Reklama

Wołomin w hołdzie poległym na Wschodzie

Wojciech Świątkiewicz
Edycja warszawska (st.) 24/2005

Pomnik ku czci mieszkańców Ziemi Wołomińskiej pomordowanych w Katyniu i innych miejscach Golgoty Wschodu stanął przy kościele Matki Bożej Częstochowskiej w Wołominie. 22 maja poświęcili go bp Stanisław Kędziora i ks. prał. Zdzisław Peszkowski.

Pragniemy złożyć Panu Bogu ofiarę dziękczynną za to, że prawda zwyciężyła. Przez wiele lat nie wolno było mówić o tym, co się stało 65 lat temu na Wschodzie - mówił na początku Mszy św. ks. prał. Sylwester Sienkiewicz, proboszcz parafii Matki Bożej Częstochowskiej w Wołominie. Mszy św. koncelebrowanej przewodniczył bp Stanisław Kędziora.
Na uroczystość przybyło grono kombatantów, poczty sztandarowe, przedstawiciele parlamentu, policji, wojska, władze województwa mazowieckiego, powiatu wołomińskiego i okolicznych gmin.
W homilii bp Stanisław Kędziora podkreślił, że w historię naszego narodu wpisany jest krzyż Chrystusa. Hitlerowskie Niemcy i Rosja sowiecka przynieśli Polsce bezmiar cierpienia i śmierć dokonując straszliwej zbrodni ludobójstwa. Ksiądz Biskup nawiązał do pierwszej pielgrzymki Rodzin Katyńskich do Katynia, w której uczestniczył przed laty. - Nie zapomnijmy nigdy polskiej Golgoty Wschodu. Szczególnie troszczmy się, aby prawdę o niej przekazywać młodemu pokoleniu - apelował bp Kędziora. Oddał też, że chociaż grozą przejmuje nas ich samotna męka, wszędzie tam gdzie ginęli nasi bracia i siostry - tak jak na Golgocie - była Maryja. Gdy w Katyniu dokonywano ekshumacji, znaleziono wiele krzyżyków, ryngrafów świadczących o obecności Matki Bożej w ich życiu i umieraniu. - Wierzymy, że ich śmierć przyczyniła się do naszego nowego życia w wolności, której doświadczamy. Obyśmy tej wolności nie marnowali - mówił Ksiądz Biskup.
Po Mszy św. uczestnicy uroczystości przeszli pod pomnik. Tam Kazimierz Andrzej Zych, członek Komitetu Budowy Pomnika przypomniał historię jego powstania. Działalność Rodzin Katyńskich przybliżył Stefan Melak, przewodniczący Komitetu Katyńskiego. - Pomordowanym należał się ten pomnik, gest naszego serca. Upominamy się o wszystkich, o których świat i Europa starali się zapomnieć. Oni byli elitą polskiego społeczeństwa i wyrok na nich był wyrokiem śmierci na Polskę. Domagamy się wydania 25 tys. teczek personalnych, które wędrowały za jeńcami polskimi aż do ich śmierci, uznania przez władze Rosji zbrodni katyńskiej za ludobójstwo, a także wskazania miejsc 7,5 tys. grobów więźniów, których jeszcze nie odkryto. Ojciec Święty mówił, że nie ma sprawiedliwej Europy, bez niepodległej Polski. Nie ma też prawdy bez pewnej prawdy o Katyniu - powiedział Stefan Melak.
W tym miejscu szczególnie zabrzmiały słowa naocznego świadka wydarzeń na Wschodzie ks. prał. Zdzisława Peszkowskiego. Wyraził on ogromną radość, że Wołomin ma pomnik katyński. Powiedział, że Jan Paweł II często powtarzał, że za ofiary Katynia codziennie się modli. - Jan Paweł II wiedział, że każdy strzał w głowę tych oficerów, to był strzał w Polskę, naszą Ojczyznę, to była zemsta za rok 1920 - powiedział ks. prał. Peszkowski. Zaapelował też, aby poprzeć inicjatywę skierowaną do ONZ, aby dzień 5 marca był obchodzony na świecie jako Dzień Katynia.
Następnie bp Stanisław Kędziora, ks. prał. Zdzisław Peszkowski poświęcili pomnik. Członkowie Komitetu Budowy Pomnika złożyli podpisy na akcie erekcyjnym. Następnie w cokół pomnika zamurowana została - wraz z aktem erekcyjnym - urna z ziemią z Katynia, Charkowa, Miednoje, Kuropat i Bykowni.
Płk Sławomir Majchrzak, przedstawiciel Urzędu ds. Kombatantów i Osób Represjonowanych wręczył kilku osobom medal Pro Memoria. Jest to odznaczenie ustanowione w styczniu 2005 r. i wręczane zasłużonym na polu budzenia patriotyzmu, utrwalającym dla następnych pokoleń pamięć o zasługach uczestników walk o wolność i tworzący trwałe miejsca pamięci narodowej. Wśród odznaczonych znaleźli się ks. prał. Jan Sikora i Konrad Rytel, starosta powiatu wolomińskiego.
Uroczystość zakończyła się Apelem Poległych i złożeniem wieńców.

Zmarł 21 lat po swojej aborcji

2019-01-12 18:58

Artur Stelmasiak

Twitter.com

Kilka dni temu, po krótkiej i niespodziewanej chorobie płuc, zmarł Tim Guido. Znany był jako „Baby z Oldenburga”. O dziecku z Zespołem Downa zrobiło się głośno w 1997 roku, gdy przeżył swoją aborcję.

Chłopiec "urodził się" 6 lipca 1997 roku w wyniku wywołania poronienia. Była to późna aborcja po 6 miesiącu życia, czyli taka, którą stosuje się obecnie także w Polsce. Powodem zabicia dziecka było wykrycie choroby Zespołu Downa, którą zdiagnozowano w 25 tygodniu prenatalnego życia. Okazało się jednak, że wbrew woli rodziców i lekarzy dziecko po poronieniu nie chciało umrzeć. - Takie same historie znamy z polskich szpitali. Do naszej fundacji docierają pojedyncze przypadki, ale nie wiemy jaka skala żywych urodzeń po aborcji jest w naszym kraju - mówi "Niedzieli" Kaja Godek z fundacji Życie i Rodzina. - Statystyki z innych krajów pokazują, że żywych urodzeń w wyniku aborcji eugenicznych jest od kilkunastu do kilkudziesięciu procent. Przecież polskie dzieci nie różnią się od zagranicznych, czyli mamy prawo twierdzić, że u nas skala żywych urodzeń jest podobna.

Tim Ważył 690 gramów i miał 32 cm długości. Przez pierwsze dziewięć godzin leżał zawinięty w ręcznik bez żadnej opieki medycznej. Temperatura jego ciała spadła do 28 stopni Celsjusza. Pozostawiony sam sobie, walczył o życie. Dopiero po dziewięciu godzinach personel medyczny szpitala zaczął udzielać mu pomocy.

Lekarze nie dawali mu szans. Mówili, że jego śmierć jest kwestią miesięcy. Jego organizm był wycieńczony przez proces aborcyjny, nie wykształciły się w pełni jego płuca, miał zniekształcone stopy. Lekarze z kliniki, do której został przetransportowany po nieudanej aborcji, wymienili kilkanaście poważnych uszkodzeń ciała niemowlęcia.

Tim bardzo szybko został adoptowany przez małżeństwo Bernarda i Simone Guido, które miało dwóch biologicznych synów, a potem - prócz Tima - przygarnęło jeszcze dwie dziewczynki z zespołem Downa. Troskliwie opiekowali się chłopcem i bardzo dbali o jego terapię, bo dzięki "nie udanej" aborcji Tim oprócz Zespołu Downa miał autyzm, uszkodzony wzrok i bardzo słabe płuca. I właśnie ta ostatnia dolegliwość okazała się dla niego śmiertelna 4 stycznia 2019 r. - Można powiedzieć, że była to aborcja z opóźnionym zapłonem. Gdyby Tim urodził się naturalnie w 9 miesiącu to dziś pewnie by żył i cieszył się o wiele lepszym zdrowiem - podkreśla Kaja Godek, która również wychowuje synka z Zespołem Downa.

Po latach terapii, licznych operacji i zabiegów Tim zaczął chodzić, grać w piłkę i wygłupiać się ze swoim rodzeństwem. Jego sprawność była już na tyle duża, że coraz częściej rodzina myślała o znalezieniu dla Tima pracy. - Gdy podejmowano decyzję o zabiciu dziecka nikt nie przepuszczał, że tak szybko znajdzie sie rodzina, która otoczy go miłością. Jego przykład dobitnie pokazuje, że nie ma sytuacji, które są beznadziejne. Tim był szczęśliwym i uśmiechniętym człowiekiem, którego miłością otoczyła rodzina. A nam wmawia się, że takie dzieci trzeba zabić - mówi Kaja Godek.

Tim świętował z rodziną Boże Narodzenie i Sylwestra bez znaku na zbliżającą się śmierć. - Mieliśmy bardzo miłe święta - mówi Simone Guido w rozmowie z portalem www.ndr.de. Przybrana matka tłumaczy, że płuca chłopca zostały uszkodzone z powodu wczesnego porodu. Dlatego w miesiącach zimowych często miał infekcje. Tegoroczna infekcja okazała się śmiertelna.  - Jesteśmy bardzo smutni i jeszcze nie wiemy, jak poradzić sobie z utratą naszego wyjątkowego radosnego syna - dodaje Bernard Guido. 

O sprawie Tima w niemieckich i światowych mediach zrobiło się głośno nie dlatego, że przeżył aborcję i lekarze nie pomagali mu w pierwszych godzinach życia, ale z zupełnie innego powodu. Kilka miesięcy później biologiczni rodzice Tima postanowili oskarżyć szpital o to, że ich syn przeżył aborcje. Domagali się wysokiego odszkodowania.

Według prezesa niemieckiego Towarzystwa Ginekologicznego i Położniczego, profesora Dietricha Berga, każdego roku ponad 100 dzieci w Niemczech przeżywa aborcję. W 2003 roku lekarz, który nie pomógł Timowi, został ukarany grzywną w wysokości 13 000 euro, ale nie za dokonanie późnej aborcji, a za brak opieki nad żywym noworodkiem. Tragedia syndromu postaborcyjnego dotknęła również biologiczną matkę Tima. Kobieta po nieudanej psychoterapii popełniła samobójstwo.

Przybrani rodzice Tima na jego 18. urodziny napisali książkę „Tim żyje!”, zabierając głos w kampanii przeciwko aborcji. Książka ta jest dostępna także w języku polskim, bo została wydana nakładem Edycji Świętego Pawła. - Ta Historia pokazuje, jaka jest okrutna prawda o aborcji. Aborcja nie jest żadnym dobrodziejstwem dla dzieci i kobiet. Nigdy nie znamy przyszłości i nie możemy wyrokować, czy dziecko będzie szczęśliwe, czy nie - podkreśla Kaja Godek, pełnomocnik inicjatywy ustawodawczej Zatrzymaj Aborcję.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Kraków: Prezentacja książki Heleny z Broel-Plater Mycielskiej

2019-01-16 07:25

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Moje pismo Tęcza - 1/2 2019

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem