Reklama

Akcja dom

Hanna Chrzanowska miała integralną wizję człowieka chorego

2018-02-08 09:00

Magda Dobrzyniak / Kraków (KAI)

Archiwum Katolickiego Stowarzyszenia Pielęgniarek i Położnych Polskich
Powszechne było przekonanie o świętości życia krakowskiej pielęgniarki Hanny Chrzanowskiej

Hanna Chrzanowska miała integralną wizję człowieka chorego, to znaczy patrzyła na niego całościowo. Chory nie był dla niej przypadkiem, jednostką chorobową, ale człowiekiem – mówi w rozmowie z KAI ks. dr Kazimierz Kubik, duszpasterz pielęgniarek i położnych archidiecezji krakowskiej. Zdaniem kapłana, taki punkt widzenia jest dziś bardzo cenny, choć niestety zapominany.

KAI:– Co jest sednem duchowości Hanny Chrzanowskiej? Jak można ją scharakteryzować?

Ks. dr Kazimierz Kubik: – Odpowiedź na to pytanie odnajdujemy w mowie pogrzebowej, wygłoszonej przez kard. Karola Wojtyłę 2 maja 1973 r. Żegnając Hannę Chrzanowską, dziękował za jej obecność w życiu diecezji, w życiu ludzi chorych, w środowisku pielęgniarskim: „Dziękujemy (…), że byłaś wśród nas jakimś wcieleniem Chrystusowych błogosławieństw z Kazania na Górze, zwłaszcza tego, które mówi: Błogosławieni miłosierni". Jeżeli kard. Wojtyła tak odczytywał posługę i cały charyzmat Hanny Chrzanowskiej, przez pryzmat miłosierdzia i ewangelicznego błogosławieństwa, to my z całą pewnością możemy ją nazwać apostołką Miłosierdzia Bożego. Cała duchowość Hanny skupia się na miłosierdziu. Miłosierdzie ogniskuje wszystkie elementy życia duchowego, które prowadziły ją do zjednoczenia z Jezusem Chrystusem i z Jego Krzyżem, z człowiekiem chorym.

– Hanna Chrzanowska wywodziła się z domu o wielkich tradycjach humanistycznych i filantropijnych, choć raczej religijnie obojętnego. Czy jest taki moment w jej życiu, o którym możemy powiedzieć, że spowodował przełom w jej życiu duchowym i sprawił, że Pan Bóg zajął pierwsze miejsce?

– Był to raczej proces niż moment. Wiele wskazuje na to, że rozpoczął się już przed wojną, w latach trzydziestych. Jego początek wszakże owiany jest tajemnicą, nieznaną nawet najbliższym. W tym czasie Hanna opublikowała, pod pseudonimem Agnieszka Osiecka, szereg utworów literackich, w tym dwie powieści, w których znajdujemy opis duchowego przełomu bohaterek. O wyraźnej postawie religijnej, postawie wiary Hanny Chrzanowskiej w tamtym czasie, świadczy z pewnością zgłoszenie wraz z innymi pielęgniarkami w 1937 r. wniosku do księcia abp. Adama Stefana Sapiehy o zatwierdzenie statutu Katolickiego Związku Pielęgniarek Polskich, czy fakt publikacji na łamach „Pielęgniarki Polskiej” nacechowanych religijnie artykułów, jak np. „Miłosierdzie Skargi” z 1936 r.
Szczególnym okresem duchowego dojrzewania Hanny Chrzanowskiej był czas II wojny światowej i związane z nim bolesne, osobiste przeżycia. Sam wybuch wojny był traumą dla całego społeczeństwa. Dla Hanny i jej rodziny początek wojny okazał się niezwykle tragiczny. Wystarczy wspomnieć uwięzienie ojca w ramach Sonderaktion Krakau i jego śmierć w obozie Sachsenhausen, śmierć jedynego brata Bohdana, doktora filozofii, który zginął w Katyniu, odejście ukochanej ciotki Zofii Szlenkierówny, śmierć serdecznej przyjaciółki w czasie pacyfikacji Zamojszczyzny i wiele innych doświadczeń. Cierpienie własne i drugich przeżywała w duchu wiary, w zjednoczeniu z Bogiem. Wymowną pod tym względem jest wypowiedź matki Hanny – Wandy Chrzanowskiej, zapisana we „Wspomnieniach o Sachsenhausen”, oddająca atmosferę pełnego napięcia oczekiwania na wieści od uwięzionego prof. I. Chrzanowskiego: „Jestem tak przygnębiona, że sobie dać rady nie mogę (…) Hania w niedzielę zapłakuje się w kościele”. Z modlitwy Hanna czerpała niezwykłą siłę, która pozwalała jej zapominać o sobie i z niemal heroicznym poświęceniem nieść pomoc wielu innym ofiarom wojny.
W dalszych latach życie wewnętrzne Hanny będzie ulegać stałemu rozwojowi i pogłębieniu.

– Jakie znaczenie dla tego duchowego dojrzewania miały tradycje domu rodzinnego?

– Dom, z którego się wywodziła, światopoglądowo można określić jako liberalny czy obojętny, niemniej nacechowany praktykowaniem filantropii, inaczej mówiąc: czynnej miłości bliźniego, i to zarówno ze strony rodziny matki Hanny, jak i ze strony rodziny ojca. Jak sama pisze w „Pamiętniku”, ta atmosfera niesienia pomocy innym, gotowości służenia i ponoszenia z tego tytułu pewnych ofiar, towarzyszyła jej od dziecka i była istotną przesłanką dla kształtowania wewnętrznej postawy i podejmowania życiowych wyborów. Pozytywne doświadczenia z dzieciństwa z pewnością miały wpływ na kierunek ewolucji duchowej Hanny Chrzanowskiej w stronę miłości bliźniego.

– A jej życie modlitewne?

– Oczywiście coraz bardziej zbliżała się do Boga. Łączyła w sobie różne doświadczenia, wewnętrzne i zewnętrzne. Jej życie duchowe stawało się coraz bardziej bogate. Nowego impulsu nabrało wtedy, kiedy w latach pięćdziesiątych zainteresowała się duchowością benedyktyńską, stając się tyniecką oblatką. Bardzo często w opactwie tynieckim uczestniczyła w rekolekcjach, modlitwach, w liturgii benedyktyńskiej. Podejmowała tam medytacje i pozostawała w skupieniu i wyciszeniu wewnętrznym, które krystalizowało coraz bardziej jej duchową sylwetkę. Wiele w tym czasie czytała. Zgłębiała Pismo Święte i dzieła teologiczno-mistyczne. Jednoczyła się często z Chrystusem w ofierze Mszy świętej i podczas adoracji Najświętszego Sakramentu. Odkrywała Go coraz pełniej w swoim sumieniu, w okolicznościach życia, a nade wszystko w człowieku cierpiącym. Ta chrystocentryczna duchowość była niejako zapośredniczona poprzez człowieka chorego, poprzez refleksję nad cierpieniem, dla którego poza chrześcijaństwem nie ma wystarczającej odpowiedzi. Hanna szukając odpowiedzi na pytanie o sens cierpienia, znajdowała ją w Jezusie, w Jego krzyżu. I to także prowadziło ją – poprzez człowieka – do Chrystusa.

– Czyli drugi człowiek był jej drogą do Boga?

– I na odwrót. Przez Chrystusa cierpiącego docierała do człowieka chorego i dzięki światłu łaski odkrywała w cierpiącym samego Chrystusa, utożsamiając go z Nim samym. Jest to zrozumiałe w świetle Jezusowych słów: „Cokolwiek uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych, Mnieście uczynili”. Kontemplacja tajemnicy Chrystusa prowadziła ją do czynów miłosierdzia, na wzór Maryi, służebnicy Pańskiej, która „z kwapieniem wielkim” spieszyła, by pomóc Elżbiecie, a także jako Matka Bolesna stała pod krzyżem Syna, dzieląc z Nim ból Jego męki.
Niezwykle ważnym rysem duchowości Hanny Chrzanowskiej było dawanie siebie, dzielenie się swoim bogactwem duchowym z innymi. W tym duchu organizowała rekolekcje dla chorych i tworzyła koronne dzieło życia – pielęgniarstwo parafialne. Organizowała także konferencje, dni skupienia, rekolekcje i pielgrzymki dla samych pielęgniarek. Rozpowszechniała wśród nich „Rachunek sumienia pielęgniarki”. Wygłaszała referaty dla księży, sióstr zakonnych, kleryków i studentów, przybliżając im problematykę cierpienia i przedstawiając środki niesienia pomocy. Sama podejmowała najprostsze czynności pielęgniarskie wobec szczególnie zaniedbanych chorych. Bezinteresowny dar z siebie konstytuował jej posługę miłosierdzia.
W dalszych latach wielki wpływ na jej postawę życiową i duchowość miał kontakt z Kościołem diecezjalnym, a zwłaszcza z księdzem, potem biskupem i kardynałem, Karolem Wojtyłą. Ta bardzo bliska współpraca była kolejnym źródłem umocnienia i afirmacji doświadczenia, które miała za sobą oraz nieustannego pogłębiania życia duchowego.

– W jaki sposób Hanna Chrzanowska doświadczała Boga wtedy, gdy przyszło jej dzielić los z chorymi i zapadła na chorobę nowotworową?

– Hanna Chrzanowska doświadczała Boga jako wielkie Dobro i Źródło wszelkiej dobroci. Była szczęśliwa, że Bóg tak dobry pomagał jej czynić dobro innym. Nie koncentrowała się na sobie, ale troszczyła o to, aby dzieło pielęgniarstwa według jej rozumienia było kontynuowane. Wyraz tej troski zawarty został w liście do abp. Wojtyły z prośbą o odczytanie go po jej śmierci. Liczyła się z tą rzeczywistością i przyjmowała ją świadomie, pragnąc do końca, mimo cierpienia i związanych z nim niedogodności, dalej służyć chorym, praktykować posługę pielęgniarską, przesyconą miłosierdziem i ofiarowaniem Bogu swoich cierpień. Tego uczyła swoje współpracownice i tym sposobem myślenia dzieliła się również z osobami chorymi, dla których możliwość pogłębienia sensu tego, co przeżywają, była niezmiernie ważna. Wychodziła naprzeciw trudnym pytaniom, bo sama przecież musiała sobie na nie odpowiedzieć.
W ciężkim czasie choroby pojmowała Boga jako Ojca Miłosiernego, który jest, czuwa, prowadzi człowieka właściwymi dla niego drogami, prowadzi do Siebie. Hanna Chrzanowska pojmowała swoje życie jako pielgrzymkę do domu Ojca. Tę prawdę odkrywamy w napisanej przez Hannę rok przed śmiercią modlitwie: „Każdy siwiejący włos niech będzie radośnie przyjęty jako zapowiedź odlotu do Ciebie. Każdy krok obolałej nogi zbliża mnie do Ciebie, Ojcze”.

– Przyszła błogosławiona spotykała się z ludźmi, którzy żyli w skrajnej biedzie i opuszczeniu. Obcowała na co dzień z niekiedy niewyobrażalnym bólem i nędzą ludzką i przez to jest porównywana do Matki Teresy z Kalkuty. Miewała jak ona swoje noce ciemne? Życie w ciągłej konfrontacji z cierpieniem nie budziło w niej wątpliwości?

– Jeśli tego typu doświadczenia się pojawiały, to z pewnością nie w takim stopniu, jak te, które opisywała Matka Teresa. Święta z Kalkuty przeżywała bardzo długotrwałe stany nocy ciemnej, może nawet dominowały one w jej życiu. U Hanny Chrzanowskiej możemy wskazać pewne momenty, które świadczą o tego typu doświadczeniu. W pisanym przez nią „Pamiętniku” znajdujemy takie oto słowa: „Rok 1956 i 1957 to był dla mnie okres przełomu. Wiem, że ani za mego życia, ani po mojej śmierci, nikt z tych, co go znają, nic nie wyjawi. Są cierpienia tak ostre, że na szczęście dla człowieka już się całej ich ostrości nie odczuwa, jak się nie słyszy ultradźwięków. Widzi je, słyszy i ocenia, jeden tylko Bóg na szlakach swej własnej, dla nas niedostępnej, absolutnej sprawiedliwości”. To poruszające wyznanie, otoczone właściwą dla Hanny dyskrecją, wydaje się być przeżyciem ograniczonym w czasie, podczas gdy Matce Teresie doświadczenie nocy ciemnej towarzyszyło przez większość życia. Stąd raczej trudno porównywać stan ducha obu postaci. Opisane wewnętrzne przeżycie Hanny zjednoczyło ją jeszcze mocniej z cierpiącym Synem Bożym i stało się zaczynem nowego błogosławionego dzieła.

– Dziś, gdy przygotowujemy się do beatyfikacji Hanny Chrzanowskiej, nie sposób nie zapytać o aktualność jej przesłania. Czego od niej możemy się dzisiaj uczyć? Jakie inspiracje możemy czerpać z jej duchowości i postawy wobec Boga i ludzi?

– Hanna Chrzanowska miała integralną wizję człowieka chorego, to znaczy patrzyła na niego całościowo, holistycznie. Chory nie był dla niej przypadkiem, jednostką chorobową, ale człowiekiem. W podejściu do niego uwzględniała zarówno aspekt fizyczny, jak i stronę psychiczną czy sferę duchową. A nawet szerzej: to spojrzenie obejmowało również jego otoczenie i środowisko rodzinne. To punkt widzenia, który jest bardzo cenny, choć dziś niestety zapominany.
Ewangelicznego spojrzenia Służebnicy Bożej Hanny Chrzanowskiej na całość problemu cierpienia powinni uczyć się wszyscy, którzy służą człowiekowi choremu, ale nie tylko. Każdy człowiek współpracuje z innymi, służy innym w życiu rodzinnym czy zawodowym, i może z postawy tej niezwykłej, wielkiej umysłem i sercem pielęgniarki, czerpać naukę dla siebie.
Istotę przesłania Hanny Chrzanowskiej znakomicie wyraził bp S. Smoleński w homilii wygłoszonej z okazji 25-lecia jej śmierci: „Dzisiaj się słusznie wzywa, czasem nawet dramatycznie przyzywa, konieczność uczłowieczenia, humanizacji wszelkiej służby zdrowia. Hanna Chrzanowska poszła o krok dalej. Ona starała się „uchrześcijanić” stosunek człowieka pielęgnującego do człowieka chorego, cierpiącego, kalekiego czy upośledzonego. Starała się, by to było konsekwentną formą realizacji tej miłości, którą Chrystus nam nakazał, której dał nam przykład: „Przykazanie nowe daję wam, byście się wzajemnie miłowali, tak, jak Ja was umiłowałem” i do czego otrzymujemy od Boga potężne łaski, jeśli się tylko na nie otwieramy”.
Rozmawiała Magda Dobrzyniak

Tagi:
wywiad

Lubię oddawać siebie

2019-01-16 11:02

Z Kamilem Bednarkiem rozmawia Agnieszka Bugała
Niedziela Ogólnopolska 3/2019, str. 54-57

Sukces może zmienić ludzkie serce i przyjaciół wokół – ale on sobie z tym poradził. Jest niekwestionowaną gwiazdą polskiej sceny muzyki reggae. Pisze, komponuje, wciąż się uczy. I ścisza głos, gdy mówi o domu, o przyjaźni, miłości i... o babci

Agnieszka Bugała

AGNIESZKA BUGAŁA: – Kamil, już niebawem, bo 1 lutego premiera płyty „MTV Unplugged”. Dołączyłeś do listy niewielu artystów, którzy dostali szansę nagrania swoich utworów w aranżacjach akustycznych.

KAMIL BEDNAREK: – To było dla mnie i zespołu muzyczne wyzwanie i wyróżnienie, bo rzeczywiście, nie każdy dostaje propozycję realizacji takiego projektu. Zmobilizowaliśmy się, włożyliśmy mnóstwo pracy – odbyło się aż 40 prób, by wszystko brzmiało dobrze – i ten wysiłek się opłacał. Dzięki temu byliśmy przygotowani, choć nie ukrywam, że nigdy jeszcze nie czułem tak ogromnego stresu przed koncertem. Dzięki temu, jeśli chodzi o tremę, znów przesunęła mi się granica strachu. Mimo że gram już od 10 lat, to zdarzało się, że stres się pojawiał.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Moje pismo Tęcza - 1/2 2019

Ksiądz chce wejść do domu…

2019-01-16 11:11

Ks. Aleksandra Radeckiego wysłuchała Agnieszka Bugała
Edycja wrocławska 3/2019, str. I

©koldunova_anna - stock.adobe.com

Trwa okres wizyt duszpasterzy w naszych domach. Kolorowe gazety prześcigają się w analizach ile pieniędzy powinno być w kopercie, czy w ogóle księdza przyjmować, skoro bywa niemiły i wciąż się śpieszy. Katoliccy komentatorzy wyjaśniają, dlaczego to ważne, aby kapłan odwiedził nasz dom.

Ale my dziś nie o tym. Oczywistości Państwu tłumaczyć nie będziemy, licząc na dojrzałość i mądrość naszych Czytelników, którzy swoim duszpasterzom (mamy taką nadzieję) drzwi otwierają na oścież. W prezencie za to pełna humoru – i dystansu do posługi duszpasterza w terenie – opowieść anegdotyczna naszego felietonisty od formacji Duszy Seniora, czyli ks. Aleksandra Radeckiego.

– Jednym ze stałych punktów programu podczas kolędy jest sprawa zwierząt domowych. Trudno się dziwić, że np. psy są takimi niezwykłymi odwiedzinami wyjątkowo zaintrygowane i chcą w nich „czynnie” uczestniczyć! Tak więc jedne na „dzień dobry” dokładnie potrafią duszpasterza oblizać, inne zawloką jego stułę do budy; jeszcze inne, przytwierdzone przez gospodarzy do rur odpływowych zlewozmywaka, przeraźliwie wyją, uniemożliwiając spokojną modlitwę...

Wiedząc o tym, prosiłem zawsze przed odwiedzinami, by wcześniej problem zwierząt rozwiązać w taki sposób, by „nie było tematu”: worek na akwarium (żeby rybki nie podsłuchiwały i nie podglądały), psy odpowiednio daleko od pomieszczeń mieszkalnych, ptaki do łazienki, żółwie do pudełka od chleba itd.

Muszę przyznać, że zwykle to przygotowanie dawało pożądane efekty, ale pewnego razu w parafii, gdzie już po raz kolejny jako proboszcz odwiedzałem wiernych (a zatem moi parafianie byli już dostatecznie uczuleni na wszelkie takie zagadnienia), podczas wizyty w ostatnim domu wyznaczonym na dany dzień, poczułem, że w czasie modlitwy coś dziwnego dzieje się przy moich stopach. Domyśliłem się od razu: pies! Rzeczywiście: obwąchiwał, łasił się, właził pod sutannę, w końcu zaczął rozwiązywać sznurowadła (modlitwa trwała dość długo). Pomyślałem: gospodarze zaraz usłyszą, co trzeba!

Gdy zakończyliśmy część modlitewną i miałem już usiąść w gościnnym domu przy stole, spojrzałem wymownie na gospodarzy i stwierdziłem sucho: – Ładny pieseczek się tu kręci. Ci spojrzeli na podłogę i potwierdzili: – Tak, rzeczywiście, przyzwoity kundelek. Coś mi tu „nie grało”: jakże to, nie przepraszają, nie biegną wynosić stworzenia z pokoju? Spojrzałem jeszcze raz i poczerwieniałem. Był to mój pies! Przybłęda, Bełek! (nazwałem go w ten sposób dla odróżnienia od „Niołka”, gdyż był czarny). – Jak on się tu dostał, dlaczego go wpuściliście do swojego domu? – pytałem całkiem skonfundowany. – Pewnie wyczuł, że ksiądz proboszcz już kończy odwiedziny i przyszedł po swego pana, by odprowadzić do domu – odpowiedzieli gospodarze z uśmiechem. – A ponieważ ksiądz proboszcz chodzi w tym roku bez ministrantów, więc pomyśleliśmy, że Bełek jest zamiast chłopców w „ochronie”... Po paru dniach, gdy zdawałem parafianom sprawę ze swego „kolędowania”, podziękowałem wszystkim za życzliwość, gościnność i właściwe traktowanie roli zwierząt domowych – z jednym wyjątkiem. Podałem nawet nazwiska i adres ludzi, u których pies przeszkadzał podczas modlitwy! Wszyscy obecni w kościele byli oburzeni i na niesubordynowanych parafian i na mnie, jako proboszcza, że ich publicznie „sypnąłem” – do momentu, w którym wyznałem, że to był... mój pies! Chyba nigdy ogłoszenia parafialne nie były w naszej świątyni tak radosne.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Abp Depo na Jasnej Górze podczas „Pawełkowego” odpustu: prośmy o odnowienie sumień Polaków

2019-01-20 15:00

it / Jasna Góra (KAI)

Na Jasnej Górze i we wszystkich paulińskich kościołach na świecie dziś odbywają się tzw. uroczystości zewnętrzne, czyli z udziałem wiernych ku czci św. Pawła Pierwszego Pustelnika. Jest on patriarchą Zakonu, a więc szczególnym opiekunem i tym, który „wyznacza” pauliński charyzmat. W Sanktuarium Sumie odpustowej w bazylice przewodniczył abp Wacław Depo, metropolita częstochowski, który jest także paulińskim konfratrem, a więc przyjacielem Zakonu, włączonym w jego dobra duchowe. Do tego odpustu zakonnicy i wierni świeccy przygotowywali się przez dziewięciodniową nowennę zwaną „Pawełkami”.

Biuro Prasowe Jasnej Góry

- Dziękujemy za wielkie duchowe dziedzictwo pustyni Pawła z Teb i naszego założyciela bł. Euzebiusza - mówił na rozpoczęcie Mszy św. przeor Jasnej Góry. O. Marian Waligóra przypomniał, że to „od św. Pawła Pustelnika paulini czerpią duchowe podstawy do bycia sam na sam z Bogiem”. Zauważył, że św. Paweł uczy nas „bezkompromisowego, pełnego oddania Bogu i uczy nas służby braciom, przeżywania drogi życia w duchu oddania Bogu i bycia dla Niego całym sercem”. - Chcemy być tym mocnym płomieniem, który świeci na chwałę Boga, łącząc pojedyncze ogniki naszych serc. Mamy być tym światłem dla tych, do których jesteśmy posłani, mamy dawać pokój skołatanym sercom – przypominał jasnogórski przeor. - Nich światło z Jasnej Góry świeci i wskazuje wszystkim drogę do Boga, a Maryja, Matka i Opiekunka Zakonu, niech będzie nam pomocą na tej drodze – prosił o. Waligóra.

Nawiązując do dzisiejszej Ewangelii o cudzie w Kanie abp Depo podkreślał w kazaniu, że Maryja - Jedyna Pośredniczka u Boga - uczy nas postawy całkowitego zawierzenia „od Nazaretu, po Golgotę i Zesłanie Ducha Świętego”. Przypomniał, że pośrednictwo macierzyńskie Maryi na płaszczyźnie wiary i w życiu Kościoła trwa nieustannie i obejmuje codziennie każdego z nas.

- Maryjo, mów Chrystusowi o nas, o naszym trudnym polskim 'dziś' – modlił się kaznodzieja i prosił „o takie spotkania z Jezusem, które pozwolą nam odzyskać utracony sens codziennych zmagań o prawdę i dobro”.

Metropolita częstochowski przypomniał słowa Sługi Bożego kard. Augusta Hlonda, który w 1932 r., a więc wtedy, gdy Kościół w Polsce kolejny raz stawał w obliczu głębokiego kryzysu politycznego dzielącego społeczeństwo, napisał: „klęską dzisiejszego życia publicznego jest nienawiść, która dzieli obywateli Państwa na nieprzejednane obozy, namiętność polityczna zasłania spokojny sąd o ludziach i sprawach, miesza politykę do wszystkiego i wszystko osądza ze stanowiska partyjnego, wyolbrzymia znaczenie wypadków publicznych, wnosząc niepokój w całe życie”. Kaznodzieja dodawał, że „te szkodliwe przejawy powinny ustąpić pod działaniem modlitwy, etyki chrześcijańskiej, która, niestety, dziedziny życia publicznego jeszcze należycie nie przeniknęła”. Konfrater pauliński podkreślał, że słowa Prymasa Hlonda są „powracającymi drogowskazami”. - One są niepokojące, zwłaszcza z zestawieniem ze współczesnymi próbami rugowania religii ze szkół i Kościoła ze strefy publicznej, a później nie wiedzą - co to znaczy mowa nienawiści – mówił kaznodzieja.

- W mocy Ducha Bożego prośmy o łaskę uzdrowienia sumień i przemianę życia poczynając od nas samych, naszych wspólnot rodzinnych, kościelnych i narodowych - modlił się abp Depo.

Na zakończenie Mszy św. metropolita częstochowski udzielił błogosławieństwa relikwiami św. Pawła Pierwszego Pustelnika.

Świętowanie ku czci patriarchy Zakonu Paulinów z udziałem wiernych połączone jest zawsze z błogosławieństwem dzieci i matek oczekujących potomstwa. Na Jasnej Górze ostatniemu nabożeństwu nowennowemu od wielu lat przewodniczy o godz. 16.15 bp Antoni Długosz, nazywany biskupem od dzieci. Zwyczajem lat ubiegłych po ostatnich „Pawełkach”, dzieci otrzymają drobne upominki. Jasnogórscy paulini co roku przygotowują kilka tysięcy paczek.

Paweł z Teb żył w Egipcie 113 lat, z czego ponad 90 lat spędził na pustyni. W historii Kościoła uznawany jest za pierwszego pustelnika. Znalazł licznych naśladowców, przyczyniając się do rozwoju życia eremickiego i pustelniczego. Właśnie tego świętego obrali w XIII w. na swego patrona pustelnicy wstępujący do powstającego wtedy na Węgrzech nowego zakonu. Od jego imienia wywodzi się potoczna nazwa zakonu paulinów, czyli Zakonu Braci Św. Pawła Pierwszego Pustelnika.

Podczas nowenny przez dziewięć kolejnych wieczorów paulini wraz z wiernymi modlili się w jasnogórskiej bazylice do św. Pawła, śpiewając hymny o jego życiu na pustyni i prześladowaniu chrześcijan. Codziennie inny kaznodzieja nawiązywał do życia i misji świętego, a także jego roli w Kościele, również w czasach współczesnych. Wyjątkową oprawę mają ostatnie „Pawełki”, dziś o 16.15, które gromadzą na Jasnej Górze tysiące wiernych, zwłaszcza dzieci. Paweł z Teb jest bowiem szczególnym opiekunem najmłodszych a także matek spodziewających się „pociech” i tych pragnących mieć potomstwo.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Akcja dom

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem