Reklama

Moje pismo Tęcza - 7/8 2018

Misja beznadziei: Karski i Zygielbojm

2018-05-16 08:49

Waldemar Piasecki, Nowy Jork

Archiwum
Szmul Zygielbojm w swoim londyńskim biurze, gdzie pzryjmował Jana Karskiego

Dokładnie 75 lat temu, 12 maja 1943 roku popełnił samobójstwo Szmul Zygielbojm, członek Rady Narodowej RP, polskiego parlamentu na Wychodźstwie. Był to protest przeciwko temu, że świat bezczynnie pozwala na zagładę narodu żydowskiego. Jego dramatyczne decyzja podjęta została pod wpływem raportu Jana Karskiego oraz w obliczu upadającego powstania w getcie warszawskim. Przypomnijmy tę postać.

„Beznadziei” użyte jest w tytule łącznie. Chodzi o beznadzieję, nie zaś o sam brak nadziei. Tak właśnie do głębi beznadziejną okazać się miała misja Jana Karskiego i Szmula Zygielbojma w sprawie ratowania ginącego na oczach świata narodu żydowskiego. Choć w chwili podejmowania ową misją napędzała nadzieja największa z możliwych.

Była to misja osobista każdego z nich, ale w jednym dniu stała się dla nich misją wspólną. Później już żaden z nich nie był tym samym człowiekiem, a jeden niebawem zakończył w geście dramatycznego protestu swe życie.

Nadchodził grudzień 1942 roku. Od pięciu tygodni w Londynie przebywał kurier Polski Podziemnej Jan Karski. Jego czas wypełniony był raportowaniem, spotkaniami, dyskusjami. Spotykał się z przedstawicielami najwyższych władz na wcyhodźstwie, reprezenantami stronnictw, władzami brytyjskimi środowiskami opiniotworyczymi. Przekazywał wiedzę o organizacji Państwa Podziemnego, ale także relacje naocznego świadka o eksterminacji Żydów wyniesione ze swych wizyt w Getcie Warszawskim i obozie tranzytowym w Izbicy.

Reklama

1 grudnia Karskiego zelektryzowała widomość, że na dzień następny zostało ustalone jego spotkanie z członkiem Rady Narodowej z ramienia PPS „Bund” Szmulem Zygielbojmem. Miało się odbyć w Stratton House, siedzibie polskiego ministerstwa spraw wewnętrznych. Kurier miał dla niego polecenia od środowisk żydowskich w kraju, które uważał za pilne i ważne, jednak z jakichś powodów spotkania z Zygielbojmem nie wyznaczano wcześniej zbywając pytania Karskiego odpowiedzią „przyjdzie czas”. Najwyraźniej nadchodził.

Archiwum Towarzystwa Jana Karskiego
Jan Karski w czasie wojennej misji

Pokój Szmula Zygielbojma mieścił się na czwartym piętrze budynku i miał lokalizację trudną do uznania za reprezentacyjną. Był wyposażony w skromne biurko z prostym krzesłem, naprzeciw krzesło dla rozmówcy oraz szafę na dokumenty i wieszak na ubranie. Zygielbojm uniósł się na powitanie, podał Karskiemu rękę. Poczekał aż ten się rozbierze z płaszcza. Usiedli.

Zygielbojm sprawiał wrażenie człowiek bardzo zmęczonego mimo porannej pory. Spojrzenie miał czujne, badawcze, trudno było wytrzymać jego wzrok. „Miał wygląd typowego proletariusza, który wybił się do elity władzy. Pewnie miał cięąką młodość. Może pracował u jakiegoś krawca, jako chłopiec na posyłki, może zamiatał ulice – relacjonował swoje wrażenia Karski. Dodaje, iz postanowił rozmawiać z Zygielbojmem zwięźle, precyzyjnie, bez ubarwień emocjonalnych i formułowania własnych ocen, jeżeli nie zostanie poproszony.

Zgodnie z przewidywaniem, Zygielbojm powiedział Karskiemu, że wie z czym przyjechał, ale jemu ma opowiadać tylko o sytuacji żydowskiej. Na tym też kurier się skupił. Mówił o organizacji eksterminacji w postaci gett i obozów, gdzie masowo ginęli. Koncentrował się na Warszawie, gdzie sam wchodził do getta dwukrotnie i tym, co tam widział. Podobnie zrelacjonował swoje wejście w przebraniu ukraińskiego esesmana do obozu w Izbicy. Zygielbojm nie odzewał się, strał się walczyć z wyraźnym tikiem nerowym policzka.

Gdy Karski podjął próbę zrelacjonowania reakcji na jego raport u angielskich rozmówców, Zygielbojm bezceremonialnie przerwał uwagą, że reakcje londyńskie zna dobrze i nie musi ich wysłuchiwać od kogoś z Warszawy. „Chcę wiedzieć, czego Żydzi z kraju oczekują od nas t u t a j ! I tego niech się pan trzyma...” - zdyscyplinował emisariusza.

Usłyszał, że ginący w okupowanej Polsce Żydzi domagają się, aby ich współbracia w krajach alianckich dotarli do najważniejszych instytucji panstwowych i publicznych, tam rozpoczęli otwartą głodówkę i kontynuowali ją aż do podjęcia przez Zachód decyzji w sprawie ratowania Żydów. Mają umierać powolną śmiercią na oczach całego świata. Może to wstrząsnie jego sumieniem.

Zygielbojm eksplodował. Zerwał się z krzesła i zaczął krążyć po pokoju wykurzekując: „To niemożliwe! Absurd! Zupełnie niewykonalne! Nikt nie pozwoli na taką demonstrację! Czy pan wie co by się stało jakby Zygielbojm zaczął głodować w publicznym miejscu? Zaraz posłaliby dwóch policjantów i siłą wzięli do szpitala. Nonsens!”

Rozmowa trwała ponad trzy godziny. Zygielbojm zaczął zadawać wiele szczegółowych pytań. Przede wszystkim dotyczących getta. O wyżywienie, pracę, o dzieci, żebraków, zydowskich policjantów, a nawet... sposób transportu i chowania zwłok. Osobnym tematem były szanse przechodzenia na aryjską stronę,

nastroje ludności polskiej wobec ukrywających się Żydów, szanse ewentualnego zrywu żydowskiego.

Wraz z upływem czasu Zygielbojm był coraz bardziej wyczerpany, a pytania traciły na ostrości, celowości i logice. Zapytał Karskiego m.in. o to, co śpiewał na ulicy stary żydowski żebrak, gdy ten o nim wspomniał, albo co powiedziała mu Żydówka podająca szklankę wody. Za chwilę odpowiedział sam: „Skąd pan to ma wiedzieć? Przecież pan nie jest Żydem, nie zna pan żydowskiego...”

Spotkanie stawało się męczące dla obu rozmówców. Zapewne obaj z ulgą przyjęli jego zakończenie. Na pożegnanie Zygielbojm podał rekę Karskiemu i popatrzył głeboko w oczy. „Zrobię, co w mojej mocy. Zrobię, o co mnie proszą. Jeśli tylko będę mógł...” – zakończył.

Jakiś czas później Karski otrzymał podziękowanie za spotkanie na papierze firmowym Szmula Zygielbojma, członka Rady Narodowej RP na Wychodźstwie.

Było wystukane pismem maszynowym. Krótko i oficjalnie. Właściwie bardziej... pokwitownie tego spotkania – wspominał Karski.

Minęło kilka miesięcy. Więcej już ze sobą nie rozmawiali. 13 maja 1943 roku nastąpił jego rzeczywisty finał. Od śniadania oderwał Karskiego telefon. Dzwonił Hieronim Rettinger, szara eminencja rządu. „Dziś w nocy Szmul Zygielbojm popełnił samobójstwo. Zostawił list. Proszę się zgłosić o drugiej po południu” – usłyszał.

Szmul Zygielbojm w dramatycznych słowach kierowanych do prezydenta RP Władysława Raczkiewicza i premiera Władysława Sikorskiego wyjaśniał: „Nie mogę dłużej żyć, gdy resztki narodu żydowskiego w Polsce, którego jestem przedstawicielem, są likwidowane”. Dodawał, że skoro nie był mu sądzone paść w walce z bronią w ręku w getcie, jak jego towarzysze, odchodzi za nimi, bo „należy do nich i ich masowych mogił”. Protestuje „przeciw bierności, z jaką świat przygląda się i dopusza do zagłady narodu żydowskiego” .

Archiwum Towarzystwa Jana Karskiego
Fragmenty ostatnego listu Szmula Zygielbojma

Paradoksalenie „ofiarą” śmierci Szmula Zygielbojma stał się sam Jan Karski. Nigdy nie zaznał już spokoju związanego z odejsciem żydowskiego bohatera. Dręczyły go dwa pytania: „Czy to ja wręczyłem mu wyrok śmierci?”.”Czy ona obciąża moje sumienie?” I następne: „Czy mówiąc, że zrobi o co go proszą, wiedział już, co zrobi? Czy od 2 grudnia 1942 roku śmierć Zygielbojma nie mogła się już nie wypłnić, a co najwyżej można ją było tylko odraczać czekając na ostateczne potwierdzenie?

Jan Karski uważał, że Szmul Zygielbojm był jedną z najtragiczniejszych postaci II wojny światowej. Poprzez patetyczny wymiara beznadziei, jaką uosabiał. Umierał wiedząc, że śmierć nie może mu przynieść ukojenia ale narzucał z poczucia obowiązku, rozumiejąć, że nic już nie zmieni. Nie powstrzyma zgałady swego narodu, a wielkich tego świata nie przekoana do ich ratunku. Nim nadejdzie zwyciestwo, wszystko co kocha najbardziej, musi zginąć. „Czy Bóg dał mu tę mądrość? Madrość beznadziei?” – pytał dramatycznie Karski.

Szmul Zygielbojm miał piękny pogrzeb z udziałem najwyższych władz RP na Wychodźstwie, członków rządu i parlamentu brytyjskiego. O tym, czemu miał służyć jego dramatyczny gest – zapomniano.

Waldemar Piasecki
Grób Szmula Zygielbojma na cmentarzu Mont Carmel na nowojorskim Queensie. Jego prochy przywieźli z Londynu do Nowego Jorku jego przyjaciele z Bundu.

Jan Karski szedł jednak dalej. 28 lipca 1943 roku, 76 dni po śmierci Zygielbojma meldował się w Białym Domu przez Franklinem Delano Rooseveltem, by znów powtarzać swą „mantrę” w sprawie ratunku Żydów. Wtedy jeszcze uważał, że są jakieś szanse, że świat się jednak ocknie, że on będzie miał więcej szczęścia niż Zygielbojm, bo zdąży uruchomić ratunek. Spotkanie z prezydentem trwało 82 minuty. Temat żydowski pozostał w nim raczej marginalny. Młodemu polskiemu emisariuszowi, w raportowaniu o sytuacji Żydów, Roosevelt nie pozwolił nadmiernie rozwinąć. Bardziej interesowały go sprawy Polski Podziemnej i generalnie realia życia pod okupacją niemiecką.

M.in. jaki jest los... koni. Na pożegnanie Karski usłyszał: „Proszę powiedzieć w swoim kraju, że ma w Białym Domu swego przyjaciela”. Towarzyszący kurierowi, ambasador RP w Waszyngtonie, podsumował wizytę: „No cóż, prezydent nie powiedział zbyt wiele...”.

Akcja na rzecz ratowania Żydów nie nastąpiła. Ginęli na oczach świata.

Sojusznicza sytuacja Polski szybko ulegała pogorszeniu. Konferencja teherańska z przełomu listopada i grudnia 1943 roku przynisła zgodę Wielkiej Trójki na nowy podział świata Polska. Konferencja jałtańska z poczatku lutego 1945 roku, ten świat podzieliła. Polska została w Jałcie oddana przez Roosevelta i Churchilla, we władanie Stalinowi. Karski wydający w Ameryce w listopadzie 1944 roku swój wojenny bestseller „Story of a Secret State” (w Polsce wydany dopiero w 1999 roku, jako „Tajne Państwo”) oczywiście o tym nie wiedział. Jeszcze się łudził.

Jego książka stała się wielkim sukcesem czytelniczym, poruszyła opinię publiczną, autorowi pryszparzając rozglosu i sławy. Poza sympatią dla wybitych niemal doszczętnie Żydów i Polaków ograbionych z państwa,w sensie politycznym nie przyniosła nic.

Rozczarowany beznadzieją swojej misji i cynizmem świata polityki, Karski usunął się w po wojnie w cień. Skazał się na nieobecność. Na anihilację publiczną podobną zygielbojmowej, choć nie aż tak radykalną. Wyrwie go dopiero z niej, odnajdując w waszyngtońskiej samotni, Claude Lanzmann.

Archiwum Towarzystwa Jana Karskiego
Tablica upamiętniająca Szmula Zygielbojma na kamienicy, gdzie mieszkał w Chełmie. Została zainstalowana staraniem Towarzystwa Jana Karskiego

Wspominając dziś Szmula Zygielbojma i Jana Karskiego, chylę czoło przed ich dziełem osobistym, ich formatem moralnym i wszechogarniająca b e z n a d z i e j ą, której doświadczyli i stali się prawdziwymi Mistrzami. Byli posłannikami nikomu niepotrzebnej, przegranej misji w sprawie ginącego narodu. Nagrodą stało się dla nich państwo, które z tej przegranej misji wyrosło.

Tagi:
Jan Karski

Karski w Białym Domu

2018-08-16 14:54

Waldemar Piasecki

Minęło właśnie siedemdziesiąt pięć lat od bezprecedensowego wydarzenia historycznego. 28 lipca 1943 roku Jan Karski emisariusz polskiego Państwa Podziemnego i Rządu Rzeczypospolitej Polskiej na Wychodźstwie osobiście raportował prezydentowi Stanów Zjednoczonych Franklinowi Delano Rooseveltowi, który zaprosił go do Białego Domu.

Materiały Wydawnictwa Insignis
Franklin D. Roosevelt i Jan Karski w 1943 roku.

Amerykanin był wtedy najpotężniejszym człowiekiem na świecie decydującym o jego losach, dwudziestodziewięcioletni Polak, dwukrotny już kawaler orderu Virtuti Militari, jedną z ostatnich „kart” jaką rząd londyński używał w grze o przyszłość okupowanej Polski i powstrzymanie dokonującego się na jej terenie hitlerowskiego planu zgładzenia narodu żydowskiego.

Spotkanie z przywódcą amerykańskim było finałem misji rozpoczętej przez Karskiego w kwietniu roku poprzedniego, a uruchomionej formalnie przez Cyryla Ratajskiego, szefa Delegatury Rządu na Kraj przy zdecydowanej inspiracji Romana Knolla odpowiadającego w niej za sprawy zagraniczne.

Zasadniczym motywem misji było przekazanie zachodnim przywódcom alianckim pełnej informacji na temat organizacji i funkcjonowania w okupowanej Polsce - Państwa Podziemnego, unikalnej struktury samoorganizacji społeczeństwa i walki z najeźdźcą. Przede wszystkim przedstawienie projektu Polski Podziemnej, jako skutecznego, reprezentatywnego i zasługującego na pełne wsparcie polityczne, militarne i finansowe. Było to niezmiernie ważne, bowiem Moskwa systematycznie podważała i dyskredytowała w Londynie i Waszyngtonie znacznie konspiracyjnych struktur rządu Władysława Sikorskiego, przeciwstawiając im kreowane przez siebie – Polską Partię Robotniczą i jej „zbrojne ramię” Gwardię Ludową. Innym problemem była skala działania agentury sowieckiej siejącej dezinformację, dywersję i utrzymującej własną partyzantkę. Było to dość przejrzyste konstruowanie zaplecza dla spodziewanego wkroczenia Armii Czerwonej i zagrożenie przejecie władzy w wyzwalanej Polsce przez Stalina.

Prócz prezentacji Państwa Podziemnego, jako warunku zachowania powojennej niepodległości Polski, emisariusz miał raportować o tragedii mordowanego na oczach świata narodu żydowskiego i domagać się od koalicji alianckiej konkretnych czynów ratunku. Wbrew spotykanej niekiedy narracji, uzupełnienie misji o tematykę żydowską nie odbyło się bez wiedzy władz podziemnych. Zgodę na spotkania z żydowskimi przywódcami i przyjmowania od nich raportów do przekazania dalej wydał Cyryl Ratajski.

Jak wspominał Jan Karski, był to zbieg kilku czynników. Po pierwsze, formalnie chodziło o obywateli Polski pochodzenia żydowskiego posiadających takie same prawa, jak wszyscy inni obywatele RP. Po drugie, skala ich cierpienia i tragedii przekraczała wszelkie wyobrażenia, bo ginęli masowo nie, dlatego, że trwała wojna, ale tylko, dlatego, że po prostu… byli. Po trzecie, rząd Sikorskiego i władze konspiracyjne zadawały sobie sprawę z potrzeby podjęcia działań ratunkowych. Po czwarte, oczekiwały tego także władze brytyjskie systematycznie i efektywnie wspomagające Państwo Podziemne.

Realizując swoją misję, Karski nie tylko został doskonale zaopatrzony w wiedzę ze źródeł Delegatury i Komendy Głównej AK oraz kierownictw poszczególnych stronnictw politycznych okupowanego kraju, ale także w doświadczenia naocznego świadka. W przypadku sytuacji żydowskiej były to dwa konspiracyjne wejścia do getta warszawskiego w ostatnich dniach sierpnia i obozu tranzytowego w Izbicy koło Krasnegostawu, ostatniego etapu przez obozem zagłady w Bełżcu w pierwszych dniach października czterdziestego drugiego. Udawał się do Londynu naprawdę dobrze przygotowany do swego zadania.

Po przybyciu do stolicy Wielkiej Brytanii 25 listopada 1942 roku od razu rozpoczął raportowanie w tym premierowi Władysławowi Sikorskiemu udającemu się właśnie z wizytą do Stanów Zjednoczonych, szefowi dyplomacji Edwardowi Raczyńskiemu oraz żydowskim przedstawicielom we polskich władzach wychodźczych – Ignacemu Szwarcbartowi i Szmulowi Zygielbojmowi.

Szczególne znaczenie miały spotkania z Raczyńskim, który znał doskonale Karskiego z jego przedwojennej londyńskiej praktyki dyplomatycznej, darzył sympatią i zaufaniem. Raczyński przygotowywał właśnie tekst noty polskiego rządu do narodów zjednoczonych, jak nazywano wówczas państwa koalicji antyfaszystowskiej, o zbrodniach popełnianych na narodzie żydowskim. W dużej mierze dokument opierał się na materiałach dostarczonych przez emisariusza, stąd też minister treść poufnie z nim konsultował.

Oprócz danych dokumentujących hitlerowską zbrodnię, bardzo istotne były informacje o pomocy Żydom. Wręcz kluczowy fakt, włączenie ratowania ich do oficjalnej strategii Państwa Podziemnego.

- Od 27 września 1942 roku funkcjonował Tymczasowy Komitet Pomocy Żydom imienia Konrada Żegoty stworzony i kierowany przez socjalistkę Wandę Krahelską-Filipowicz i narodową katoliczkę Zofię Kossak-Szczucką. Organizacja była finansowana w ogromnej mierze przez Delegaturę, ale nie była w jej strukturze. Dla większej czytelności sytuacji i w odpowiedzi na brytyjskie pytania, postanowiono kwestię uczytelnić. Kiedy dotarłem do Londynu właśnie na to oczekiwano. 4 grudnia 1942 roku w miejsce Komitetu powołano Radę Pomocy Żydom przy Delegaturze Rządu RP na Kraj z nowym już kierownictwem Julianem Grobelnym z Polskiej Partii Socjalistycznej i jego zastępcami Tadeuszem Rekiem ze Stronnictwa Ludowego i Leonem Feinerem z ramienia żydowskiego Bundu. Fakt, że pomoc przestaje być sprawą społecznego odruchu, a staje się polityką rządu nabierał oczywistego znaczenia. Mógł być wykorzystywany przez Sikorskiego i jego ekipę w rozmowach i relacjach z Brytyjczykami i Amerykanami. Do powołania Komitetu czekano też z publikacją noty Raczyńskiego. Nastąpiło to 10 grudnia… – wspominał Karski.

Londyńskie spotkania emisariusza z osobistościami brytyjskiego establishmentu sięgnęły ministra spraw zagranicznych i szefa Gabinetu Wojennego lorda Anthony Edena. Zapewnił on Karskiego, że premier Winston Churchill zna „raport Karskiego” i wysoce go ceni.

W galerii osób, jakie spotykał był także ostatni przed wojną ambasador amerykański w Warszawie, a aktualnie przy rządzie londyńskim Anthony Jospeh Drexel Biddle. Raportem emisariusza był poruszony i skonstatował, że powinien go wysłuchać osobiście prezydent Stanów Zjednoczonych. Dodał, że ponieważ dobrze zna Franklina Delano Roosevelta zarekomenduje mu Karskiego. Ten natychmiast przekazał konkluzję najbliższemu człowiekowi Sikorskiego, Józefowi Retingerowi. Musiała wywrzeć wrażenie na premierze, bo rozpoczęto planowanie wyjazdu Karskiego do Ameryki. Dotarł tam wiosną czterdziestego trzeciego.

W Waszyngtonie emisariusz został otoczony opieką ambasadora Jana Ciechanowskiego, którego syn niedawno zginął śmiercią lotnika na Anglią, a ich relacja nabrała w krótkim czasie charakteru niemal rodzinnego.

Zorientowawszy się jaki potencjał ma raport Karskiego, Ciechanowski od razu zaczął organizować mu spotkania. Jednym z pierwszych słuchających polskiego emisariusza był sędzia Sądu Najwyższego Felix Frankfurter, Żyd i postać niezwykle szanowana w Ameryce. Porażony przekazem na temat eksterminacji żydowskiej oraz jej metodami powiedział, iż nie jest w stanie uwierzyć w to, co słyszy, ale równocześnie nie twierdzi, że Karski mówi nieprawdę. Po prostu to go przerasta.

Obiecał, że porozmawia ze swym przyjacielem Rooseveltem, aby osobiście wysłuchał polskiego emisariusza. Podobną gotowość wyraził ojciec profesor Edumnd Walsh, jezuita i dziekan Wydziału Służby Zagranicznej Uniwersytetu Georgetown, z pasji dyplomata realizujący wiele trudnych i delikatnych misji, w tym na terenie Sowietów. Doprowadził m.in. do wydania przez Moskwę Watykanowi szczątków polskiego świętego Andrzeja Boboli.

Wydaje się jednak, że największy wpływ na Roosevelta miał jego dawny kolega, William Bullitt, były ambasador amerykański w Moskwie i Paryżu, a wówczas zaciekły antagonista., radykalny antykomunista.

Przyjął u siebie Ciechanowskiego i Karskiego, a na koniec oznajmił, że w ciagu najbliższych trzech dni Biały Dom poda datę i czas spotkania. Gdyby Roosevelt zignorował jego sugestię dotyczącą „polskiego bohatera”, mógłby spodziewać się po skonfliktowanym ze sobą niedawnym przyjacielu na przykład upublicznienia informacji, że prezydent Stanów Zjednoczonych nie ma czasu dla bohaterskich i narażających życie w walce z Niemcami aliantów.

Krótko po ósmej rano 28 lipca 1943 roku telefon zadzwonił na biurku Ciechanowskiego, a osobisty sekretarz Roosevelta oznajmił, że prezydent oczekuje ambasadora i Mister Karskiego o godzinie dziesiątej trzydzieści.

Było oczywiste, że nadchodzi kulminacja misji Karskiego. Ciechanowski natychmiast zarządził, by im nie przeszkadzać i nie łączyć żadnych rozmów. Kazał podać kawę.

– Bullitt jest naszym przyjacielem. Nie wiem, jak on to załatwił, ale… załatwił! – Ambasador był uradowany.

Kiedy później analizowaliśmy z Profesorem, co ostatecznie zadecydowało o zaproszeniu, mówił, że pewnie suma czynników. Informacja Drexela Biddle’a, być może informacja Frankfurtera, bez wątpienia rekomendacja Coxa, słowo wsparcia Cohena i opinia ojca Walsha. Telefon od Bullitta zapewne był przesądzający. Przyjechali do rezydencji prezydenta kwadrans przed czasem. Sekretarz zabrał ich windą na drugie piętro Białego Domu. Była to część mieszkalna. Ze względu na chorobę polio i częściowy paraliż nóg Roosevelt poruszał się na wózku inwalidzkim. Mieszkał i pracował na tym samym piętrze. W oficjalnym gabinecie prezydenckim Oval Office bywał rzadko.

Karski opisywał przebieg spotkania tuż po powrocie do ambasady. Po obróbce Ciechanowskiego raport został przesłany do ministra spraw zagranicznych Tadeusza Romera do Londynu.

Pisał”

„Ściśle tajne

Notatka z rozmowy z Prezydentem F.D. Rooseveltem w środę, 28.VII. 1943 r.

Obecny przy rozmowie: Pan Ambasador J. Ciechanowski.

Pan Ambasador J. Ciechanowski zorganizował mi rozmowę z p. Prezydentem w ten sposób, iż odbyła się ona z inicjatywy Prezydenta. […] Tak jak poprzednio ze wszystkimi kluczowymi osobistościami polityki amerykańskiej, tak i obecnie p. Ambasador zwrócił mi uwagę, abym przy raportowaniu w żadnym razie niczego nie przesadzał, opowiadał ścisłą prawd […], życzył sobie, ażebym uwypuklił: stosunek Polaków do osoby Prezydenta, nielojalną i szkodliwą działalność agentur komunistycznych, zasięg i oficjalność władz podziemnych, sprawnie funkcjonującą łączność z Rządem, generalny stosunek Kraju do Rządu, prace przygotowawcze na okres powstania […] , istotę oraz zasięg terroru niemieckiego i straty polskie, eksterminację Żydów.

Rozmowa odbyła się w dniu, w którym Prezydent wygłaszał przemówienie przez radio, i trwała godzinę oraz piętnaście minut. Zainteresowanie Prezydenta było duże – powiedział nam, kończąc rozmowę, że spóźnił się na następne spotkanie o pół godziny. Rozmowa odbyła się nie w oficjalnym biurze Prezydenta, ale w jego prywatnych apartamentach w Białym Domu.

P. Ambasador przedstawił mnie jako łącznika między władzami krajowymi, oraz między Krajem i Rządem, jako zorientowanego w polskim ruchu podziemnym. Opuściłem Kraj na początku marca tego roku, nie jestem działaczem politycznym – moją rzeczą jest jedynie ściśle odtwarzać powierzone mi i posiadane przeze mnie informacje. Na jesieni tego roku wracam do Kraju.

Zacząłem rozmowę od wyrażenia wdzięczności mojej za to, że Prezydent chciał mnie widzieć. Dla nas, walczących w Kraju, fakt, iż Prezydent Roosevelt interesuje się nami i chce być poinformowany, ma ogromne znaczenie. Być może, Prezydent sam nie wie, że jego imię w Polsce znaczy więcej niż jakiekolwiek inne. Patrzymy na niego jak na tego, który będzie i powinien organizować pokój na zasadach sprawiedliwości i ludzkości […]”

Po tym wstępie, Roosevelt zapytał o sytuację materialną Polaków. Emisariusz uzasadniał, że jest bardzo zła, a ludność pogrąża się w ubóstwie, głodzie i chorobach. Jest to widoczne przede wszystkim w miastach. Prezydent dopytał o sytuację wsi. „Nieco lepsza, choć nędza wzrasta zastraszająco. Przez przeciąg 3 i 1/2 lat okupacji Niemcy poznali naszą wieś, wiedzą co się produkuje i pod terrorem odpowiedzialności zbiorowej zabierają nieomal wszystko” – raportował emisariusza

- Jak z bydłem i końmi? – zainteresował się prezydent.

- Około 3/4 zabrano. Wielkie braki. Gospodarka w G.G. jest typowo ekstensywna. Na ziemiach anektowanych jest w pewnym stopniu intensywna, ale jednocześnie przecież wypędzono z tych ziem najlepiej gospodarujący element, oddając ziemie kolonistom niemieckim.

Prezydent powrócił o tematu koni, pytając, gdzie są przechowywane, te które nie zostały odebrane. Polski gość objaśniał, że chłopi, widząc, że nadciągają niemieccy żandarmi lub żołnierze, bojąc się kolejnych rekwizycji inwentarza, po prostu wyprowadzają go gdzieś w pole albo do lasu. Na doprecyzowujące pytanie, czy można potem konie odnaleźć, odpowiedź była, że chłopi bardzo się starają. Karski potem wielokrotnie kontrastował poziom zainteresowania prezydenta kwestiami koni i Żydów. W raporcie, przytomnie, tego nie podawano.

Roosevelta interesowało czy wśród Niemców jest duże przekupstwo. Karski odpowiadał, że skala zjawiska jest bardzo duża i dotyczy całego okupacyjnego aparatu administracyjnego oraz wojska, a także w jakimś zakresie policji, gestapo i SS. Podjął próbę prezentacji postulatu żydowskiego, że fakt skorumpowania okupanta można wykorzystać do ratowania jeszcze żyjących Żydów poprzez ich „wykupywanie”. Prezydent nie zareagował.

Dopytywał o niemiecki terror. Dowiadywał się, że ma on charakter masowy połączony ze zbiorową odpowiedzialnością. Na skutek tego rodzaju terroru ogólne straty społeczeństwa polskiego są ogromne.

Karski zwraca uwagę:

„Jestem pewien, że wielu ludzi nie zdaje sobie także sprawy, jak straszliwemu losowi poddana jest ludność żydowska.

Wymordowano w Kraju ponad 1 800 000 samych Żydów. Jest różnica w systemie terroru niemieckiego skierowanego przeciwko Polakom i przeciwko Żydom. Niemcy chcą zniszczyć naród polski jako naród, – chcą mieć na tych terenach lud polski pozbawiony elity politycznej, umysłowej, religijnej, gospodarczej itd., złożony z chłopów, robotników i średniej warstwy miejskiej. W odniesieniu do Żydów chcą zniszczyć naród żydowski biologicznie. Przywiozłem oficjalne oświadczenie Rządowi mojemu od Delegata Rządu i Komendanta Armii Krajowej, że jeżeli Niemcy nie zmienią metod wobec ludności żydowskiej, jeżeli nie będzie interwencji Aliantów – czy to poprzez represje, czy innego rodzaju, jeżeli wreszcie nie zajdą okoliczności nieprzewidziane, w ciągu półtora roku od mojego wyjazdu z Kraju ludność żydowska w Polsce, poza działaczami pracującymi w żydowskim ruchu podziemnym w łączności z nami, przestanie istnieć.”

Po wysłuchaniu ostatniego prezydent rzucił: „Z Niemcami porachujemy się po wojnie za wszystko, co zrobili. Największa i prawdziwa pomoc, jakiej możemy udzielić wiedzie poprzez zwycięstwo. Jak najszybsze pokonanie Hitlera”. Powtórzył swoje credo w sprawie żydowskiej: „Rescue through victory”, które doprowadzało oczekujących ratunku do białej gorączki. O tym jednak nie raportowano.

- Czy współpracujecie z Żydami? – interesował się Roosevelt.

Tak. W dwóch formach: Żydowski ruch robotniczy, socjalistyczny, bierze udział w ruchu podziemnym w ścisłej współpracy z Polską Partią Socjalistyczną. Niezależnie od tego, przy Delegacie Rządu jest specjalna komisja pomocy i ochrony Żydów, do której wchodzą przedstawiciele społeczeństwa polskiego, która jest prowadzona przez Żyda i która rozporządza dość dużymi możliwościami finansowymi. Udało się nam ukryć sporo Żydów. Niestety, ogranicza się to najczęściej bądź do elementu biorącego udział w ruchu podziemnym, bądź też do wybitniejszych i wartościowszych jednostek żydowskich. Nie możemy rozwinąć tej akcji na bardzo dużą skalę, bowiem Żydzi są w straszliwych warunkach dzięki temu, iż mogą być najczęściej rozpoznani przez ich semickie rysy. Jedyna natomiast kara za pomoc Żydowi, ukrywanie go lub pomaganiw mu w ucieczce, jest kara śmierci, wykonywana na całej rodzinie pomagającego. Jeżeli mogłoby coś pomóc, to przypuszczamy interwencja Aliantów, i to przede wszystkim poprzez represje na ludności niemieckiej, – w Niemczech, poza Europą. Taki jest punkt widzenia, przekazany mi osobiście przez podziemne władze żydowskie w Polsce, zarówno dla międzynarodowego Żydostwa jak i dla Rządów Sprzymierzonych – brzmiała odpowiedź.

Zachęcony Karski zaczął referować swoją wizytę w warszawskim getcie, ale relacja „ugrzęzła” na dopytywaniu prezydenta o sposób odizolowania żydowskiej dzielnicy od reszty miasta, w tym o wysokość muru. W kontekście ewentualnego przeskoczenia go lub zrobienia pod nim podkopu. Nie powiodła się także próba skupienia jego uwagi na dłużej na wizycie w obozie. Roosevelt skwitował to, że sytuacja żydowska jest mu znana, natomiast więcej chce wiedzieć o Polsce Podziemnej. Unikał tematu Żydów.

Interesowała go znacznie bardziej „praca przeciwko Niemcom”, jej metody i struktura życia podziemnego. Karski wyjaśniał: „Jesteśmy w specjalnie szczęśliwszych warunkach wobec wszystkich innych ruchów podziemnych w krajach okupowanych. W każdym nieomal kraju jest jakiś rząd legalny, współpracujący z Niemcami. […] W innej sytuacji jest polski ruch podziemny. Fakt, iż nie dopuściliśmy do tego, ażeby w Polsce powstał jakikolwiek Rząd współpracujący z okupantem, umożliwił nam przyjęcie i narzucenie społeczeństwu całemu generalnej zasady: Państwo Polskie – jako Państwo, jako instytucja, jako władza, istnieje w dalszym ciągu – w podziemiach. Odbudowaliśmy w podziemiach najważniejsze instytucje państwowe – zarówno cywilne, jak i wojskowe oraz polityczne. Oryginalność tej budowy polega na tym, iż Rząd tego Państwa, legalny, całkowicie pełnoprawny i uznawany przez wszystkie ośrodki organizacyjne oraz społeczeństwo, znajduje się w warunkach bezpieczeństwa za granicą”.

Kiedy Roosevelt zaciągnął się papierosem w długiej srebrnej lufce, wypuścił dym i z aprobata pokiwał głową, emisariusz kontynuował:

„ Jest pięć zasadniczych członów życia podziemnego: cztery mają charakter oficjalny, piąty – patriotyczny.

Pierwszy. Delegat Rządu: On reprezentuje Rząd na terenie Kraju. Posiada swoich delegatów prowincjonalnych w najważniejszych ośrodkach Kraju. Każdy delegat prowincjonalny obowiązany jest „urzędować” na swoim terenie. Jednym z najważniejszych zadań Delegata Rządu jest zorganizować administrację zastępczą, służbę bezpieczeństwa, władze samorządowe – które w momencie wybuchu powstania wejdą w swoje uprawnienia i kompetencje, jawnie. Według koncepcji władz podziemnych, powstanie nie ma być tylko rewolucją, skierowaną przeciwko okupantowi, ale jednocześnie legalnym przejęciem władzy państwowej, samorządowej, gospodarczej – na ziemiach Polski. Z drugiej strony, praca Delegata Rządu ma zapewnić, iż w momencie wybuchu powstania i w pierwszym okresie niepodległości, na ziemiach Polski nie będzie chaosu i dezorganizacji.

Drugi człon – to Armia Krajowa. Komendant Główny tej Armii posiada wszystkie oficjalne uprawnienia przysługujące Dowódcy Armii (nominacja, dekoracje, konfiskaty itd.). Jedno uprawnienie Rząd mu dał dodatkowo. W momencie wybuchu powstania będzie miał on prawo zarządzić ogólną mobilizację zdolnych do noszenia broni Polaków.

Trzeci człon – nazywa się Polityczna Reprezentacja Kraju. Składa się z przedstawicieli czterech największych stronnictw politycznych, tworzących tzw. koalicję. Komitet tych czterech przedstawicieli jest jak gdyby parlamentem w demokratycznym państwie. Przed tymi ludźmi odpowiedzialni są politycznie zarówno Komendant Armii Krajowej, jak Delegat Rządu i administracja zastępcza. W skład Komitetu wchodzą przedstawiciele Polskiej Partii Socjalistycznej, Stronnictwa Ludowego, Stronnictwa Pracy i Stronnictwa Narodowo-Demokratycznego. Każde z tych stronnictw ma swoich przedstawicieli albo swoje władze organizacyjne w Londynie. Komitet ten ma specjalną łączność z Rządem i swoimi reprezentantami w Londynie. Dzięki temu Rząd może oprzeć się na tzw. zasadzie koalicyjności stronnictw. Każda z partii politycznych, wchodzących w skład tego porozumienia, rozwija swoją działalność patriotyczno-polityczną. Każda ma swoją organizację przeznaczoną do czynnej walki z okupantem i podporządkowaną operacyjnie, choć nie politycznie, Komendantowi Armii Krajowej.

Czwarty człon nazywa się Kierownictwem Walki Cywilnej. Jest to specjalna organizacja, czuwająca nad morale społeczeństwa i odpowiedzialna wobec Rządu za to, iż nie będzie jakiejkolwiek współpracy politycznej z okupantem. Ma ona jak gdyby charakter Trybunału Ludowego. Karze tych Polaków, którzy poszli na służbę okupanta albo kompromitują imię polskie przez zbyt bliskie z nim związki. Wydaje wyroki dwojakiego rodzaju: infamii i śmierci. Tylko ta organizacja ma prawo wydawać wyroki śmierci na Polaków. Wszystkie wyroki są niezmiennie wykonywane. Nie jest trudno zlikwidować Polaka na ziemiach Polski. Charakterystyczne jest jednak, że dotąd nie było potrzeby wydania wyroku śmierci na jakiegokolwiek Polaka, mogącego poważnie i politycznie skompromitować Naród Polski przez współpracę z okupantem na większą skalę. Naród Polski przyjął niezmienną i sztywną postawę wobec Niemców. Organizacja ta wydaje także wyroki śmierci na tych Niemców, którzy są szczególnie okrutni, niebezpieczni dla Polaków […]

Piąty człon nie ma charakteru oficjalnego i składa się z różnych drobnych organizacji politycznych, społecznych i gospodarczych, kulturalnych, samokształceniowych, naukowych itd., itd. Organizacje te wydają pisma, których ogólna liczba przekracza 120. Zasięg ich jest przeważnie lokalny. Większość z nich jest subsydiowana przez Delegata Rządu. Organizacje te, jako słabsze technicznie, są łatwiejsze do odszyfrowania dla Gestapo i łatwiej padają ofiarą. Jest to bolesne dla nas ze względu na straty – z drugiej jednak strony organizacje te stanowią jak gdyby zasłonę między nami, tj. właściwym centralnym ruchem podziemnym, i Gestapo. Gestapo, dotarłszy nawet do ruchu podziemnego, pewne jest, że już go likwiduje, nie wiedząc najczęściej, iż błądzi tylko po peryferiach.

- To wszystko jest nadzwyczajne. Nigdy nie przypuszczałbym, że w takich warunkach można stworzyć tak starannie przemyślaną organizację. Chyba tylko Polacy mogli się na to zdobyć! - mówił w uniesieniu Roosvelt.

- Niech Pan Prezydent nie zapomina, że mamy bardzo długą tradycję tego rodzaju walki… - dopowiadał Ciechanowski.

Równe wrażenie wywarło omówienie wielorakich form łączności rządu londyńskiego z okupowanym krajem z wykorzystaniem drogi radiowej, kurierów i emisariuszy, obywateli zagranicznych i dyplomatów czy zrzutów lotniczych. Prezydenta interesowała bardzo czy zachodnie samoloty mogłyby lądować w Polsce i z niej startować dostarczając i pobierając zarówno ludzi jaki i towary. W tym momencie ambasador przypomniał prezydentowi adresowana do niego prośbę generała Sikorskiego odnośnie samolotów transportowych dla obsługi Polski

- Strata Generała Sikorskiego, przypuszczam, że mocno dotknęła Naród Polski… - Roosevelt nawiązał do niedawnej katastrofy gibraltarskiej.

- Tak, bardzo, choć z drugiej strony społeczeństwo polskie, a przede wszystkim ruch podziemny, opierają się nieosobowo na Rządzie jako najwyższej władzy państwowej – odparł Karski.

Odchodząc od kontekstu personalnego, starał się subtelnie „polemizować” z opiniami, że nowy premier Mikołajczyk jest postacią całkowicie nieznaną i „księżycową”, a nowy Naczelny Wódz generał Sosnowski opanowany jest zaś obsesyjnymi fobiami – antysowiecką i antysemicką.

Wyłonił się temat repatriacji Niemców z Prus Wschodnich i inny ziem, które Niemcy mieli utracić na rzecz Polski. Emisariusz podzielił się teorią przywiezioną zapewne z Londynu: ”Liczymy na to, że w momencie załamania się Niemiec, zorganizujemy na krótki okres czasu, ale tak straszliwie, terror wobec władz niemieckich i napływowej ludności niemieckiej, iż ludność ta samowolnie i masowo będzie opuszczała tereny Polski. Liczymy na to, że wtedy pomoże się jej w tym technicznie i sprawa ta w dużym stopniu w ten sposób będzie rozwiązana. Nie ulega wątpliwości, że taki będzie przebieg wypadków na Pomorzu, w Poznańskiem i Śląsku”.

Zapis w protokole:

„PREZ. (potakiwał, mówiąc) Niemcy na to zasługują. Ten problem jednak trzeba będzie załatwić. Prusy Wschodnie będą należały do Polski. (Zwraca się do Ambasadora i mówi znacząco, z życzliwym uśmiechem) Nie będzie więcej korytarza dla Polski (No more Corridor). Trudniejsza jest jednak sprawa z Państwami Bałtyckimi, a przede wszystkim z Litwą. (Zwraca się do Ambasadora, mówiąc głosem, w którym można było wyczuć trochę zniecierpliwienia i trochę rozczarowania): Wie Pan, Panie Ambasadorze, że jeszcze nie mogę spotkać się ze Stalinem. Uniemożliwia to załatwienie całego szeregu spraw. Z tymi ludźmi trzeba dyskutować. Niepokoi mnie bardzo jedna możliwość. (Znów patrzy na Ambasadora). Bo co my będziemy mogli zrobić, jeżeli Stalin oświadczy spokojnie, że np. sprawa Litwy jest w ogóle poza dyskusją. Przypuszczam, że będzie chciał także poprawek wschodnich granic Polski. (Patrząc na Ambasadora): Pan wie, to jest jak w chińskim wyrażeniu – „dla uratowania twarzy” (to save the face). Przypuszczam, że Rosja wysunie trudny dla nas argument pewnego rodzaju „odszkodowania” za to, że Polska otrzyma Prusy Wschodnie.”

Karski dodawał, że Roosevelt powiedział wręcz, że wobec Stalina trzeba będzie w kwestii granic wschodnich iść na ustępstwa i „miejmy nadzieję, że nie zażąda zbyt dużo”. Ten znamienny fragment nie został w reporcie umieszczony.

Ciechanowski słysząc Roosevelta wysuwa tezę, że jedynie mocna postawa Ameryki wobec Rosji opamięta Stalina i znacznie osłabi apetyty rosyjskie.

- No tak, ale na wojnę z Rosją nas nie stać – odpowiada natychmiast amerykański prezydent.

Karski uznał, że ta wypowiedź w zasadzie była odpowiedzią na wszystkie prośby w sprawach Polski.

Ambasador nie składał broni: „Powtarzam, Panie Prezydencie, co już poprzednio Panu mówiłem, i błagam, by Pan Prezydent to zechciał przyjąć jako pewnik. Sowiety zawsze starać się będą dać Panu Prezydentowi wrażenie, że są gotowi na wszystko dla uzyskania swych celów terytorialnych. Jest to taktyka bluffu, bo nigdy nie zaryzykują wojny o nie z Anglią i Ameryką”.

- Osobiście podzielam Pańskie zdanie i zapamiętam je - Gospodarz Białego Domu zamknął temat.

Wyłonił się temat działalności organizacji sowieckich i komunistycznych w okupowanej Polsce szybko podchwycony przez Roosevelta.

Przytoczmy odpowiedź Karskiego: „Spotkałem za granicą w pewnych kołach angielskich, a nawet muszę powiedzieć, że i u niektórych Polaków, opinię, że społeczeństwo polskie nie chce stosunków z Rosją, że nienawidzimy Rosję itp. Jest to absolutnie nieścisłe. Opinia publiczna w Kraju, a przede wszystkim nasze władze podziemne, zdają sobie sprawę z tego, jak pożyteczne byłyby dobre stosunki sąsiedzkie z Rosją; pożyteczne zarówno dla nas, jak i dla Rosji, oraz pokoju w Europie. My rozumiemy, że nie zmienimy poza tym naszego położenia geograficznego, i że nie możemy mieć złych stosunków i z Niemcami, i z Rosją.

Działalność jednak agentur sowieckich na ziemiach polskich jest sprzeczna z duchem paktu polsko-sowieckiego i nielojalna wobec Narodu Polskiego. Patrzymy na to i z niepokojem, i jest to dla nas bolesne (painful). Władze moje próbowały wielokroć dojść do porozumienia z tymi organizacjami – przekona się jednak Pan Prezydent, jakie to jest trudne.

Jest kilka komórek organizacyjnych, których ośrodki dyspozycji są poza Narodem Polskim w ruchu podziemnym na terenie Polski. Każda z nich ma inną nazwę, wszystkie działają pozornie niezależnie od siebie, każda ma inne metody.

Pierwsza: Partyzanckie oddziały sowieckie operują przede wszystkim na tych

terenach, które zajęła Rosja we wrześniu 1939 r. Charakterystyczny jest jeden wyjątek: działają także w tych powiatach, które były zajęte przez Czerwoną Armię we wrześniu 1939 r. i które na podstawie paktu Ribbentrop–Mołotow armia sowiecka opuściła. Dowodzone są wyłącznie przez oficerów i politruków przysłanych z Rosji. Widocznie, jak przypuszczamy, Stalin nie ufa żadnemu oficerowi sowieckiemu, który dostał się do niewoli niemieckiej. Oddziały te ukrywają się w lasach, w błotach. Konfiskują ludności polskiej żywność, odzież, narzędzia, prowokują straszliwe represje na Polakach. My rozumiemy, że jeżeli są na tych terenach, to muszą mieć odzież i żywność, i muszą je brać od ludności miejscowej. Nie bierze się im tego za złe. Co jest jednak trudne do zrozumienia, to fakt, iż demonstracyjnie, świadomie prowokują oni represje Niemców na Polakach, oczyszczając jak gdyby te tereny rękami niemieckimi z aktywnego elementu polskiego.

Wchodzi oddział partyzancki do wsi, śpiewa, demonstruje, bierze co potrzeba, wycofuje się do lasów. Po pewnym czasie przychodzą Niemcy i palą całą wieś, ze wszystkim co w niej żyje – ludźmi, końmi, krowami, psami, kotami – jako karę i ostrzeżenie za współpracę z komunizmem.

[…]

Oddziały te robią propagandę: ciągle nawołują ludność polską – nie wierzcie waszemu Rządowi, nie wierzcie waszym władzom podziemnym, to są agenci niemieccy, chcą zaprzedać Polskę Niemcom, itp. głupstwa (stupid things).

Komendant Armii Krajowej nawiązywał z nimi kontakty i wyrażał chęć współpracy. Różne jednak były punkty widzenia.

Punkt widzenia Komendanta: Ustalono w pakcie polsko-rosyjskim, że armia polska formowana w Rosji będzie działała samodzielnie, ale operacyjnie będzie pod rozkazami Sztabu Głównego Armii Czerwonej. Wy działacie na ziemiach polskich, gdzie ja jestem Komendantem Głównym. Działajcie samodzielnie, ale operacyjnie jesteście mnie podporządkowani, tak jak wszystkie inne organizacje bojowe wszystkich ośrodków politycznych Polski.

Ich punkt widzenia: Nie, nie możemy się na to zgodzić, my mamy własne władze.”

Słuchający bardzo uważnie i stale potakujący prezydent, pyta: Czy są silni?

Karski:

„O to samo pytał mnie Generał Sikorski i wszyscy członkowie Rządu, i wielu najwybitniejszych Anglików. Przede wszystkim trudno jest dokładnie Komendantowi określić ich siłę, ponieważ siłę oddziału wojskowego ocenia się w walce. Ponieważ oni nie walczą, natomiast chowają się i przygotowują na przyszłość, jest to trudne. W przybliżeniu określa się ich na parę czy kilka tysięcy. Komendant mógłby ich zlikwidować. Znamy teren, potrafilibyśmy nie przebierać w środkach, możliwości jest dużo. Nie zrobi się jednak niczego bez rozkazu Rządu. Trudno sobie wyobrazić, jak ludzie w Kraju są czuli na to, ażeby w żadnym wypadku, szczególnie w stosunkach polsko-rosyjskich, w niczym nie zaszkodzić Rządowi, nie skomplikować jego polityki, nie dostarczyć argumentu nieprzyjaznej nam propagandzie.

Pytałem jednak Generała Sikorskiego, czy nie należałoby, biorąc pod uwagę ich całkowitą nieużyteczność w naszej walce z Niemcami i szkodliwość dla nas, – zlikwidować ich. Generał Sikorski oświadczył, że nie wyda tego rozkazu z dwóch powodów: (1) nie chce stwarzać sytuacji jugosłowiańskiej na ziemiach Polski, (2) nie może rozrywać wielkiej koalicji Narodów Zjednoczonych, ponieważ najważniejszym celem w obecnym stadium wojny dla świata, a także i dla Polaków, jest pokonanie Niemiec zjednoczonym wysiłkiem. Nie jest moją rzeczą politykować, muszę jednak osobiście powiedzieć, że ten stan rzeczy stawia nas w bardzo ciężkim położeniu w Kraju, ponieważ musimy patrzeć bezradnie na fakt, iż próbuje organizować się siła skierowana nie przeciwko Niemcom, ale przeciwko nam.

Druga forma ich działalności: W zimie 1941 na 1942 rok powstała na terenie Generalnego Gubernatorstwa podziemna organizacja polityczna pod nazwą Polska Partia Robotnicza. Przedstawia się ona w społeczeństwie jako patriotyczna, narodowa, katolicka, nieomal imperialistyczna, postępowa, demokratyczna. Ludzie tej organizacji próbują nawiązywać kontakty ze wszystkimi. Były z nimi rozmowy. Bardzo szybko odszyfrowaliśmy ich. Chcą nas poznać, infiltrować, penetrować ruch podziemny, znać nasze nazwiska, prawdziwe, fałszywe, adresy, wpływ i zasięg organizacyjny itd., itd. Każdy emisariusz Komendanta czy Delegata Rządu, wysłany na rozmowę z nimi, był obserwowany przez ich agentów po rozmowie: dokąd idzie, pod jakim adresem mieszka, pod jakim nazwiskiem żyje. Organizacja ta podkopuje zaufanie do Rządu i do naszych władz podziemnych. Nawołuje znów wszystkich do organizowania już dzisiaj, już teraz, zaraz, natychmiast, zbrojnego powstania przeciwko Niemcom, ucieczki w lasy, rewolucji itd., itd. Nigdy nie przyznają się oficjalnie do komunizmu – wiemy jednak, że w istocie są kierowani przez elitarną grupę, złożoną zaledwie z parudziesięciu ludzi, Komunistyczną Partię Polski.

Komunistyczna Partia Polski ma znowu inne metody. Jest grupą elitarną, nie przyjmuje nowych członków, konspiruje się nawet przed kołami komunistycznymi czy komunizującymi, nie przyznaje się do żadnych związków z Polską Partią Robotniczą – w istocie jednak stanowi jej mózg. Komunistyczna Partia Polski jest dla szerokich warstw tylko elitą.

Polska Partia Robotnicza także nie ujawnia związków z KPP, próbuje natomiast najbezwzględniejszymi sposobami penetrować polski ruch podziemny. […] Niezależnie od powyższego, od czasu do czasu spadają na tereny polskie oficjalni emisariusze Kominternu. Próbują oni nawiązać kontakty z Komendantem, Delegatem Rządu itd., itd. Próbują organizować fronty antyniemieckie, komitety itp. Tu sprawa jest jednak prosta: (1) nic nam nie mają do ofiarowania za tzw. współpracę z nimi, (2) my walkę z Niemcami mamy zorganizowaną od dawna. Dużo ludzi pytało się mnie za granicą, czy całość działalności agentur sowieckich na ziemiach polskich jest na tak dużą skalę, że może być dla nas niebezpieczna. Tego rodzaju pytanie dowodzi zupełnej nieznajomości sprawy i niewyczuwania rzeczywistości w Polsce. Nie są oni dla nas niebezpieczni, ponieważ są silni, ponieważ mają wpływ na społeczeństwo, ponieważ ich propaganda jest przekonywująca, ponieważ mają dużo zwolenników. Społeczeństwo polskie, a w szczególności ruch podziemny, doskonale zdaje sobie sprawę z ich celów i metod.

Przypuszczam, że myśmy znacznie wcześniej ocenili np. radiostację KOŚCIUSZKO, jako po prostu radiostację dywersyjną, niż nawet nasze czynniki oficjalne na emigracji. Wanda Wasilewska-Kornejczukowa czy Zygmunt Berling, są dla nas tylko

i tylko zdrajcami. Nie na tym więc polega niebezpieczeństwo, że są oni silni, ale na ich metodach, do których nie potrzebują mieć siły, a tylko bezwzględność i nieprzebieranie w środkach.

Z drugiej strony – niebezpieczne jest, że my nigdy przeciwko nim czynnie nie występujemy, nie mając na to pozwolenia od Rządu, który znowuż z kolei chce te sprawy załatwić w płaszczyźnie dobrych stosunków z Rosją. Jest to sytuacja znacznie trudniejsza dla nas w Kraju niż można byłoby sobie wyobrazić za granicą. Czujemy bowiem, że w pewnym momencie możemy stać się ofiarami tych metod. Wpływa to dość przygnębiająco na nastroje wielu działaczy życia podziemnego, co szczególnie jest przykre, ponieważ istnieje silne przekonanie o pożyteczności dobrych, lojalnych, sąsiedzkich stosunków z Rosją.”

Zgodnie z kategoryczną dyrektywą ambasadora Karski miał nie nawiązywać do sprawy Katynia. Przychodziło mu to z najwyższym trudem.

- Istotnie – stwarza to dla was w Polsce bardzo trudną sytuację – potwierdzał Roosevelt.

- Niepokoją nas często takie np. myśli: Przecież, jeżeliby oni nas poznali, to mogą w pewnym momencie denuncjować nas wobec gestapo, w ten sposób oczyszczając teren Polski rękami niemieckimi, już nie z aktywnego elementu polskiego, ale z przywódczego. Z drugiej strony, jeżeliby był taki stan rzeczy, że armia sowiecka wkracza na teren ziem polskich, za cofającą się armią niemiecką w okresie armistice’u czy w walce – dotąd nie wiemy, czy mamy nasz ruch podziemny tym głębiej ukryć, czy się ujawnić. Jeżeli się ukryjemy tym głębiej, skompromitujemy nasz Rząd, bowiem okazałoby się, że nie ma Polski Walczącej, a przy tym zostawilibyśmy wolną rękę władzom sowieckim, ich agenturom, do aresztowania nas jako agentów niemieckich czy tp.; jeżeli ujawnilibyśmy się – obecne metody agentur komunistycznych na ziemiach Polski każą nam się bać, czy nie wydamy się w ten sposób w ręce NKWD, które pod jakimkolwiek bądź pozorem zacznie nas likwidować.

Uważamy w Kraju, że rzeczą dla nas niezmiernie ważną jest, ażeby w tym czasie, czy przedtem, znalazły się w Polsce czy to armia angielsko-amerykańska, czy też jakieś komisje angielsko-amerykańskie, które już nie pomagałyby nam w załatwianiu naszych spraw wewnętrznych, ale po prostu czuwały nad naszym bezpieczeństwem wobec czynników sowieckich – odpowiadał Karski.

Emisariusz poruszył także oględnie kwestię ewentualnej deklaracji lub noty amerykańskiej adresowanej do Sowietów w sprawie polskiej, co sugerował Bullitt. Temat nie został przez Roosevelta podjęty. Nie wspomniano o tym w raporcie.

- My także chcielibyśmy, żeby w tym czasie były nasze oddziały na tych terenach. Co do komisji, to te sprawy istotnie muszę rozpatrzeć. To może być dobry pomysł - zgadzał się prezydent.

Wywiązuje się krótka dyskusja między Ambasadorem i Prezydentem, z której wynika, że obaj uważają metody rosyjskie za tradycyjne i niezmienne. […] Prezydent mówi o Stalinie – „JOE is playing a wily game”. [Józek gra podstępną grę].

Jak widać, mimo wysiłków Karskiego, prezydent nie wszedł w bardziej szczegółową dyskusję na temat realiów Polski Podziemnej, zwłaszcza zaś obszernie eksponowanej dywersji sowieckiej na ziemiach okupowanych, a także losu Polski po wyzwoleniu.

Prezydent jest już spóźniony pół godziny. Dziękuje za wszystkie informacje. Są one ważne, a on jest zadowolony, że usłyszał je. Życzliwie życzy Karskiemu powodzenia w pracy i szczęśliwego powrotu do Kraju. Życzy także, żeby znowu wrócił do Ameryki. Pyta, kiedy wraca. „Przypuszczam, że w jesieni tego roku” – brzmi odpowiedź. Żegnają się.

Karski uzupełniał, że zdążył jeszcze zapytać, co prezydent chciałby przekazać Polakom w okupowanym kraju. Przesłanie brzmi: „Powie im pan, że mają w tym domu przyjaciela”

Roosevelt do Ciechanowskiego: „I was really thrilled. Thank you for having given me the possibility of hearing this report on the wonderful resistance and spirit of Poland” [„Byłem bardzo podekscytowany. Dziękuję za to, że dano mi możliwości słuchania tego raportu o wspaniałym oporze i duchu Polski”].

Polski emisariusz rozemocjonowany spotkaniem kierował się ku drzwiom tyłem jak na dworze królewskim. W progu potknął się i omal nie przewrócił. Kiedy jechali już do ambasady, Karski zapytał Ciechanowskiego, jak wypadło spotkanie. Był święcie przekonany, iż znakomicie.

– No cóż, prezydent nie powiedział zbyt wiele… – brzmiała odpowiedź doświadczonego dyplomaty.

Emisariusz był zszokowany tym stwierdzeniem, bo zdawało mu się, że wszystko z Rooseveltem dla Polski załatwił.

Szczery po ojcowsku wobec Karskiego pisał Ciechanowski do swego rządu w Londynie pisał już tak: „Tylokrotnie mając możność przy rozmowach poznać nastroje Prezydenta Roosevelta, stwierdzam, że nigdy jeszcze nie widziałem go tak głęboko zainteresowanego, całkowicie zaabsorbowanego nawet, jak przy tej okazji. Widać było, że Prezydent głęboko się przejmuje całą ludzką stroną postawy Narodu Polskiego. Jak mi sam powiedział, – nie zdawał sobie sprawy, że coś podobnego jest możliwe. Nie ulega kwestii, że (jak zresztą podkreślał później – co wiem z rozmowy z Sekretarzem Stanu Hullem) zrozumiał, iż Polska ma zupełnie odrębną i specjalną kartę w dziejach tej wojny. Widać było z całego jego nastawienia, że jego pogląd na Polskę dojrzał w kierunku dla nas wysoce korzystnym.

Podkreślam tu fakt, że Prezydent, który tak lubi sam dużo mówić przy rozmowach, wysłuchiwał p. Karskiego nie przerywając mu i skoncentrował swoje zapytania dopiero w okresie, gdy p. Karski kończył raportowanie poszczególnych działów. Również zasługuje na specjalną uwagę Pana Ministra fakt tak stanowczego oświadczenia, dotyczącego przyłączenia do Polski Prus Wschodnich. Widać było jak dalece Prezydent był pod wrażeniem nielojalności sowieckiej względem Polski.

Ze wszystkich stron od czasu audiencji u Prezydenta, która odbyła się 28 lipca, dochodzą mnie uwagi odnośnie głębokiego wrażenia, jakie na Prezydencie wywarł raport p. Karskiego.

Ważąc proporcje, wizyta, niezależnie od jej politycznego pożytku merytorycznego dla sprawy polskiej, była bezdyskusyjnie ważna ze względów propagandowych i patriotycznych. Podnosiła ducha, przedłużała polskie nadzieje, że uda się odsunąć od Polski widmo podporządkowania Stalinowi, który zmierzał do tego wszelkimi metodami i dostępnymi środkami. Mniej nadziei wnosiła w sytuację Żydów. Ratowanie ich z Holocaustu amerykański prezydent postrzegał niemal wyłacznie w generalnym planie jak najszybszego pokonania Niemiec bez kreowania nadzwyczajnych czy specjalnych akcji ratunkowych. To Roosevelt jasno powiedział. Żydzi po prostu nie mieścili się w strukturze priorytetów wojennych. Podobnie jak obrona Polski przed wciąganiem jej w strefę wpływów sowieckich. Czego jasno nie powiedział.

Być może wartość spotkania polskiego dwudziestodziewiecioletniego emisariusza z amerykańskim prezydentem przypominana równo po siedemdziesięciu pięciu latach polega na tym, że odbiera Franklinowi Delano Rooseveltowi alibi. Nikt nie może powiedzieć, że prezydent nie wiedział wtedy co się dzieje z Polską i Żydami z pierwszej ręki, od naocznego świadka. Bo Jan Karski mu powiedział.

Nic się nie stało.

Pamięć misji legendarnego emisariusza przetrwała. 75-lecie jego heroicznego działania obchodzone jest z inicjatywy Towarzystwa Jana Karskiego pod honorowym patronatem prezydenta Rzeczypospolitej Andrzeja Dudy. Być może składając wizytę w Białym Domu we wrześniu tego roku powinien o rocznicy tej przypomnieć prezydentowi stanów Zjednoczonych.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Moje pismo Tęcza - 7/8 2018

Dlaczego zdecydowałam się urodzić dziecko?

2018-09-20 12:08

Artur Stelmasiak

Artur Stelmasiak
Beata Domańska z Fundacji Życie i Rodzina

Chciałabym powiedzieć, że moja córka uwielbia balet i klocki Lego. Ale ciągle muszę tłumaczyć, że moje dziecko z Zespołem Downa jest dzieckiem, jest człowiekiem i tak jak inni zasługuje na życie - mówi Beata Domańska z Fundacji Życie i Rodzina.

W konferencji na temat ochrony życia zorganizowanej przez Ordo Iuris udział wzięła m. in. Beata Domańska, matka siódemki dzieci, w tym 10-letniej córeczki z Zespołem Downa. - Zauważyłam, że muszę ciągle przekonywać opinie publiczną, że moje dziecko, jest w dzieckiem. Przyszłam na konferencję prasową, by powiedzieć, że moje dziecko ma Zespół Downa i jest w pełni człowiekiem - mówi Beata Domańska.

Jej zdaniem ustawa aborcyjna w Polsce podważa człowieczeństwo takich ludzi, jak jej dziecko, bo co roku setki ludzi z Zespołem Downa jest zabijanych zgodnie z prawem. Córka Beaty Domańskiej mogłaby być podwójnie skazana, bo oprócz Zespołu Downa ma jeszcze poważną wadę serca. Jedna i druga "wada" kwalifikuje do aborcji. - Ja się spotykam często z pytaniem zdziwionych osób: Czy pani robiła badania? Jeżeli tak, to dlaczego pani zdecydowała się urodzić - mówi Beta Domańska. - To dla mnie są bardzo upokarzające pytania. Proszę sobie wyobrazić, że właśnie w takich chwilach muszę udowadniać, że moje dziecko jest człowiekiem, które ma prawo żyć. Przecież są dzieci, które rodzą się zdrowe, ale stają się niepełnosprawne w wyniku wypadku, albo choroby. I co też mamy je zabijać?

Beta Domańska porównała dzieci niepełnosprawne w łonie matki do starszych osób, które z powodu wieku również są niepełnosprawne. Pytała, czy im także powinniśmy odmówić prawa do leczenia, czy ich także można zabić. - Chciałam pokazać na przykładzie ludzi z Zespołem Downa, że jeżeli odbiera się im prawo do życia, to jednocześnie odbiera się prawo tym, którzy się urodzili, a tylko mają to szczęście, że nie zostali zabici przed urodzeniem - podkreśla Domańska.

Odniosła się także do słów poseł Joanny Lichockiej z Prawa i Sprawiedliwości, która mówiła, że ludzie podpisujący projekt #ZatrzymajAborcję nie wiedzieli, co podpisują. - Chcę powiedzieć, że jako mama dziecka niepełnosprawnego wiem, co podpisałam. Ale także wiedzą to ludzie, którym dawałam ten projekt do podpisania - podkreśla matka siedmiorga dzieci. - Jest mi przykro, że musze udowadniać politykom partii rządzącej, iż jestem osobą sprawną intelektualnie i wiem co robię, co podpisuje i doskonale wiem co ta ustawa oznacza dla dzieci i matek dzieci niepełnosprawnych.

Domańska mówiła, że jest bardzo zawiedziona postawą polityków partii rządzącej, którzy tak bardzo zwlekają z uchwaleniem projektu #ZatrzymajAborcję. - Przyznam, że głosowałam za politykami, którzy są obecnie u władzy właśnie z tego powodu, iż mówili o obronie życia i przez wiele lat głosowali za życiem. W poprzednich kadencjach sejmu praktycznie wszyscy posłowie partii rządzącej głosowali przeciwko aborcji - podkreśla Domańska. - A teraz gdy w parlamencie mają samodzielną większość, to bardzo się wstrzymują przed tym, by dotrzymać danego słowa. Dlatego ja bardzo zastanawiam się nad tym, komu ten swój głos wyborczy ofiarować, aby mnie nie oszukał. Ja i moja rodzina chcemy przeznaczyć swoje głosy tym politykom, którzy będą bronili życia od poczęcia do naturalnej śmierci.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Prezydent RP w Gnieźnie: aby zdać egzamin z wolności, nie wystarczy z niej tylko korzystać

2018-09-21 16:18

bgk / Gniezno (KAI)

„By zdać egzamin z wolności nie wystarczy z niej tylko korzystać, trzeba to robić w sposób, który będzie służył dobru wspólnemu, zbliżał i łączył, a nie dzielił” – powiedział podczas inauguracji XI Zjazdu Gnieźnieńskiego prezydent Andrzej Duda. Wyraził również ubolewania z powodu niedawnego ataku na synagogę w Gdańsku.

Jakub Szymczuk/KPRP
Wywiad Prezydenta RP Andrzeja Dudy dla Polskiej Agencji Prasowej

Dziękując za zaproszenie na XI Zjazd Gnieźnieński Andrzej Duda wskazał na ciągłość łączącą pierwszy, historyczny Zjazd Gnieźnieński z roku 1000, ze spotkaniem w roku 1997, kiedy zorganizowano pierwszy zjazd w nowożytnej formule, oraz z tegorocznym, odbywającym się w jubileuszowym roku 100-lecia niepodległości Polski.

Jak stwierdził, historyczne spotkanie cesarza Ottona III i Bolesława Chrobrego miało charakter epizodyczny, jednak na trwałe zapisało się w pamięci Polaków i do dziś uznawane jest za symbol najdoskonalszego modelu relacji pomiędzy państwami Europy, relacji opartych na poczuciu wspólnoty, wzajemnym szacunku, równości i solidarności.

„Jestem głęboko przekonany, że do budowania życzliwych, partnerskich relacji w polityce międzynarodowej należy dążyć zawsze, także, a może przede wszystkim wówczas, gdy jest to trudne” – stwierdził Andrzej Duda.

Przyznał również, że inicjatywa św. Jana Pawła II o reaktywacji Zjazdów Gnieźnieńskich w nowożytnej formule w 1997 roku – w czasie, kiedy Polska włączyła się w szerszy nurt europejskiej integracji – okazała się niezwykle trafna i dalekowzroczna.

„Zjazdy Gnieźnieńskie, wszystkie razem, czynią z Gniezna, pierwszej historycznej stolicy Polski, miejsce rozpoznawalne na współczesnej mapie Polski i Europy, miejsce twórczych spotkań ludzi różnych wyznań, narodowości i poglądów” – zaznaczył prezydent RP.

Nawiązał też do głównego tematu zjazdu i kontekstu, w jakim się odbywa, czyli 100. rocznicy odrodzenia się państwa polskiego po zaborach i jego powrotu na mapę Europy i świata. Twórców i przywódców I Rzeczypospolitej – dodał – dzieliło bardzo wiele. Ostro ścierali się ze sobą w przekonaniu o słuszności swoich racji. Jednak w momentach decydujących potrafili oni wznieść się ponad własne poglądy i osobiste ambicje i działać razem dla wspólnego dobra.

„Przywołuję to świadectwo roztropności i poskramiania emocji politycznych, panowania nad nimi przez patriotyczny rozum po to, aby podkreślić, że ojcowie niepodległości dają również nam, współczesnym Polakom przykład wierności idei, która przyświeca Zjazdom Gnieźnieńskim. Uważam to za godne naśladowania także w naszych czasach, kiedy w ogniu sporów i kwestii, które nas różnią i dzielą, nazbyt często zdają się przesłaniać to, co znacznie większe i ważniejsze, co nas łączy i czyni nas narodową i polityczną wspólnotą” – dodał.

Prezydent Duda przypomniał również, że tylko od nas zależy, czy będziemy tworzyć wspólnotę zjednoczoną wokół podstawowych idei, zasad i wartości.

„Jesteśmy społeczeństwem pluralistycznym i podstawowymi wartościami ładu zbiorowego są dla nas wolność słowa i wolność zrzeszania się. Ale pluralizm i wolność słowa nie muszą i nie powinny prowadzić do trwałych podziałów społecznych czy wzajemnej wrogości. Społeczeństwo obywatelskie to pluralizm i dobro wspólne. To wspólnota wolnych obywateli urzeczywistniająca obie te wartości, a nie tylko jedną z nich” – zaznaczył Andrzej Duda, przyznając zarazem, że w zakresie budowania wspólnoty obywatelskiej mamy wiele do zrobienia i nadrobienie.

„Wolność to wspaniały dar opatrzności, ale i wielkie wyzwanie. To wezwanie do tego, abyśmy posiadane talenty spożytkowali na umacniania spoistości naszej wspólnoty i siły państwa nie zaś przeciwnie” – mówił, dodając, że aby zdać egzamin z wolności nie wystarczy z niej tylko korzystać.

„Trzeba to robić w sposób, który będzie służył dobru wspólnemu, zbliżał i łączył, a nie dzielił. Budował poczucie wspólnoty i umacniał Rzeczpospolitą. Jest to moim zdaniem jedna z najważniejszych inspiracji, którą niesie dziś chrześcijaństwo” – stwierdził Andrzej Duda.

Podkreślając dalej, że Polska i Polacy zawsze uważali się i uważają nadal za ludzi tolerancyjnych, ubolewał nad niedawnym atakiem na synagogę w Gdańsku.

„Ogromnie boleję nad tym, że stało się to u nas, w kraju, w którym przez stulecia była tolerancja religijna. Nazwą to aktem antysemityzmu, ale dla mnie jest to akt zwykłego barbarzyństwa, z którym nigdy nie można nam się pogodzić i zawsze trzeba je potępić” – stwierdził prezydent RP.

Na koniec, życząc owocnych obrad, podkreślił, że Gniezno jest miejscem szczególnym. Jednym ze źródeł, z którego wypływa cała ojczysta historia.

„Tu w Gnieźnie widać jak chrześcijaństwo nas Polaków zawsze inspiruje. Owocem tej inspiracji są debaty prowadzone podczas Zjazdu Gnieźnieńskiego, bo wiara to dla nas Polaków dziedzictwo żywe, ważne i aktualne” – powiedział na koniec Andrzej Duda.

Prezydent przekazał też na ręce Prymasa Polski abp. Wojciecha Polaka jubileuszowy dar z okazji 100-lecia odzyskania niepodległości – flagę Rzeczpospolitej Polskiej.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Moje pismo Tęcza - 7/8 2018

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem