice. W Niemczech szlak prowadził przez fragment dawnej granicy między RFN i NRD, gdzie częściowo zostały zachowane a częściowo zrekonstruowane dawne fortyfikacje graniczne, czyli słynna „żelazna kurtyna”. Wtedy namacalnie doświadczyłem tego, w jakim więzieniu żyliśmy i jak wielkim darem jest to, co zrobił Jan Paweł II, doprowadzając do obalenia tego systemu w sposób pokojowy. To, że mogę iść przez całą Europę, nie przejmując się granicami, kontrolami, z dowodem osobistym w kieszeni, zawdzięczam także jemu.

- Historia i kultura to nie tylko miejsca, ale przede wszystkim ludzie, którzy je tworzyli lub niosą w pamięci dzieje swoich przodków. Spotkał Pan po drodze wiele takich osób. Które z tych spotkań najmocniej zapadły w pamięci?

- Przypomina mi się spotkanie związane z historią Francji, które dobrze ilustruje kwestię ignorancji. Często mówimy, że np. Niemcy są ignorantami, bo nie znają współczesnej historii i nie wiedzą, jakie rany zadali Polakom. Czyli przyklejamy innym ludziom łatkę ignorantów, bo nie znają bólu, jaki my sami przeżyliśmy. W niemal każdej francuskiej wiosce widziałem pomniki upamiętniające poległych w I wojnie światowej. Pewien młody Francuz wyjaśnił mi, dlaczego jest ich tak dużo i opowiedział o bitwie pod Verdun. Uczyłem się o niej w szkole, ale dla mnie było to wtedy parę suchych faktów, tymczasem dla Francuzów to narodowa trauma. W tej bitwie zginęło wielu członków rodziny mojego rozmówcy. Mówił, że prawie każda rodzina we Francji straciła kogoś na froncie. Wtedy zauważyłem, że łatka „ignoranta” pasuje też do mnie. Tak naprawdę wszyscy jesteśmy ignorantami. Znamy głównie historię naszego kraju oraz parę ogólnych faktów. Nie możemy rozmawiać o historii w ten sposób, że atakujemy się nią nawzajem. To jest przedłużenie mowy nienawiści, mowy wojny, która nigdy nie prowadzi do pokoju. Jeśli chcemy pokoju to musimy rozmawiać, a przede wszystkim dać się poznać i zaakceptować, że nie wiemy o drugim człowieku wszystkiego.

- Da się to zrobić? Mowa nienawiści jest niestety coraz powszechniej używanym językiem.

- Ten Francuz - mój rówieśnik - opowiadał, jak wielki ból wywołały w jego dziadku i ojcu straty poniesione pod Verdun. Oni nie potrafili się uwolnić od tego doświadczenia. Choć na jego twarzy też widziałem ból, powiedział wtedy słowa, które mocno utkwiły mi w pamięci: „Dwa poprzednie pokolenia nie są w stanie pokonać muru nienawiści, ale nasze pokolenie już może to zrobić”. To jest nasz obowiązek i powinność. To była dla mnie ważna lekcja pokory. Owszem, istnieją ludzie, którzy próbują świadomie przekłamywać historię i z takim zjawiskiem należy walczyć. Ale to jest zupełnie inna rzecz. Opowiadałem moim rozmówcom, także Niemcom, np. o tym, co dla Polaków znaczyło powstanie warszawskie czy Wołyń. Słuchali z zainteresowaniem. To były rozmowy pełne zrozumienia i szacunku, z których wszyscy wynieśliśmy coś dobrego.

- Pielgrzymka do grobu św. Jakuba to bardziej doświadczenie wspólnoty czy samotności?

- To zależy, na którym odcinku. W Hiszpanii jest to zdecydowanie doświadczenie wspólnotowe, bo pielgrzymów jest dużo. W miejscach noclegowych prawie zawsze było od kilkunastu do nawet kilkudziesięciu osób. Było z kim pogadać, ludzie byli ciekawi i chętnie się dzielili swoimi doświadczeniami. Czasem się kogoś interesującego spotkało po drodze i wędrowało z nim jakiś czas. Zupełnie inaczej to wyglądało przez pierwsze dwa miesiące, aż do momentu, gdy dotarłem do Vézelay, małego miasteczka we Francji, gdzie zaczyna się Via Lemovicensis, jeden z głównych historycznych szlaków do Santiago. Wędrowałem wtedy sam, na kwaterach byłem sam. Jeśli z kimś rozmawiałem, to były to osoby spotkane gdzieś na noclegu, na campingu, w hostelu czy w domach prywatnych, gdzie udzielano mi gościny. Ale te spotkania nie były częste. Samotne wędrowanie było czasem bycia sam na sam ze sobą, bardzo ważnym dla każdego człowieka. Potem pojawili się pielgrzymi i doświadczenie się zmieniło.

- Pewnie niósł Pan wiele intencji, nie tylko swoich?

- Po długodystansowych szlakach wędruję już od kilku lat. Tamte wyprawy, oczywiście znacznie krótsze, były dla mnie: uczyłem się, poznawałem ludzi, zdobywałem doświadczenie, czerpałem. Ta pielgrzymka miała już być bardziej czasem dawania. Postanowiłem, że będę niósł intencje różnych osób do Santiago, ale chciałem się z tymi intencjami utożsamić, zapoznać, a nie tylko nieść na kartce, myśląc o czymś innym. Na każdym etapie przez kilka kilometrów modliłem się w intencji, w której dany etap ofiarowałem. Uzbierało się ich sto kilkanaście, niektóre docierały do mnie, gdy już byłem w trasie. To były różne prośby: za rodzinę, za członków wspólnoty, za sprawy Kościoła i świata, intencje osobiste i od ludzi, którzy prosili mnie o modlitwę. Były też oczywiście intencje dotyczące życiowych decyzji, które mnie czekają. Cieszę się, że Bóg pozwolił, aby donieść je aż do końca.

- Gdy pan dotarł do celu…

- Rano 12 października po raz drugi wszedłem do Santiago de Compostela. Cieszyłem się, ale nie było euforii czy niedowierzania. Do grobu Św. Jakuba zbliżałem się już od wielu dni i miałem bardzo dużo czasu na oswojenie się z myślą o tym, co zrobiłem. Tak naprawdę przez cały hiszpański odcinek drogi czułem, że to już końcówka. Bardzo poruszająca była za to Msza pielgrzyma w katedrze. Do Santiago przyleciał z Krakowa kilkuosobowy „komitet powitalny”, w tym ks. Dariusz Raś, proboszcz Bazyliki Mariackiej i ks. Albert Wołkiewicz, tamtejszy wikariusz, z którym znamy się od wielu lat. Koncelebrowali oni tę Mszę i ofiarowali za mnie główną intencję. Przywieźli ze sobą nawet flagę bazyliki stworzoną specjalnie na tę okazję. Gdy rozwinęliśmy ją w katedrze podczas Mszy, uświadomiłem sobie, jak ważny był ten trud tak dla mnie, jak i ludzi wokół mnie.

- Co pana zmotywowało do tego, by wyjść na Camino?

- To był proces, który trwał kilka lat. Gdy szedłem do Santiago po raz pierwszy trzy lata temu hiszpańską Trasą Północną, w drodze z Kaliningradu był także Marek Kamiński. Wtedy po raz pierwszy usłyszałem, że istnieją ludzie, którzy idą z Polski. Stojąc pod katedrą pomyślałem, że fajnie byłoby też tak kiedyś pójść. Później długodystansowe wyprawy stały się moją pasją i w kolejnych latach cały urlop przeznaczałem na to, by wybrać się w różne rejony Europy. Cały czas jednak miałem z tyłu głowy marzenie, żeby wzorem średniowiecznych pielgrzymów wyruszyć od progu własnego domu do grobu św. Jakuba. Jednocześnie przygotowywałem się i fizycznie, i psychicznie, bo jest to bardzo ważne, żeby np. umieć sobie radzić z niespodziewanymi problemami, jakie się po drodze regularnie przytrafiają. Okazja przydarzyła się w tym roku, dość niespodziewanie, ponieważ zdecydowałem się zmienić pracę i okazało się, że to idealne okienko czasowe. Pomyślałem: teraz albo być może nigdy, bo nie wiadomo, czy taka okazja się powtórzy w przyszłości.

- I wyruszył pan z bazyliki Mariackiej, podobno jako pierwszy krakowianin od czasów średniowiecznych?

- Pierwszy z bazyliki Mariackiej - tak, pierwszy krakowianin - nie. Z danych publikowanych przez Biuro Pielgrzyma w Santiago wynika, że co roku przybywa tam około 30-40 osób, które pielgrzymkę rozpoczęły w Polsce. Wśród nich były osoby, które w Krakowie zaczęły, i takie, które przez Kraków przeszły. Kroniki bazyliki Mariackiej mówią, że jestem pierwszą odnotowaną osobą od czasów średniowiecznych, która wyszła na Camino z tej świątyni. Wybór tego miejsca nie był przypadkowy, ponieważ jestem z nim związany. Jestem członkiem wspólnoty „Chrystus w Starym Mieście”, należę do służby liturgicznej. Traktuję zresztą progi tego kościoła symbolicznie, jest on przecież duchowym symbolem Krakowa.

- Podobnie jak katedra w Santiago de Compostela jest symbolem duchowości europejskiej…

- Zgadza się.

- Nie planował pan, że wejdzie do Santiago niemal w przeddzień rocznicy pontyfikatu Jana Pawła II?

- Wiedziałem, że dotrę gdzieś w październiku, ale droga jest tak długa, że nie da się zaplanować dokładnie jej rytmu. Gdy zacząłem się zbliżać do Santiago, stało się jasne, że wejście wypadnie w tych dniach. Myślałem też, by przejść jeszcze tzw. „epilog”, czyli cztery dodatkowe dni do Muxii i na Finisterrę, położone nad Atlantykiem, gdzie droga się kończy i dalej już jest tylko ocean. Jego zakończenie faktycznie wypadłoby 16 października. Plany pokrzyżowało mi przeziębienie oraz huraganowa pogoda. Ostatecznie dzień ten spędziłem w Fatimie, którą i tak zamierzałem odwiedzić przed powrotem, tyle że już autobusem.

- Symboliczne miejsca, bo Ojciec Święty i zawierzył swój pontyfikat Maryi, i też był pielgrzymem Jakubowym…

- …i tak naprawdę jemu zawdzięczamy, że ruch pielgrzymkowy do św. Jakuba odrodził się po kilku wiekach. Od XVI w. tradycja pielgrzymowania zaczęła zamierać wskutek historycznych zawirowań i ukrycia samych relikwii w obawie przed kradzieżą przez piratów. Odnaleziono je ponownie w 1879 r., lecz na odrodzenie się pieszych pielgrzymek trzeba było czekać jeszcze ponad sto lat. W 1980 r. do Santiago dotarło pieszo, na rowerze bądź konno zaledwie 209 pielgrzymów. W ubiegłym roku było ich już 301 tys. To pokazuje, jak bardzo ta tradycja się rozrosła.

- Szlaki Jakubowe to średniowieczny symbol duchowej jedności Europy. Przebrzmiały czy nadal aktualny?

- Camino to szczególny szlak pielgrzymkowy, który łączy wszystkich. Do grobu św. Jakuba, jednego z najważniejszych świętych katolików i miejsc chrześcijańskiego kultu, pielgrzymują też luteranie, ewangelicy, ludzie innych denominacji chrześcijańskich, a także wyznawcy innych religii czy ateiści. Pielgrzymują też ludzie, którzy od Kościoła odeszli. Jest to szczególnie widoczne wśród hiszpańskich pielgrzymów. Kościół katolicki w Hiszpanii był przez wiele lat narzędziem reżimu gen. Franco. Dla Hiszpanów problemem nie jest wiara, bo są to często ludzie wierzący, którzy bardzo pragną spotkać Boga. Problemem jest Kościół jako instytucja. To jest bariera, której oni sami nie potrafią przeskoczyć. A na drodze św. Jakuba przekaz ewangeliczny może do nich trafić pomimo tej bariery. To jest niezwykły symbol jego uniwersalności. Wiadomo, że wśród pielgrzymów są też zwyczajni turyści, ale spotkałem wiele osób, które gdzieś tam w tle mają duchowe poszukiwania.

- Wielu turystów po drodze pewnie staje się pielgrzymami?

- Niekoniecznie nazywają to w ten sposób, ale jak się z nimi rozmawia to widać, że chcą na szlaku sobie coś przemyśleć, coś odnaleźć. Może poszukują Boga, ale nie potrafią tego nazwać. Turysta też może stać się pielgrzymem. Wyrusza jako turysta, ale dzieje się po drodze coś, co go zmusza do innego spojrzenia. Takich historii jest tutaj wiele, bo każdy ma swoje Camino.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Kanada: ksiądz dźgnięty nożem w czasie Mszy

2019-03-22 16:57

pb (KAI/radio-canada.ca) / Montreal

Rektor Oratorium św. Józefa w Montrealu ks. Claude Grou został dźgnięty nożem w czasie, gdy odprawiał Mszę św. w tej świątyni, znajdującej się na górującym nad miastem wzgórzu Mont-Royal. Poranna liturgia jest transmitowana przez telewizję i w internecie, więc świadkami zdarzenia było wielu telewidzów i internautów.

Senlay/pixabay.com

Około 8.30 nieznany mężczyzna podszedł do odprawiającego Mszę kapłana i zaatakował go nożem. Ochrona świątyni szybko obezwładniła napastnika i zatrzymała do czasu przyjazdu policji, która go aresztowała.

Duchowny został przewieziony do szpitala. Okazało się, że został lekko ranny. Jego stan jest stabilny.

Na razie nieznane są tożsamość i motywy napastnika.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Brzezinka: Droga Krzyżowa w intencji trzeźwości narodu

2019-03-23 16:14

rk / Oświęcim (KAI)

„Nałogi zniewalają dziś równie silnie, co obozowe druty i mury” – mówił przewodniczący Zespołu KEP ds. Apostolstwa Trzeźwości, bp Tadeusz Bronakowski, podczas Drogi Krzyżowej w intencji trzeźwości narodu, która odbyła się dziś na terenie byłego obozu niemieckiego Auschwitz II-Birkenau.

MR
Droga Krzyżowa za drutami obozowymi ma swój głęboki wydźwięk

Ścieżkami obozowymi wśród ruin krematoriów, obok więziennych baraków, przeszło w wiosennym słońcu kilka tysięcy osób z całej Polski. Uczestnicy nabożeństwa rozważali Mękę Pańską, odmawiali Różaniec i dzielili się osobistymi świadectwami walki z nałogiem.

„Pośród ciszy, która krzyczy prawdą o minionych zbrodniach, dociera do nas głos o dzisiejszych dramatach. Będziemy wsłuchiwać się w świadectwa tych, którzy mówią dziś o innych wymiarach nędzy, ale którzy także dzielą się radością zwycięstwa na drodze odzyskania wolności. Dziś wspólnie popatrzymy prosto w oczy sprawie człowieka - człowieka XXI wieku” – powiedział bp Bronakowski.

Jak zauważył, współczesny człowiek jest więźniem licznych nałogów, w tym także uzależnienia od alkoholu. „Nałogi zniewalają dziś równie silnie, co obozowe druty i mury. Niszczą życie nie tylko uzależnionych. Jakże często płaczemy na ruinach zniszczonego życia, zaprzepaszczonych szans, utraconej nadziei” – mówił biskup.

Krzyż na czele procesji pasyjnej niósł ks. prałat Władysław Zązel, emerytowany duszpasterz trzeźwości diecezji bielsko-żywieckiej. Obok niego modlitwę intonował i prowadził rozważania diecezjalny duszpasterz trzeźwości ks. Piotr Leśniak. Obecny był także kapelan klubów abstynenckich ks. Józef Walusiak.

Pielgrzymi przyjechali do Oświęcimia z całego Podbeskidzia, ale także m.in. z Podhala, Kielecczyzny, Podkarpacia, Śląska oraz innych zakątków Polski. Modlitwę między kolejnymi stacjami dopełniały świadectwa uczestników – m.in. anonimowych alkoholików i przedstawicieli grup Al-Anon. Mówili oni o upadkach i zwycięstwach duchowych w swoim życiu, dziękowali za lata w trzeźwości, wsparcie modlitewne i duchowe.

„Panie Jezu, pragnę Ci podziękować za 19 lat trzeźwości, za 19 lat wolnego, szczęśliwego życia. Pragnę podziękować mojej żonie i tych wszystkim, których postawiłeś na drodze mojej trzeźwości” – powiedział Kazimierz.

Beata, inna uczestniczka sobotniej modlitwy w Miejscu Pamięci, wyznała, że jest alkoholiczką i od wielu lat nie ma kontaktu ze swym 31-letnim synem. „On tego kontaktu ze mną nie chce. To też wynik mojego pijanego, nieuczciwego i grzesznego życia. Modlę się za niego codziennie, modlę się też za córkę, która odeszła do Boga” – dodała, prosząc o modlitewne wsparcie uczestników nabożeństwa.

O swoim życiu z nałogiem opowiedziało w sumie kilkanaście osób. Wszyscy wyrażali wdzięczność, że dziś dzięki wspólnotom, grupom abstynenckim mogą żyć w trzeźwości, ciesząc się swoim życiem i najbliższymi. W nabożeństwie udział wzięły także całe rodziny.

Uczestnicy przemierzyli ponad dwukilometrową trasę. Ostatnia stacja Drogi Krzyżowej usytuowana była przy kościele w Brzezince, mieszczącym się w niedoszłej komendanturze obozu, budynku wzniesionym przez więźniów KL Auschwitz II-Birkenau.

Sobotnie modlitwy w intencji trzeźwości zakończyła Msza św. w kościele pw. św. Maksymiliana Kolbego w Oświęcimiu.

Nabożeństwa Drogi Krzyżowej na terenie byłego obozu niemieckiego w Brzezince organizuje od 1986 roku Bractwo Trzeźwości, funkcjonujące przy oświęcimskiej parafii jako wspólnota formacyjna. Działa poprzez modlitwę, świadectwo oraz przez propagowanie trzeźwego stylu życia. W cotygodniowych spotkaniach biorą udział osoby uzależnione, trzeźwiejący alkoholicy i abstynenci.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem