Reklama

„Rozdzierajcie wasze serca, nie szaty”

Biskup Stanisław Wielgus
Edycja płocka 13/2006

Środa Popielcowa otwiera błogosławiony dla każdego chrześcijanina okres Wielkiego Postu, kiedy w liturgii kościelnej słyszeć będziemy przede wszystkim dwa wezwania: Nawróćcie się i dajcie się pojednać z Bogiem. W pierwszym czytaniu mszalnym słyszeliśmy Boże Słowa, przekazane nam przez Proroka Joela, który woła żarliwie do każdego z nas: „Nawróćcie się do Mnie całym swym sercem, przez post i płacz, i lament. Rozdzierajcie jednak wasze serca, a nie szaty” (Jl 2, 12).

Rzeczywistość grzechu

Boże wezwanie skierowane jest do wszystkich ludzi, ponieważ każdy człowiek jest grzeszny; ponieważ na duszy każdego z nas pozostała szatańska skłonność do zła, będąca skutkiem grzechu pierworodnego.
W naszych czasach, pod wpływem wojującego sekularyzmu, który uparcie dąży do zabicia w ludzkich duszach wiary w Boga - miliony ludzi przestały rozróżniać dobro moralne od zła i utraciły poczucie grzechu. Miliony zapomniały o słowach św. Jana: „Jeśli mówimy, że nie mamy grzechu, to samych siebie oszukujemy i nie ma w nas prawdy” (1 J 1, 8). Miliony ludzi przestały także wierzyć w biblijną prawdę o grzechu pierworodnym.
Tymczasem grzech pierworodny nie jest wymysłem ludzkiej fantazji. Grzech pierworodny jest tak wielką rzeczywistością, że bez niej niepodobna zrozumieć ani ludzkiej natury, ani ludzkiej historii, w której nieustannie, od prawieków toczy się ustawicznie walka między dobrem a złem. Mitem i fantazją jest natomiast stworzona przez żyjących w XVIII w. filozofów francuskich teoria, że człowiek to niewinne dzikie stworzenie, które bez żadnej wrodzonej winy przychodzi na świat, i że jeśli zapewni się mu odpowiednie warunki rozwoju, to zawsze wyrośnie z niego wspaniała wartościowa osoba. Każdy nieuprzedzony człowiek - obserwując obiektywnie otaczający go świat, widząc potworne zbrodnie, których ludzie dokonują, stając wobec przykładów kompletnego zdziczenia moralnego i okrutnego wandalizmu, który jest czynieniem zła dla samego zła, a także konfrontując się z innymi formami porażającego wprost zła - nie może odrzucić narzucającego się wprost przekonania, że za tym wszystkim kryje się jakaś nieczłowiecza, tajemnicza potęga zła, która tak straszliwie deprawuje miliony ludzi, że popełniają takie potworności, jakich sami nigdy by nie popełnili, gdyby nie czaił się za nimi złowrogi diabeł, ojciec wszelkiego zła. Nasi pierwsi rodzice w raju nie tylko sprzeniewierzyli się Bogu, nie tylko bezczelnie chcieli Mu być równi, lecz dopuszczając się swojego występku, przejęli od tej najbardziej w kosmosie odrażającej istoty, jaką jest diabeł, niewyobrażalną podłość, która tak często się objawia w życiu ludzkim. W trakcie grzechu pierworodnego została im niejako wstrzyknięta diabelska trucizna pychy, chciwości i rozpusty. To dlatego, ci którzy są z dala od
Boga, gardzą Nim i Jego przykazaniami. To dlatego żyją tak, jakby Boga nie było. To dlatego bluźnią Bogu i szydzą z Jego moralnego prawa, krzywdząc swoich bliźnich w życiu społecznym, rodzinnym, sąsiedzkim i indywidualnym.

Wezwanie do pokuty

Kościół zna dobrze ludzkie słabości. Założony został przecież przez Chrystusa po to, by nawracać nasze serca, by nas ostrzegać przed złem, by wzywać nas do pokuty, bez której nie ma ani nawrócenia z grzechu, ani też zbawienia wiecznego.
W sposób szczególnie gorliwy czyni to w Wielkim Poście. W dniu dzisiejszym, otwierającym ten czas umartwienia i refleksji nad swoim życiem, każdy z nas na znak pokuty podejdzie do ołtarza i pochyli głowę przed kapłanem, który posypie ją popiołem. Od głębokiej starożytności popiół jest traktowany jako znak pokuty oraz znikomości i przemijalności ludzkiego życia. Sens obrzędu posypania głów popiołem wyraża modlitwa, którą odmawiają kapłani przy jego poświęceniu: Panie Boże - modlą się kapłani - Ty przebaczasz ludziom, którzy się upokarzają i starają się zadośćuczynić za grzechy, wysłuchaj łaskawie nasze prośby i udziel hojnie błogosławieństwa swoim sługom i służebnicom, którzy będą posypani tym popiołem. Niech wytrwają w czterdziestodniowej pokucie, aby mogli z oczyszczonymi duszami uczestniczyć w paschalnym misterium Twojego Syna.
Pokuta zatem ma zadośćuczynić za nasze grzechy i oczyścić nas z przywiązania do nich, czyli dokonać naszego nawrócenia.
Mijają wieki, zmieniają się warunki życia chrześcijan. Zmieniają się także formy pokuty. Niegdyś, gdy ludzie bardzo ciężko pracowali od rana do nocy i bez żadnych urlopów, aby utrzymać siebie i swoje rodziny przy życiu; gdy ludzkie rozrywki były bardzo ubogie i ograniczone, a największą, dostępną dla nich doczesną wartością była uczta - w tych czasach za szczególną formę pokuty uważano post i wstrzemięźliwość, tzn. powstrzymanie się od spożywania pokarmów mięsnych i ograniczenie ilości spożywanych potraw.
My żyjemy w innym zupełnie świecie. Żyjemy w społeczeństwach, które nazywane są społeczeństwami zabawy. Nie praca jest najważniejsza dla wielu milionów współczesnych ludzi, lecz zabawa. Praca jest potrzebna po to, by zapewnić im pieniądze na ustawiczną zabawę. Dla większości ludzi w wielu zachodnich zwłaszcza społeczeństwach nie ma dziś problemu wyżywienia. Tam ludzie nie cierpią głodu. Mięso, które niegdyś jadano tylko kilka razy do roku, oni jedzą kilka razy na dzień. Nie cierpią na wychudzenie, lecz na nadwagę. Robią wszystko, co mogą; poddają się uciążliwym postom, rezygnują z mięsnych potraw i słodyczy, aby tylko pozbyć się zbędnych kilogramów. I robią to nie dlatego, że żąda od nich tego religia. Nie czynią tego bynajmniej dla pokuty, lecz dla zdrowia i urody. Gdyby Kościół zażądał w naszych czasach od kogokolwiek, by o chlebie i wodzie pokutował za swoje grzechy przez kilka miesięcy lub lat, odezwałyby się natychmiast tysięczne głosy obrońców ludzkiej wolności i ludzkich praw. Natychmiast ogłoszono by wojnę przeciw okrucieństwu Kościoła. Tymczasem ci sami ludzie w swoich niezliczonych pismach i poradnikach zalecają swoim współczesnym, chcącym zachować piękną sylwetkę i urodę, drakońskie, czasami wręcz okrutne formy pokuty i umartwienia, na które składają się dotkliwe posty i uciążliwe ćwiczenia fizyczne. I oni tę pokutę podejmują bez żadnego szemrania.
Tak więc niejeden współczesny człowiek, żyjący w społeczeństwie zabawy, pości i pokutuje jeszcze bardziej niż średniowieczny chrześcijanin, ale czyni to nie ze względu na Boga, lecz ze względu na swoje ciało - i tylko ciało.
Taka forma pokuty nie ma żadnego znaczenia w oczach Bożych. W żadnym wypadku nie jest spełnieniem wezwania do pokuty za popełnione grzechy.
My, chrześcijanie, którzy nie utraciliśmy jeszcze świadomości naszych grzechów i słabości, zupełnie inaczej potraktujmy wezwanie do pokuty na Wielki Post. Weźmy więc sobie do serca cytowane wcześniej słowa Proroka Joela, który wzywa nas, byśmy nie rozdzierali w geście pokutnym naszych szat, lecz nasze serca.

Reklama

Współczesne formy pokuty

Post i wstrzemięźliwość od pokarmów są ważne i nie należy od nich odstępować, lecz dużo ważniejsze są dla nas, ludzi żyjących w odmiennych niż nasi przodkowie okolicznościach, inne formy postu. Postem zatem będzie odejście od mentalności społeczeństwa zabawy. Postem będzie odmówienie sobie telewizji, przed którą być może spędzamy codziennie długie godziny; postem będzie odmówienie sobie dyskoteki, alkoholu, papierosów i innych przyjemności. Każda forma postu jest rezygnacją z czegoś dla Boga, by okazać Mu swoje serce. Każdy post jest swojego rodzaju wyznaniem, że tęsknimy za Bogiem, że gotowi jesteśmy przezwyciężyć swój egoizm, swój hedonizm, by okazać Mu naszą miłość.
Ewangelia dnia dzisiejszego, wyjęta z Kazania na górze, zaleca nam realizację innych jeszcze wskazań, koniecznych w życiu każdego chrześcijanina. Są nimi, poza postem: modlitwa i jałmużna.
Być chrześcijaninem, to znaczy rozmawiać z Bogiem w modlitwie. Gdy przestajemy się modlić, wówczas zamiera w nas człowieczeństwo, zamiera wrażliwość na prawdę, dobro i piękno, ponieważ człowiek, zrywając z Bogiem, zrywa ze źródłem tych wartości.
Przerażają nas wiadomości o ludzkich zbrodniach, o napadach, zdradach, porzuceniach własnych dzieci, o zabójstwach, oszustwach, aferach i wojnach. Wszelkie tego rodzaju zło popełniane jest przez ludzi, którzy się nie modlą, którzy zerwali tę konieczną więź ze swoim Stwórcą.
Zawsze, ale w okresie Wielkiego Postu szczególnie módlmy się wiele i gorąco. Naszą modlitwą niech będzie nie tylko błaganie o łaski dla nas i dla naszych bliźnich, lecz także uwielbienie Boga w adoracji przed Najświętszym Sakramentem, Różaniec, litanie, koronki, udział w Drodze Krzyżowej, w Gorzkich żalach, a zwłaszcza udział w rekolekcjach wielkopostnych, które niech zostaną zwieńczone przystąpieniem do sakramentu pokuty.
Nie ma prawdziwie chrześcijańskiego życia bez czynnej - a nie tylko teoretycznej - miłości bliźniego, która ma się okazać przez różne formy pomocy ludziom potrzebującym, znajdującym się w gorszych niż my warunkach życiowych. W Ewangelii zapisane są słowa Chrystusa, który mówi, że jałmużna udzielona potrzebującemu zakrywa bardzo wiele naszych grzechów. Jałmużna połączona z postem stanowi ogromną moc w Bożych oczach. Jest tak wielka, że potrafi nawet uwolnić od opętania diabelskiego.
Nie zapominajmy nigdy o tym, że Chrystus identyfikuje się z ludźmi biednymi, poniżanymi, cierpiącymi, chorymi, najbardziej sponiewieranymi przez los i przez innych ludzi. To dlatego powiedział: Cokolwiek uczyniliście jednemu z tych najmniejszych, najsłabszych, najbiedniejszych - to Mnie uczyniliście. Groźne są nasze czynne grzechy, ale tak samo groźne są grzechy zaniedbania. Nie wolno nam zatem nigdy mówić: co mnie obchodzą inni. Ja ich nie krzywdzę, ale też im nie pomagam. To nie jest chrześcijaństwo. Do takich ludzi na Sądzie Ostatecznym Chrystus powie: Idźcie precz w ogień wieczny, bo byłem głodny, spragniony, prześladowany, chory, opuszczony, a wyście mi nie pomogli, chociaż mogliście to uczynić. A gdy oni zapytają: Panie, gdzie widzieliśmy Cię głodnym, chorym, czy opuszczonym? Odpowie: w bliźnich waszych. W każdym z potrzebujących bliźnich waszych byłem ja.
W Dziejach Apostolskich czytamy takie piękne słowa: „Więcej szczęścia jest w dawaniu niż w braniu” (Dz 20, 35). Dlatego w języku potocznym używane jest niekiedy takie powiedzenie, że branie napełnia ręce, a dawanie napełnia serce. Niech w czasie Wielkiego Postu serca nasze zostaną obficie napełnione.
Rozmodleni, przygotowując się na spotkanie z Chrystusem przez post i dobre czyny, wejdźmy w święty okres Wielkiego Postu i pomóżmy naszym bliskim w rodzinie i wśród przyjaciół, by i oni zbliżyli się do Chrystusa, by i oni wzięli udział w rekolekcjach, by i oni klęknęli przy konfesjonale i zjednoczyli się z Chrystusem Eucharystycznym. Amen.

(Tytuł i śródtytuły pochodzą od redakcji.)

Reklama

Rektor KUL na Wielkanoc: Zmartwychwstały Chrystus ostoją naszej nadziei

2019-04-22 08:51

BP KEP / Lublin (KAI)

Nadzieja jest potrzebna człowiekowi, by mógł on żyć pełnią życia – czytamy w liście rektora Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego Jana Pawła II ks. prof. dr. hab. Antoniego Dębińskiego na Wielkanoc 2019. Tradycyjnie list odczytywany jest w kościołach w drugi dzień Świąt Wielkanocnych.

Archiwum sanktuarium
Ks. prof. Antoni Dębiński, rektor KUL

Publikujemy pełny tekst listu:

Słowo Rektora Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego Jana Pawła II

na uroczystość Zmartwychwstania Pańskiego 2019 roku

Zmartwychwstały Chrystus ostoją naszej nadziei

I. „Zmartwychwstał już Chrystus, Pan mój i nadzieja”

Te słowa z wielkanocnego hymnu, który wczoraj śpiewaliśmy przed czytaniem z Ewangelii św. Jana, są odpowiedzią Marii Magdaleny na prośbę, którą Kościół kieruje do niej także i dziś: „Mario, ty powiedz, coś w drodze widziała?”. Po doświadczeniu Ogrójca, drogi krzyżowej i Golgoty, po dniach przygnębienia, lęku i niepewności, a nade wszystko po wydarzeniach owego poranka pierwszego dnia po szabacie i po osobistym spotkaniu z Mistrzem ta uczennica Pana – wraz z innymi kobietami i apostołami – głosi radosną nowinę: „Zmartwychwstał już Chrystus”.

Dzielimy dzisiaj radość kobiet, które stały się pierwszymi zwiastunkami wielkanocnej nowiny. Z ich świadectwa, z ich spotkania ze Zmartwychwstałym rodzi się nasza nadzieja, bo – jak Maria i pozostałe kobiety – czujemy się adresatami słów Chrystusa: „Nie bójcie się!” (Mt 28,10), które są wezwaniem do porzucenia wszelkiego lęku. Nie musimy się bać, bo Dobro pokonało przewrotność i śmierć. Nie musimy się bać, bo Prawda pokonała kłamstwo. Nie musimy się bać, bo Miłość pokonała grzech.

Zmartwychwstanie Chrystusa jest fundamentem, stoi w centrum naszej wiary i naszej nadziei. Ufamy, że nasz Pan nie pozostawił nas samym sobie, ale idzie z nami i wskazuje nam pewną drogę ku Bogu Ojcu. On także posyła nas z radosnym i pełnym otuchy orędziem do naszych sióstr i braci. Posyła nas, by dzielić się nadzieją ze wszystkimi ludźmi, zwłaszcza z tymi, którzy ją utracili.

II. „Bóg […] przez powstanie z martwych Jezusa Chrystusa na nowo zrodził nas do żywej nadziei” (1P 1, 3)

Pośród wielu życzeń, które św. Paweł kieruje do adresatów swoich listów, jest także przesłanie nadziei. W Liście do Rzymian życzenie to przybiera postać błogosławieństwa: „Bóg, dawca nadziei, niech wam udzieli pełni radości i pokoju w wierze, abyście mocą Ducha Świętego byli bogaci w nadzieję” (Rz 15,13).

To wielkanocne życzenie jest potrzebne ludziom wszystkich czasów, potrzebne jest także nam, współczesnym. Dziś bowiem tak łatwo odebrać człowiekowi nadzieję. Wielu ją utraciło wskutek różnego rodzaju trudności, rozczarowań i zawiedzionych oczekiwań. Dla wielu powodem jej utraty stało się doświadczenie nieprawości, kolejnych odsłon słabości i grzechu, także ludzi Kościoła. Rodzi to pesymizm, lęk, rozpacz, ucieczkę w złudzenia. Z drugiej strony jesteśmy świadkami „taniego” optymizmu, utopii i technik niosących wprawdzie chwilowe pocieszenie i uspokojenie sumień, ale dalekich od prawdziwej nadziei. Dać ją bowiem może tylko Chrystus. Jego zwycięstwo nad śmiercią, piekłem i szatanem. Dlatego powinniśmy głosić radość Jego zmartwychwstania, będącego źródłem nadziei.

Nasze życie jest duchową wędrówką pełną wciąż nowych wyzwań. Potrzebujemy więc ducha nadziei, by ustawicznie je przekształcać i pogłębiać, nadawać mu nowy sens. Nadzieja na spotkanie z Bogiem, który jest celem naszego życia, sprawia, że intensywniej Go szukamy. Ona też pomaga nam patrzyć na świat w świetle naszego powołania do nieśmiertelności. Bo „Nadzieja – jak pisał ks. Jan Twardowski – to cierpliwość czekania na to, / że spełnią się wszystkie Boże obietnice” (Elementarz księdza Twardowskiego). W perspektywie naszej chrześcijańskiej nadziei – zrodzonej z wielowiekowego doświadczenia Kościoła i naszych osobistych doświadczeń, że Chrystus nigdy nie zawodzi – lepiej dostrzegamy, iż nic na ziemi nie jest ostateczne, kompletne, skończone. Człowiek, który żyje nadzieją, odnajduje prawdziwy dynamizm dla swojego życia; ona nie pozwala mu ustać w drodze, nie pozwala pogrążyć się w bezczynności, nie pozwala ulegać frustracji. Wszak „tylko ludzie silni nadzieją są zdolni przetrwać wszelkie trudności” – jak w jednym z kazań mówił bł. ks. Jerzy Popiełuszko.

Nadzieja jest potrzebna człowiekowi, by mógł on żyć pełnią życia. Ze św. Piotrem możemy z ufnością głosić: „Jeśli razem z Chrystusem powstaliście z martwych, szukajcie tego, co w górze, gdzie przebywa Chrystus, zasiadający po prawicy Boga. Dążcie do tego, co w górze, nie do tego, co na ziemi” (Kol 3,1-4). Od Jezusa zmartwychwstałego możemy czerpać odwagę, by w życiu osobistym, rodzinnym, społecznym, gospodarczym, politycznym angażować się w szukanie „tego, co w górze”, pamiętając o Chrystusowej obietnicy: „Ja jestem z wami przez wszystkie dni, aż do skończenia świata” (Mt 28,20). Wobec tego: sursum corda – w górę serca!

III. Uniwersytet w służbie nadziei

Katolicki Uniwersytet Lubelski Jana Pawła II, po radosnych obchodach stulecia swego istnienia, z nadzieją wchodzi w drugie stulecie działalności. Uczelnia nasza, tak jak dzieli obawy i lęki ludzi współczesnych, tak też dzieli nadzieje Kościoła i narodu, by nie ulec pokusie frustracji i bierności.

Ufamy, że w drugim stuleciu z naszego środowiska akademickiego nadal będzie płynąć wezwanie zmartwychwstałego Chrystusa: „Nie lękajcie się”, przypomniane podczas inauguracji pontyfikatu i po wielekroć powtarzane przez naszego profesora i patrona św. Jana Pawła II. Jezus powiedział przecież św. Pawłowi: „Wystarczy ci mojej łaski” (2 Kor 12,8). My możemy powtórzyć za Apostołem Narodów: „Wszystko mogę w Tym, który mnie umacnia” (Flp 4,13). Zaufaliśmy bowiem słowom Jezusa: „Miejcie odwagę, Jam zwyciężył świat” (J 16,33). Z nich czerpiemy siłę, by nie poddać się pokusie zwątpienia i zniechęcenia, ale niezmiennie realizować cel naszego Uniwersytetu: służbę Prawdzie.

Ufamy, że ten duch dojrzałej mądrości karmionej siłą nadziei pozwoli naszej Uczelni umiejętnie sprostać zmianom w polskiej nauce i szkolnictwie wyższym. Postulujemy bowiem, by słuszne poszukiwania nowych dróg wyznaczanych przez wymogi współczesności, zwłaszcza w zakresie współpracy nauki z techniką i aplikacji wyników nauki do rozwiązywania aktualnych problemów, nie doprowadziły do zburzenia ładu instytucjonalnego polskiej nauki. Wyrażamy pragnienie, aby przemiany umożliwiły rozwój badań, które pozwolą na kultywowanie narodowego i chrześcijańskiego dziedzictwa oraz formułowanie diagnoz i terapii niezbędnych wobec zagrożeń cywilizacyjnych, ujawniających się w wymiarze globalnym. Tak jak w przeszłości bowiem chcemy bronić integralnej prawdy o człowieku i prowadzić badania humanistyczno-społeczne, ugruntowane na trwałym fundamencie filozofii greckiej, prawa rzymskiego i etyki chrześcijańskiej, które widzimy jako zwornik naszej cywilizacji zachodniej i akademickości naszego Uniwersytetu. Integralna prawda o człowieku jest też podstawowym wyróżnikiem naszej działalności wychowawczej, realizowanej w duchu pogłębionej wiary i w jedności z nauczającym Kościołem.

IV. Alleluja! Jezus zwyciężył

Drodzy Przyjaciele Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego Jana Pawła II! Dziękujemy za sprawdzoną przez dziesięciolecia życzliwość okazywaną naszej Uczelni, za modlitwy i wsparcie. Dziękujemy naszym wiernym Przyjaciołom, tak licznym Absolwentom i czcigodnemu Duchowieństwu za promocję idei KUL jako uniwersytetu oddanego Bogu i Ojczyźnie.

„Poznać Boga – prawdziwego Boga – oznacza otrzymać nadzieję” – napisał w encyklice Spe salvi papież Benedykt XVI. Niech święta Wielkiej Nocy będą dla nas czasem głębokiego spotkania z Bogiem niosącym nadzieję, niech będą czasem radosnego świętowania ze Zmartwychwstałym – naszym Panem i naszą nadzieją.

ks. prof. dr hab. Antoni Dębiński

Rektor Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego Jana Pawła II

Lublin, Wielkanoc 2019

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Dłonie, które uczą miłości

2019-04-22 18:04

Anna Skopińska

Blask i ciepło

Maria Niedziela
o. Anastazy Pankiewicz

I pokazuje mi siebie w ludziach i znakach, które – tak myślę – są znakami od niego. Więc najpierw siostry antonianki i klasztor przy ul. Janosika. Choć pierwszym i pamiętającym o. Anastazego Pankiewicza był ten przy Mariańskiej 3 – niedaleko miejsca, w którym wzniósł szkołę, klasztor i kościół. S. Agnieszka, z którą rozmawiam, pamięta jeszcze tamto miejsce i dom, bo tam właśnie zaczynała swoją zakonną drogę. W zakonie, który utworzył. Po to, by charyzmatem wspierały życie, dzieci poczęte, te już narodzone, by służyły tym najsłabszym. Ale spotykam też s. Zytę – ona wstąpiła do zgromadzenia dokładnie 60 lat temu – w roku, gdy zostało ono oficjalnie zatwierdzone. Starsza zakonnica, kobieta, ma niezwykły uśmiech i ciepło bijące z oczu. I jest tak po ludzku niezwykle piękna. Pytam, czy nie żałuje. „Nie” - odpowiada. I robi to z takim przekonaniem, że aż coś ściska za gardło. Bo już wiem, co daje jej ten blask.

W kaplicy sióstr jest płaskorzeźba o. Pankiewicza. A przy nim cierniowa korona, czyli Dachau. W klasztorze jest też jego portret. Od sióstr słyszę, że to jedno z wierniejszych odwzorowań. Siostry prowadzą w Łodzi Dom Samotnej Matki. I pewnie o to chodziło przyszłemu błogosławionemu. O tę służbę najmniejszym i najsłabszym. I choć to daleko od dawnej Mariańskiej – obecnie to skrawek zieleni pomiędzy ul. Wojska Polskiego a Akademią Sztuk Pięknych – to w klasztorze sióstr po raz pierwszy spotkałam o. Pankiewicza. Właśnie w tych kobietach, których powołaniem to, o co zabiegał.

Zawsze zostaje ślad

Na cmentarzu na Dołach było już trudniej. Ale to tam został ten mały ślad. Gdy 2 lutego 1940 r. o. Anastazy Pankiewicz został wyrzucony z budynku klasztoru, mógł wyjechać z Łodzi. Nie zrobił tego. Nie zabiegał o swoje życie. Zamieszkał w małym pokoju w domku Bronisława Gralińskiego – kierownika pobliskiego cmentarza. Naprzeciw była kaplica. W niej raz w tygodniu odprawiał Mszę św. - w niedzielę. Codzienne eucharystie sprawował w swoim pokoju. Dziś budynek kierownika cmentarza jeszcze stoi. Ale już nie jest ten sam. - wszystko wyremontowane, obłożone styropianem, otynkowane, w środku nie ma nawet skrawka starej ściany – słyszę od przebierających się tu grabarzy – gdyby przyszła pani kilka lat temu... – mówią. Ale nie przyszłam... Z roboczego podwórka dostrzegam jednak, że nie każdy ślad jest zatarty. Do malutkiego domku dobudowano niższą oficynę a gzyms pomiędzy starym i nowym dachem po prostu zamalowano białą farbą. Jako jedyny fragment nie został zaklejony, wyrównany. Pewnie trudno było tam dotrzeć. A może to uśmiech o. Anastazego? Do tego domku siostry przynosiły mu jedzenie. W 2007 roku w łódzkim klasztorze antonianek zmarła s. Bonawentura, która wędrowała z ul. Mariańskiej właśnie tu, by ich założyciel miał co jeść...

W kaplicy, choć wybudowanej w 1934 roku, nie ma za to nic z tamtego czasu. Na froncie są jednak tablice pamiątkowe. Z nadzieją podchodzę – jedna poświęcona harcerzom, którzy w latach 1942 - 1943 prowadzili tu tajną drukarnię, jest upamiętnienie angielskiego lotnika, niezłomnych.... A on? Od 2 lutego do 6 października odprawiał tu Msze św. Z tego cmentarza został zabrany do więzienia śledczego przy Sterlinga, stąd poszedł do Dachau... Nikt tego nie wie. Te tysiące ludzi przemierzających ścieżki, cmentarne alejki, przechodzących na drugą stronę ul. Smutnej, nie zdają sobie sprawy, że to była droga którą nie raz pokonał o. Pankiewicz. I że nie ukrywał się tutaj. Adres podawał jako oficjalny, miał pozwolenie na odprawianie niedzielnej Mszy św. Nie uciekał, nie drżał o swoje życie. Zaufał. - to taki człowiek? Nie wiedziałyśmy, że był tak blisko... - mówią trochę speszone panie z kwiaciarni.

Na górce

Najważniejsze jego dzieło. Klasztor, kościół św. Elżbiety Węgierskiej i szkoła. „Na górce”. Gimnazjum, które pracę zaczęło w 1937 roku dziś także tętni życiem. Przed placówką, która w części jest też klasztorem łódzkich bernardynów, stoi pomnik o. Pankiewicza. Błogosławionego. Musi mijać go każdy, kto tędy przechodzi. Idąc do szkoły, kościoła, czy skracając sobie drogę do szpitala. Tu tu objawił się cały talent, i całe powołanie bernardyna. Temu miejscu oddał całe serce. Doglądał tu każdej kładzionej cegły, każdego detalu. Był z ludźmi. Jego historię znają bardzo dobrze uczniowie szkoły., Jest przecież ich patronem. I pewnie to taki Boży palec, że naprzeciw kompleksu bernardynów powstał szpital dziecięcy, z onkologią i trudnymi oddziałami. Że nieopodal siostry salezjanki prowadzą ochronkę bałucką. On rzucił tu światło, zapalił iskrę. I ta po dziś dzień promieniuje.

Mam co jeść

Kolejne miejsce to kościół św. Piotra i Pawła. W tej świątyni poświęcił stacje drogi krzyżowej. Do starej, pamiętającej jeszcze czasy o. Anastazego, części wchodzą ludzie. Zwykły dzień. A ich jest coraz więcej. Jedna kobieta przystaje. - dzięki nim nie muszę martwić się o wiele rzeczy – mówi. Przyszła tu po paczkę. Robi to raz w miesiącu. - to dla mnie wielka ulga, bo niektórych produktów spożywczych czy chemii nie muszę już kupić – dodaje. Nie pytałam jej o nic. To ona wychodząc z parafialnego punktu caritas chciała podzielić się swoją małą radością. - bo wie pani, jest ciężko, ale muszę dać radę – stwierdza. Nie wiem ile ma lat. Może jest w wieku mojej mamy? A może młodsza? Wiem tylko, że to kolejna osoba „podstawiona” tu przez przyszłego świętego.

Męczeństwo...

Jest też wiezienie na Szterlinga w Łodzi, gdzie Niemcy przesłuchiwali przez 17 dni o. Anastazego. To miejsce straceń i męczeństwa tysięcy Polaków. W której sali był przetrzymywany? W którym miejscu? Obecnie znajdują się tam przychodnie lekarskie. Ale gdzieś tam w wyobraźni widzę przywiezionego tu zakonnika, w habicie, bo go nie zdjął. Prowadzonego i przetrzymywanego. To preludium do Konstantynowa Łódzkiego i do Dachau. Dostał numer 28176 i pasiak. „Niech się dzieje wola Boża. Jestem gotowy na śmierć.” - powiedział, gdy został wytypowany do transportu inwalidów i poprowadzony do ciężarówki jadącej do gazu. Zginął 20 maja 1942 roku. Czy go znamy? Czy pamiętamy? Tyle go w Łodzi a jakby nie był widoczny... Choć jego dłonie uczą miłości. Takiej do końca. 13 czerwca 1999 r. św. Jan Paweł II ogłosił błogosławionymi 108 męczenników. Wśród nich naszego o. Anastazego.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem