Reklama

Orędownik cywilizacji miłości - Jan Paweł II żyje!

Alumn Bartosz Rajewski
Edycja szczecińsko-kamieńska 18/2005

Ojciec Święty Jan Paweł II nie umarł! On wciąż żyje i będzie wiecznie żył w naszych sercach, naszej pamięci i naszych umysłach. Jego wskazania dla ludzkości są teraz bardziej aktualne niż w jakimkolwiek innym momencie jego niezwykłego pontyfikatu. Jak podał kard. Zenon Grocholewski - prefekt Kongregacji ds. Wychowania Katolickiego, nauczanie Papieża Polaka zajmuje łącznie 85 tys. stron homilii, pism i różnorakich dokumentów.
Kiedy w październiku 1978 r. kard. Karol Wojtyła został Ojcem Świętym, nie było mnie jeszcze na świecie. Miałem możliwość narodzić się, wzrastać i dojrzewać w czasie trwania pontyfikatu tego wyjątkowego Polaka, który był i jest dla mnie wielkim autorytetem.
Sobota - 2 kwietnia 2005 r. - wiosenny, pogodny i ciepły dzień. Spakowałem podręczny bagaż i udałem się na dworzec PKS, aby dojechać do jednej z parafii naszej archidiecezji na tzw. niedzielę powołaniową. Zająłem ostatnie wolne miejsce w autobusie. Z głośników słychać było spokojną muzykę, od czasu do czasu przerywaną komunikatami rzecznika Stolicy Apostolskiej Joaquina Navarro-Vallsa, który informował o wciąż pogarszającym się stanie zdrowia Ojca Świętego. W oczach współpasażerów dostrzegałem smutek, obawę, niepewność. Sam również miałem mieszane uczucia i dziwny niepokój w sercu. Stwierdziłem, że nie pozostaje mi nic innego, jak tylko modlić się w intencji Papieża i całego Kościoła powszechnego. Tak też uczyniłem - modliłem się o wypełnienie woli Bożej.
Ksiądz Proboszcz odebrał mnie z przystanku autobusowego. Do miejscowości, w której miałem modlić się o nowe powołania, pozostało jeszcze kilkanaście kilometrów. Po drodze rozmawialiśmy o Janie Pawle II, jego wyjątkowym pontyfikacie i o przyszłości Kościoła. Dotarliśmy do parafii. Wieczór był pogodny, ale dosyć chłodny. Pierwsze kroki skierowaliśmy do kościoła parafialnego. Moim oczom ukazała się wzruszająca scena: przy jednym z bocznych ołtarzy, gdzie wystawiony był obraz przedstawiający Jana Pawła II, modliły się dwie młode dziewczyny. Płakały. Wokół panowała przejmująca cisza.
Wróciliśmy na plebanię. Oglądaliśmy telewizję - najnowsze informacje z Watykanu. Kilka minut po godz. 21.30 podano informację o śmierci Papieża. Nie było obrazu ani dźwięku. Jedynie napis u dołu ekranu oznajmiał: „Ojciec Święty Jan Paweł II nie żyje!”. Konsternacja, brak słów, cisza, żadnych komentarzy. Kompletnie nie wiedziałem, co mam zrobić. Czas się zatrzymał. Uświadomiłem sobie, że to koniec, a zarazem początek nowej epoki. Nic mi nie przychodziło do głowy. Ta chwila trwała wieczność. Po minucie lub dwóch przypomniałem sobie słowa z czytania modlitwy brewiarzowej - Jutrzni, słowa, które nie dawały mi spokoju przez cały sobotni poranek: „Nikt zaś z nas nie żyje dla siebie i nikt nie umiera dla siebie: jeżeli bowiem żyjemy, żyjemy dla Pana; jeżeli zaś umieramy, umieramy dla Pana. I w życiu więc, i w śmierci należymy do Pana” (por. Rz 14, 7-8).
Poszliśmy z Księdzem Proboszczem do kościoła. Starych i nieużywanych od kilku lat dzwonów nie udało się uruchomić. Modliliśmy się za naszego ukochanego Ojca Świętego. Nigdy nie zapomną tej dziwnej ciszy. Słychać było tylko niewyraźny dźwięk dzwonów bijących w sąsiednich wioskach. W oknach paliły się świece. Było już późno, gdy kładłem się spać. Zasypiałem, myśląc o tym, jakie słowa skieruję do tych wszystkich ludzi, którzy przyjdą na niedzielną Eucharystię.
Rano słońce wstało jak każdego dnia. Z tym że to już nie był taki sam dzień jak każdy inny. Ojciec Święty nie żyje, Niedziela - święto Bożego Miłosierdzia, modlitwa za powołanych i o powołania… Pojechałem z Księdzem Proboszczem do kaplicy, która znajdowała się w sąsiedniej wsi. Tam miała być sprawowana pierwsza tej niedzieli Msza św.
Kaplica była wypełniona ludźmi jak nigdy wcześniej. Panowała atmosfera żałoby: żal, smutek, łzy. Modliliśmy się w intencji zmarłego Papieża. Nigdy nie zapomnę tej modlitwy. Nie miałem pojęcia, co w takiej sytuacji mogę powiedzieć o powołaniu. Ale przecież Jan Paweł II swoim życiem napisał najpiękniejszą historię powołania. W swoim nauczaniu nieustannie wskazywał na potrzebę nowych, licznych i świętych powołań do kapłaństwa, do służby Bogu i do służby coraz bardziej zagubionemu człowiekowi. Również w swojej najnowszej książce - Pamięć i tożsamość dotknął tego istotnego problemu. Pisał m.in.: „Europę na przełomie tysiącleci można by określić jako kontynent spustoszeń. Programy polityczne, nastawione przede wszystkim na rozwój ekonomiczny, same nie uzdrowią tych ran. Mogą je nawet jeszcze pogłębić. Otwiera się tutaj olbrzymie pole pracy dla Kościoła. Ewangeliczne żniwo we współczesnym świecie jest naprawdę wielkie. Należy tylko prosić Pana - prosić Go usilnie - aby posłał robotników na żniwo, które oczekuje zbiorów” (Jan Paweł II, Pamięć i tożsamość, Kraków 2005, s. 125). Podczas każdej Eucharystii modliliśmy się w intencji Papieża, o powołania kapłańskie oraz o łaskę Bożego Miłosierdzia dla całego świata.
Nastał czas powrotu do seminarium. Podróż do Szczecina miała trwać ok. dwóch godzin. Zastanawiałem się, jak nie zmarnować tego czasu. Wyciągnąłem więc z walizki wcześniej wspomnianą najnowszą książkę Papieża Polaka, która stanowi swoistą syntezę jego całego nauczania, jest specyficznym „duchowym testamentem”. Jeden z końcowych fragmentów tej książki, mówiący o tajemnicy zła, dobra i cierpienia szczególnie pobudził mnie do głębszej refleksji. Jan Paweł II pisał m. in.: „Nie ma zła, z którego Bóg nie mógłby wyprowadzić większego dobra. Nie ma cierpienia, z którego nie mógłby uczynić drogi prowadzącej do Niego” (tamże, s. 171). Te słowa wydały mi się szczególnie bliskie w sytuacji, w jakiej aktualnie się znajdujemy.
Skończyłem czytać książkę. Autobus miał dojechać do Szczecina za ok. pół godziny. Oddałem się wspomnieniom. Wróciłem myślami do mojego pierwszego i jedynego spotkania z Ojcem Świętym w Bydgoszczy w 1999 r. Przypomniała mi się również ostatnia wizyta Jana Pawła II w Ojczyźnie w 2002 r. Wtedy to przygotowywałem się do rozpoczęcia pierwszego roku formacji seminaryjnej. Były to ostatnie dni spędzane w domu rodzinnym. Niebawem miałem rozpocząć całkiem nowy etap życia.
Myślałem tylko o Ojcu Świętym: o tym, czego dokonał, o tym, czego jeszcze dokona, co oznacza jego odejście dla Kościoła, dla Polski i całego świata. Nie czułem jakiegoś szczególnego niepokoju, lęku. Przecież ziarno, nim wyda obfity plon, wpierw musi obumrzeć - myślałem. Wieczorem poszedłem na Jasne Błonia, gdzie znajduje się pomnik Papieża. Przychodziły tam tysiące ludzi - zapalali świece, modlili się, niektórzy płakali.
Wnioski wypływające niejako z refleksji nad przejściem Jana Pawła II do tamtego - lepszego świata napawają mnie pewną nadzieją. Uważam, że nadszedł czas, kiedy nauczanie Papieża zostanie poddane wnikliwej analizie - każdy będzie chciał bliżej poznać to, o czym mówił nasz Wielki Rodak. Wierzę, że nastąpi przemiana w ludzkich sumieniach, że na nowo zacznie być „modne” życie zgodne z moralnością chrześcijańską, życie prowadzące do świętości. Dostaliśmy od Boga jeszcze jedną szansę. Nie do końca wykorzystaliśmy fakt, iż na Stolicy Piotrowej zasiadał Wielki Polak, niewystarczająco wykorzystaliśmy czas przemian polityczno-gospodarczych i religijnych, jaki został zapoczątkowany słowami Jana Pawła II: „Niech zstąpi Duch Twój i odnowi oblicze ziemi. Tej ziemi!”. Teraz otrzymujemy jeszcze jedną szansę, aby zmieniać siebie, nasze rodziny, środowiska lokalne, całą Polskę. Tylko od nas zależy, czy i jak ten czas wykorzystamy! Duch Święty ponownie zstąpił i nas przemienia - musimy tylko otworzyć nasze serca i umysły na działanie Jego uzdrawiającej i uświęcającej mocy.
Prymas Holandii - kard. Adrianus Simonis nazwał Jana Pawła II „światłem w zamęcie, wskazującym drogę jak latarnia morska w ciemnościach i burzy”. Świat, a w szczególności my, Polacy, staniemy teraz przed wielkim i odpowiedzialnym zadaniem: na ile będziemy potrafili wykorzystać tę ciągle intensywnie świecącą latarnię i na ile będziemy potrafili kroczyć tą drogą, która została nam - Kościołowi - wytyczona przez Jana Pawła II.

Papież Franciszek podpisał dekret o heroiczności cnót kard. Hlonda

2018-05-21 17:25

tk, st, abd / Warszawa (KAI)

Miłość do Matki Bożej i patriotyczna niezłomność – to cechy charakteryzujące kard. Augusta Hlonda - powiedział KAI ks. Kozioł Bogusław Kozioł SChr, komentując podpisanie dziś przez Franciszka dekretu o heroiczności cnót Prymasa Polski. Papieska decyzja oznacza zamknięcie formalnego etapu procesu beatyfikacyjnego, a do wyniesienia zmarłego w 1948 r. kard. Hlonda na ołtarze potrzebny będzie jeszcze cud.

Archiwum
Kard. Hlond kierował Kościołem w trudnych czasach

Ks. Kozioł wyraził radość, że podpisanie dekretu o heroiczności cnót wielkiego polskiego patrioty nastąpiło w roku obchodów 100. rocznicy odzyskania niepodległości. Przypomniał, że w październiku przypada 70. rocznica śmierci Prymasa Polski.

Po promulgowaniu dekretu przez Franciszka, formalny etap procesu beatyfikacyjnego został zakończony. Słudze Bożemu przysługuje odtąd tytuł „Czcigodny Sługa Boży”.

Proces beatyfikacyjny toczył się od 9 stycznia 1992 roku. Jego postulatorem był z urzędu postulator generalny salezjanów ks. Pierluigi Cameroni, a wicepostulatorem chrystusowiec ks. Bogusław Kozioł.

Jeszcze przed dzisiejszym wydarzeniem ks. Kozioł zaznaczył w rozmowie z KAI, że po podpisaniu dekretu przez papieża, sprawa kard. Hlonda będzie formalnie na tym samym etapie co sprawa kard. Wyszyńskiego, to znaczy w obydwu wypadkach do beatyfikacji niezbędny będzie uznany przez Kościół cud.

Wicepostulator przyznał, że postać Prymasa Hlonda została w świadomości Polaków przyćmiona przez jego wielkiego następcę, kard. Stefana Wyszyńskiego. Zauważył jednak, że podjęte w ub. roku starania o przywrócenie pamięci o kard. Hlondzie zaczyna przynosić efekty. Coraz więcej osób sięga bowiem do dzieł i przemówień.

„Te teksty są nieraz bardzo aktualne, sprawiają wręcz wrażenie pisanych niemal tu i teraz” – ocenia ks. Kozioł. Jego zdaniem należy wciąż popularyzować osobę Prymasa na różnych płaszczyznach oraz prostować narosłe wokół jego postaci fałszywe informacje, jak ta, że w 1939 roku uciekł z Polski, że był antysemitą czy też, że nadużył kompetencji otrzymanych od papieża.

„Trzeba też mieć świadomość, że to zapomnienie kard. Hlonda było wynikiem celowego działania: Niemców podczas II wojny światowej, a po wojnie – reżimu komunistycznego” – zaznaczył ks. Kozioł.

August Hlond urodził się w 1881 r. w Brzęczkowicach, należących obecnie do Mysłowic, w rodzinie dróżnika kolejowego. Jako 12-letni chłopiec opuścił rodzinny dom i rozpoczął naukę w salezjańskim kolegium misyjnym w Turynie. W 1896 r. wstąpił do zgromadzenia salezjanów, w 1905 r. przyjął święcenia kapłańskie. Pracował m.in. w Krakowie, Przemyślu i Wiedniu.

W 1922 r. został administratorem apostolskim polskiej części Górnego Śląska, a potem pierwszym biskupem diecezji katowickiej. W 1926 r. papież Pius XI mianował go arcybiskupem gnieźnieńskim i poznańskim, co było równoznaczne z objęciem funkcji prymasa. W 1927 r. abp Hlond został kardynałem. Po śmierci Piusa XI wymieniany był jako kandydat na papieża lub watykańskiego sekretarza stanu.

Wojna zastała go w Warszawie, potem przeniósł się do Lublina. Wkrótce udał się na emigrację; nie przyjął propozycji objęcia stanowiska pierwszego premiera polskiego rządu na emigracji. Mieszkał w Rzymie, potem w Lourdes, a następnie - na żądanie rządu Vichy - w benedyktyńskim opactwie w Sabaudii.

W 1944 r. został aresztowany przez gestapo i namawiany do kolaboracji. Był internowany we Francji i w Niemczech. Po zakończeniu wojny odebrał od papieża nadzwyczajne pełnomocnictwa, na mocy których ustanowił organizację kościelną na Ziemiach Odzyskanych. Odmawiał współpracy z komunistycznymi władzami Polski.

Zmarł 22 października 1948 r., przeżywszy lat 67, w tym 25 lat w zgromadzeniu salezjańskim, 21 w kapłaństwie, 22 w biskupstwie, i 21 lat jako kardynał. Ciało prymasa Hlonda złożono w ruinach warszawskiej katedry. Taka była jego ostatnia wola. Jego pogrzeb był wielką religijną i patriotyczną manifestacją.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Chiny kończą z polityką ograniczania urodzeń

2018-05-22 10:12

Po kilku dekadach ograniczania przez władze liczby dzieci w rodzinie, Chiny zmagają się z bardzo trudną sytuacją demograficzną. Jak pokazują statystyki, w 2030 roku aż 25 proc. populacji Chin będzie miała co najmniej 60 lat. W roku 2010 było to zaledwie 13,3 proc.

Pixabay.com

Tania siła robocza, z którą przez lata kojarzone były Chiny, może stać się historią. Jak informują media, władze w Pekinie planują całkowite zniesienia ograniczeń związanych z liczbą posiadanych dzieci w rodzinie, ponieważ w kraju spada liczba osób, które mógłby pracować – co może oznaczać poważne zagrożenie dla gospodarki Chin.

Badania pokazują, że w 2030 roku aż jedna czwarta populacji Chin będzie miała co najmniej 60 lat. W roku 2010 było to zaledwie 13,3 proc. – zmiana struktury społeczeństwa pod względem wieku może nie tylko spowodować spowolnienie gospodarcze, ale przede wszystkim zwiększyć wydatki państwa – m.in. w zakresie opieki zdrowotnej.

Odpowiedzią na problem starzenia się społeczeństwa, ma być zakończenie prowadzonej od 1979 roku tzw. polityki jednego dziecka. Zgodnie z obowiązującym chińskie rodziny prawem, każda para mogła mieć tylko jednego potomka – jeśli rodzina mieszkała na wsi i jako pierwsza urodziła się dziewczynka, mieli prawo do posiadania jeszcze jednego dziecka. W efekcie rodzice często w ogóle nie zgłaszali narodzin dziecka (szczególnie jeśli była to dziewczynka), aby móc "zarejestrować" kolejne dziecko i licząc na pojawienie się męskiego potomka. Dzieci, które nie zostały zarejestrowane, nie mają prawa do edukacji czy opieki zdrowotnej.Polityk jednak dziecka wiązała się też z przymusowymi aborcjami, karami nakładanymi na rodziny czy nawet prześladowaniami rodzin, które decydowały się na posiadanie "dodatkowych" dzieci.

Prawo "jednego dziecka" zostało złagodzone z końcem 2015 roku, kiedy władze zezwoli na posiadanie dwójki dzieci. Prawdopodobnie, pod koniec tego tego roku, ograniczenie to zniknie zupełnie.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Jestem od poczęcia

Reklama

Najczęściej czytane

Wiele stron internetowych, wykorzystuje pliki cookies (ciasteczka). Służą one m.in. do tego, by zagłosować w sondzie. Nowe przepisy zobowiązują nas do poinformowania o tym. Dalsze korzystanie z naszych stron bez zmiany ustawień przeglądarki będzie oznaczało, że zgadzasz się na ich wykorzystywanie.
Aby dowiedzieć się więcej, przeczytaj o Polityce plików cookies.

Rozumiem