Reklama

Moje pismo Tęcza - 7/8 2018

Gowin: Polityk-chrześcijanin powinien często stawać przed trybunałem sumienia

2018-04-05 12:32

Marcin Przeciszewski / Warszawa (KAI)

Katarzyna Cegielska

- Polityk-chrześcijanin powinien często stawać przed trybunałem własnego sumienia, a także osądu ze strony innych – deklaruje w rozmowie z KAI Jarosław Gowin, wicepremier, minister nauki i szkolnictwa wyższego. Dodaje, że „musimy rozpocząć proces zasypywania podziałów między Polakami. A taki cel przyświeca zainicjowanej przezeń inicjatywie „Polonia Restituta. Dekalog dla Polski w 100-lecie odzyskania niepodległości”. Gowin deklaruje przy okazji, że zagłosuje za zakazem aborcji eugenicznej, przewiduje też zbliżenie stanowiska Kościoła i rządu w sprawie korytarzy humanitarnych.

Marcin Przeciszewski KAI: Panie Premierze, jest Pan autorem inicjatywy „Polonia Restituta. Dekalog dla Polski w 100-lecie odzyskania niepodległości”. Ma to być 10 tematycznych konferencji o sprawach zasadniczych dla Polski. Pierwsza konferencja miała miejsce 12 marca na UKSW. Proszę powiedzieć o genezie pomysłu i nadziejach, jakie Pan z nim wiąże?

Premier Jarosław Gowin: Przed dwoma laty premier Beata Szydło zobowiązała wszystkich ministrów, aby poszczególne resorty przygotowały własny wkład w obchody 100-lecia odzyskania niepodległości. W Ministerstwie Nauki i Szkolnictwa Wyższego długo zastanawialiśmy się, w jaki sposób oddać hołd dawnym pokoleniom, bohaterom walk o niepodległość, także wielu wybitnym naukowcom. Doszliśmy do wniosku, że najlepszą formą będzie spojrzenie w przyszłość. Spojrzenie nieprzypadkowe, bo uwzględniające katolicką naukę społeczną. Optyka ta jest szczególnie istotna ze względu na rolę, jaką Kościół katolicki odegrał w historii Polski, oraz ze względu na fakt, że zdecydowana większość Polaków deklaruje się jako wierzący. Jednocześnie jest to projekt naukowy i analityczny, który nie ma nic wspólnego z bieżącą polityką.

- Projekt ten jest realizowany wspólnie z najwyższymi autorytetami Kościoła w Polsce i jego Radą ds. Społecznych, a z drugiej strony są tam marszałkowie obu izb Parlamentu i Minister Nauki. To ukłon wobec Kościoła czy modelowy model współpracy państwa i Kościoła?

- Jesteśmy jak najdalsi od instrumentalnego wykorzystywania wiary i Kościoła. Ale mam głębokie przeświadczenie, że po 1989 r. za mało wsłuchiwaliśmy się w społeczne nauczanie Kościoła, a zwłaszcza św. Jana Pawła II. Jestem przekonany, że powtórne przemyślenie głównych wyzwań społecznych przez pryzmat myśli papieża będzie silnym impulsem do dalszego, mądrego i długofalowego rozwoju Polski.
W Polsce relacje Kościół–państwo opierają się na modelu przyjaznego rozdziału. W zgodzie z nauczaniem Soboru Watykańskiego II Kościół i państwo zachowują wzajemną autonomię i niezależność, ale współpracują ze sobą w imię dobra wspólnego. Szczególnie w takich obszarach jak edukacja, sprawy społeczne, troska o rodzinę – a szerzej mówiąc, troska o ponadpolityczne dobro wspólne. Jestem wdzięczny Prezydium Episkopatu za aktywne włączenie się w ten projekt. Nie do przecenienia jest wkład abp. Józefa Kupnego, szefa Rady Episkopatu ds. Społecznych, który bardzo się zaangażował w przygotowanie poszczególnych konferencji.

- Cykl konferencji na 10 najważniejszych polskich uniwersytetach zwieńczy międzynarodowy kongres w Krakowie. Jaki jest jego cel?

- Na kongresie w Krakowie wiosną przyszłego roku chcemy zarysować i pokazać Europie dalekosiężny program głębokich reform naszego państwa. Będzie to diagnoza wyzwań społecznych w Polsce, wybiegająca dekadę w przyszłość. Mówić będziemy także o sumieniu i odpowiedzialności w życiu publicznym. Główne wystąpienie wygłosi prezydent Andrzej Duda, pod którego patronatem odbywa się cały cykl konferencji.

- Wiemy, że podstawowym kryterium nauczania społecznego Kościoła jest zasada „dobra wspólnego”. Jak widzi Pan możliwość realizacji tego postulatu w warunkach Polski tak głęboko podzielonej na wrogie sobie plemiona?

- Dobro wspólne to podstawowy imperatyw katolickiej nauki społecznej. Trzeba przezwyciężać partykularne interesy, a szukać dobra, które łączy. Tymczasem podziału na, jak Pan powiedział, wrogie plemiona doświadczam na co dzień. Wystarczy, że przejdę z ministerstwa 500 metrów dalej na salę obrad Sejmu.
Nie ukrywam, że jednym z motywów zainicjowania serii konferencji jest moje głębokie przekonanie, że musimy rozpocząć proces zasypywania podziałów między Polakami. Nie chodzi tu o jednanie na siłę obozu rządowego z opozycją; chodzi o coś znacznie głębszego, o zainicjowanie pewnych procesów społecznych. O odbudowę niezbędnego minimum wzajemnego zaufania i szacunku. Może w ten sposób uda się zbudować most, na którym wrogie plemiona, mimo naturalnych różnic i rozbieżności, połączą się w jeden naród świadomy swoich ponadpartyjnych celów. W tym kontekście stulecie odzyskania niepodległości to wielkie wyzwanie, a jednocześnie wielki wyrzut sumienia.
Nie chcę idealizować przeszłości; wiemy przecież, jak ostre spory dzieliły Dmowskiego, Piłsudskiego, Paderewskiego czy Daszyńskiego. Były one często jeszcze gwałtowniejsze niż dziś. Nierzadko kończyły się przelewem krwi, jak w przypadku zamachu majowego. A jednak tamto pokolenie zbudowało niepodległe państwo, chociaż działało w skrajnie trudnych warunkach. Powinniśmy uczyć się na sukcesach i błędach poprzedników. Unikać bezsensownych i wyniszczających konfliktów, a przede wszystkim naśladować to, co w naszych przodkach było wielkie i inspirujące. Bo w kluczowych momentach historii Roman Dmowski i Józef Piłsudski, na co dzień polityczni przeciwnicy, ¬ potrafili działać ramię w ramię.

- Powiedział Pan niedawno, że „Polskę należy wymyślić i zbudować na nowo”. Co konkretnie ma Pan na myśli i jak w tym kontekście należy czytać prezentowany projekt?

- Od odzyskania niepodległości po 1989 r. upłynęło już blisko 30 lat. Mamy uzasadnione prawo cieszyć się z wielu sukcesów, ale dorobek nasz mógł być zdecydowanie większy. Popatrzmy w przeszłość: w ciągu zaledwie 20 lat niepodległości II RP stała się jednym z nowocześniejszych krajów w Europie, dynamicznie rozwijającym się państwem. Polskie uniwersytety ścigały się ze światową czołówką, zbudowaliśmy silną armię.
A dziś widzimy, że po niemal trzech dekadach wyczerpał się już nasz dotychczasowy model rozwoju. Trzecia RP, mówiąc słowami Shakespeare’a, jest „czaszką, która się już nie uśmiechnie”. Zużył się pewien model ustrojowy, obnażyły się słabości konstytucji. A na przykładzie efektów planu Strategii Odpowiedzialnego Rozwoju premiera Mateusza Morawieckiego widać, że w kwestiach gospodarczych też musimy śmiało wkroczyć na nowe drogi, aby zaspokoić potrzeby i aspiracje Polaków, a zarazem nie zostać w tyle w globalnym wyścigu.

- Powinniśmy iść bardziej ku społecznej gospodarce rynkowej?

- To, co proponuje premier Morawiecki, to zdecydowana zmiana kursu w tym kierunku, choć w obozie rządowym będziemy się jeszcze nie raz spierać, jak to należy interpretować w szczegółach. Jedni kładą większy nacisk na przymiotnik „społeczna”, a ja kładę większy na „rynkowa”. Jedno jest pewne: model neoliberalny w gospodarce wyczerpał się. Polska konkuruje z gospodarkami, w których państwo udziela bardzo intensywnego wsparcia swoim przedsiębiorcom i własnemu kapitałowi. Ten narodowy charakter kapitału coraz wyraźniej wychodzi na jaw. Nie możemy na to zamykać oczu.

- Pytanie bardziej osobiste. Jest Pan katolikiem, był Pan działaczem katolickim i redaktorem naczelnym „Znaku”. Potem poczuł Pan powołanie do polityki. Co to znaczy być politykiem i chrześcijaninem zarazem? Jakie zobowiązania, a także i ograniczenia stąd wynikają?

- Polityka jest sferą niezwykle ryzykowną moralnie, pełną pułapek. Jej celem jest rządzenie, a rządzenie pociąga za sobą instrumentalne traktowanie innych. Polityk-chrześcijanin ciągle chodzi po granicy dopuszczalnego kompromisu. Jeden fałszywy krok i zsuwa się w otchłań. Dlatego musi codziennie powtarzać sobie słowa św. Jana Pawła II, że „polityk ma być człowiekiem sumienia”. Z pewnością chrześcijaninowi w polityce wolno mniej, o ile nie chce się sprzeniewierzyć swoim przekonaniom wynikającym z wiary. Nie może np. stosować zasady „cel uświęca środki”.

- A kiedy Pan robi rachunek sumienia z realizacji tej koniunkcji „chrześcijanin–polityk”, jak Pan oceni własną działalność?

- Nie mogę być sędzią we własnej sprawie, ale staram się taką ocenę dokonywać możliwie jak najczęściej. Staram się też patrzeć na swoją działalność oczyma innych ludzi, którzy są dla mnie autorytetami. Niedawno spotkałem się z moim przyjacielem z czasów młodości, a obecnym arcybiskupem Grzegorzem Rysiem. Weszliśmy na dawne tory wspólnego myślenia o Polsce i Kościele. Dla mnie było bardzo ważne, co człowiek, którego cenię i głęboko szanuję, myśli o mojej działalności…

- A co myśli?

- Nie będę tego ujawniał, była to prywatna rozmowa. Ale podaję to jako przykład, że polityk-chrześcijanin powinien często stawać przed trybunałem własnego sumienia, a także osądu ze strony innych.

- Mówi Pan o potrzebie współpracy z Kościołem. Dlaczego więc obecny rząd nie chce zrealizować np. korytarzy humanitarnych dla uchodźców, o które prosi Kościół? Przecież nie kryją się w tej idei żadne zagrożenia dla państwa.

- Polityka imigracyjna rządu zakłada, że ze względu zarówno na bieżące bezpieczeństwo Polaków, jak i ze względów cywilizacyjnych, Polska nie powinna przyjmować znaczącej grupy muzułmanów. Mówię o obecnej fazie rozwoju islamu, która naznaczona jest z jednej strony fundamentalizmem religijnym, z drugiej zaś uzasadnionym poczuciem krzywdy, jaka spotkała wielu muzułmanów ich ze strony świata zachodniego. Są tacy, którzy patrzą na nas, na cały świat chrześcijański, jak na wroga. Przykłady państw Zachodu dowodzą, że ci ludzie się nie asymilują i nie chcą żyć naszymi wartościami. I pod tym względem nasza polityka realizuje polską rację stanu.

- Wśród uchodźców są nie tylko muzułmanie, ale i duża grupa bliskowschodnich chrześcijan. Dlaczego się na nich zamykać?

- Tu przechodzimy do istotnego z punktu widzenia moralnego i ważnego także dla mnie osobiście problemu „korytarzy humanitarnych”. Wewnątrz rządu często rozmawiamy na ten temat. Zbliża się moment, kiedy będziemy mogli powiedzieć, że sprowadzenie np. kilkuset dzieci, które powinny być leczone w polskich szpitalach, nie oznacza odejścia od pryncypiów naszej polityki imigracyjnej. Stanowisko Kościoła w Polsce i polskiego rządu w tym temacie zaczyna się zbliżać. Wierzę, że w ciągu kilku miesięcy przełoży się to na konkretne działania.

- Jaki jest Pana stosunek do projektu inicjatywy ustawodawczej „Zatrzymaj aborcję”? Czy rząd nie obawia się czarnych marszów, które wyszły na ulice kilka dni temu? Jaka będzie dalsza postawa PiS w tej sprawie?

- Wielokrotnie mówiłem, że jestem zwolennikiem utrzymania kompromisu w sprawie aborcji; tego kompromisu, który ukształtował się na początku lat 90. Sam nie inicjowałbym zmian. Ale w momencie, kiedy dochodzi do próby i na skutek inicjatyw społecznych trzeba będzie dać wyraz swoim przekonaniom moralnym, to oczywiście zagłosuję za zakazem aborcji eugenicznej. Czyli za zakazem zabijania przede wszystkim dzieci z zespołem Downa. Zrobię to niezależnie od konsekwencji, choć politycznie jest to obarczone bardzo dużym ryzykiem dla PiS. Mam świadomość, że na skutek zaostrzenia prawa antyaborcyjnego możemy nawet utracić władzę. A wtedy wahadło, również w sprawach moralnych, gwałtownie wychyli się w lewą stronę. Dzisiejsza Platforma Obywatelska nie jest już partią umiaru i chowania głowy w piasek w kwestiach światopoglądowych, tylko ugrupowaniem, w którym ton nadają radykałowie. A środowiska feministyczne przeobraziły się w niezwykle agresywnie nastawione do Kościoła i tradycyjnych wartości. Coś niepokojącego i złego dzieje się z liberalno-lewicową częścią polskiego społeczeństwa.

- Pytanie o Ustawę 2.0, czyli Konstytucję dla nauki. Co ma ona zmienić w polskiej nauce i w systemie kształcenia? Chodzi mi oczywiście nie o zreferowanie konkretnych propozycji, bo są one znane, ale o głębszy zamysł i sens tej ustawy.

- Najważniejszy cel to powstrzymanie drenażu mózgów i exodusu elit młodego pokolenia Polaków. Najzdolniejsi maturzyści wyjeżdżają studiować na najlepszych zagranicznych uniwersytetach i większość z nich do Polski już nie wraca. Setki młodych naukowców wyjeżdżają na badania lub z wykładami do zagranicznych ośrodków. I też w większości do Polski nie wracają. Tego nie wolno tak zostawić.

- Co musi się zmienić, aby tak się nie działo?

- Na pewno musimy poprawić kondycję finansową polskich naukowców, ale to nie wystarczy. Uczelnie muszą być zreformowane, a ścieżki kariery udrożnione. Nie jest tajemnicą, że mamy bardzo feudalny system awansu naukowego. Reforma służyć ma temu, żeby zaczął liczyć się realny dorobek danego człowieka – zarówno naukowy, jak i wyjątkowe talenty dydaktyczne.
Strategia Odpowiedzialnego Rozwoju premiera Morawieckiego wychodzi z diagnozy, że Polsce grozi ugrzęźnięcie w pułapce średniego wzrostu. Ta ocena pasuje także do polskich uczelni. One nie są słabe, tylko przeciętne. Tymczasem mamy wybitnie zdolne młode pokolenie i ono nie zadowoli się przeciętną jakością studiów. Musimy uwolnić potencjał polskich talentów. Strategia Odpowiedzialnego Rozwoju obliczona jest na dokonanie wielkiego skoku cywilizacyjnego: głębokiego unowocześnienia Polski, budowanego na fundamencie tradycyjnych wartości. To się jednak nie powiedzie bez głębokiego zreformowania naszych uczelni i instytutów naukowych. Dokonania polskich naukowców powinny być fundamentem rozwoju gospodarczego i cywilizacyjnego Polski.
Dodam, że reforma, którą realizujemy, przeniknięta jest inspiracjami zaczerpniętymi z katolickiej nauki społecznej. A mówi ona o konieczności ciągłego doskonalenia instytucji i postaw społecznych, ale kładzie też nacisk na ewolucyjny charakter zmian oraz prowadzenie dialogu z zainteresowanymi. W taki właśnie sposób powstawała Konstytucja dla nauki, w bezprecedensowym w historii Polski po 1989 r. dialogu z zainteresowanymi środowiskami. Cieszę się, że pomimo oporu części polityków z naszego obozu, zapadła polityczna decyzja, że reforma ta będzie realizowana. A poparcie Jarosława Kaczyńskiego przesądza tę sprawę.

- Powiedział Pan, że szybki, zrównoważony rozwój Polski jest możliwy przy zachowaniu tradycyjnych wartości. Czy taka jest dziś misja Polski, wbrew temu, co mówią środowiska lewicy, że postęp jest możliwy, o ile tradycyjne wartości zostaną osłabione?

- Jesteśmy społeczeństwem ludzi dynamicznych i głodnych sukcesu, a jednocześnie ludźmi przywiązanymi do tradycyjnych wartości, takich jak rodzina, patriotyzm czy wiara. Jedną z rzeczy, którą przeoczyliśmy w nauczania Jana Pawła II, było wezwanie nas, Polaków, byśmy stali się pewnym wzorem do naśladowania dla reszty Europy. Często te słowa Papieża odbierane były jako przejaw polskiego mesjanizmu czy pychy. Tymczasem Jan Paweł II realistycznie oceniał nasze możliwości, stawiał przed nami zadanie. Obyśmy tylko chcieli i umieli sprostać temu wyzwaniu.
Rozmawiał Marcin Przeciszewski
*** Pierwsza z cyklu konferencji „Polonia Restituta. Dekalog dla Polski w 100-lecie odzyskania niepodległości”, odbyła się 12 marca na Uniwersytecie Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie. Jej tematem była rodzina. Kolejne poświęcone będą m.in. tematyce zrównoważonego rozwoju, solidarności społecznej, patriotyzmu, przedsiębiorczości, relacji państwo–Kościół, tożsamości i kulturze.

- Poruszane będą następujące tematy:

- Praca, przedsiębiorczość i społeczna gospodarka rynkowa. Obywatelskość i patriotyzm. Wolność, suwerenność i praworządność. Ekologia, solidarność społeczna i zrównoważony rozwój. Godność i sprawiedliwość społeczna. Europa i pojednanie. Kultura i tożsamość. Państwo – Kościół. Osoba ludzka i jej prawa. Zwieńczeniem dziesięciu konferencji będzie międzynarodowy kongres w Krakowie w kwietniu 2019 roku, podejmujący problematykę sumienia i odpowiedzialności w życiu publicznym.
mp

Tagi:
Gowin Jarosław

Reforma inna niż wszystkie

2018-05-30 09:51

Rozmawiają redaktor naczelna „Niedzieli” Lidia Dudkiewicz, red. Katarzyna Woynarowska i ks. red. Mariusz Frukacz
Niedziela Ogólnopolska 22/2018, str. 18-19

Mamy naprawdę wybitnie zdolne młode pokolenie. Nasze dzieci i wnuki zasługują na to, żeby je kształcić na naprawdę światowym poziomie

Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego
Wicepremier Jarosław Gowin, minister nauki i szkolnictwa wyższego, jest przekonany o tym, że Konstytucja dla nauki to wielka szansa dla polskich uczelni wyższych

LIDIA DUDKIEWICZ: Spotykamy się w Częstochowie, na pielgrzymim szlaku, bo do Częstochowy zawsze się pielgrzymuje... Ale tym razem powód wizyty Pana Ministra jest związany z ważnym wydarzeniem dla miasta...

MIN. JAROSŁAW GOWIN: – Akademia im. Jana Długosza w Częstochowie od 1 czerwca 2018 r. będzie uniwersytetem. Stosowny dokument został już przekazany władzom uczelni. Częstochowa staje się więc miastem uniwersyteckim. W ten sposób zostały zwieńczone wieloletnie starania lokalnych środowisk samorządowych i naukowych, a przede wszystkim akademickich. To wielki dzień nie tylko dla uczelni, ale też dla całego miasta.

L. D.: – Z pewnością duchowa stolica Polski zasługuje na uniwersytet.

– Duchowa stolica Polski jest także silnym ośrodkiem akademickim. Działają tu dwie prężnie rozwijające się uczelnie, zwłaszcza Akademia im. Jana Długosza ma dużo osiągnięć naukowych. Stąd moja decyzja o zmianie nazwy i nadaniu uczelni statusu uniwersytetu.

L. D.: – Częstochowski uniwersytet ma charakter przymiotnikowy. Co to znaczy?

– Różnica między klasycznym uniwersytetem a tzw. przymiotnikowym, w tym przypadku uniwersytetem humanistyczno-przyrodniczym, polega na liczbie uprawnień do nadawania habilitacji i doktoratów. Uniwersytety pełne, tzw. bezprzymiotnikowe, muszą mieć większą liczbę uprawnień.

L. D.: – 1 października 2018 r. wejdzie w życie Konstytucja dla nauki – nowa ustawa, która w znaczący sposób zmieni polski system szkolnictwa wyższego...

– Konstytucja dla nauki ma dwa równie ważne cele. Pierwszym z nich jest podniesienie poziomu czołowych polskich uczelni, aby mogły konkurować pod względem jakości kształcenia studentów i badań naukowych z najlepszymi uczelniami w Europie. To jest zadanie bardzo ważne dlatego, że co roku na studia za granicę wyjeżdża spora grupa najzdolniejszych maturzystów, co roku wyjeżdżają też wybitni studenci, a najlepsi młodzi naukowcy wybierają pracę i karierę w najlepszych ośrodkach akademickich poza Polską. A przecież oni wszyscy powinni tworzyć naszą elitę narodową. Dopuszczając do sytuacji, w której przez stosunkowo niski prestiż rodzimych uczelni nasza elita opuszcza ojczyznę, doprowadzamy do katastrofy narodowej. Trzeba to przerwać! Zrobić wszystko, co możliwe, żeby najzdolniejsi chcieli studiować bądź pracować naukowo w Polsce. Drugim celem reformy jest równomierne podnoszenie poziomu we wszystkich uczelniach, także tych średnich i mniejszych. Wynika to z programu naszego rządu i zasady zrównoważonego rozwoju.

L. D.: – Jednak na początku reforma wywoływała trochę obaw wśród uczelni mniejszych i średnich.

– Obecny jej kształt, będący efektem wielu konsultacji z ekspertami, przedstawicielami samych uczelni oraz rozmów wewnątrz koalicji rządowej, wszystkie te obawy ostatecznie rozwiewa.

L. D.: – Jak w tej reformie mieszczą się uczelnie katolickie?

– Uczelnie katolickie pełnią w Polsce szczególną misję. Te placówki nie tylko uczą, ale także formują w duchu wartości chrześcijańskich. Większość z nich kształci niewielką liczbę studentów, nie mają one charakteru masowego, natomiast kładą duży nacisk na wysoką jakość. W poprzednich latach zaniedbano w nich jednak obszar badań. W tej chwili, po moich rozmowach z przedstawicielami Rady Naukowej Konferencji Episkopatu Polski i po spotkaniu z władzami wszystkich uczelni katolickich, następuje wyraźna reorientacja. Polega ona na tym, że uczelnie katolickie dostrzegły dla siebie szansę – również w sensie finansowym – w podnoszeniu poziomu właśnie badań naukowych.

L. D.: – Na czym polega ta szansa?

– Do końca 2016 r. uczelnie były finansowane przede wszystkim ze względu na liczbę studentów. Im więcej studentów, tym więcej pieniędzy. Ale umasowienie kształcenia zaszkodziło jego jakości – w przypadku uczelni katolickich także jakości formacji duchowej. Dlatego zmieniliśmy zasady finansowania na sensowniejsze i sprawiedliwsze. Po pierwsze, liczy się już nie ogólna liczba studentów, lecz proporcje między liczbą studentów a liczbą pracowników naukowych – nie więcej niż 13 studentów na 1 pracownika naukowego. Wprowadziliśmy też drugie, dodatkowe kryterium – jakość badań naukowych mierzoną kategoriami przyznawanymi raz na cztery lata w oparciu o zobiektywizowane kryteria. I tu uczelnie katolickie wypadły bardzo dobrze.

L. D.: – A czy wydziały teologiczne mogą się czuć zagrożone? Jaka jest sytuacja Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie?

– Żaden uniwersytet ani żadna uczelnia publiczna w Polsce nie są i nie będą zagrożone. Przeciwnie – Konstytucja dla nauki stanowi szansę dla wszystkich. Przecież chodzi nie tylko o to, by przetrwać, ale też o to, aby się rozwijać. Teologia w Polsce prezentuje bardzo wysoki poziom, w tej dziedzinie jesteśmy w światowej czołówce. I to przełoży się na konkretne korzyści finansowe. Wielokrotnie spotykałem się z rektorami uczelni katolickich i myślę, że po początkowych obawach wszyscy traktują reformę jako szansę.

KS. MARIUSZ FRUKACZ: – Nostryfikowanie dyplomów, tytułów naukowych zdobytych na zagranicznych uczelniach wiąże się z dużymi kosztami. Dotyczy to zwłaszcza kapłanów wracających po rzymskich studiach do Polski. Poza tym na katolickich uczelniach licencjat jest stopniem poprzedzającym doktorat – na polskich uczelniach licencjat jest niezbędny do uzyskania magisterium. Czy Pan Minister myśli nad zmianami w tych kwestiach?

– Mam świadomość, że system kształcenia w uczelniach kościelnych – trzeba tu odróżnić uczelnie katolickie od kościelnych – jest odmienny. Licencjat w uczelniach kościelnych jest czymś bardzo zbliżonym do doktoratu. Ksiądz Redaktor ma rację, że konieczność nostryfikowania w Polsce dyplomów doktorskich uzyskiwanych w innych krajach, przynajmniej tych należących do UE, powinna odejść w przeszłość. Na ten temat prowadzę rozmowy z przedstawicielami Episkopatu. Przyglądamy się zapisom wynikającym z konkordatu.

KATARZYNA WOYNAROWSKA: – Konstytucja dla nauki ma zwiększyć autonomię uczelni wyższych. Na czym ma to polegać?

– Konstytucja dla nauki zdecydowanie zwiększa autonomię. Proszę zwrócić uwagę, że ta jedna ustawa zastępuje cztery obowiązujące do tej pory. Liczbę przepisów zmniejszamy prawie dwukrotnie, zawężamy zakres ustawy, a wiele regulacji pozostawiamy do rozstrzygnięcia samym uczelniom. To uczelnie będą rozstrzygały, w jaki sposób chcą się rozwijać. Dużo większa będzie też autonomia, jeżeli chodzi o wykorzystanie funduszy pochodzących z budżetu. Dotychczas ministerstwo przyznawało uczelniom dotacje, czyli pieniądze przeznaczone na ściśle określony cel. Teraz uczelnia będzie dostawała subwencje, czyli sama zdecyduje, na co te fundusze wydać.

K. W.: – Swego czasu powiedział Pan Minister, że nowa ustawa czyni z rektora lidera, wodza... Uczelnia potrzebuje takiego mocnego przywódcy?

– Czy Kościół nie potrzebuje przywódcy? Czy państwo nie potrzebuje przywódcy? Przywódców z autorytetem, mądrością, odwagą i wizją potrzebują też uczelnie. Tymczasem obecnie rektorzy w bardzo wielu sprawach mają związane ręce – i dlatego uczelnie są, delikatnie mówiąc, nie najlepiej zarządzane. Uważam, że trzeba się trzymać starej katolickiej zasady: im więcej wolności, tym więcej odpowiedzialności. Więcej wolności dla uczelni oznacza, że dużo więcej będzie zależało od władz uczelni. I dlatego tym władzom, przede wszystkim rektorom, trzeba dać prawo do praktycznego wywiązywania się ze swej odpowiedzialności, czyli do podejmowania decyzji.

K. W.: – Konstytucja dla nauki powołuje rady uczelni. Zakres ich kompetencji budzi niepokój środowisk akademickich...

– Skoro chcemy zwiększyć kompetencje rektora, to jednocześnie trzeba staranniej monitorować jego działania; analizować, czy jego decyzje idą we właściwą stronę. W tym celu ustawa chce powołać tzw. radę uczelni. Wybierana jest w 100 proc. przez wspólnotę akademicką. Jednego przedstawiciela wybierają studenci, wszystkich pozostałych – senat. Ustawa narzuca tylko jedno – ponad połowę członków rady muszą stanowić osoby spoza uczelni. Bo uczelnie nie mogą się zamykać w wieży z kości słoniowej. Dla dobra wspólnego powinny współdziałać ze społecznym otoczeniem. O tym, kto będzie wchodził w skład rady, zdecydują senaty poszczególnych uczelni. To mogą być wybitni wychowankowie, wielkie autorytety moralne czy duchowe.

L. D.: – A jaki wpływ ma mieć rada uczelni na sposób wyboru rektora?

– Do kompetencji rady będzie należało wskazanie kandydatów na rektora. Bo skoro rektorzy będą mieli większe uprawnienia, to muszą być też wybierani w sposób bardziej staranny. Rektor zawsze powinien być naukowcem, bo uczelnie mają swą niepowtarzalną misję, ale musi też mieć umiejętności zarządzania skomplikowanym organizmem, którym jest uczelnia. Dlatego też rada będzie typowała kandydatów, wyboru natomiast, na dotychczasowych zasadach, będzie dokonywała wspólnota akademicka.

K. W.: – Zgodnie z nową ustawą łatwiejsza ma być droga naukowej kariery dla młodych zdolnych ludzi. To część nowej strategii, która ma doprowadzić do zatrzymania najzdolniejszych w kraju?

– W Polsce samodzielność naukową, czyli habilitację, uzyskuje się średnio w wieku 46 lat, natomiast w Europie samodzielność naukową uzyskuje się już po doktoracie, czyli w wieku 30-33 lat. Tam nie ma habilitacji – albo nigdy nie było, albo też dawno została zniesiona. Kiedyś habilitacja była gwarancją wysokiej jakości polskiej nauki, teraz jednak stanowi, niestety, balast utrudniający młodym, wybitnie zdolnym naukowcom prowadzenie samodzielnych badań. Od dawna młodsze pokolenia badaczy skarżą się, że nasze uczelnie są skostniałe, żeby nie powiedzieć – trochę feudalne... Po rozważeniu wszystkich „za” i „przeciw” zdecydowaliśmy jednak, by pozostawić habilitację – bo polskie środowiska akademickie są do niej bardzo przywiązane – ale równocześnie doktorzy będą traktowani już jako samodzielni pracownicy naukowi. Będą mogli prowadzić własne badania, kierować zespołami badawczymi. Jedyna rzecz, która będzie ich różnić od profesorów, to niemożność promowania następnych doktorów.

L. D.: – Czyli możemy się cieszyć z Konstytucji dla nauki...

– Zawsze podkreślam jedną rzecz – nasz rząd kieruje się zasadą zrównoważonego rozwoju, a nie zrównoważonej stagnacji. Mamy naprawdę wybitnie zdolne młode pokolenie. Nasze dzieci i wnuki zasługują na to, żeby je kształcić na naprawdę światowym poziomie. Żeby dać im szansę rozwoju, realizacji ich ambitnych planów i marzeń. A dzięki ich talentom, pasji i zaangażowaniu zbudujemy silniejszą Polskę – dla nas wszystkich.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Kalendarz pielgrzyma 2019

Watykan po raporcie z Pensylwanii: wstyd i smutek

2018-08-17 07:21

st (KAI) / Watykan

Dyrektor Biura Prasowego Stolicy Apostolskiej, Greg Burke wydał komunikat w związku z ogłoszeniem we wtorek 14 sierpnia 1300-stronicowego raportu stanowiącego wynik prawie dwuletniego śledztwa prowadzonego przez wielką ławę przysięgłych Pensylwanii. Mowa w nim, że w sześciu, spośród ośmiu diecezji katolickich, istniejących w tym amerykańskim stanie 301 księży katolickich dopuściło się w ciągu 70 lat nadużyć seksualnych na ponad tysiącu dzieci. Ofiarami przestępstw w większości byli chłopcy.

Grzegorz Gałązka
Greg Burke

Oto tekst oświadczenia rzecznika Stolicy Apostolskiej w tłumaczeniu na język polski:

W odniesieniu do raportu opublikowanego w tym tygodniu w Pensylwanii, istnieją dwa słowa, które mogą wyrazić uczucia w obliczu tych strasznych przestępstw: wstyd i smutek.

Stolica Apostolska traktuje z wielką powagą pracę Śledczej Wielkiej Ławy Przysięgłych Pensylwanii i wytworzony przez nią obszerny Raport Tymczasowy. Stolica Apostolska jednoznacznie potępia molestowanie seksualne nieletnich.

Nadużycia opisane w raporcie są przestępcze i moralnie naganne. Akty te były zdradą zaufania, które ograbiło ofiary z ich godności i wiary. Kościół musi wyciągnąć trudne lekcje z przeszłości i konieczne jest rozliczenie zarówno sprawców, jak i ludzi, którzy pozwolili, aby zaistniały nadużycia.

Większość dyskusji w raporcie dotyczy nadużyć przed rokiem 2000. Nie stwierdzając niemal żadnych przypadków po roku 2002, konkluzje Wielkiej Ławy Przysięgłych są zgodne z wcześniejszymi badaniami pokazującymi, że reformy Kościoła katolickiego w Stanach Zjednoczonych radykalnie zmniejszyły liczbę przypadków wykorzystywania dzieci przez duchownych. Stolica Apostolska zachęca do nieustannej reformy i czujności na wszystkich szczeblach Kościoła katolickiego, aby pomóc w ochronie nieletnich i dorosłych niepełnosprawnych przed krzywdą. Stolica Apostolska pragnie również podkreślić potrzebę dostosowania się do prawa cywilnego, w tym konieczności obowiązkowego zgłaszania przypadków wykorzystywania dzieci.

Ojciec Święty dobrze rozumie, jak bardzo te przestępstwa mogą wstrząsnąć wiarą i duchem ludzi wierzących i ponawia wzywa do podjęcia wszelkich starań, aby stworzyć bezpieczne środowisko dla nieletnich i dorosłych niepełnosprawnych w Kościele i w całym społeczeństwie. Ofiary powinny wiedzieć, że Papież jest po ich stronie. Ci, którzy cierpią, są dla niego priorytetem, a Kościół chce ich słuchać, aby wykorzenić tą tragiczną makabrę, która niszczy życie niewinnych osób.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Dziennik watykański wspomina Arethę Franklin i jej występ przed Franciszkiem

2018-08-17 19:52

kg (KAI/OR) / Watykan

Zmarła 16 sierpnia w wieku 76 lat amerykańska piosenkarka Aretha Franklin wystąpiła we wrześniu 2015 w Filadelfii przed Franciszkiem w czasie jego podróży do Stanów Zjednoczonych. Przypomniał o tym watykański dziennik "L'Osservatore Romano" w obszernym artykule poświęconym gwieździe muzyki soul, dodając, że w czasie odbywającego się tam wówczas Światowego Spotkania Rodzin Franklin wykonała słynny hymn "Amazing Grace" (Cudowna łaska).

wikipedia.org

W artykule "Między cierpieniem a nadzieją" pismo zwraca uwagę, że hołd artystce złożyli prezydenci: obecny Donald Trump i jego poprzednik Barack Obama, chociaż ten pierwszy prawdopodobnie "nie był poruszony jej głosem", jak to było w przypadku Obamy. Obecny gospodarz Białego Domu napisał na swoim Twitterze, że "zmarła królowa soulu była wielką kobietą z niewiarygodnym darem Bożym - swoim głosem". I dodał: "Będzie nam jej brakować".

Zdaniem dziennika mniej suche i z pewnością bardziej zaangażowane było wspomnienie pozostawione przez Obamę, "który z piosenkarką dzielił, choć w bardzo odmienny sposób, doświadczenie wzrastania jako Murzyn w Stanach Zjednoczonych drugiej połowy ubiegłego wieku". "W jej głosie mogliśmy usłyszeć naszą historię we wszystkich jej odcieniach, naszą siłę i nasz ból, naszą ciemność i nasze światła, nasze poszukiwania odkupienia oraz nasz z trudem wywalczony szacunek" - przytoczyła gazeta słowa byłego prezydenta.

Zwróciła uwagę, że odniesienie do szacunku nie było przypadkowe, gdyż tak właśnie - "Respect" [Szacunek] - brzmi tytuł jednego z największych przebojów Arethy. Jest to hymn-wezwanie do świadomości czarnych kobiet w trudnych latach sześćdziesiątych, doświadczających wówczas głębokich i gwałtownych napięć rasistowskich.

Ale te same lata, obfitujące również w wielkie możliwości dla tych, którzy zamierzali pojawić się na estradzie muzycznej, stanowiły dla piosenkarki prawdziwy punkt zwrotny. Młoda wykonawczyni utworów gospel, córka kaznodziei baptystycznego, porzucona w wieku 6 lat przez matkę i która po raz pierwszy sama została matką, mając zaledwie 14 lat, trafiła do wytwórni Atlantic Records, założonej przez Ahmeta Ertegüna - syna ówczesnego ambasadora Turcji w Waszyngtonie (takie rzeczy mogły się wydarzyć tylko w tamtych latach - podkreślił dziennik).

Sam Ertegün jest dziś mało znany, ale miał on genialne wyczucie i to on odkrył największe talenty muzyki jazzowej, soul i rocka na przełomie lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych. W gronie tym znalazła się Aretha Franklin, obdarzona niezwykłą rozpiętością głosu, którego nie trzeba było ograniczać ani naginać do wymogów komercyjnych. Pozwalało to jej wykonywać soul, a więc tę muzykę, którą śpiewała od dziecka, gdy jej ojciec prowadził nabożeństwa. Była to muzyka duszy, która "podobnie jak w procesie oczyszczenia, prowadzi śpiewającego i słuchającego od buntu i zmysłowości do uniesienia i tej próby odkupienia, do której nawiązał w swym przesłaniu Obama" - zaznaczył dziennik papieski. I dodał, że "żaden instrument nie mógł lepiej od głosu Franklin wyrazić tej drogi pełnej cierpienia, ale rozświetlanej nadzieją".

Począwszy od lat sześćdziesiątych kariera piosenkarki była naznaczona niezliczonymi sukcesami. Wielokrotnie zdobywała nagrody Grammy (czyli swego rodzaju Nobla w dziedzinie muzyki lekkiej), a w 1980 wystąpiła w filmie "The Blues Brothers" - historycznym obrazie Johna Landisa, w którym grając rolę żony Matta "Guitar" Murphy'ego, wykonała niezapomnianą wersję piosenki "Think", będącej innym z jej najsłynniejszych przebojów.

Jednym z ostatnich jej występów było pojawienie się przed Franciszkiem w czasie jego pobytu w Stanach Zjednoczonych, gdy podczas Światowego Spotkania Rodzin w Filadelfii zaśpiewała 26 września 2015 starą pieśń gospel "Amazing Grace" (Cudowna łaska), "która teraz zdaje się być wyraźnym punktem odniesienia do tej niespodziewanej łaski, którą jej głos był rzeczywiście obdarzony" - zakończył swój komentarz dziennik watykański.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Kalendarz pielgrzyma 2019

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem