Reklama

Hiszpania: w Madrycie żyje ponad 2000 bezdomnych

2018-12-11 21:24

mz (KAI/AyO) / Madryt

Graziako

W Madrycie żyje ponad 2000 bezdomnych, wynika z szacunków organizacji społecznych współpracujących ze sobą w dziedzinie zwalczania ubóstwa, m.in. Caritas. Autorzy badania twierdzą, że wiele z wcześniej przeprowadzonych statystyk wskazywało na około 5000 osób mieszkających bez dachu nad głową w stolicy Hiszpanii. Okazało się jednak, że dane te nie były prawdziwe, gdyż uwzględniały m.in. osoby, które mieszkają w ośrodkach charytatywnych, w tym w instytucjach prowadzonych przez Kościół katolicki.

Szacuje się, że na ulicach Madrytu większość bezdomnych stanowią samotni mężczyźni nie posiadający hiszpańskiego obywatelstwa. Zazwyczaj mają oni około 40 lat i od co najmniej roku żyją na ulicy.

Głównym powodem bezdomności w hiszpańskiej stolicy jest brak pracy. Na problem ten wskazuje 63 proc. osób bezdomnych w Madrycie. Z kolei 26 proc. twierdzi, że do życia na ulicy zmusił ich brak pieniędzy.

Reklama

Z danych rządu Hiszpanii wynika, że w zamieszkałym przez ponad 46 mln osób kraju żyje w biedzie ponad 4 mln osób.

Tagi:
bezdomni

Bezdomność jak wada serca

2019-03-06 10:17

Katarzyna Woynarowska
Niedziela Ogólnopolska 10/2019, str. 22-24

W styczniu było ich 40, w większości mężczyzn. Najtrudniejsze przypadki. Ludzie odrzucający niemal każdą formę pomocy. Lokatorzy tzw. miejsc niemieszkalnych. Zniszczeni nałogiem, wyrzuceni przez rodziny, dawni więźniowie, na których na wolności nie czeka już nikt. Rozmaitość losów, typów, charakterów. Niektórzy na ulicy od lat, inni pojawiają się raptownie i równie nagle znikają

Z archiwum Jana Strączyńskiego
Streetworkerzy starają się „ogarnąć” czyjąś biedę i zracjonalizować pomoc

Co społeczeństwo oferuje ludziom bez dachu nad głową? Schroniska, ogrzewalnie, jadłodajnie, punkty dziennej pomocy oraz wydawania żywności i używanej odzieży. Dla tych, którzy zdobędą się na wykonanie następnego kroku, prowadzi się programy wychodzenia z bezdomności, terapie odwykowe i psychologiczne, pomoc w znalezieniu pracy, wreszcie mieszkania treningowe, w których uczą się z pomocą asystentów samodzielnego, czytaj: odpowiedzialnego, życia.

Praca ta wykonywana jest przez pracowników socjalnych i wolontariuszy. Na dole tej piramidy – albo na samej górze, jak kto woli – są streetworkerzy. W wolnym tłumaczeniu – uliczni pomagacze, ludzie dotykający własnymi rękami najgorszej ludzkiej biedy, najboleśniejszego zagubienia. Zdumiewająco opanowani, wytrzymali i skuteczni. Pozwolili mi towarzyszyć sobie podczas jednego z codziennych patroli.

Jan Strączyński*, od 6 lat uliczny pomagacz, wyjaśnia mi na początku, co oznacza „miejsce niemieszkalne”. Pójdziemy więc szlakiem domów przeznaczonych do rozbiórki, mostów, schodów, piwnic, garaży, kanałów ciepłowniczych, szop, namiotów, altan śmieciowych, krzaków na skwerach itd.

Trzeba się trzymać podstawowej zasady: nigdy nie chodzi się samemu – zawsze dwójka streetworkerów i dobrze, by jednym z nich była kobieta. Dołączam więc do Janka i Aleksandry. Jan ma dwie ksywki: „Duracell” i „Anioł”. Pierwsza nawiązuje do nazwy baterii o przedłużonym działaniu – co dobrze opisuje energię i wytrzymałość tego drobnego mężczyzny. Powodu, dla którego bezdomni mówią o nim „Jan Anioł”, podawać chyba nie trzeba. Aleksandra na co dzień pracuje w schronisku dla bezdomnych. Ulicznym pomagaczem staje się w wolne dni.

Kolejna zasada to plan działania. – Robimy zarys dnia, choć nigdy do końca nie wiadomo, co przyniesie życie. Jeśli natkniemy się na kogoś wymagającego natychmiastowej pomocy, skupiamy się na nim. Przede wszystkim ratujemy życie – mówi Janek.

– A co, jeśli wbrew logice bezdomny odmawia pomocy? – pytam.

– Nie wolno go opuścić. Przynosimy więcej koców, zasłaniamy nimi wybite okna w pustostanach, przychodzimy regularnie, aby sprawdzić, czy sytuacja nie zmieniła się na gorsze.

– A rozpalacie ognisko w zimną noc?

– Jeszcze się nie zdarzyło, bo to często bywa przyczyną samospalenia w pustostanach. Zamiast tego możemy np. dostarczyć gorącą herbatę.

W ich własnym tempie

Stare miasto i zdezelowana chałupka przy jednej z bocznych uliczek. W środku na starych materacach troje ludzi. W czapkach, kurtkach i rozpadających się buciorach. Najmniejsza jest kobieta.

Pyskata Sylwia, która najwyraźniej rządzi resztą. Pod ścianą brodaty Andrzej, a obok Michał, recydywista ogarnięty nieustannym lękiem, że „przyjdą po niego” i wsadzą do więzienia. Pilnie potrzebuje oddziału detoksykacyjnego. Janek proponuje pomoc, ale warunek jest jeden. Chłopak ma być „wyzerowany”, czyli trzeźwy. Michał się zastanawia, mruczy coś pod nosem. W końcu obiecuje wytrzeźwieć do rana, choć chyba nie do końca wierzy w swoje deklaracje.

– Czasami trudno wyrwać kogoś z błędnego koła, ale próbować trzeba – tłumaczy Janek. – W pracy streetworkera ważny jest czas, który oddajemy bezdomnemu. Wszystko musi się odbywać w jego tempie i na warunkach wspólnie wypracowanego planu. Raz mieliśmy sytuację, gdy wszystko szło za dobrze. Wyciągnęliśmy mężczyznę z piwnicy, gdzie żył dwa lata, a jedzenie podbierały mu dzikie koty i szczury. Zgodził się umyć, dostał nowe ciuchy, ogolił się, zjadł śniadanie i... po trzech godzinach uciekł z powrotem do piwnicy. Nie trzymaliśmy się zasady „w jego własnym tempie”. Czasem z jedną osobą pracujemy lata. Niedawno jeden z naszych podopiecznych wprowadził się do pierwszego wynajętego przez siebie pokoju. Proces wychodzenia z bezdomności trwał w jego przypadku cztery lata. Takie historie nadają sens naszej pracy. No i wtedy, gdy uda się komuś uratować życie. Wtedy ta ciężka praca staje się najlepszą robotą na świecie!

Kolejny pustostan. Trwa namawianie na schronisko. Siedzimy w kucki, co skraca dystans do leżących na ziemi ludzi. Aleksandra wyjaśnia spokojnym, niemal cichym głosem: – Umyjecie się, dostaniecie czyste ciuchy, przebada was lekarz.

Bezdomni patrzą przed siebie w milczeniu. Po chwili zauważam spojrzenia wędrujące jak po sznurku ku butelce stojącej na środku stołu. Etykietka lekko mnie dezorientuje – ocet spirytusowy...?

– Taka butelka kosztuje na niedalekiej melinie kilka złotych. Spirytus niespożywczy, zwany przez konsumentów „ślepotką” – lub jak kto woli: „F-16” – przemycany jest m.in. ze Wschodu. Można go kupić na każdej polskiej melinie na kieliszki, na słoiki albo w wersji max – na butelki. Długotrwałe picie tego świństwa powoduje marskość wątroby i uszkodzenie wzroku – wyjaśnia Janek.

Jest też denaturat, zwany pieszczotliwie „dynksem” albo „dyktą”. Bywa rozcieńczany sokiem lub wodą. Największe zniszczenia czyni w organizmie picie „surówki”, czyli nierozcieńczonej „dykty”.

Nie znasz – nie oceniaj

Stereotypów na temat bezdomnych jest kilka – twierdzą uliczni pomagacze. Ich zdaniem, najbardziej krzywdzący to ten, że bezdomny przepił życie i na własne życzenie skończył na ulicy. A takich się nie żałuje, prawda? Okazuje się, że alkoholizm nie jest dominującą przyczyną bezdomności. Więcej jest bezdomnych, których wyrzuciła z domu rodzina albo którzy stracili dach nad głową z powodu nieporadności.

– Na przykład Antoni – opowiada Janek. – Jego rodzice sprzedali mieszkanie i wyjechali, nie zabierając dorosłego syna ze sobą. Antek wylądował na ulicy. Starał się ratować, układać sobie życie, ale ciągle coś szło nie tak. Po kilku próbach wreszcie udało się mu pomóc. Teraz radzi sobie samodzielnie... Inny przykład to Radek, który stracił dom w pożarze. Sam ocalał, mimo rozległych oparzeń. Na ulicy od ośmiu lat. Nieufny tak, że minął rok, nim udało się go namówić, by fotograf z Fundacji Świętego Barnaby zrobił mu zdjęcie do dowodu. Potem pomogliśmy mu dopełnić formalności. Wizyta u lekarza, orzeczenie o stopniu niepełnosprawności i stały zasiłek. Znalazł mieszkanie. Nigdy nie należy wątpić, że się uda...

Sprawdzamy skołtunione krzaki niedaleko trasy szybkiego ruchu, bo wczoraj nocował tam mężczyzna, którego nie udało się namówić na opuszczenie zarośli. Zaglądamy do węzła ciepłowniczego, pełnego potłuczonych butelek, śmieci i czegoś, o czym nie chcielibyście wiedzieć. Odwiedzamy też mały domek z oknami bez szyb, w którym na piętro wchodzi się po uszkodzonych schodach, a potem balansuje na legarach, by dostać się do siedliska bezdomnych, bo stropu już nie ma.

W każdym z odwiedzanych miejsc ślady czyjejś obecności. Zmiętolone kołdry, skołtunione śpiwory, stara odzież, butelki, słoiki, zwały śmieci. Janek opowiada, że czasem robi się zdjęcia takich miejsc, żeby mieć porównanie, czy w międzyczasie ktoś z nich korzystał. Ta rozpaczliwa bieda jest tak do siebie podobna, jakby ktoś nieustająco powtarzał tę samą scenografię.

Nim zacznie się piekło

Idziemy do Daniela. Janek precyzuje: „po Daniela”. Z mężczyzną od trzech dni dzieje się naprawdę źle. – Martwię się, co zastaniemy. Nie godzi się na wezwanie pogotowia ani na schronisko. Nie godzi się na nic. Wczoraj był tak odwodniony, że zjadał śnieg z moich butów, zanim poczęstowaliśmy go wodą – mówi Jan.

Wchodzimy do kolejnego opuszczonego domu. Wybite okna zatkane wyrwanymi z framug drzwiami. W środku wychudzony młody mężczyzna na zabrudzonym barłogu. Nie ma siły się podnieść ani opanować drżenia ciała. Ma spuchnięte ręce i siną twarz. Pompujemy w niego tyle słodkiej herbaty, ile wlezie. Organizm nie przyjmuje niczego. Daniel nie jadł od trzech dni, wypił za to kilka butelek denaturatu. Teraz ból jest tak dojmujący, że mężczyzna godzi się na wszystko – szpital, oddział odtruć, cokolwiek.

– Boję się – mówi nagle – boję się o nogi... Janek też. Widział je wcześniej i nie wyglądały dobrze. Sądząc po minach ulicznych pomagaczy, sytuacja jest poważna. Na ratunek ściągany jest br. Mariusz, kapucyn i streetworker z Caritas. Po chwili dwóch mężczyzn prowadzi, a raczej niemal niesie trzeciego, stawiającego powoli sztywne kroki.

Zawozimy Daniela do Centrum Wsparcia Dziennego. Węzeł sanitarny, czyste ciuchy i szansa na posiłek. Wolontariusze chcą go umyć, przebrać i pokazać lekarzowi. To, co widzą, sprawia, że wszystko zaczyna się dziać szybciej. Pojawia się młoda lekarka, także wolontariuszka. Nie obejdzie się bez szpitala.

Bezradny lekarz z SOR-u zwraca się do bezdomnego: – To znowu ty?! I co? Mam cię podleczyć, podratować kroplówką, a ty znów wrócisz na ulicę...

– Zastanawiacie się czasem, czy ta praca ma sens? – pytam, rozglądając się po kolejnym pustostanie ze śladami czyjejś obecności.

Janek uważa, że należy walczyć o każdego człowieka, nawet – a może przede wszystkim – jeśli ten człowiek sam sobie z życiem nie radzi. – Nie wyobrażam sobie, żebym zajmował się czymś innym. Najważniejsze jest, by być wśród nich i dla nich...

Późnym wieczorem dostaję wiadomość, że Daniela przyjęto na oddział chirurgii ogólnej. Lekarze walczą o ocalenie stopy mężczyzny. To zdumiewające, jaką ten wycieńczony człowiek ma wolę życia. Przed oddaniem tekstu do druku pojawiła się nadzieja, że uda się uniknąć amputacji stopy. Katarzyna Woynarowska

*Jan Strączyński jest autorem książki „Załóż nasze buty”, która stała się inspiracją do powstania tego tekstu i jest dostępna (jedynie w wersji elektronicznej) na stronach Stowarzyszenia Wzajemnej Pomocy „Agape” (http://agape-czestochowa.org/wp-content/uploads/2018/09/Jan-Strączyński-Załóż-nasze-buty.pdf).
Jeśli chcesz zostać wolontariuszem pomagającym streetworkerom, zadzwoń: 733 686 403 pon.-pt. w godz. 8-16.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Abp Jędraszewski: potrzebna jest kontrrewolucja katolicka

2019-03-21 11:36

Joanna Folfasińska/ Archidiecezja Krakowska / Kraków (KAI)

Jest potrzebna kontrrewolucja katolicka. Jedynie Kościół potrafi powiedzieć, że trzeba się opamiętać, jeśli chcemy przekazać dalej najlepsze wartości kultury europejskiej. Nie możemy powiedzieć, że nas to nie obchodzi. Konieczna jest mobilizacja mężczyzn, którzy czują się odpowiedzialni za swoje rodziny i dzieci, które mogą stać się ofiarami wielkiej krzywdy - powiedział abp Marek Jędraszewski w Krakowie podczas konferencji „Bitwa o odpowiedzialność”, zorganizowanej przez wspólnotę Mężczyźni św. Józefa.

Joanna Adamik | Archidiecezja Krakowska

Na początku metropolita krakowski postawił tezę, że walka o odpowiedzialność jest równocześnie batalią o człowieczeństwo. Wyjaśnił, że swój wykład oparł o przemyślenia współczesnego francuskiego myśliciela żydowskiego pochodzenia Emmanuela Levinasa.

Hierarcha krótko przedstawił jego biografię i podkreślił, że jego filozofia wyrosła z pytania: czy my, Żydzi, możemy jeszcze po doświadczeniach Auschwitz, filozofować? – Odpowiedź dla wielu była prosta – „nie!” (…) Holokaust był obrazą ludzkiego rozumu i kompromitacją. Uważano, że po Auschwitz nie ma miejsca dla filozofii. Część, a wśród nich Levinas, twierdziła jednak, że tym bardziej trzeba - argumentował abp Jędraszewski.

Levinas próbował zrozumieć, dlaczego doszło do Holokaustu i dlaczego odpowiedzialni są za niego Niemcy – naród wybitnych poetów i filozofów? W swoich rozważaniach zwrócił uwagę na obojętność Kaina, który po zabójstwie Abla bezczelnie odpowiedział Stwórcy, że nie jest stróżem swojego brata. Odpowiedzialność za drugiego człowieka stała się centralnym punktem dwóch dzieł Levinasa: „Całość i nieskończoność” i „Inaczej niż być lub ponad istotą”. W pierwszym z nich, filozof skupił się na doświadczeniu „twarzy” innej osoby.

– Jest jakaś potęga w ludzkim spojrzeniu, która wskazuje na siłę zakazu moralnego: nie możesz mnie zabić, okazać wobec mnie przemocy. Relacja między „mną” a drugim człowiekiem nie jest symetryczna. Jeżeli ten drugi, z którym się spotykam i którego twarz widzę, mówi mi: „tobie nie wolno”, to po pierwsze on mnie uczy mojej wolności. Nie jest ona dowolnością, kaprysem, ale ma reguły (…) Ten drugi jawi się jako mistrz i nauczyciel, ktoś, kto mnie uczy mojego człowieczeństwa - powiedział hierarcha.

Człowiek ma własne sumienie i już w nim jest rozliczany ze swoich uczynków. Odpowiedzialność to odpowiedź na słowa drugiego człowieka. Jednakże, we wzroku drugiego człowieka można odszukać również prośbę o pomoc, na którą bezwzględnie należy odpowiedzieć. – Odpowiadam na wołanie. Jestem odpowiedzialny, to znaczy czuję, że jestem wezwany do dobra, nie uchylam się przed nim, niekiedy nawet za cenę własnego poświęcenia - mówił arcybiskup.

Drugie dzieło – „Inaczej niż być lub ponad istotą” pogłębia koncepcję odpowiedzialności. Levinas wyjaśnił w nim, że odpowiedzialność człowieka jest wrodzona. Centralną figurą dzieła jest postać cierpiącego Sługi Jahwe, który wziął na siebie odpowiedzialność za grzechy ludzkości. – Odpowiedzialność to inne imię człowieczeństwa. Obojętność to postawa Kaina, rezygnacja z ludzkiego powołania - przypomniał hierarcha.

Arcybiskup wspomniał potem o rewolucji 1968 roku, która zburzyła europejski porządek moralny i zakwestionowała zasadność Dekalogu. – Całkowita wolność. Wszystko skoncentrowane na własnym „ja”. Inny się nie liczy. To było przesłanie rewolucji ’68 - mówił.

Jak dodał, rok ’68 był czasem szczególnej dyskusji o człowieku i odpowiedzialności. - Rewolucja ’68 mówi: ja mam siebie realizować! Levinas mówi, że człowiek realizuje się, będąc odpowiedzialny za drugiego człowieka, przede wszystkim za jego życie. Wojtyła mówi: ja jestem odpowiedzialny wobec własnego sumienia, które mi mówi o dobru i złu - tłumaczył hierarcha.

Metropolita zauważył, że współczesny świat przedstawia aborcję jako prawo kobiety. Polska jednoznacznie mówi, że jest to zło, a walka o rzekome prawo wyboru dla innych to przyjęcie postawy obojętności. Rewolucja ’68 roku sprawiła, że najistotniejszą wartością jest szukanie przyjemności. Współżycie między kobietą i mężczyzną zostało pozbawione elementu prokreacji, otwierając tym samym drogę homoseksualnemu lobbingowi.

Arcybiskup zwrócił uwagę, że kolejną konsekwencją tej rewolucji jest wczesna i deprawująca edukacja seksualna najmłodszych. Jasno podkreślił, że pedofilia jest przerażająca. Pytał, jak to możliwe, że Kościół jawi się jako przestępcza instytucja, podczas gdy wokół kwitnie seksturystyka, wykorzystywanie dzieci i nowe deprawujące przepisy dotyczące edukacji seksualnej.

– Jest potrzebna kontrrewolucja katolicka. Jedynie Kościół potrafi powiedzieć, że trzeba się opamiętać, jeżeli chcemy przekazać dalej najlepsze wartości kultury europejskiej. (…) Nie możemy powiedzieć, że nas to nie obchodzi! Konieczna jest mobilizacja mężczyzn, którzy czują się odpowiedzialni za swoje rodziny i dzieci, które mogą stać się ofiarami wielkiej krzywdy - powiedział.

Zgromadzeni na konferencji mężczyźni pytali arcybiskupa o kwestię stawiania granic. Metropolita zaznaczył, że jest nią miłość. – Gest miłości i przygarnięcia do siebie sprawia, że lęk w oczach drugiego przestaje być widoczny i zamienia się w błysk radości - wyjaśnił.

Padło też pytanie o jeden z absurdów współczesności, gdy zwykłe, codzienne i czułe gesty mogą być w dzisiejszym świecie zrozumiane opacznie. Arcybiskup zaznaczył, że szczęście dzieci polega na tym, że są chronione przez swoich najbliższych. Odwołał się do słów papieża Franciszka, który mówił o działaniu złego ducha, chcącego unieszczęśliwić człowieka. Zaczerpnięte z totalitaryzmu sformułowanie „zero tolerancji” stoi w opozycji do języka Kościoła, który głosi miłosierdzie - powiedział abp Jędraszewski.

– Wielką siłą jest to, czego uczy nas św. Józef – wierność Bogu, przyjęcie odpowiedzialności za drugiego człowieka, czystość, cześć oddawana Bogu, przepełnione miłością życie. To jest siła chrześcijaństwa. To jest to, czym możemy odpowiedzieć na przemoc wobec Kościoła katolickiego - powiedział.

Dodał, że chrześcijanie byli oskarżani o to, że są wrogami ludzkości. Z drugiej strony, byli podziwiani przez pogański świat za to, że się kochali i dbali o siebie.

Ostatnie pytania dotyczyły sposobu przemiany świata. Metropolita zauważył, że chrześcijanie spotykali się w małych grupach. Kluczem jest odwaga, do której wzywał wiernych Jan Paweł II.

– Wasza odpowiedzialność powinna przejawiać się tam, gdzie jesteście, żyjecie, macie swoje domy i rodziny! (…) Rodzice mają prawo protestować przed wszelkimi formami deprawacji w szkołach. Dzieci mają prawo pozostać dziećmi - zakończył metropolita krakowski.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Msza św. zainaugurowała Narodowy Dzień Pamięci Polaków ratujących Żydów pod okupacją niemiecką

2019-03-24 13:51

kos / Warszawa (KAI)

Mszą św. w katedrze polowej Wojska Polskiego zainaugurowano obchody Narodowego Dnia Pamięci Polaków ratujących Żydów pod okupacją niemiecką. Eucharystii przewodniczył biskup polowy Józef Guzdek. W homilii zachęcał, aby „spotkanie z tymi, którzy zdali egzamin z przykazania miłości – z obarczonej ogromnym ryzykiem miłości bliźniego – otwierało nasze oczy na potrzeby i zagrożenia, które dziś dotykają naszych bliźnich”.

Cezary Piwowarski/ pl.wikipedia.org

Po południu na murze Domu Prowincjonalnego Zgromadzenia Sióstr Franciszkanek Rodziny Maryi przy ul. Hożej 53 w Warszawie zostanie odsłonięta tablica w hołdzie Matce Matyldzie Getter, siostrom Franciszkankom, które ukryły w czasie wojny ponad 500 żydowskich dzieci i 250 dorosłych Żydów.

W homilii bp Guzdek powiedział, że obchodzony dziś Dzień Pamięci Polaków Ratujących Żydów niejako „przynagla do refleksji nad zagadnieniem relacji Polaków i Żydów w czasie długiej nocy niemieckiej okupacji”. – Słowa Jezusa z odczytanej Ewangelii: „co myślicie?”, pośród niezliczonej ilości wypowiedzianych słów i wielu opinii na temat Holokaustu, obligują nas do ponownego przemyślenia postaw naszych rodaków wobec narodu żydowskiego, który przez nazistowskie Niemcy został skazany na całkowitą zagładę – powiedział.

Ordynariusz wojskowy podkreślił, że Polacy wiedzą, że wśród naszych rodaków byli tacy, którzy nie zachowali się „jak trzeba”, którzy zdecydowali się na współpracę z niemieckim okupantem w eksterminacji narodu żydowskiego. – Zachowanie ich jest godne potępienia. Było jednak wielu takich, którzy z powodów moralnych lub religijnych pomagali naszym starszym braciom w wierze – zaznaczył bp Guzdek.

Dodał, że Polska była jedynym okupowanym krajem w Europie, gdzie za pomoc Żydom groziła śmierć całej rodziny a czasem całej wioski. – Pomimo tego Polacy podczas II wojny światowej bezinteresownie pomagali Żydom; ponad 6 tys. z nich zostało uhonorowanych przez Yad Vashem tytułem „Sprawiedliwy wśród Narodów Świata” – przypomniał.

Biskup Guzdek podkreślił, że jest „też wielka rzesza bezimiennych bohaterów, którzy z narażeniem życia własnego i swoich najbliższych nieśli pomoc synom i córkom narodu skazanego na całkowitą zagładę”. Dodał, że wielkim grzechem zaniedbania jest niewystarczające utrwalenie świadectw bohaterów, którzy „którzy bezinteresownie, z narażeniem życia nieśli pomoc synom i córkom narodu żydowskiego”.

Biskup polowy zwrócił uwagę, że co jakiś czas ze zmiennym nasileniem pojawiają się oskarżenia, że Polacy niewystarczająco zaangażowali się w ratowanie Żydów. Przypomniał słowa Władysława Bartoszewskiego, który mówił, że według niektórych „wystarczająco było zrobione tylko przez tych, którzy zginęli”. Przytoczył też słowa Israela Gutmana, jednego z wiodących historyków Holokaustu, uczestnika powstania w getcie oraz więźnia Auschwitz: „Nie ma moralnego nakazu, który wymagałby, aby normalny śmiertelnik ryzykował swoje życie i życie swojej rodziny, aby ocalić sąsiada”.

Biskup przywołał też opinię Gutmana, że Polacy powinni być dumni z liczby Sprawiedliwych Wśród Narodów Świata” a naród żydowski, zdaniem izraelskiego historyka „nie zrobił wystarczająco dużo, aby podziękować tym wyjątkowym ludziom”. Biskup polowy zaapelował o „rzetelne podejście do przeszłości, które niczego nie pokrywa milczeniem, ale staje na gruncie prawdy”. Jego zdaniem odsłaniana dziś tablica na murze Domu Prowincjalnego Zgromadzenia Sióstr Franciszkanek Rodziny Maryi przy ul. Hożej 53 w Warszawie upamiętni „Matkę Matyldę Getter, siostry Franciszkanki Rodziny Maryi oraz wszystkich ludzi dobrej woli, którzy ryzykując własnym życiem ratowali żydowskie dzieci skazane na zagładę przez niemieckich okupantów”.

W południe przed Grobem Nieznanego Żołnierza odbyła się uroczysta zmiana wart oraz ceremonia złożenia kwiatów.

Jeszcze dziś na murze Domu Prowincjonalnego Zgromadzenia Sióstr Franciszkanek Rodziny Maryi przy ul. Hożej 53 w Warszawie zostanie odsłonięta tablica w hołdzie Matce Matyldzie Getter, Siostrom Franciszkankom Rodziny Maryi oraz wszystkim ludziom dobrej woli, którzy ryzykując własne życie ratowali żydowskie dzieci skazane na zagładę przez niemieckich okupantów.

Podczas wojny siostry ukryły ponad 500 żydowskich dzieci, skazanych przez okupanta niemieckiego na eksterminację. Ocaliły także ok. 250 dorosłych osób pochodzenia żydowskiego. Nastąpi także otwarcie wystawy „Siostry, (…) matkami żydowskich dzieci. Siostry Franciszkanki Rodziny Maryi wobec zagłady Żydów w czasie II wojny światowej”, poświęconej życiu i działalności matki Matyldy Getter, a przedstawiciele Poczty Polskiej zaprezentują okolicznościowy znaczek „Polacy ratujący Żydów”.

Obchody Narodowego Dnia Pamięci Polaków ratujących Żydów współorganizowane są przez IPN, Urząd do Spraw Kombatantów i Osób Represjonowanych oraz Polskie Towarzystwo Sprawiedliwych wśród Narodów Świata. Dzień Pamięci został ustanowiony w 2018 r. Jest to święto państwowe przypadające w rocznicę zamordowania w 1944 r. przez niemieckich żandarmów Józefa i Wiktorii Ulmów, ich dzieci oraz ukrywanych przez tę rodzinę Żydów.

Prace nad ustawą o ustanowieniu Dnia Pamięci Polaków Ratujących Żydów zainicjowano jesienią 2017 r. podczas uroczystości z okazji 75-lecia powstania „Żegoty” przy Delegaturze Rządu RP na Kraj, która powstała z Tymczasowego Komitetu Pomocy Żydom, założonego z inicjatywy Zofii Kossak-Szczuckiej oraz Wandy Krahelskiej-Filipowiczowej.

„Żegota” stała się fenomenem Polskiego Państwa Podziemnego w skali całej okupowanej Europy – była organizacją, która w okresie drugiej wojny światowej miała za swoje zadanie wyłącznie ratowanie Żydów. Trudno oszacować liczbę uratowanych przez Polaków Żydów, waha się ona od ok. 30 tys. do 120 tys.

Dokumentujący ofiary Holocaustu Instytut Yad Vashem od 1953 r. do 1 stycznia 2018 r. uhonorował prawie 27 tys. bohaterów, którzy nieśli pomoc Żydom w tym 6863 Polaków, którzy tworzą największą grupę narodowościową wśród 51 krajów świata.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem