Reklama

Jeśli nie Belgia, to kto może powstrzymać rozpędzoną Brazylię?

2018-07-06 19:38

wpolityce.pl

Кирилл Венедиктов - soccer.ru/pl.wikipedia.org
Neymar da Silva Santos Júnior

W Kazaniu o godz. 20.00 rozpocznie się drugi ćwierćfinał Brazylia - Belgia.

Składy:

Brazylia: 1-Alisson - 22-Fagner, 2-Thiago Silva, 3-Miranda, 12-Marcelo - 17-Fernandinho, 15-Paulinho, 11-Philippe Coutinho - 19-Willian, 9-Gabriel Jesus, 10-Neymar.

Reklama

Belgia: 1-Thibaut Courtois - 2-Toby Alderweireld, 4-Vincent Kompany, 5-Jan Vertonghen - 15-Thomas Meunier, 6-Axel Witsel, 8-Marouane Fellaini, 22-Nacer Chadli - 7-Kevin De Bruyne, 9-Romelu Lukaku, 10-Eden Hazard.

Sędzia: Milarod Mazic (Serbia).

Tagi:
piłka nożna Brazylia Belgia mecz mundial 2018

Czego nauczyli nas piłkarze

2018-07-17 13:10

Witold Gadowski
Niedziela Ogólnopolska 29/2018, str. 40

Fotolia.com

Sport, nawet w tak skarykaturyzowanej i skomercjalizowanej postaci jak współczesna piłka nożna, jednak niesie w sobie nieco prawdy o nas samych. Piłka stała się areną zastępczych konfrontacji, pokazuje kondycję poszczególnych nacji (niemiecki kryzys natychmiast przecież odbił się na ich „żelaznej drużynie”).

Nie jestem wielbicielem piłki kopanej z wielu powodów – jednym z nich jest powszechna korupcja, i to zarówno finansowa, jak i polityczna, która panuje na piłkarskich stadionach. W ciepełku piłki kopanej chętnie grzeją się wszelkie polityczne frakcje i indywidua. Piłka stała się swoistą polityką, dla niej popełniane są nawet zbrodnie (nie chciałbym być np. w skórze reprezentantów Kolumbii, którzy dość łatwo i szybko odpadli z rywalizacji w mistrzostwach świata).

Dziś jednak posłużę się mistrzostwami świata w kopaniu piłki, aby wykazać rzecz zgoła oczywistą – Polacy ciągle chorują na mocne kompleksy wobec „świata”, które sprawiają, że nawet nie śmiemy mieć konkretnych marzeń, zadowalamy się wygodną przeciętnością. Porównajcie Państwo postawę drużyny narodowej Chorwacji – kraju, który ma nie więcej niż pięć milionów mieszkańców – z wizerunkiem i dokonaniami naszej narodowej reprezentacji, było nie było, „nasi” reprezentowali ponadczterdziestomilionowy naród.

Polacy, kreowani na czarnego konia mistrzostw świata, okazali się kapiszonem, kompletnym niewypałem. Lewandowski i jego koledzy na boisku zachowywali się jak stadko spłoszonych kur, które marzą jedynie, aby ukryć się gdzieś przed światłem jupiterów. Nie ma co owijać w bawełnę – okazaliśmy się jedną z najsłabszych drużyn mistrzostw. Na nic zdały się setki występów komercyjnych naszych „gwiazd”, które reklamowały chyba już wszystko, co można reklamować. Być może te słynne – w futbolowym światku – nazwiska całkiem sporo w swoim rzemiośle potrafią, jednak bez hartu ducha i wyraźnie postawionych celów nie da się dziś walczyć z innymi – mocno zmotywowanymi – reprezentacjami.

Na przykładzie gry naszej reprezentacji w mistrzostwach świata ujawniły się największe mankamenty naszej narodowej psychiki.

Zamiast solidnego przygotowania i nadludzkiego wysiłku nasi gwiazdorzy wybrali udzielanie się w reklamach, trefienie sobie włosów na głowie; woleli zapewniać, że nie ma na nich mocnych. Bezpodstawne deklaracje zastąpiły realność. Przy okazji mundialu ujawniła się bardzo niebezpieczna cecha: oto wolimy zakrzykiwać krytykę, wbrew rzeczywistości utwierdzać się w przekonaniu, że jesteśmy w stanie zwyciężać najsilniejszych. Potem przychodzi realna próba i kompletny szok, że nie wyszło, że inni byli mocniejsi, lepiej zorganizowani. W naszym przypadku szok polega na tym, że bajka nie staje się życiem. Myślenie życzeniowe kompletnie zgubiło nas we wrześniu 1939 r., w ciągu kilkunastu dni runęła wówczas „potęga”, o której istnieniu byli przekonani niemal wszyscy Polacy. Okazało się, że propaganda nie jest w stanie zastąpić prawdy. Teraz dobrze się stało, że zostaliśmy sprawdzeni na tak, w gruncie rzeczy, bezpiecznym poligonie, jakim są piłkarskie mistrzostwa. Okazało się, że ciągle jednak przejawiamy niebezpieczne tendencje do usypiania w wygodnym błogostanie i traktowania mrzonek jako przesłanek do oceny realności. Tak więc pierwsza nauczka płynąca z blamażu naszej narodowej reprezentacji w piłce kopanej brzmi: nadal nie potrafimy na zimno i realnie oceniać swoich szans. Nawiasem mówiąc, trzeba niestety dodać, że polska reprezentacja została ogłoszona najgorszą drużyną minionych mistrzostw w Rosji. Gorzka pigułka... Oby otrzeźwiająca na wielu polach.

Druga obserwacja dotyczy już bezpośrednio piłkarzy, ale niestety, nie da się przy tym abstrahować od naszych narodowych cech. Wygląda na to, że kiedy idzie dobrze, to atakujemy i ogólnie pokrzykujemy o tym, jacy to jesteśmy wspaniali. Kiedy jednak coś idzie nie po myśli, to łatwo się zniechęcamy i przestajemy zabiegać o odwrócenie się pechowego losu. Jednym słowem, uskrzydlają nas zwycięstwa, ale kompletnie podcinają nam nogi małe, nawet relatywnie nieznaczące niepowodzenia.Wbrew pozorom, łatwo kapitulujemy. Zapewne wynika to jednak z naszej niewysokiej, w gruncie rzeczy, samooceny. Ludzie, którzy – w głębi duszy – nie poważają sami siebie i nie uważają się za wyjątkowych i wartościowych, łatwo przystają na klęskę i uzasadniają ją tym, że przecież od początku było wiadomo, iż tak będzie. Niestety, ciągle pokutuje w nas przekonanie, że improwizacją i fantazją jesteśmy w stanie nadrobić brak solidnego przygotowania i zimnego rachunku sił. Brak nam zapału do długiej i starannie zaplanowanej pracy, która natychmiast nie przynosi spektakularnych sukcesów.

Oczywiście, wyciąganie tak daleko idących wniosków o narodowej psychice jawi się jako nadużycie. Jednak, moim zdaniem, dobrze się stało, że najpierw tak mocno rozgrzano narodowe oczekiwania, a potem nastąpił spektakularny, zimny prysznic. Piłka nożna stała się dziś polem do zastępczych starć różnych nacji, stała się też sceną do projekcji masowych oczekiwań. Żyjemy zatem w komfortowych czasach, o stanie własnej zbiorowości możemy wnioskować, przyglądając się postawie naszych reprezentantów – zawsze to lepsze niż otwarta wojna.

Jak ważne są przygotowanie mentalne, psychika zbiorowości, w której się wyrasta, pokazali piłkarze Chorwacji. Reprezentanci kraju populacyjnie niemal dziesięć razy mniejszego od Polski pokazali, że ciężka praca plus niesamowita motywacja i wiara w sukces mogą zdziałać cuda. Wbrew wszelkim ekspertyzom przedarli się na sam szczyt piłkarskiej hierarchii. Wygrywali w sytuacjach, gdy podobnie wyszkoleni polscy piłkarze po prostu rezygnowali. Chorwaci potrafili wydobyć z siebie nadludzkie siły i ambicją oraz zaangażowaniem przechylić na swoją stronę szale boiskowych starć. Zasłużyli na swój wielki sukces, bo w niego wierzyli i wszystko podporządkowali jego osiągnięciu. Gdybym był szefem PZPN, to właśnie w Chorwacji szukałbym instruktorów, którzy ustawiliby psychikę naszym piłkarskim „gwiazdom”.

Piłka nożna to, oczywiście, ludyczna i nader czytelna metafora międzynarodowej rywalizacji, poligon, który zastępuje realne konfrontacje, dlatego warto traktować piłkarskie zmagania jako laboratoryjne próby pokazujące nam prawdziwy stan naszej zbiorowości. Oczywiście, zaraz znajdą się tacy, którzy stwierdzą, że piłka nie jest żadnym miernikiem. Zwróćmy jednak uwagę na fakt, że Polakom brakuje ducha zwycięzców także w wielu innych dyscyplinach, w których liczą się zgranie i współpraca ze sobą całych zespołów ludzi.

Indywidualnie potrafimy zwyciężać i zadziwiać nie tylko sportowy świat, drużynowo idzie nam dużo gorzej. Może warto na ten fakt zwrócić uwagę w momencie, gdy dyskutujemy o tym, jaka powinna być polska edukacja dla młodych pokoleń.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Św. Walenty - patron zakochanych i chorych na padaczkę

Ks. Paweł Staniszewski
Edycja łowicka 7/2005

seyed mostafa zamani / Foter.com / CC BY

Początek lutego. Gdzie nie spojrzeć, tam króluje kolor czerwony - kolor miłości, kolor walentynek. Na sklepowych półkach, wystawach, a nawet na prowizorycznych straganach pojawia się „nowy produkt” - miłość. Opakowana w pluszowe misie, mrugające serduszka, zakochane mysie parki i tysiące innych zmyślnych cudeniek, mających tylko jedno zadanie - powiedzieć: „kocham Cię”. A wszystko z powodu jednego dnia - Dnia Zakochanych czyli walentynek.
Walentynki to dla Polaków zupełnie nowe święto. Popularność zdobyło sobie przede wszystkim w ciągu ostatnich 10 lat i to do tego stopnia, że dzisiaj wielu ludzi, niezależnie od wieku, czeka na ten dzień, by serdeczniej niż na co dzień wyrazić uczucia do najbliższej osoby. Istnieje zwyczaj rozsyłania specjalnych kartek, tzw. walentynek - zwykle anonimowych, których motywem przewodnim są amorki, serca, kwiaty, czułe wyznania miłości. Powszechnym stało się także, iż tego dnia zakochani wręczają sobie kwiaty i upominki, które mają potwierdzać ich wzajemne uczucie. Tradycja ta zwraca uwagę na wartość i wymiar uczuć, na niezaprzeczalną konieczność ich istnienia, na to, że są niezbędne, że są łaską i stanowią nieodłączny element ludzkiego bytu. Umiejętność ich nazwania, to, że odczuwamy je względem drugiej osoby lub stajemy się obiektem cudzych uczuć i dysponujemy możliwością ich odwzajemniania, czynią nas ludźmi. Nie można tego problemu traktować jednostronnie, jednowymiarowo i poddawać zaciekłej krytyce - co niektórzy czynią, ignorując pozytywne aspekty całości.
Walentynki niewątpliwie skłaniają do uwalniania dobrych emocji, zachęcają do okazywania uczuć, ośmielają i ułatwiają takie inicjatywy. Motywują do tego, by nie kryć się z tym, co czujemy do drugiej osoby, by nie zatajać tego, że ktoś jest nam bliski, ponieważ staje się to źródłem radości i siły, zarówno dla samego autora, jak i adresata takiej deklaracji. Korzystając z tych sprzyjających refleksjom okoliczności, należy zdać sobie sprawę, że ukrywanie własnych uczuć, tłumienie ich w sobie, znacznie zubaża nasze życie i wzajemne kontakty.

Skąd ten zwyczaj?

Pochodzenia zwyczajów związanych z walentynkami należy poszukiwać w luperkaliach - rzymskim święcie płodności, które w związku z ekspansją Cesarstwa Rzymskiego pojawiło się również na Wyspach Brytyjskich. Stąd w przyszłości walentynki rozprzestrzeniły się na cały świat. W czasach, gdy zastępowano święta pogańskie chrześcijańskimi, uznano, że św. Walenty, który zginął 14 lutego, w (przeddzień luperkaliów) może godnie objąć pieczę nad świętem budzącej się wiosny, kiedy przyroda pomału otrząsa się z zimowego snu, zwierzęta zaczynają łączyć się w pary, a ludzie chętniej szukają swoich drugich połówek. Na zachodzie Europy święty patronuje zakochanym co najmniej od XV wieku.



Co wiemy o św. Walentym?

Św. Walenty, patron Dnia Zakochanych, to postać dość zagadkowa. Był biskupem Terni pod Rzymem. Za czasów cesarza Klaudiusza II Gota (ok. 269 r.) poniósł śmierć męczeńską.
Legenda mówi, że św. Walenty zajął się popieraniem zakochanych jeszcze za swego życia, kiedy wystąpił przeciwko edyktowi cesarza, zakazującemu zawierania małżeństw. Cesarz Klaudiusz II Gocki z rozczarowaniem zauważył, że żonaci mężczyźni chętniej zostają w domach, zamiast ochoczo uczestniczyć w wojnach i dzielnie walczyć za Rzym. Św. Walenty zignorował ów zakaz i w tajemnicy udzielał ślubów młodym, zakochanym parom. Niestety, sekret się wydał, a Święty został pojmany, wtrącony do więzienia, a następnie stracony.
Według drugiej wersji okoliczności śmierci św. Walentego były zgoła inne: jako człowiek świątobliwy Biskup Terni w III wieku został obdarzony przez Boga niezwykłą mocą uzdrawiania. Wieść o tym dotarła do rzymskiego filozofa Kratona, którego syn był ciężko chory na padaczkę i czekało go życie pełne cierpienia. Św. Walenty zgodził się pomóc rodzinie Kratona pod warunkiem, że ten się nawróci. I rzeczywiście, przekonany cudem dokonanym przez Świętego, Filozof ochrzcił się, a wraz z nim jego bliscy i uczniowie. Niechętnie jednak przyjął to senat rzymski - uznano św. Walentego za osobę niebezpieczną dla państwa, aresztowano go i skazano na śmierć.
Kult Świętego rozwijał się dość szybko. W miejscu, w którym Męczennik został pochowany, już w IV wieku papież Juliusz I kazał wznieść bazylikę. Ponieważ padaczka, a także wszelkiego rodzaju choroby nerwowe, były wówczas w Europie bardzo częste, Święty znalazł licznych czcicieli na całym kontynencie. Do Polski jego sława dotarła dopiero w XV wieku. Ma tu św. Walenty wiele kościołów poświęconych jego imieniu, wiele ołtarzy i wizerunków. Ciekawe, że do niedawna żadne z tych miejsc nie cieszyło się specjalnym zainteresowaniem zakochanych. Sytuacja zmieniła się od chwili, gdy postać Świętego zaczęto łączyć z tym stanem serca.
Tak czy inaczej, historyczne przekazy dotyczące osoby św. Walentego w Dniu Zakochanych stają się rzeczą zupełnie niezauważalną, albo przynajmniej drugorzędną. Mało kto dziś pamięta, że św. Walenty, zanim zaczął patronować uczuciom, zanim stał się wzorcem dla wszystkich zakochanych i podkochujących się, był patronem chorych na epilepsję (padaczkę). Ci, którzy nie pamiętają już co to miłość, lubią złośliwie przyrównywać ją do stanu podobnego tej chorobie.
To tłumaczy, dlaczego właśnie św. Walenty jest patronem wszystkich zakochanych.
Św. Walenty patronuje nie tylko chorym na epilepsję, ale i na choroby nerwowe. Jest opiekunem chorych psychicznie, ludzi ogarniętych mrokiem umysłu. Ikonografia przedstawia tego męczennika najczęściej w stroju kapłańskim, w momencie uzdrawiania chorego.
Święty, dziś nieco zapomniany, miał w dawnej Polsce wiele świątyń, obrazów i cieszył się wielkim kultem. Obecnie w liturgii Kościoła 14 lutego na pierwszym miejscu wymienia się św. Cyryla i Metodego, słowiańskich patronów Europy, a dopiero w dalszej kolejności św. Walentego. Dawniej do kościołów, gdzie znajdował się ołtarz z wizerunkiem tego Świętego, 14 lutego matki przynosiły chore dzieci, aby za jego wstawiennictwem uprosić Boga o zdrowie dla dziecka. Najczęściej przynoszono dzieci chore na padaczkę lub przestraszone. Kapłan odprawiał w intencji osoby chorej Mszę św., następnie odczytywał fragment Ewangelii o uzdrowieniu przez Jezusa i kładąc Księgę Świętą na głowę chorego, udzielał błogosławieństwa. Po tych modlitwach wielu chorych, szczególnie dzieci, miało powracać szybko do zdrowia. Może warto w dniu 14 lutego przywrócić ten piękny zwyczaj pamiętając, iż św. Walenty to także patron chorych.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Akcja dom

Poznań: rodzina abp. Baraniaka przekaże Order Orła Białego archidiecezji

2019-02-15 21:33

ms / Poznań (KAI)

Order Orła Białego, którym pośmiertnie został uhonorowany przez prezydenta RP Andrzeja Dudę abp Antoni Baraniak, zostanie przekazany archidiecezji poznańskiej. Rodzina wyróżnionego arcybiskupa przekaże go abp. Stanisławowi Gądeckiemu.

wikipedia.org

„Na ręce metropolity poznańskiego order przekaże siostrzeniec abp. Baraniaka Zenon Łakomy, który odbierał go z rąk prezydenta Andrzeja Dudy 11 listopada ub. r. na Zamku Królewskim w Warszawie” – mówi KAI Jolanta

Hajdasz, dyrektor Centrum Monitoringu Wolności Prasy, autorka filmów o abp. Baraniaku.

Uroczystość przekazania orderu będzie miała miejsce w katedrze poznańskiej 18 lutego podczas nieszporów akademickich, które poprowadzi przewodniczący Konferencji Episkopatu Polski.

Antoni Baraniak przez wiele lat był osobistym sekretarzem kard. Augusta Hlonda, a w latach 1957-1977 był arcybiskupem metropolitą poznańskim.

Jako najbliższy współpracownik Prymasa Tysiąclecia bp Baraniak przez kilka lat był więźniem komunistycznej bezpieki na warszawskim Mokotowie. Był poddawany okrutnym torturom, a komuniści chcieli wymusić na nim zeznania przeciwko kard. Stefanowi Wyszyńskiemu.

W archidiecezji poznańskiej trwają przygotowania do rozpoczęcia procesu beatyfikacyjnego abp. Antoniego Baraniaka, nazywanego „Żołnierzem Niezłomnym Kościoła”. Prezydent Andrzej Duda uhonorował go Orderem Orła Białego w stulecie odzyskania przez Polskę niepodległości.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem