Reklama

Dom na Madagaskarze

Dziś 65. rocznica uwięzienia Prymasa Wyszyńskiego

2018-09-25 07:42

Bernadeta Kruszyk / Gniezno (KAI)

ARCHIWUM

„Człowiek bezprawny” - tak kard. Stefan Wyszyński nazywał sam siebie w czasie trzyletniego internowania. 25 września mija 65 lat od jego aresztowania. Komuniści więzili go w Rywałdzie, Stoczku Warmińskim, Prudniku na Śląsku Opolskim i Komańczy w Bieszczadach.

Był późny piątkowy wieczór 25 września 1953 roku. Zmęczony prymas wrócił do rezydencji na ul. Miodowej po uroczystościach ku czci bł. Władysława z Gielniowa i od razu udał się na spoczynek. Pół godziny później do jego pokoju zapukał kapelan ks. Hieronim Goździewicz z informacją, że „jacyś panowie” dobijają się do bramy. – O tej porze? – zdziwił się prymas i tknięty przeczuciem, a może już pewnością wstał, ubrał się i kazał wpuścić „gości”. Schodząc z piętra na parter zapalił wszystkie światła – niech Warszawa wie, co dzieje się w domu prymasa. W tym samym czasie inna grupa „gości” przeskoczyła przez mur okalający pałac i natknęła się na sekretarza prymasa bp. Antoniego Baraniaka. – Ci panowie chcieli strzelać – relacjonował później kard. Wyszyńskiemu. – Szkoda, że nie strzelali, wiedzielibyśmy, że to napad, a tak to nie wiemy, co sądzić o tym nocnym najściu – odpowiedział prymas.

W ciągu następnych kilkunastu minut cel wizyty się wyjaśnił. Jeden z oficerów wyciągnął z teczki dokument Rady Ministrów, który nakazywał prymasowi opuścić miasto i zamieszkać w wyznaczonym miejscu oraz zakazywał mu wszelkich czynności związanych z piastowanym urzędem. „Czytałem – napisał później – by nie zaogniać napiętej sytuacji”. Po północy z różańcem i brewiarzem w ręku siedział już w samochodzie, który eskortowało sześć innych aut. „Po drodze nie mogłem odczytać żadnych drogowskazów”. Dniało, gdy konwój zatrzymał się na północnym przedmieściu Grudziądza, by chwilę później zawrócić w kierunku Jabłonowa. Ludzie szli do pracy. „Przyjechaliśmy do Rywałdu. Było to miejsce mojego przeznaczenia” – zapisał prymas.

Mówicie za mnie Różaniec

Reklama

Czy kard. Wyszyński spodziewał się uwięzienia? Jego biograf Peter Raina uważa, że tak.

Za twierdzeniem tym przemawiają m.in. słowa, które wypowiedział w dniu aresztowania. Po południu prosił bliską współpracownicę Marię Okońską: „Gdyby ci mówili, że twój ojciec zdradził sprawę Bożą, nie wierz! Gdyby ci mówili, że twój ojciec ma nieczyste ręce, nie wierz! Gdyby ci mówili, że twój ojciec działa przeciwko narodowi we własnej ojczyźnie, nie wierz! Gdyby ci mówili, że twój ojciec stchórzył, nie wierz! Twój ojciec nigdy nie zdradził i nie zdradzi sprawy Kościoła, choćby miał za to zapłacić życiem i własną krwią”.

Kilka godzin później w domu rektora kościoła św. Anny pytał kapłanów: „Znacie obraz Michała Anioła Sąd Ostateczny? Anioł Boży wyciąga człowieka z przepaści na Różańcu. Mówcie za mnie Różaniec”. Wiedział więc i do tej chwili się przygotował nie tylko duchowo.

Choć w czasie aresztowania powiedział, że niczego nie potrzebuje i niczego własnego nie posiada, już wcześniej polecił zawiadującej prymasowskim gospodarstwem siostrze Maksencji, by skompletowała odpowiednie ubrania, bieliznę i kazała uszyć mocne buty. Te właśnie rzeczy zakonnica w pośpiechu spakowała do jednej walizki na polecenie oficera UB. Inny funkcjonariusz przyprowadził bp. Baraniaka, na którego ręce prymas złożył oświadczenie, że z pełnionych stanowisk nie rezygnuje. Kilka godzin później bp Baraniak również został aresztowany. Prymas wszedł jeszcze do kaplicy, a siostrze Maksencji powiedział, że gdyby został postawiony przed sądem, nie potrzebuje adwokatów, bo sam będzie się bronił. Rewizja w pałacu prymasowskim trwała do wieczora następnego dnia.

Nie wolno wyglądać oknem

W Rywałdzie nie od razu ich wpuszczono. Zakonnicy byli zaskoczeni i wystraszeni. Gdy o 5 rano jak zawsze otworzyli kościół i klasztorną bramę, funkcjonariusze zajęli całe pierwsze piętro. Tylko jeden z braci zauważył, że jest z nimi prymas. Cela, którą dostał, była niewielka i skromnie urządzona. Tak później o niej pisał:

„Rozejrzałem się w swoim pokoju, który nosi ślady niedawno zamieszkałego przez któregoś z ojców Kapucynów. Zostałem sam. Na ścianie, nad łóżkiem, wisi obraz z podpisem: Matko Boża Rywałdzka, pociesz strapionych. Był to pierwszy głos przyjazny, który wywołał wielka radość. (…) Wzrok mój zatrzymał się na biurku. Stoi tu Chrystus Miłosierny z podpisem: Jezu, ufam Tobie – fotografia znanego obrazu. Uznaję to za drugą łaskę dnia dzisiejszego. (…) Na biurku stoi jeszcze obrazek świętego Franciszka z Asyżu słuchającego muzyki anielskiej. (…) Pokój, do którego byłem wprowadzony, robi wrażenie mieszkania świeżo i pospiesznie opuszczonego. Łóżko nie jest zasłane, pozostawione osobiste rzeczy przez zakonnika, który tu mieszkał. Wśród tych rzeczy – walizka na wpół otwarta, z której wygląda najnowszy zeszyt pisma Kuźnica Kapłańska, z zaadresowaną obwolutą. Wszystkie meble są w stanie ruiny: biurko trzyma się ściany, podobnie szafka nocna, miednica z niewylaną wodą, w szafie osobista bielizna i ubranie. Na podłodze sterta książek przykrytych papierem. Podłoga brudna, po kątach pełno «kotów»”. Prymas sam musiał posprzątać.

Decyzja zapadła w Moskwie

Wiadomość o aresztowaniu kard. Wyszyńskiego szybko obiegła stolicę. W „Trybunie Ludu”, organie prasowym KC PZPR, już następnego dnia Edward Ochab ostro go atakował oskarżając o warcholstwo i politykę antypaństwową. Trzy dni później gazeta opublikowała komunikat: „Na skutek uporczywego, mimo wielokrotnych ostrzeżeń nadużywania przez ks. arcybiskupa Stefana Wyszyńskiego piastowanych przez niego funkcji kościelnych dla łamania zasad porozumienia, prowadzenia akcji podburzającej, wytwarzania atmosfery jątrzenia (…)” itd., itd.

Protestowała Stolica Apostolska. Oburzenie wyraził prezydent USA. Grzmiała angielska Izba Gmin i Izba Deputowanych we Francji. Sprzeciw wystosowali biskupi USA i Wielkiej Brytanii. Na próżno. Decyzja o aresztowaniu prymasa zapadła przecież nie w Warszawie, a w Moskwie. Jak później ujawnił na antenie Radia Wolna Europa zbiegły na Zachód wysoki funkcjonariusz Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego ppłk. Józef Światło, projekt taki Bierut przedstawił Stalinowi już wcześniej. Ten jednak powiedział, że czas jeszcze nie nadszedł, dodając jednak, że dobrze byłoby mieć w Polsce „swojego” prymasa.

Po śmierci wodza Bierut otrzymał zgodę na przeprowadzenie operacji. „W ten sposób – mówił Światło – rozpoczęła się walka o posiadanie swojego prymasa w Polsce, jak chciał Stalin”. Ujawnił też, w jaki sposób przystosowano klasztor w Rywałdzie. Każde drzwi na piętrze zaopatrzone były w specjalne urządzenie. Gdy je otwierano, w pokoju wartowników zapalała się lampka. Na podłodze i do połowy wysokości ścian zamontowano mikrofony podsłuchowe. Także ogród odpowiednio „zabezpieczono”. Specjalne siatki nie pozwalały „kierownikowi Episkopatu” jak nazywała prymasa władza ludowa, zbliżać się do muru. Kardynał nie mógł też bez zgody strażnika iść do kaplicy. „Pan w ceracie” – tak pisał o nim prymas. Cała ta operacja – stwierdził jeszcze Światło – była tylko małą cząstką wielkiego planu walki z Kościołem, który sowieci przetestowali już w stosunku do Cerkwi prawosławnej, skutecznie łamiąc jej niezależność.

W imię Boże

Prymas Wyszyński przebywał w Rywałdzie niespełna trzy tygodnie. „Postanowiłem sobie tak urządzić czas, aby zostawić jak najmniej miejsca swobodnym dociekaniom” – zanotował w Zapiskach więziennych. Czytał kilka książek na zmianę, lekturę przerywał modlitwą, a brewiarz odmawiał, chodząc po pokoju, by – jak pisał – „brak powietrza uzupełnić ruchem”. Wieczorem, gdy brakowało światła, odmawiał Różaniec, wędrując po pokoju. Później na ścianach celi wypisał stację Drogi Krzyżowej, by móc odprawiać nabożeństwo Męki Pańskiej.

W październiku kard. Wyszyński – znów w największej tajemnicy – został przewieziony do Stoczka Warmińskiego. W zapisach relacjonował: „Zebrałem dość szybko swoje rzeczy do waliz przywiezionych z Miodowej. Po ciemnych schodach idziemy na dół, po raz pierwszy od dwóch tygodni. Wokół mnie nie ma żywej duszy. Nawet żołnierzy, którzy zazwyczaj wśród nocy czynili tyle hałasu na korytarzu, ani śladu. Zajmuję miejsce w aucie wraz z panem w ceracie. Stoi kilka innych wozów w dyskretnej odległości. Ruszamy. W imię Boże. Czuję się tak bardzo rzeczą, że nie pytam o nic”.

U celu znowu budynek poklasztorny – bardzo zniszczony i zaniedbany, nazywany przez komendanturę „obiektem 123”. Półtorametrowej grubości mury, słabo ogrzewane cele, ziąb i wilgoć. Wewnątrz zainstalowana aparatura podsłuchowa opatrzona przez „strażników” równie wdzięczną nazwą co zabudowania: „truteń1”,”truteń2” i „truteń3”. Pusto, zimo i mokro. Prymas domyślał się, że nowe miejsce odosobnienia to zabudowania klasztorne. Później potwierdziło się, że gdzieś w pobliżu znajduje się kościół. Słyszał daleki śpiew ludzi.

Codzienna dyscyplina

W Stoczku Warmińskim przydzielono prymasowi dwoje współwięźniów: ks. Stanisława Skorodeckiego i s. Marie Leonię Graczyk, oboje byli wyniszczeni więzieniem: „ksiądz przesadnie chudy, siostra skóra i kości” – ocenił w Zapiskach prymas. Pierwsze dni mijały na wzajemnym poznawaniu się i organizowaniu codziennego życia. Prymas miał do dyspozycji dwa pokoje, łazienkę, korytarz i ogród. Na tej powierzchni mógł się poruszać. Szybko ustalił ścisły porządek dnia, którego przestrzegał z żelazną dyscypliną. Pobudka o 5 rano. Po modlitwach i rozmyślaniu Msza św. Po śniadaniu spacer w ogrodzie. Znów modlitwa i do obiadu praca. Po posiłku drugi spacer w ogrodzie, modlitwa brewiarzowa i do kolacji praca. Wieczorem Różaniec odmawiany ze współwięźniami, a później lektura najczęściej w języku obcym.

„Nie mogę dziś Kościołowi i Ojczyźnie służyć pracą kapłańską w świątyniach, ale mogę im służyć modlitwą. I czynię to niemal przez cały dzień” – pisał w liście do ojca. Prosił również: „Pragnąłbym, by z ust moich najbliższych nikt nie słyszał ani w domu, ani poza domem najmniejszej nawet skargi. Potrzebna jest mi wasza pogoda, spokój i modlitwa. Nie traćcie ufności w dobroć Opatrzności Bożej, w potęgę, mądrość i miłosierdzie Najmilszej Matki Jasnogórskiej”.

Kard. Wyszyński się nie skarżył. Jego stanowisko odnośnie uwięzienia było jednak niezmienne – traktował decyzję rządu jako naruszenie podstawowych praw człowieka. Wielokrotnie prosił o wyjaśnienia i możliwość ustosunkowania się do stawianych mu zarzutów i za każdym razem otrzymywał odpowiedź odmowną. Więźniów pilnował sztab strażników.

Prymas traktował ich z szacunkiem, ale i dystansem, zalecając to samo ks. Skorodeckiemu i s. Leonii. Nie próbował wchodzić w jakiekolwiek relacje. Zanotował: „Wszyscy nasi dozorcy, chociaż są oficerami, chodzą po korytarzu powłócząc nogami. W języku, którym się posługują, zwłaszcza młodzi, najczęstszym słowem jest cholera”. Strażnicy z kolei – obojętni na jakiekolwiek przeżycia duchowe – nie rozumieli zachowania prymasa: „płakał w czasie modlitwy”, „w swym fanatyzmie leżał znowu krzyżem w kaplicy” – raportowali zdegustowani.

Soli Deo

Zima 1953–1954 była mroźna. Pierwsze mrozy chwyciły już w listopadzie, a pod koniec miesiąca spadł śnieg. W budynkach poklasztornych prawie nie działało ogrzewanie. Piece dymiły. Było tak zimno, że praca przy biurku stała się niemożliwa. W łazience nie było ciepłej wody. Przynoszono ją tylko raz w tygodniu, z kuchni.

„Od dnia przyjazdu do Stoczka, do końca pobytu ani w dzień, ani w nocy nie rozgrzałem stóp” – wyznał po latach prymas Wyszyński. W uroczystość Niepokalanego Poczęcia NMP oddał się Matce Bożej w macierzyńską niewolę. „Wszystko cokolwiek czynić będę, przez Twoje ręce Niepokalana Pośredniczko łask wszelkich, oddaję ku chwale Trójcy Świętej – Soli Deo”.

Nadeszły święta Bożego Narodzenia, które więźniowie spędzili przy małym żłóbku. W lutym przypadała 5. rocznica ingresu do katedry gnieźnieńskiej. Prymas robił rachunek sumienia i dziękował za ten „wielki niezasłużony zaszczyt”. Wreszcie po ciężkiej zimie nadeszła wiosna. W codziennym harmonogramie dnia znalazła się jeszcze jeden punkt – praca w ogrodzie. Na końcu jednej ze ścieżek więźniowie postawili krzyż zrobiony z dwóch kijów związanych drutem kolczastym – ostatnia stacja Kalwarii.

W Wielki Czwartek Prymas celebrował Mszę św.: „Sercem i myślą jestem w Archikatedrze wśród duchowieństwa i wiernych – pisał w więziennym dzienniku. – Modlę się o to, by mój zastępca przy ołtarzu, przy konsekracji olejów i przy mandatum czynił to lepiej niż ja; by obdzielał kapłanów Ciałem Chrystusa, wszczepiając w nich ducha jedności diecezjalnej; by całował nogi ubogich, jak to czyniłem, z całkowitym oddaniem się tej czynności, tak wspaniałej a tak trudnej do wykonania jej po chrześcijańsku. Bo całować ma serce, nie usta”.

Wielka Nowenna

Trudne warunki panujące w budynkach poklasztornych w Stoczku Warmińskim i ciężka zima odbiły się na zdrowiu prymasa. Skarżył się na bóle w okolicach nerek, puchły mu ręce i powieki, bolała głowa. Lekarze zbadali go jednak dopiero w maju. Stwierdzili m.in. powiększenie wątroby, drobne zmiany kostne i bóle mięśniowe, stan nerek nie budził jednak ich niepokoju. W czerwcu, a więc blisko 10 miesięcy po aresztowaniu, pozwolono prymasowi wystosować list do rządu. Ustosunkował się w nim do wszystkich stawianych mu zarzutów. Z wysłaniem jednak był pewien problem. Komendant, od którego otrzymał zezwolenie na napisanie pisma niespodziewanie wyjechał na urlop, a zastępca postawił warunki, na które kardynał nie mógł się zgodzić. Sprawę listu odłożono. Tymczasem w kraju trwała akcja usuwania z klasztorów sióstr i braci zakonnych. Stalinizm upadł, represje jednak nie ustały.

W sierpniu prymas Wyszyński rozpoczął pracę nad swoim wielkim dziełem Wielką Nowenną Tysiąclecia Chrztu Polski. Przedsięwzięcie pochłonęło go do tego stopnia, że nie odnotował przybycia nowego komendanta: „Nie mogę sobie przypomnieć dokładnie, kiedy na terenie Stoczka pojawił się nowy kierownik – zapisał prymas. – Ukazał się w ogrodzie któregoś sierpniowego dnia, zatrzymał się pod każdym drzewem, starannie oglądał okna, parkany, druty na drzewach (…) Później zaczął interesować się kuchnią i tam pytał o potrzeby (…) Dość wcześnie zauważyliśmy, że nowy kierownik lubi chodzić w nocnych pantoflach na naszym korytarzu i zatrzymywać się pod naszymi drzwiami. Raz został wyraźnie schwytany na gorącym posterunku. Wreszcie któregoś dnia zainteresował się mieszkaniem (…) Starał się być grzeczny i troskliwy (…) Dopytywał, jakich (książek) mi brakuje. Sięgnąłem do spisów. Kierownik z wprawą indyka wyciągnął szyję, aby zajrzeć przez ramię do moich notatek. Poznałem speca od śledztwa. Trzeba było być zwięzłym. Pożegnaliśmy się szybko”.

Na południowy zachód

Nowy kierownik zwiastował zmiany. W październiku w Stoczku ponownie zjawił się lekarz, który poinformował kard. Wyszyńskiego o zmianie miejsca odosobnienia. Miejscowy klimat – jak argumentował – miał prymasowi nie służyć, w trosce o zdrowie zdecydowano więc przenieść go w bardziej przyjazne miejsce. Gdzie? Tego powiedzieć nie mógł.

Wyjazd zaplanowano na następny dzień. Ks. Skorodecki i s. Graczyk również mieli zostać przeniesieni. Ostatnie wspólne godziny wszyscy troje spędzili, pakując i porządkując swoje rzeczy. Wieczorem kard. Wyszyński zapisał: „Największym brakiem apostoła jest lęk. Bo on budzi nieufność do potęgi Mistrza, ściska serce i kurczy gardło. Apostoł już nie wyznaje. Czyż jest jeszcze apostołem? (…) Lęk apostoła jest pierwszym sprzymierzeńcem nieprzyjaciół sprawy. Zmusić do milczenia przez lęk – to pierwsze zadanie strategii bezbożniczej. Terror, stosowany przez wszystkie dyktatury obliczony jest na lękliwość apostołów. Milczenie tylko wtedy ma swoją apostolską wymowę, gdy nie odwracam swego oblicza od bijących. Tak czynił milczący Chrystus. Ale w tym znaku okazał swoje męstwo”. Czy prymas myślał o sobie?

Następnego dnia na polu pod Kętrzynem na więźniów czekał samolot. Nie wiedzieli, dokąd lecą. Prymas zorientował się tylko, że na południowy zachód. Po dwóch godzinach wylądowali. Później okazało się, że w okolicach Nysy. Do zmroku przesiedzieli w maszynie. Nikt nie mógł zobaczyć prymasa i zorientować się, gdzie jest przetrzymywany. Późnym wieczorem więźniowie dotarli do celu – pofranciszkańskiego klasztoru w Prudniku Śląskim. Tym razem przygotowano się na ich przyjazd. Teren otaczał płot wysoki na trzy i pół metra, nad którym – na wszelki wypadek – rozciągnięto jeszcze drut kolczasty, oczywiście „dla bezpieczeństwa”.

Dwa pokoje na końcu świata

Klasztor pofranciszkański w Prudniku Śląskim był trzecim miejscem internowania kard. Stefana Wyszyńskiego. Zbudowany na wzgórzu i otoczony lasem wydawał się miejscem odciętym od świata. Przed przyjazdem więźniów przeprowadzono w nim pobieżne prace remontowe. Budynek został wybielony i otoczony trzymetrowym płotem.

Prymasa umieszczono na pierwszym piętrze. Miał do dyspozycji dwa pokoje; w jednym urządzono sypialnię w drugim pracownię. Łóżko zbite z surowych desek, stół, dwa krzesła i klęcznik, na ścianie duży drewniany krzyż. Ot całe wyposażenie. Tydzień po „zakwaterowaniu” w Prudniku prymas zapisał: „Lewa strona korytarza jest przeznaczona dla nas, prawa posiada słoneczne pokoje, zamknięte na klucze i zabite gwoździami. Całość ma charakter bardziej izolowany niż w Stoczku. Stąd nie można zobaczyć żywej normalnej duszy; wszystko, co nas otacza, albo chodzi skrycie pod parkanami zewnętrznymi, albo też wałęsa się po korytarzach (…)”

„W tym nowym miejscu – notował dalej prymas – jesteśmy jeszcze bardziej skazani na siebie, gdyż nikt tu nie zagląda, ani też nikt nie może kontrolować ruchu na korytarzu. Wszystko jest tandetnie, licho pomalowane. Wszędzie jeszcze znać ślady świeżej roboty. Tu i ówdzie leżą porzucone pędzle; stoją pudełka z farbą, sterty zardzewiałych gwoździ, piłki ręczne, młotki, o które nikt się nie troszczy. Naszym zwyczajem, pozbieraliśmy to wszystko na ogrodową werandę, skąd powoli wszystko zniknęło. Będziemy tu mieli trudną sprawę ze spacerem, gdyż chodzenie po pochyłym, oślizgłym terenie, będzie uciążliwe. Natomiast dom jest korzystniejszy, na naszym piętrze suchy, o widnych oknach, starannie poosłanianych storami i firankami. Wydano polecenie, że nie należy wyglądać oknami, że przed zapaleniem światła trzeba zasłonić story. Wprawdzie wokół nic i nikogo nie widać, ale my mamy obowiązek ukrywać się przed żołnierzami, wartującymi na zewnątrz. Oczywiście, o tym obowiązku wie tylko ksiądz i siostra. Ja jestem wolny od podobnych przypomnień”.

Chory, ale zdrowy

Mimo korzystniejszych – jak pisał prymas – warunków mieszkaniowych stan jego zdrowia nie uległ poprawie. Ciągle dokuczały mu nerki, bóle głowy i nóg, nadkwasota i ogólne osłabienie. W listopadzie ponownie zbadali go lekarze. „Ogólnym stanem zachwyceni nie jesteśmy” – oświadczyli i zlecili dokładniejsze badania kliniczne. Przeprowadzono je dopiero przed Bożym Narodzeniem. Prymas był dowożony – oczywiście po zmroku – do Wojewódzkiego Urzędu Bezpieczeństwa w Opolu, gdzie czekali specjaliści. Pobrano krew, zrobiono prześwietlenie płuc i brzucha, podleczono zęby. „Prymas jest człowiekiem zupełnie zdrowym” – brzmiała diagnoza. „Dotąd nigdy takiej opinii lekarzy o sobie nie słyszałem” – skomentował w Zapiskach prymas.

W czasie pobytu w Prudniku kard. Wyszyński mógł pisać i otrzymywać listy i paczki. Były czytane i cenzurowane przez strażników, mimo to stanowiły źródło pociechy i wiadomości o najbliższych. Z każdego słowa przebijała serdeczność i troska. W podobnym tonie odpisywał prymas. Troszczył się o zdrowie rodzeństwa, prosił, by nie wykosztowywali się na niego, pytał o dzieci i dziękował za każde napisane przez nie słowo. Najbardziej martwił się o dobiegającego osiemdziesiątki ojca, który nieustannie niepokoił się o zdrowie syna. Do siostry pisał:

„Pragnąłbym się odwołać do Twojej, Droga Stachno, roztropności i doświadczenia i prosić, byś wpłynęła na Ojca uspokajająco. Wiem, że doświadczenie, przez które przechodzi, jest zbyt ciężkie dla sędziwego wieku Ojca, ale Ty możesz wpłynąć na Ojca, by w pełni zaufał mądrości Bożej. Jestem sługą Kościoła i w mojej sprawie jest więcej dróg i planów Bożych niż woli ludzkiej. Nie trzeba na nikogo się skarżyć, ani też do nikogo mieć żalu, tylko cierpliwie i spokojnie się modlić o to, by Bóg pozwolił wypełnić zadanie chwili obecnej”.

W listach prosił też o książki i „drobiazgi gospodarcze”: grzebień, lusterko, wełniane skarpety, miód, cytryny, gorzką czekoladę i domowe suchary, które mu bardzo służyły. I jeszcze dwie koloratki – dla niego i ks. Stanisława Skorodeckiego.

Myślę zaledwie promykami świateł

W Prudniku Śląskim upłynęła druga „więzienna” Wigilia kard. Wyszyńskiego. Mimo zamknięcia, izolacji i skromnych warunków bytowych atmosfera była pogodna, a nawet radosna. Ks. Skorodecki sobie tylko znanymi sposobami zdobył i udekorował niewielkie drzewko. Na stole nie zabrakło wigilijnych potraw i tradycyjnego opłatka, który kard. Wyszyński posłał także gotującej dla nich gospodyni. Po wieczerzy trójka więźniów długo rozmawiała, a o północy udała się odprawić Msze św. – pierwszą śpiewaną, dwie następne ciche.

„Jest nam bardzo dobrze w tej ubożuchnej kapliczce, bez jednego kwiatka, z dymiącymi, lichymi świecami, wobec Chrystusa, który chciał być z nami w tym dniu” – zanotował później prymas. I reflektował: „Najskuteczniejszą drogą do zwalczenia w sobie smutku jest wspomnienie na mądrość, dobroć, miłość i doskonałość Boga, którego wszystkie dzieła są doskonałe. A więc i te, które mnie dotyczą. W każdym czynie Boga jest tylko mądrość, tylko dobroć, tylko miłość. Może nie rozumiem ich do końca, może myślę zaledwie promykami świateł. Ale pełna światłość objawia się, gdy rozumiem sens działania Bożego”.

Dwa miesiące później za „obozowe” mury dotarły pierwsze od czasu aresztowania wiadomości ze świata. Przez cały ten czas prymas nie miał dostępu do prasy, o radiu nie wspominając. Z listów od rodziny wycinano wszystko, co wydało się cenzorom podejrzane. Kardynał nie wiedział co dzieje się w Polsce, w Kościele, na świecie. We wspomnianym lutym ks. Skorodeckiemu pozwolono na widzenie z ojcem i to on przywiózł wiadomość o usuwaniu księży ze szkół, nękaniu zakonów, utrudnianiu obsadzania stanowisk kościelnych. „Nadzieja na to, że moje uwięzienie powstrzyma wyniszczanie Kościoła, zaczyna blednąć” – napisał gorzko kard. Wyszyński.

Wkrótce nadeszła kolejna zła wiadomość. Jego ojciec miał wylew. Prymas natychmiast poprosił o pozwolenie na widzenie. W odpowiedzi tydzień później usłyszał, że ojciec czuje się lepiej i wychodzi ze szpitala.

Wstań, dobrze ci to zrobi

Kard. Wyszyński był przetrzymywany w Prudniku do października 1955 roku. Pod koniec pobytu rygor znacznie zelżał. Więźniów nie pilnowano już tak starannie, a nawet zaczęto im dostarczać gazety. Odwilż była wyraźna, nie oznaczała jednak uwolnienia.

28 października kard. Wyszyński został poinformowany o zmianie miejsca pobytu. Miał zostać przeniesiony do klasztoru Sióstr Nazaretanek w Komańczy, gdzie mógł się swobodnie poruszać. Ks. Skorodecki i s. Leonia mieli zostać zwolnieni. „Taka jest obecnie linia postępowania” – oświadczył funkcjonariusz UB.

Z chwilą przywiezienia kard. Wyszyńskiego do Komańczy zmienił się status tego miejsca. Miejscowość została włączona do pasa przygranicznego, co oznaczało, że można się było do niej dostać jedynie po okazaniu przepustki. Sam prymas tak wspominał pierwsze chwile spędzone w nowym miejscu: „Na spotkanie wybiegła jakaś pani, która – jak się później okazało – przybyła tu dziś rano, aby uprzedzić siostry o moim przybyciu i przygotować mieszkanie (…) Tym razem klasztor jest z prawdziwego zdarzenia. Obszerny dom, prowadzący normalne, życie klasztorne, z prawdziwymi siostrami zakonnymi, które nie są więźniarkami, i z własnym, zakonnym trybem życia”.

Po dwóch miesiącach życia wśród sióstr kard. Wyszyński zanotował w swoim dzienniku ciekawą refleksję, której echa wielokrotnie pojawiały się w jego późniejszym życiu i posłudze: „Z woli Bożej jestem znowu wśród gromady kobiet. Zapamiętam sobie: ilekroć wchodzi do twego pokoju kobieta, zawsze wstań, chociaż byłbyś najbardziej zajęty. Wstań, bez względu na to, czy weszła matka przełożona, czy siostra Kleofasa, która pali w piecu. Pamiętaj, że przypomina ci ona zawsze Służebnicę Pańską, na imię której Kościół wstaje. Pamiętaj, że w ten sposób płacisz dług czci twojej Niepokalanej Matce, z którą ściślej jest związana ta niewiasta niż ty. W ten sposób płacisz dług wobec twej rodzonej Matki, która ci usłużyła własną krwią i ciałem... Wstań i nie ociągaj się, pokonaj twą męską wyniosłość i władztwo... Wstań nawet wtedy, gdyby weszła najbiedniejsza z Magdalen... Dopiero wtedy będziesz naśladować Twego Mistrza, który wstał z Tronu po prawicy Ojca, aby zstąpić do Służebnicy Pańskiej... Wtedy dopiero będziesz naśladował Ojca Stworzyciela, który Ewie na pomoc przysłał Maryję... Wstań, bez zwłoki, dobrze ci to zrobi”.

Śluby miliona

Pobyt w Komańczy znacznie różnił się od dotychczasowego „obozowego” życia w Stoczku i Prudniku. Prymas mógł przyjmować gości i prowadzić w miarę normalny tryb życia. Nie był już objęty dozorem Służby Bezpieczeństwa. W listopadzie odwiedzili go biskupi: Michał Klepacz pełniący od chwili aresztowania kard. Wyszyńskiego obowiązki przewodniczącego Episkopatu Polski oraz Zygmunt Choromański. Wraz z nimi przyjechał ojciec kardynała. Witali się na kolanach.

W marcu 1956 r. zmarł Bolesław Bierut. Nowy pierwszy sekretarz Edward Ochab ogłosił oczyszczenie z zarzutów członków partii prześladowanych w czasach stalinowskich m.in. Władysława Gomułki. W maju prymas skończył pracę nad tekstem Ślubów Narodu Polskiego przygotowywanych z okazji 300-lecia ślubów Jana Kazimierza. Miesiąc później wybuchł Poznański Czerwiec. Robotnicy wystąpili przeciwko władzy ludowej – dla komunistów był to szok, do którego oczywiście się nie przyznali. W sierpniu spadł na nich kolejny cios.

Na Jasnej Górze blisko milion Polaków odnowiło śluby króla Jana Kazimierza, deklarując w ten sposób przywiązanie do wiary i Kościoła. Fotel prymasa był wymownie pusty. W październiku do władzy doszedł Gomułka. Wśród Polaków zabłysła nadzieja na zmiany. Trzy dni po plenum, na którym wybrano nowego sekretarza PZPR, wiecujący na jego cześć tłum zaczął domagać się uwolnienia prymasa. Towarzysz Wiesław zadośćuczynił oczekiwaniom społeczeństwa. 26 października w Komańczy zjawili się przedstawiciele rządu, którzy oświadczyli, że konieczny jest jak najszybszy powrót prymasa do Warszawy. W czasie rozmowy ustalono konieczność zniesienia dekretu o obsadzaniu stanowisk kościelnych oraz przestrzegania zasad Konkordatu w sprawie nominacji biskupich i innych urzędów kościelnych. Jak się później okazało, wszystkie składane wówczas obietnice swobód religijnych były pisane patykiem na wodzie. Pierwsze symptomy niesłowności nowych władz pojawiły się już wkrótce, podczas rzekomych wolnych wyborów.

Za paciorki szeptane

Kard. Stefan Wyszyński wrócił do domu 28 października 1956 roku. Pod rezydencją zebrały się tłumy wiernych. Mimo zmęczenia wyszedł na balkon, by im pobłogosławić. Tego samego dnia wysłał telegram do Piusa XII z wiadomością o objęciu na powrót obowiązków w archidiecezji gnieźnieńskiej i archidiecezji warszawskiej. Przygotował także krótki list do wiernych i duchowieństwa:

„Zaciągnąłem wielkie długi wobec was wszystkich, Dzieci Boże, gdyż wspierałyście mnie nadprzyrodzoną mocą waszej wiary, niezachwianą ufnością, miłością bezgraniczną, tragicznie wytrwałą modlitwą, wyrzeczeniami, a nawet gotowością do złożenia ofiary z życia za Kościół Boży – pisał.

„Pragnę spłacić mój dług wszystkim! Wam, małe dziateczki, dziękując za paciorki w mojej intencji szeptane. Wam, młodzieży polska, zwłaszcza spod znaków akademickich, która okazała mi tyle pamięci i serca. Wam, Robotnicy, którzy wołając o poszanowanie swoich praw z taką godnością i dojrzałym spokojem, nie zapomnieliście o tym, że nie samym chlebem żyje człowiek (…) Wam, Rodzice katoliccy, którzy wraz z dziatwą waszą każdego wieczoru na kolanach wołaliście do wspólnego Ojca naszego. I Wam najmilsi Bracia Kapłani, diecezjalni i zakonni oraz Siostry tylu rodzin zakonnych, których modlitwy i umartwienia tak zwycięskie są w obliczu Boga (…) A spłacić mogę dług jedynie gorętszą modlitwą ku wam, jeszcze gorliwszą służbą pasterską i oddaniem dziełu zjednoczenia wszystkich, których ożywia pragnienie miłości, sprawiedliwości i pokoju Bożego” – pisał prymas.

Kard. Stefan Wyszyński służył gorliwie Kościołowi i Ojczyźnie do chwili śmierci 28 maja 1981 roku. W grudniu 2017 roku Stolica Apostolska wydała dekret o heroiczności cnót prymasa. Dekret taki jest orzeczeniem Kościoła, że Sługa Boży cieszy się sławą świętości i heroiczności cnót. To oficjalny głos Kościoła, że dana postać jest w chwale błogosławionych i że może być beatyfikowana.

Tagi:
kard. Stefan Wyszyński

Jasnogórski Instytut Maryjny zainicjował nowy cykl spotkań o Prymasie Wyszyńskim

2019-02-15 15:03

mir/ Radio Jasna Góra / Częstochowa (KAI)

Jasnogórski Instytut Maryjny zainicjował nowy cykl spotkań o Prymasie Tysiąclecia kard. Stefanie Wyszyńskim „Prymas Jasnogórski – w drodze na ołtarze”. Wieczorem, 14 lutego, w jego ramach odbyła się prezentacja książki „Człowiek niezwykłej miary”.

BP KEP

Jasnogórskie spotkania to jedna z form przygotowania do beatyfikacji Prymasa Tysiąclecia – tłumaczy o. Mariusz Tabulski. Dyrektor Jasnogórskiego Instytutu Maryjnego dodał, że jest to także wyraz wdzięczności paulinów Prymasowi Tysiąclecia, który całe swoje życie i służbę Kościołowi zawierzył Maryi Jasnogórskiej.

5 sierpnia 1924 roku odprawił w Kaplicy Matki Bożej Mszę św. prymicyjną i modlił się, aby przynajmniej przez jeden rok mógł służyć Kościołowi jako kapłan. „Matka Boża dodała mu sił, uzdrowiła go i uczyniła tego cherlaka, tytanem polskiego Kościoła” – przypominają paulini.

Także w Sanktuarium w 1946 roku, Prymas Polski kard. August Hlond udzielił mu sakry biskupiej. „Po konsekrację biskupią pojechałem na Jasną Górę. Odtąd już życie moje związane jest tym miejscem” – napisał Prymas Wyszyński kilka lat później w Zuzeli.

Na Jasnej Górze powstały jego wielkie „projekty duszpasterskie” znane jako Wielka Nowenna, nawiedzenie parafii przez kopię Cudownego Obrazu Matki Bożej w kraju i poza jego granicami, czuwania soborowe z Maryją Jasnogórską, Milenijny Akt Oddania Polski w Macierzyńską Niewolę Miłości za wolność Kościoła.

Cykl spotkań został zainicjowany 14 lutego, bo to właśnie 14 lutego 1953 r. w trudnym okresie zmagań z komunistycznym reżimem, kiedy władze mocno napierały, aby wpływać na obsadzenie stanowisk kościelnych, Prymas po Mszy św., po modlitwie, wobec najbliższego otoczenia przed Kaplicą na ul. Miodowej powiedział: „Już jestem spokojny, wszystko postawiłem na Maryję Jasnogórską, już się o nic nie martwię. Ona ma w rękach naszą Ojczyznę, Kościół i każdego Polaka”.

Nowy cykl rozpoczęła prezentacja książki „Człowiek niezwykłej miary. Stefan Kardynał Wyszyński w świetle wypowiedzi św. Jana Pawła II oraz własnych”.

- „Książka jest rodzajem autobiografii – wyjaśniał o. Mariusz Tabulski - odsłania skarbnicę potężnych nurtów wielkości i świętości Czcigodnego Sługi Bożego Stefana Kardynała Wyszyńskiego. Szczególny wymiar nadają jej wypowiedzi św. Jana Pawła II i jego osobiste świadectwo o Prymasie Tysiąclecia, będące wyrazem przyjaźni dwóch wielkich Polaków. Łączyła ich jedność w posługiwaniu – autentyczna troska o losy człowiek i świata, umiłowanie Boga, Kościoła i Ojczyzny oraz ufne i synowskie zawierzenie Matce Najświętszej”.

To drugie wydanie wzbogacone o dużą ilość fotografii archiwalnych, pierwsze wydanie ukazało się bez ilustracji tuż po śmierci Prymasa.

W spotkaniu uczestniczyli redaktorzy książki oraz zaproszeni goście specjalni: ks. dr Aleksander Ziejewski, przewodniczący Trybunału zbadania cudu za wstawiennictwem kard. Wyszyńskiego. "On jest nam tak bardzo potrzebny jako wielki autorytet, jako człowiek z zasadami. Dziś w świecie, gdy wszystkie zasady są łamane, on jest dla nas wzorem miłości do Boga i do człowieka, do każdego dziecka i do całego Kościoła" – wyraził nadzieję ks. Ziejewski.

Patronat nad wydarzeniem objęli: Jasnogórski Instytut Maryjny, Instytut Prymasa Wyszyńskiego, Stowarzyszenie „Civitas Christiana”, Tygodnik Katolicki „Niedziela”, Radio Jasna Góra i Biuro Prasowe Jasnej Góry.

Kolejne spotkanie w ramach cyklu „Prymas Jasnogórski – w drodze na ołtarze” odbędzie się w Instytucie Maryjnym 25 marca.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Jestem od poczęcia

Tomasz Kozłowski: obraz Matki Bożej Jasnogórskiej pochodzi z Bełza na Ukrainie

2019-02-17 09:13

pab / Warszawa (KAI)

O Madonnach dawnej archidiecezji lwowskiej mówił Tomasz Kuba Kozłowski z Domu Spotkań z Historią w Warszawie podczas prelekcji wygłoszonej w Muzeum Narodowym Ziemi Przemyskiej. Badacz historii Kresów przytoczył dzieje obrazów, które przez lata przyjmowały kult na terenie dawnej Rzeczpospolitej. Przypomniał, że czczony na Jasnej Górze słynny wizerunek Matki Bożej pochodzi z Bełza, znajdującego się obecnie na Ukrainie, zaledwie 4 km od granicy z Polską.

Prelekcja Tomasza Kozłowskiego byłą swego rodzaju pielgrzymką do dawnych miejsc kultu maryjnego na Kresach wschodnich. Rozpoczął od obrazu Matki Bożej Łaskawej z katedry lwowskiej. To przed jej obliczem król Jan Kazimierz 1 kwietnia 1656 r. złożył śluby, oddając Rzeczpospolitą pod opiekę Matki Boskiej, którą nazwał Królową Korony Polskiej. Wzorując się na tym wydarzeniu, prymas Polski kard. Stefan Wyszyński napisał tekst Ślubów Jasnogórskich, które episkopat Polski wraz z wiernymi złożył 26 sierpnia 1956 r.

Obecnie oryginał tego obrazu znajduje się w skarbcu na Wawelu, natomiast jego dwie wierne kopie przyjmują cześć w konkatedrze w Lubaczowie i w archikatedrze we Lwowie.

Następnie Kozłowski przedstawił obraz Matki Bożej Jasnogórskiej, który – jak przypomniał – pochodzi z Bełza, jednego z najstarszych grodów Ziemi Czerwieńskiej. – Książę Władysław Opolczyk w 1382 roku wywiózł, już wówczas słynący cudami obraz Czarnej Madonny, umieszczony na bełskim zameczku, na Jasną Górę. Od tego czasu kojarzymy go niemal wyłącznie z Częstochową i Jasną Górą – mówił. – Gdybyście przeprowadzili państwo ankietę na ulicach polskich miast, to nikt by nawet nie wpadł, że Czarna Madonna gdzieś z Kresów pochodzi – dodał.

– Jeszcze na początku XX wieku na ryngrafach, medalikach, pamiątkowych medalach umieszczano informację o bełskiej proweniencji obrazu Matki Bożej Częstochowskiej. Ale od roku 1951, odkąd Bełz nie znajduje się już w granicach Rzeczypospolitej, związek terytorialny Matki Bożej Częstochowskiej z tą częścią ziem dawnej Rzeczpospolitej, była nader rzadko przypominana – przyznał.

Prelegent przypomniał też legendę, według której namalowanie obrazu przypisuje się św. Łukaszowi Ewangeliście, który wizerunek Maryi miał wymalować na blacie stołu w Jej domu w Nazarecie. Dopiero potem obraz został przeniesiony do Konstantynopola, a potem na Ruś Halicką i do Bełza, a stąd wreszcie na Jasną Górę.

Koordynator programu Warszawska Inicjatywa Kresowa opowiedział także o Matce Bożej Sokalskiej, który był jednym z najstarszych wizerunków maryjnych czczonych w Polsce. Oryginalnie namalowany na desce cyprysowej na wzór obrazu częstochowskiego, powstał w latach 90. XIV wieku. Przed nim modlił się m.in. król Jan III Sobieski. 8 września 1724 r. obraz Matki Bożej Sokalskiej został ukoronowany. W 1843 r. oryginalny obraz spłonął w pożarze kościoła i zabudowań klasztornych. Oficjalna kopia została koronowana i obecnie znajduje się w Hrubieszowie, gdzie erygowano Sanktuarium Marki Bożej Sokalskiej.

Kozłowski mówił także o Jazłowcu, gdzie marmurowy posąg Matki Bożej koronowano w lipcu 1939 roku; klasztorze dominikanów w Podkamieniu, w którym przed wizerunkiem Matki Bożej Śnieżnej klękali polscy królowie i świątyni dominikanów w Czortkowie, gdzie znajdował się obraz Matki Bożej Różańcowej. Opowiedział także o wizerunku Matki Dobrej Drogi czczonej w Kochawinie koło Stryja oraz Matki Boskiej Łaskawej, będącej kopią Madonny Częstochowskiej, z kościoła ormiańskiego w Stanisławowie.

Wszystkie te obrazy cieszyły się dużym kultem do XX wieku. Najtragiczniejsza w skutkach była II wojna światowa. Po zmianie granic, wizerunki maryjne z dawnej archidiecezji lwowskiej zostały przewiezione do Polski i umieszczone w kościołach w różnych regionach kraju.

Spotkaniu towarzyszyła wystawa Stanisława Szarzyńskiego pt. „Pamięć i Wiara. Kościoły na Kresach dawnej Rzeczypospolitej”.

Organizatorami prelekcji byli: Muzeum Narodowe Ziemi Przemyskiej, Stowarzyszenie Pamięci Polskich Termopil i Kresów oraz Klub Inteligencji Katolickiej w Przemyślu.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Kamil Bednarek: Lubię dawać siebie

2019-02-18 02:13

Agnieszka Bugała

Sukces może zmienić ludzkie serce i przyjaciół wokół – ale on sobie z tym poradził. Jest niekwestionowaną gwiazdą polskiej sceny muzyki reggae. Pisze, komponuje, wciąż się uczy. I ścisza głos, gdy mówi o domu, o przyjaźni, miłości i… o babci.

Paweł Bugała
Kamil Bednarek z dziennikarką Niedzieli Agnieszką Bugałą

Z Kamilem Bednarkiem rozmawia Agnieszka Bugała

Agnieszka Bugała: Kamil, już niebawem, bo 1 lutego premiera płyty „MTV Unplugged”. Dołączyłeś do listy niewielu artystów, którzy dostali szansę nagrania swoich utworów w aranżacjach akustycznych.

Kamil Bednarek: To było dla mnie i zespołu muzyczne wyzwanie i wyróżnienie, bo rzeczywiście, nie każdy dostaje propozycję realizacji takiego projektu. Zmobilizowaliśmy się, włożyliśmy mnóstwo pracy – odbyło się aż 40 prób, by wszystko brzmiało dobrze – i ten wysiłek się opłacał. Dzięki temu byliśmy przygotowani, choć nie ukrywam, że nigdy jeszcze nie czułem tak ogromnego stresu przed koncertem. Dzięki temu, jeśli chodzi o tremę przed koncertem, znów przesunęła mi się granica strachu. Mimo tego, że gram już od 10 lat, to zdarzało się, że stres się pojawiał. Teraz jestem spokojniejszy, raczej wyciszony, pewny siebie – jeśli chodzi o strach przed reakcją stresową. Udział w tym projekcie bardzo nas, jako zespół, rozwinął, podniósł poziom naszego grania.

Zawsze marzyłeś, by zagrać z orkiestrą…

Tak, a muzyczna oprawa tego projektu mnie zachwyciła. Mieliśmy kwartet smyczkowy, chórki – niezwykła przygoda. I byli też goście. W projekcie wziął udział Igor Herbut, Kuba Badach, Karolina Artymowicz, w sumie, z nami, aż 15 osób na scenie. Aranże są świeże – muzyka znana z radia brzmi w tej oprawie zupełnie inaczej. Zagrałem też na saksofonie.

A perkusja i gitara? Bo to Twoje muzyczne wyzwania instrumentalne…

Tak, perkusję też odpaliłem! Wcześniej nie grałem na niej śpiewając jednocześnie, dlatego stres sięgał zenitu, ale udało się, więc satysfakcja jest ogromna. Nie mogę się doczekać, kiedy będę mógł to zobaczyć. Scena była piękna, piękne wizualizacje – pierwszy raz kręcono ten unplugged techniką filmową, więc przetarliśmy szlaki, jeśli chodzi o sposób nagrywania koncertu.

Gratulacje, czekam!

Dziękuję, zatem czekamy razem!

A teraz trochę cofniemy się w czasie, dobrze? Podobno w chwili, gdy w finale „Mam Talent” zająłeś drugie miejsce i zaczął się w Polsce szał na Bednarka, to sołtys Lipek, Twojej rodzinnej miejscowości, pan Władysław Świerczek martwił się, że Warszawa Cię zepsuje. Zepsuła?

Pozdrawiam, Panie Zdzichu!!! Nie, wiesz, ja zostałem w rodzinnych stronach – to jedna sprawa. Druga, że to chyba nie miasto może zepsuć, ale my sami, gdziekolwiek byśmy byli, jeśli nie wyznaczymy sobie granic i celu. Sława na pewno ma to do siebie, że może zniszczyć, zwłaszcza wnętrze człowieka. Trzeba zachować trzeźwe myślenie i dystans do tego, co się robi – nawet, jeśli to jest spełnienie marzeń. Nic nie trwa wiecznie, sława i sukces mogą się szybko skończyć. Pytanie, co wtedy? Dla mnie zawsze najważniejsi byli ludzie i starałem się okazywać im szacunek. Wiem, że dobro wraca. Staram się też, aby to, co robię było zgodne ze mną, żebym nie musiał się wstydzić. Najgorszy był dla mnie ten moment, gdy nagle, niemal z dnia na dzień, z osoby anonimowej stałem się rozpoznawalny. Zakupy zaczęły być problemem, przestałem chodzić do klubów – to, co się wydarzyło postawiło przede mną konieczność ułożenia świata wokół siebie od nowa. Zabrałem się do roboty.

Miałeś 19 lat, świat legł Ci u stóp…

Dostałem lekcję. Nabieranie dystansu do siebie, w nowych okolicznościach, pozwoliło mi skorygować wiele własnych wad, na które wcześniej nie zwracałem uwagi. Musiałem też nauczyć się słuchać ludzi – i uznać, że nie zawsze to, co o mnie mówią, albo czego chcą jest prawdą i jest dobre. Spotkałem ludzi, którzy chcieli wykorzystać przyjaźń, wizerunek, czasem nawet podpiąć się pod sukces, uśpić czujność, a potem po prostu wyciągnąć z tego korzyści dla siebie. Ale myślę, że tak jest nie tylko w branży muzycznej. Czy się zepsułem? Nie czuję, aby ten czas, który minął i zdobyte doświadczenia jakoś szczególnie mnie zmieniły. Wciąż lubię ludzi, choć może mam większy dystans, szanuję ich i robię swoje.

Pracujesz intensywnie od dekady – nowe płyty pojawiają się systematycznie i za każdym razem są sukcesem. Wielu Twoich rówieśników, po takim sukcesie, mogłoby powiedzieć: Pass, teraz odcinam kupony.

Staram się wciąż rozwijać, ale rzeczywiście, pracuję bardzo intensywnie. Doświadczyłem też momentów braku inspiracji, takiej suszy, w której nic nie rośnie. Wciąż uczę się balansu – bo gdy coś robię, to angażuję się cały i to mnie spala. Po koncercie zazwyczaj przez godzinę piszę autografy, każdy z fanów chce, aby traktować go szczególnie, wyjątkowo. Staram się. Lubię oddawać siebie, przecież to dla nich i dzięki nim gram.

A jak odpoczywasz?

Uwielbiam naturę, stare samochody – to mnie relaksuje i w taki sposób odpoczywam, dlatego często przesiaduję ze znajomymi w garażu i coś dłubię. Odpoczywam też w studiu.

No właśnie, bo masz już swoje studio nagrań i utwory do albumu „Talizman” nagrałeś już u siebie?

W części, wokale były nagrane u mnie, instrumenty wtedy jeszcze nie. Ale teraz udało się wreszcie zebrać te instrumenty, których potrzebuję i mogę zamykać się do pracy w miejscu, w którym dobrze się czuję. Sąsiedzi też chyba nie narzekają, bo staraliśmy się wszystko dobrze wyciszyć. Lubię pracować w nocy, wtedy lepiej słyszę, zmysły się odpalają, człowiek się wycisza i może usłyszeć coś, co przychodzi.

A jak powstają piosenki Kamila Bednarka? Bo są dwie ścieżki tego, co robisz: muzyka i tekst. Zachwyt muzyką mamy już omówiony, więc przejdźmy do tekstów piosenek. To, co piszesz, to nie jest tekściarstwo, wiele sformułowań w Twoich piosenkach to poetyckie obrazy i wersy. Ja mam kilka ulubionych, np. gdy piszesz o „brudnym sercu na loopach”…

Przecież to są proste teksty…

Poezja jest prosta, co nie znaczy, że łatwo przychodzi. Czy wiesz, jakie jest najczęściej pojawiające się słowo w Twoich piosenkach?

Oddycham?

Tak, właśnie to! Piszesz i śpiewasz: Oddycham - sobą, tobą, powietrzem, życiem…

Był taki okres, że wszystkim oddychałem. Albo może odetchnąłem, po wielu zawirowaniach, i mogłem zacząć świadomie oddychać i cieszyć się wszystkim, co robię. Teraz jestem niezależny – dzięki temu, że mam już swoją wytwórnię – zasypiam spokojnie, nie jestem ograniczany w tym, co chcę przekazywać moją muzyką.

Zrobiłeś kiedyś zdjęcie i podpisałeś je: Trzy kobiety mojego życia. Pamiętasz?

Tak! To była mama, siostra i babcia.

A to prawda, że pierwszą płytę nagraliście dla babci? Ty i Twoje rodzeństwo?

Byliśmy dzieciakami, podpiąłem klawisze do komputera i nagraliśmy piosenki, które babcia bardzo lubiła. To były stare piosenki, śpiewaliśmy je dla niej jako maluchy. Stawaliśmy w rzędzie i były przepychanki: Nie ty, teraz ja śpiewam! Każdy miał swój kawałek, a ona słuchała. Wiesz, jak słucha ktoś, kto kocha bezgranicznie? No to właśnie tak.

Co było na tej płycie?

O, na przykład: „Ładne oczy masz, komu je dasz”! (Kamil śpiewa)

Piękna historia… Kim jest babcia dla Kamila Bednarka?

Wiesz, babcia jest dla mnie drugą mamą. Mieszka w Bychawie, pod Lublinem, to mama mojej mamy. Wszystkie wakacje, ferie i czas wolny spędzaliśmy u niej, dawała nam dużo miłości, dużo ciepła. Czułem się tam, jak w domu. Często było tak, że nie chcieliśmy wracać do domu, bo u babci najlepiej! Szarlotki, pyszne jedzonko, które robiła dla nas… W domu też było dużo miłości, ale wiadomo, u babci najlepiej. W ciągu roku mam mało czasu, aby tam jeździć tak często, jakbym chciał, ale w styczniu mam trochę wolnego, więc na pewno ją odwiedzę. Z jej domem, z tym miejscem wiąże się mnóstwo miłych wspomnień. Tam zawsze spadało dużo śniegu i my, ubrani w jakieś kożuszki, zjeżdżaliśmy na dużych workach z górki…

A wiesz, że mówisz pięknie?

Rodzina to jest bezgraniczna miłość. Tego nie da się kupić. Niezależnie od tego, jak potoczy się los – czy będziesz świętować sukces, czy poniesiesz wielką porażkę – wiesz, że to jest szczere, że tam jest prawda. Kochają cię takim, jakim jesteś, a gdy ci coś nie wychodzi, to wspierają, bo wiedzą jak do ciebie dotrzeć, mają klucz. Ale rodzina to nie tylko więzy krwi. Mam trójkę przyjaciół, nie jesteśmy spokrewnieni, ale są dla mnie jak rodzina, bo zachowują się jak rodzina. Zawsze mogę liczyć na ich wsparcie,

Czyli taka wizja: Za pół wieku Kamil Bednarek, siwe dredy, domek w lesie, mnóstwo wnuków wokół pasuje Ci?

O tak, oby, życz mi tego! Jeszcze jakieś studyjko, żebym mógł trochę pograć. I najlepiej, żeby mówili: Dziadek, zagraj coś!

Ale to ładne marzenie…

Oby się spełniło!

A chodzisz jeszcze na lekcje śpiewu?

Tak, poprawiam emisję głosu.

A jest Ci to w ogóle potrzebne?

Gdyby nie było, to pewnie nie musiałbym już śpiewać nic nowego, to by znaczyło, że jakoś się wyczerpałem, a ja mam jeszcze dużo takich marzeń muzycznych, których mój obecny głos nie jest w stanie odmalować. Wyobrażam sobie jak może brzmieć mój głos i chcę to osiągnąć. Schowałem do szuflady kilka takich rzeczy, których na tym etapie nie jestem w stanie zaśpiewać. Ale spokojnie, nie zrażam się tym odkryciem. Z głosem jest jak z mięśniem – trzeba ćwiczyć, szlifować i rozwijać. Im więcej ćwiczysz, tym więcej możesz z siebie dać. Wiem, że miałem dużo szczęścia w mojej muzycznej przygodzie, ale jeszcze długa droga przede mną, zanim powiem sobie, że zrobiłem już wszystko, co zamierzałem. Teraz powinienem wykorzystać całą moją energię na poznawanie ludzi, na poznawanie nowych gatunków muzycznych, a potem transponowanie tych odkryć do mojej muzyki. Tak będzie z następną płytą – trochę więcej opowiem o świecie.

Już masz komplet utworów?

Mam komplet i nadwyżkę na dwie płyty, ale wciąż coś dopisuję. Pisząc kawałek wychodzę ze studia z jakimś zarysem piosenki – jest linia, ale gdy zamknę oczy widzę coś jeszcze, ten proces trwa. Często zdarza się też tak, że piosenki przychodzą w czasie spotkań z przyjaciółmi. „Chwile jak te” powstały w czasie wieczoru kawalerskiego mojego szwagra: wziąłem gitarę do ręki, zobaczyłem ludzi, których dawno nie widziałem, a bardzo ich lubię – i zabrzmiało, że to są „takie chwile, jak te”. Tworzenie piosenek nie zawsze wymaga kompletnej ciszy, izolacji, czasem czujesz radość i wyrzucasz ją z siebie – i masz piosenkę.

Śpiewałeś w projekcie „Polskie Betlejem”, wcześniej wziąłeś udział w poznańskim koncercie z okazji rocznicy wybuchu Powstania Wielkopolskiego…

I jeszcze 11 listopada, na Stadionie Narodowym z okazji 100- lecia odzyskania przez Polskę niepodległości. Cieszyłem się, że mnie zaproszono. Nastrój, emocje, które się wyzwalały – to było prawdziwe święto.

I masz orła na piersi…

Zawsze jest. Jestem patriotą – nie fanatycznym – ale jestem dumny, z naszej historii, z naszych przodków, z tego co zrobili dla Polski, ale też dla świata. Nie odpuściliśmy nigdy i za to jestem im wdzięczny. Mamy potencjał wojowników, dlatego, gdy nie mamy z kim walczyć na zewnątrz, często zaczynamy walczyć ze sobą.

Podobała mi się ta rozmowa…

Ja też Ci za nią bardzo dziękuję…

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Akcja dom

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem