Reklama

Pielgrzymkowe świadectwo

2018-08-08 17:54

Anna Majowicz

Anna Majowicz
Dorota i Dawid z córką Magdaleną

Dziś siódmy dzień 38. Pieszej Pielgrzymki Wrocławskiej na Jasną Górę. Owocem Ducha Świętego do rozważań na dzień dzisiejszy jest WIERNOŚĆ. Zapytaliśmy małżeństwo – Dorotę i Dawida, którzy pielgrzymują w grupie 9. co ich zdaniem oznacza bycie wiernym.

Dawid: ,,Moim zdaniem wierność, to umiejętność lokowania swoich uczuć. Ja swoje uczucia ulokowałem w osobie mojej żony. Dzięki takim umiejętnościom, można po prostu być z ukochaną osoba do końca życia, mimo różnych problemów i pokus".

Dorota: ,,W słowach przysięgi małżeńskiej ślubujemy kolejno: miłość, wierność i uczciwość małżeńską. Wnioskuję, że skoro wierność jest druga, oznacza to, że zawiera się w miłości i z niej wychodzi. Jeśli kogoś kochamy, to nie chcemy tej osoby zranić. Uważam, że warto być wiernym. To podstawa nie tylko w małżeństwie, ale i w przyjaźni. Wierność buduje nasze wnętrze”.

Reklama

Dorota i Dawid to małżeństwo z 13-letnim stażem. Wspólnie wychowują piątkę cudownych dzieci i razem z nimi rokrocznie biorą udział w Pieszej Pielgrzymce Wrocławskiej na Jasną Górę.

Tagi:
wierność Piesza Pielgrzymka Wrocławska

Nie opuszczę cię aż do śmierci

2016-12-20 10:11

Iwona Galińska
Niedziela Ogólnopolska 52/2016, str. 64-65

Wydaje się, że wiemy wszystko o chorobie alkoholowej, która jest plagą wielu polskich rodzin. I nie dotyczy jedynie rodzin z marginesu społecznego, ale jest bardzo częsta w tzw. dobrych rodzinach. Może warto spojrzeć na nią z innej perspektywy

Magdalena Pijewska

Zdrada, alkoholizm to najczęstsze przyczyny rozwodów. Czujemy się zranieni przez swojego partnera, który w chwili zawarcia małżeństwa był innym człowiekiem – czułym, kochającym i deklarującym miłość aż po sam grób. A później czas i nasze błędy, wynikające zwykle z egoizmu, zmieniły wszystko. Gdy dojdzie do tego jeszcze choroba alkoholowa, która zamienia codzienne życie rodziny w koszmar, poddajemy się, rezygnujemy z walki o małżeństwo i zranieni odchodzimy, nie chcąc mieć z naszym współmałżonkiem żadnych kontaktów.

A może warto po raz kolejny spróbować... Jeszcze raz wyciągnąć rękę do naszego męża czy żony. Podjąć kolejną próbę leczenia. I wszystkie swoje działania powierzyć Bogu, bo to On – wbrew wszelkiej nadziei – może grzesznika wyciągnąć z największego błota i uczynić cud – uwolnić go od nałogu.

Może historia pani Natalii przekona nas do tego. A że początek przemiany związany jest z wieczorem wigilijnym, warto o tym pomyśleć, siadając do rodzinnego stołu, przy którym często nie ma miejsca dla uciążliwego pijaka, który może po raz kolejny zaburzyć świąteczny nastrój.

Musimy pamiętać, że czas Adwentu i Bożego Narodzenia to okres refleksji i przebaczenia. Sam Bóg ukorzył się tak bardzo przed człowiekiem, że z miłości do nas przyszedł na ten świat jako bezbronne dziecko, aby razem z każdym człowiekiem dźwigać trudy życia i przez swą krwawą ofiarę zapewnić nam zbawienie. Trzeba tylko dostrzec obecność Boga w naszym życiu i w przeżywaniu ciężkich chwil, upadków prosić Go o pomoc. Bo bez niej nie jesteśmy w stanie niczego dokonać. Jeżeli będziemy wierzyli, że Bóg nas wyciągnie z najgorszej pułapki i poprowadzi nieraz bardzo krętymi ścieżkami do wyzwolenia, osiągniemy zwycięstwo.

Szczęście i upadek w małżeństwie

Pani Natalia, emerytowana prawniczka, po wielu oporach zgodziła się na publikację swojej historii. – Długo nad tym myślałam, bo każdy przypadek nieudanego małżeństwa jest inny i żadna recepta opublikowana w prasie nikogo nie uleczy. Trzeba samemu dojrzeć, przejść przez wiele meandrów życia, aby wyciągnąć wnioski ze swojej historii. Zawsze byłam sceptyczna co do wynurzeń kobiet w prasie kolorowej. Ale zgodziłam się upublicznić swoje przeżycia w „Niedzieli”, tym bardziej że są one związane z Wigilią Bożego Narodzenia.

Wszystko zaczęło się zwyczajnie, tak jak w wielu związkach. Antka poznałam podczas swoich praktyk studenckich, które odbywałam w sądzie. On był już wówczas młodym, świeżo mianowanym sędzią. Błyskotliwy, inteligentny, szarmancki wobec kobiet. Miał w sobie to coś, co zapewniało mu powodzenie u dziewczyn. Szybko staliśmy się parą. Byłam szczęśliwa i zakochana, podobnie jak on. Wiedziałam, że Antek nie stroni od alkoholu, ale wówczas daleko mu było do bycia alkoholikiem. Po ślubie byliśmy bardzo szczęśliwi. Wiliśmy wspólne gniazdko, doczekaliśmy się upragnionej córki. Antek robił błyskotliwą karierę zawodową, ale nigdy nie odbywało się to kosztem domowego czasu.

Gdy się jest młodą, niedoświadczoną i bezgranicznie zakochaną, nie dostrzega się pewnych spraw albo się je bagatelizuje. Wówczas jeszcze nie przywiązywałam wagi do bratania się Antka z wódką. „Jesteśmy młodzi, szczęśliwi, chcemy się bawić, a nie rozdzierać szat nad każdym wypitym kieliszkiem” – myślałam. Byłam spokojna, bo sama również brałam udział w tych wszystkich balangach. Oczy miałam szeroko otwarte na ewentualną zdradę Antka. Wiedziałam, jak bardzo podoba się innym kobietom. A alkohol... No cóż, w pewnych środowiskach niemal każdy pije. Było to zwodnicze, tym bardziej że Antek był bardzo silnym mężczyzną i nie upijał się do tego stopnia, żebym musiała go taszczyć do domu.

Lata mijały, a mój mąż miał coraz większe problemy z alkoholem. Jak zwykle w takich sytuacjach, zaczęły się konflikty w rodzinie. Antek znikał z domu, wracał pijany nad ranem. Początkowo był pełen skruchy. Przepraszał, obiecywał poprawę. Gdy stawiałam twarde warunki, buntował się. Wiedziałam, że ma grono przyjaciół, z którymi pije. Znałam ich wszystkich i próbowałam stworzyć koalicję z żonami trzech najbliższych przyjaciół męża. Ale na nic się to zdało. W pracy Antek miał nieposzlakowaną opinię. Nigdy nie pojawiał się w niej pod wpływem alkoholu. Mógł sobie na to pozwolić, bo jego dzień pracy był nienormowany.

Najgorsze, że mój mąż nie chciał przyznać się do nałogu. „Jaki ze mnie alkoholik – przekonywał – przecież wszystko mam pod kontrolą. Taki mam styl życia. Lubię się odprężyć po stresującej pracy”. Zaczęłam dostrzegać u niego paskudne cechy charakteru. Przez te wszystkie lata obcowania na co dzień z najgorszymi postępkami ludzkimi stracił wrażliwość i nauczył się grać, oszukiwać. Opanował to do perfekcji.

Zaczęliśmy żyć z dnia na dzień. Nigdy nie można było niczego zaplanować. A wyjazdy na wakacje to była prawdziwa udręka. W wynajętym domku na Mazurach wszelkie rygory puszczały. Antek przyjeżdżał z nami po to, aby móc swobodnie pić. I pił do upadłego. Prosiłam, błagałam, aby poddał się terapii, takiej, jaka będzie dla niego najlepsza. Wszystko trafiało w próżnię. Nasza córka Inga nienawidziła ojca. Wstydziła się za niego przed koleżankami. Nigdy nikogo nie zapraszała do domu, w obawie, aby jej koleżanki nie były świadkami ekscesów ojca. Może dlatego szybko się usamodzielniła i ograniczyła kontakty z rodzicami. Miała do mnie żal, że nie byłam zdecydowana, aby podjąć radykalne kroki. Ale ja kilka razy próbowałam odejść od Antka. Wyprowadzałam się z dzieckiem z domu do swojej siostry. Kończyło się na przeprosinach i kajaniu się męża. Wracałam do domu, a po pewnym czasie wszystko było po staremu. Szukałam winy w sobie. Może zbyt późno dostrzegłam jego problem? Ale Antek nie chciał zrozumieć, że jest alkoholikiem. Nie chciał poddać się żadnej terapii, twierdząc, że ze wszystkim poradzi sobie sam.

Nasze małżeństwo powoli przestawało istnieć. Współczułam mężowi, ale już go nie kochałam. Gdy przeszedł na wcześniejszą emeryturę, mógł pić bez ograniczeń i popłynął w alkohol. Zaczęła się tragedia. Okresy abstynencji były coraz rzadsze. Wszyscy na osiedlu go znali. Popijał na ławce z okolicznymi pijaczkami. Nie pomogło zamykanie go w domu, wylewanie zachomikowanej wódki do zlewu. Stał się agresywny, dochodziło do rękoczynów. Wielokrotnie wzywałam policję, ale byli bezradni, bo męża chronił immunitet. A on sam odgrywał przed policjantami uciśnioną przez żonę ofiarę – tak mistrzowsko, że wierzono mu i patrzono na mnie podejrzliwie.

Koniec małżeństwa

W końcu miałam tego wszystkiego dosyć. Ciągłej niepewności jutra, awantur, wstydu przed sąsiadami, prania, sprzątania po pijanym mężu. Żyliśmy w samotności, nikt nie przychodził do naszego domu, nie mieliśmy świąt ani rodzinnych uroczystości. Wszystko przepadło w oparach alkoholu. „Nie mogę marnować resztki życia, które mi pozostało” – myślałam. Wyprowadziłam się z domu, wynajęłam kawalerkę. Nie potrafiłam jednak zerwać kontaktu z mężem. Nie był mi obojętny, martwiłam się o niego. Raz uratowałam go od śmierci. Pijany wszedł do wanny i nie mógł się z niej wydostać. Bez leków – bo był już wtedy chory na cukrzycę – przeleżał w wannie dwa dni. Gdy karetka zabierała go do szpitala, był nieprzytomny. Odratowano go, ale stracił oko, które, miotając się w wannie, wybił sobie jakąś szczotką. Pielęgnowałam go podczas rekonwalescencji. Myślałam, że ten wypadek go otrzeźwił. Ale on winą za wszystko obciążył mnie. Upił się i, jak ja to nazywam: „na bandytę”, zrobił karczemną awanturę z łamaniem mebli w tle. Uciekłam do swojej kawalerki i postanowiłam zerwać z nim wszelkie kontakty. Każdy jest odpowiedzialny za swoje życie – tłumaczyłam sobie. Utwierdzana w swojej – uważałam, że słusznej – decyzji przez koleżanki, siostrę i córkę zerwałam kontakty z mężem. Czasami tylko moja dawna sąsiadka telefonowała do mnie, by opowiedzieć o ekscesach Antka.

Próba wybaczenia

Mieszkałam sama, miałam spokój, ale ciągle dręczyły mnie wątpliwości. Może nie wykorzystałam wszystkich możliwości, może gdzieś, również z mojej winy, pogubiliśmy swoje ścieżki... Może trzeba mozolnie odnaleźć właściwą drogę. Ale jak? Rady psychologa na nic się zdały.

Któregoś wieczoru poszłam z siostrą na Mszę św. Nigdy nie byłam zbyt religijna, wiarę traktowałam naskórkowo. Nie angażowałam Boga w swoje życie. Wierzyłam, że sama muszę pokonywać trudności. Kazanie wygłoszone w trakcie tej Mszy św. stało się początkiem mojej nowej drogi. Zrozumiałam, że sama nie dam rady zmienić niczego w swoim życiu. Muszę z pokorą prosić o pomoc Boga. Wierzyłam, że to On wskaże mi rozwiązanie w moim małżeństwie.

Od tego czasu zaczęłam czytać Biblię. Po kawałku zgłębiałam Nowy Testament wraz z odpowiednimi komentarzami. Już nie byłam taka pewna co do słuszności swojej decyzji. Wiele lat temu przysięgałam przed Bogiem, że nie opuszczę męża aż do śmierci. I co? Zdezerterowałam. Wiedziałam, że Antek jest wierzący. Widziałam, jak w chwilach abstynenckich się modlił. Gdy był trzeźwy, słuchał przez radio niedzielnej Mszy św. „Przecież to może być punkt zaczepienia” – myślałam. Dlaczego nie poszłam tą drogą? Dlaczego nie błagałam Boga o pomoc, o uratowanie życia mojemu mężowi? Te myśli kiełkowały we mnie powoli. Nie byłam jednak jeszcze gotowa, aby się przemóc i spróbować ponownie.

Nadchodziły święta Bożego Narodzenia. Nigdy ich nie lubiłam – są dla szczęśliwych ludzi, którzy w zgodzie i miłości zasiadają do wigilijnej wieczerzy. Wigilijny wieczór spędziłam z córką i jej rodziną. Wróciłam do pustego domu. I ogarnął mnie dziwny niepokój. Myślałam o Antku: „Leży na pewno pijany i nawet nie wie, że są święta. A jeżeli potrzebuje pomocy...?”. W taką noc nikt nie powinien być sam. I błyskawicznie podjęłam decyzję. Pojechałam do niego. Był trzeźwy, ale pogrążony w bezgranicznej rozpaczy. Przegadaliśmy ze sobą całą noc. Powiedziałam, że mu wybaczyłam i że nie opuszczę go aż do śmierci. Że musimy swoje życie odbudować na stałym fundamencie, jakim jest wiara. A potem wspólnie modliliśmy się o pomoc w wydobyciu się z nałogu. Mąż po raz pierwszy zgodził się na udział w terapii anonimowych alkoholików. To była noc naszego odrodzenia.

A dalej? No cóż... Nie było łatwo, ale powolutku, krok po kroku, wchodziliśmy na nową drogę. Antek wyznał mi, że w ten wigilijny wieczór planował odebrać sobie życie. Był już zbyt zmęczony i samotny, aby dalej ciągnąć swój bagaż. Dlatego był trzeźwy, bo chciał, jak powiedział, godnie odejść.

Teraz chodzimy na terapię prowadzoną przez księdza. Poznaliśmy tragiczne drogi innych alkoholików. Były upadki, zwątpienie i znów mozolne podnoszenie się. W każdą niedzielę chodzimy na Mszę św., przystępujemy do Komunii św. I błagamy Boga o pomoc w wytrwaniu w abstynencji.

Od tamtej chwili minął rok. Przed nami święta Bożego Narodzenia. Po raz pierwszy zasiądziemy wspólnie do wieczerzy wigilijnej. Będziemy dziękować Bogu za ocalenie, za otwarcie nam oczu na inne horyzonty.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Abp Jędraszewski: związki homoseksualne są szyderstwem z Boga

2018-08-15 17:24

jg / Ludźmierz (KAI)

Związki homoseksualne, którym chce się nadać wartość małżeństwa, nie mają nic wspólnego z Bożym zamysłem wobec człowieka i są szyderstwem z Boga i Jego najwspanialszego dzieła, jakim jest człowiek - powiedział abp Marek Jędraszewski podczas uroczystości Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny. Metropolita krakowski 15 sierpnia przewodniczył uroczystej sumie odpustowej w ludźmierskim sanktuarium.

Joanna Adamik | Archidiecezja Krakowska

Metropolita krakowski podkreślił, że Uroczystość Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny to dzień, w którym trzeba dziękować Bogu za wielkie cuda Jego miłości. Wymienił m.in. region Podhala, gdzie stykają się aż cztery pasma górskie - Tatry, Gorce, Pienin i Beskidy. Hierarcha wyjaśnił także, że zbliżając się do ołtarza w procesji na wejście długo błogosławił dzieci.

- W znaku krzyża kreślonym na czołach waszych ukochanych, najdroższych dzieci chciałem oddać najwyższy szacunek dla was, drodzy rodzice i małżonkowie. Bo przez to, kim jesteście, uczestniczycie w tajemnicy Bożej miłości. Każde bowiem poczęte dziecko jest owocem małżeńskiej miłości, która współdziała z Bożą stwórczą miłością. W momencie poczęcia, kiedy tworzyły się pierwsze materialne struktury waszych dzieci, Bóg obdarzał je nieśmiertelną duszą. Co za cudowne i niezwykłe współdziałanie miłości Boga i miłości człowieka! - zaznaczył hierarcha.

- Tylko zapatrzeni w Ojca, który jest w niebie i tylko urzeczywistniający to Boże podobieństwo i Boży obraz, który w sobie macie, drodzy małżonkowie i rodzice, tylko wtedy możecie oclić siebie przed wielkimi zagrożeniami tego świata, który w imię tzw. „miłości" chce za wszelką cenę przekreślić Boży zamysł wobec człowieka co do kobiety i mężczyzny, tworząc niewytłumaczalne i nie dające się usprawiedliwić przez ludzki rozum ideologie, które za wszelką cenę chcą zatrzeć różnice między kobietą a mężczyzną – podkreślił metropolita.

Kustosz sanktuarium w Ludźmierzu, ks. Jerzy Filek pozdrawił wszystkich czcicieli Matki Bożej Ludźmierskiej, w tym rowerzystów z Podhala, którzy okrążyli Polskę, pokonując 3500 km. Nawiązał do przyjaźni podhalańsko-amerykańskiej wyrosłej z faktu, iż mnóstwo górali wyruszyło za ocean za chlebem i wolnością. Mówił, że owocuje ona także dzisiaj m.in. poprzez obecność zespołu góralskiego „Ślebodni" z Chicago oraz Rycerzy Kolumba, którym abp Marek Jędraszewski poświęcił nowy sztandar.

Uroczystości odpustowe rozpoczęły się już w nocy z 14 na 15 sierpnia Pasterką Maryjną, której przewodniczył Prymas Polski abp Wojciech Polak. Hierarcha zasadził przy Bramie Wiary w ogrodzie różańcowym dąb prymasowski na pamiątkę setnej rocznicy odzyskania przez nasz kraj niepodległości w 1918 r.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Jestem od poczęcia

Rodzina parafialna odpoczywa z Bogiem

2018-08-19 18:18

s. Alicja Pełszyńska SJE

Nasze ludzkie życie na ziemi jest odmierzane cyklicznymi wyznacznikami czasu.

s. Alicja Pełszyńska SJE

Wszyscy jesteśmy zobligowani do podporządkowania swojego życia i potrzeb wymogom i wezwaniom tego odwiecznego porządku. W księgach Nowego Testamentu znajdujemy ponad trzydzieści razy wypowiedź Pana Jezusa ,Apostołów zachęcającą do pracy. Praca jest jedynym, uczciwym źródłem zdobywania środków do życia. Trzeba jednak stwierdzić, że aby praca przynosiła pożądane skutki duchowe i materialne musi być przerywana czasem odpoczynku.

Dnia siódmego sierpnia br. razem z Bielankami z Parafii św. Kazimierza w Pruszkowie i ich rodzicami wyjechałam nad morze do Stegny miejscowości położonej w północnej Polsce na Żuławach Wiślanych nad Zatoką Gdańską. Ośrodek Kolonijno – Wypoczynkowy „POLAR” w którym zamieszkaliśmy i przemili gospodarze ,oraz urocza obsługa studentów w czasie posiłków pozwoliła nam zatopić się w soczystą zieleń lasów i pól oraz nasycić oczy pięknem morza i rześkim wiatrem fal morskich.

Świeże powietrze, ruch, woda i słońce zregenerowały nasze siły fizyczne i duchowe. Nasz wspólny pobyt dostarczył nam wiele korzyści bycia „razem”. Jako opiekun grupy postanowiłam ,że każdego dnia po kolacji będziemy czytali Pismo św. po 10 minut przez 10 dni i będzie to 100 minut na stulecie odzyskania Niepodległości przez naszą Ojczyznę .Dzieci z wielkim entuzjazmem i ochotą przyjęły tę informację. Byłam pełna radości i podziwu, że moi podopieczni chętnie włączają się w wielkie serce daru dla umiłowanej Polski .Zwiedzaliśmy Gdańsk z bazyliką Mariacką i pięknymi dziełami sztuki z najcenniejszym dziełem „Sąd Ostateczny „ Hansa Memlinga (1467-1473). Modliliśmy się przed sarkofagiem Marszałka Macieja Płażyńskiego oraz przed pomnikiem epitafium ofiar katastrofy smoleńskiej .Rzeźba Pięknej Madonny Gdańska dzieło wykonane z miękkiego piaskowca przez nieznanego artystę wprowadziła nas w klimat modlitwy. A zegar astronomiczny w Kościele Mariackim 1464-1470 wykonany przez Hansa Duringera z Torunia przypominał nam o tym, że czas szybko ucieka -wkrótce nowy rok szkolny i katechetyczny. Najważniejszym wydarzeniem dnia była Msza święta w kościele w Stegnie pod wezwaniem Najświętszego Serca Pana Jezusa . Na wieży znajduje się gałka z chorągiewką wietrzną, na której widnieje data 1683. Co roku w zabytkowym kościele odbywa się Międzynarodowy Festiwal Organowy organizowany przez Filharmonię Bałtycką im. Fryderyka Chopina w Gdańsku. Po tak przeżytych chwilach wróciliśmy w domowe pielesze nie tylko wypoczęci fizycznie, ale ubogaceni duchowo. Stało się to dzięki temu, że „Jeden duch i jedno serce ożywiały wszystkich”(Dz.Ap.4,32).

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem