Reklama

Męczennik z Koniemłotów

Rafał Staszewski
Edycja sandomierska 34/2006

W tym roku mija 30. rocznica śmierci ks. Romana Kotlarza. Jego tragiczny los do złudzenia przypomina gehennę, jaką przeszedł ks. Jerzy Popiełuszko. Przed niespełna 2 laty bp Andrzej Dzięga utworzył Ośrodek Dokumentacji Życia i Działalności księdza Romana. Gromadzone w nim materiały mają posłużyć do rozpoczęcia procesu beatyfikacji zamordowanego przez UB kapłana.

Duchowny z powołania

Ks. Roman Kotlarz urodził się w 1928 r. w Koniemłotach, niedaleko Staszowa. Jego ojciec był naczelnikiem straży pożarnej, pełnił również funkcję organisty w kilku okolicznych parafiach. Młody Roman miał piątkę rodzeństwa. Dziś żyje tylko jedna siostra - Marianna Kawalec. Mieszka tuż obok placu, który teraz nosi imię jej tragicznie zmarłego brata. Cieszy ją, że ludzie pamiętają księdza Romana, z drugiej strony opowieść o nim przychodzi jej z trudem. To przecież odgrzebywanie najbardziej bolesnych ran…
- Czuł powołanie od dzieciństwa, nie mam co do tego najmniejszych wątpliwości - mówi pani Marianna. - Wiele razy widziałam, jak w latach szkolnych z kolegami bawili się w odprawianie Mszy św.
Roman został księdzem w 1954 r. Święcenia przyjął w sandomierskiej katedrze z rąk bp. Walentego Wójcika. Pełnił posługę duszpasterską w sześciu kolejnych parafiach na terenie diecezji, w tym również w Koprzywnicy, gdzie bodaj po raz pierwszy poważnie naraził się władzy ludowej, która doprowadziła do pozbawienia go prawa nauczania religii w szkole podstawowej. Powód - komentarze na temat ustroju.

Orędownik prawdy

W 1961 r. ks. Kotlarz został wikariuszem parafii Matki Bożej Częstochowskiej w Pelagowie k. Radomia. Pracował tam przez 15 lat, aż do swej śmierci w roku 1976.
- Odwiedzaliśmy go wielokrotnie - wspomina pani Marianna. - To była mała wioska, ale autobus tam dojeżdżał i stacja kolejowa znajdowała się w pobliżu. Romana bardzo szanowali. Umiał przyciągać ludzi, zwłaszcza młodzież. Na jego Mszach kościół był jej pełen.
Wikary z Pelagowa często zaglądał do pobliskiego Radomia. W tamtejszym środowisku był postacią znaną. Jak twierdzą jego najbliżsi, nie angażował się w politykę, ale też nie pozostawał obojętny na kłamstwo i obłudę.
- Duchowy kształt jego życiu nadał ks. Michał Skowron, staszowski prefekt, który później był poprzednikiem Romana Kotlarza w Pelagowie - opowiada proboszcz parafii w Koniemłotach ks. Paweł Cygan.
Ksiądz Paweł jest z pochodzenia radomianinem i już w młodości zetknął się z postacią charyzmatycznego kapłana. - Był mi bliski już choćby poprzez to, że złożył swoje życie w ofierze za słuszną sprawę. Urósł do rangi symbolu obrony człowieka - podkreśla ks. Cygan.

Radomski czerwiec

25 czerwca 1976 r. na ulice Radomia wyległy tłumy robotników i mieszkańców miasta. Dzień wcześniej premier Jaroszewicz przedstawił w Sejmie rządową propozycję podwyżek cen. Protest rozpoczęli pracownicy Zakładów Metalowych im. gen. Waltera. Do demonstrujących dołączyli niebawem ich koledzy z innych fabryk. Tłum zgromadził się przed Komitetem Wojewódzkim. Ówczesny I sekretarz Janusz Prokopiak nie chciał wyjść do manifestantów, czekał na instrukcje z Warszawy. Wzburzeni robotnicy podpalili i splądrowali siedzibę partii. Władze ściągnęły do miasta posiłki ZOMO, które spacyfikowały demonstrację. Ciągnący ulicami miasta tłum błogosławił ze schodów kościoła Świętej Trójcy ks. Roman Kotlarz, udzielając robotnikom absolucji w niebezpieczeństwie śmierci. Potem sam dołączył do manifestacji.
Bilans wydarzeń radomskich był przytłaczający. W czasie manifestacji śmierć poniosły 2 osoby. Milicja zatrzymała ponad 630 protestujących, z których większość była później bita i szykanowana na komisariatach.

Reklama

Represje

Ks. Kotlarz w swoim Pelagowie zaczął organizować modlitwy za pobitych, aresztowanych i zwalnianych z pracy robotników. W kazaniach głośno domagał się szacunku dla człowieka i jego pracy. Mocno piętnował represje władzy ludowej. Ta nie pozostała mu jednak dłużna. Na plebanię coraz częściej zaczęli zaglądać funkcjonariusze bezpieki. Kilka takich wizyt zakończyło się pobiciem kapłana.
- Jednego razu skatowali nawet gospodynię, za to, że nie chciała ich wpuścić do środka - mówi M. Kawalec.
Ksiądz Roman zaczął dostawać wezwania na komisariat. Poddano go ścisłej inwigilacji. Musiał meldować się co drugi dzień. Wydział do spraw Wyznań Urzędu Wojewódzkiego w Radomiu skierował nawet oficjalne pismo do biskupa sandomierskiego Piotra Gołębiowskiego, domagające się potępienia duchownego z Pelagowa.
- Mało wiedzieliśmy o tym, co musiał przechodzić po wydarzeniach czerwcowych - wspomina siostra księdza Romana. - Dochodziły do nas słuchy, że jest nękany przez UB, że nawet zdarzały się jakieś pobicia, ale on sam nic o tym nie mówił. Bał się nas narażać na niebezpieczeństwo i represje.

Pożegnanie

Marianna Kawalec po raz ostatni widziała brata miesiąc przed śmiercią. Przyjechał na wesele siostrzenicy do Koniemłotów. Wszyscy czekali na niego przed kościołem, bo spóźnił się dość znacznie. Na przyjęciu nie zabawił długo. Tłumaczył, że musi szybko wracać. - Pamiętam, że żegnał się wtedy ze mną szczególnie gorąco, jakby przeczuwał, że widzimy się po raz ostatni - mówi wzruszonym głosem pani Marianna.
W początkach sierpnia oprawcy z bezpieki znów zjawili się na plebanii w Pelagowie. Tym razem ich najście miało mieć tragiczny finał.
Jakaś życzliwa osoba powiadomiła rodzinę w Koniemłotach, że ksiądz Roman został dotkliwie skatowany. Krewni natychmiast udali się do niego. Leżał w łóżku. Trudno było mu się poruszać. - Chcieli natychmiast przewieźć go do szpitala, ale odmówił - opowiada siostra. - Kazał wracać do domu, bo cały czas obawiał się kolejnego najścia i nie chciał, aby kogoś z rodziny spotkała krzywda.
Tym razem otrzymane ciosy okazały się ponad siły. 15 sierpnia podczas Mszy św. na Wniebowzięcie Najświętszej Maryi Panny stracił przytomność. Zmarł trzy dni później.
- Ojciec i jedna z sióstr wybierali się właśnie w odwiedziny do Romana, kiedy przyszedł telegram, z zawiadomieniem, że brat nie żyje - mówi Marianna Kawalec. - To był szok. Oficjalnie podano, że zmarł na serce, nie wolno było nawet wspomnieć o żadnym pobiciu. Mój ojciec oglądał jednak ciało i widział straszne sińce. Gdyby zmarł normalnie, może łatwiej byłoby się z tym pogodzić.

Gdzie są winni?

Pogrzeb ks. Kotlarza przerodził się w wielką patriotyczną manifestację. Cała droga od szpitala w Krychnowicach do kościoła w Pelagowie usłana była kwiatami. To ponad cztery kilometry… Robotnicy nieśli trumnę na ramionach. Po Mszy św. ciało przewieziono do Koniemłotów, gdzie spoczęło w rodzinnym grobie. W ostatniej drodze tragicznie zmarłemu kapłanowi towarzyszyły tysiące ludzi.
W roku 1990 prezydent RP na uchodźstwie Ryszard Kaczorowski pośmiertnie odznaczył ks. Kotlarza Złotym Krzyżem Zasługi z Mieczami „Za ofiarę życia w walce z komunistami o niepodległą Polskę”.
Do tej pory nie udało się ustalić sprawców śmiertelnego pobicia. Działacze radomskiej „Solidarności” liczą w tej sprawie na pomoc Instytutu Pamięci Narodowej.
Mam przed sobą artykuł Antoniego Zambrowskiego, w którym autor donosi, że w czerwcu 1998 r. grupa uczniów VI Liceum Ogólnokształcącego w Radomiu otrzymała nagrodę kwartalnika historycznego „Karta” za pracę: „Ksiądz Roman Kotlarz - obrońca wolności, prawdy i sprawiedliwości”. Ujawnili w niej personalia jednego ze specjalistów SB od mokrej roboty, odpowiedzialnego za śmierć kapłana z Pelagowa.

Pamięć trwa

Przed niespełna dwoma laty ordynariusz diecezji sandomierskiej bp Andrzej Dzięga powołał przy parafii w Koniemłotach Ośrodek Dokumentacji Życia i Działalności ks. Romana Kotlarza. Ma on gromadzić dokumenty i świadectwa, które później mogłyby posłużyć w procesie beatyfikacji bohatera radomskiego czerwca. - To dopiero początek długiej drogi, ale mam nadzieję, że kiedyś będziemy mogli modlić się do niego, jako błogosławionego - mówi ks. Paweł Cygan.
Od września ubiegłego roku w Koniemłotach co miesiąc odprawiane jest nabożeństwo z prośbą, by ofiara życia księdza Romana przyniosła jak największe owoce. 20 sierpnia o godz. 11.00 w rodzinnej parafii kapłana-męczennika odbędą się uroczystości związane z 30. rocznicą jego tragicznej śmierci.

O powołaniu na dwa głosy

2019-02-18 20:05

Agata Pieszko

Kiedy rodzą się pytania

arch. prywatne i Krzysztof Wowk
S. Maria Czepiel, elżbietanka i o. Marian Michasiów, franciszkanin

Duszpasterz franciszkańskiego DA „Porcjunkula”, o. Marian Michasiów OFM Conv. wychował się w Lwówku Śląskim, gdzie mieści się klasztor franciszkanów. W szkolnych latach podglądał posługę oraz życie braci zakonnych i pod koniec liceum zaczęły w nim pączkować pytania. Czy to dla mnie? Jakie zachowanie będzie słuszne? Czas podjąć decyzję. – Poszedłem na dni otwarte nowicjatu, wtedy nastąpił we mnie moment przełomowy. Odkryłem, że to jest Boże zaproszenie, a nie tylko mój pomysł na życie. Brzmi książkowo, jednak o. Marian studzi entuzjazm. – Powołanie to nie jest coś, co usłyszymy raz. To pewna umiejętność podążania za Bożym głosem. Za tym głosem ojciec podąża już od 16 lat.

Czas decyzji

Przy rozeznawaniu powołania wielu z nas paraliżuje strach. Nie ma nic złego w sprawdzaniu różnych dróg, jednak gdy je ciągle zmieniamy, bardzo prawdopodobne, że zabłądzimy, próbując odnaleźć ten właściwy cel. – Byli tacy bracia, którzy podjęli formację, ale rozeznali, że to nie jest ich droga. Wcale nie uznawali tego czasu za stracony. Przeciwnie, był to czas, w którym Pan Bóg coś w nich poukładał, coś dobrego zdziałał – przekonuje duszpasterz. Decyzja zawsze niesie ze sobą ryzyko niepowodzenia, jednak nie możemy stać w życiowym rozkroku, gotując sobie wieczne wewnętrzne rozdarcie. Jeżeli coś odbija się w twoim sercu echem – nie bój się – po prostu to sprawdź!

Wskazówki

- W powołaniu musi być ktoś, kto woła. Nie da się tego głosu usłyszeć bez relacji z Panem Bogiem. To jest podstawa. Trzeba wsłuchiwać się w ten głos z takim zawierzeniem, że Panu Bogu bardziej zależy na naszym szczęściu niż nam samym – podpowiada o. Marian – Kwitowanie sytuacji słowami wola Boża stało się wyrazem jakiegoś uciemiężenia, a przecież wolą Bożą jest nasze uświęcenie. Tak jak konstruktor urządzenia wie, do czego je przeznaczył, tak i Pan Bóg, jako nasz Autor, zna nas i wie, gdzie to dobro, które włożył, możemy zrealizować w całej pełni. Oprócz naszego przeczucia ważne jest także rozeznanie Kościoła. Tak zwana informacja zwrotna. – Nikt nie zostanie kapłanem, zakonnikiem, czy siostrą zakonną bez wcześniejszego rozeznania i potwierdzenia konkretnych struktur. W powołaniu małżeńskim też byłoby dziwne, gdyby tylko jedna strona rozeznawała, że musi mieć koniecznie tę żonę, czy tego męża. Weryfikacja musi nastąpić na każdej drodze, którą człowiek podejmuje – tłumaczy.

Zanim o. Marian trafił do Wrocławia, był wychowawcą w domu formacyjnym, a dziś ma stały kontakt z młodzieżą akademicką. Wszyscy ludzie stają w końcu przed wyborem swojej drogi życiowej, muszą się nauczyć, jak mówić z Panem Bogiem i jednocześnie dać Mu dojść do słowa. Duszpasterze akademiccy okazują się w tym procesie bardzo pomocni.

Strzał w dziesiątkę!

S. Maria Czepiel ze Zgromadzenia Sióstr Św. Elżbiety we Wrocławiu ma dwie prawe ręce – obie wspomagają dwóch opiekunów DA Wawrzyny. Jedna leży na ramieniu ks. Stanisława „Orzecha” Orzechowskiego, natomiast druga wspiera o. Wojciecha Kobylińskiego CMF. Serce ma jedno, całe dla młodzieży. Siostra jest pomocna nie tylko przy rozeznawaniu powołania, leczeniu ran, czy prowadzeniu do Chrystusa przez Maryję. Z powodzeniem nauczy mężczyzn porządku, a kobiety cerowania, czy gotowania barszczu. Trudno wyobrazić sobie Duszpasterstwo bez s. Marii, bo trudno wyobrazić sobie dom bez mamy.

Strzała Amora

- Moje powołanie było bardzo szybkie. Strzała Amora. Nigdy nie myślałam o tym, żeby być siostrą zakonną. Pewnego razu pojechałam na rekolekcje do Sióstr Elżbietanek. Zaprosiła mnie na nie siostra zakonna, której opowiedział o mnie mój dobry znajomy. Wiedział, że przeżywam trudny czas. Na tych rekolekcjach było spotkanie ze Słowem Bożym. Na spotkaniu Bożenka (to moje imię z Chrztu) wylosowała takie Słowo: Szczęśliwi, którzy mieszkają w domu Twoim, Panie, nieustannie Cię wychwalają (Ps 84,5). To Słowo przebiło moje serce! Trudno wytłumaczyć dlaczego. Tak samo, jak trudno wytłumaczyć, dlaczego tej kobiecie podoba się właśnie ten mężczyzna. Ja po prostu chciałam być tylko Jezusowa. Na początku to miało być tylko dla mnie, bo chciałam być szczęśliwa, nie myślałam wówczas o tym, żeby Pan Jezus był ze mną szczęśliwy, jednak to Słowo tak do mnie trafiło, że w zasadzie w ciągu kilku dni podjęłam decyzję. Oczywiście, nie wstąpiłam do zakonu w kilka dni, ponieważ byłam studentką Politechniki Wrocławskiej – musiałam uporządkować wszystkie sprawy, pozdawać egzaminy, dokończyć semestr. Kilka miesięcy później pojechałam do Sióstr Elżbietanek na rozeznanie, żeby w ciszy pomyśleć dłużej o takim sposobie życia, bo to było dla mnie jakieś science fiction. Pojechałam w lipcu, w październiku byłam już postulantką w Zgromadzeniu Sióstr Św. Elżbiety. Wstąpiłam 4 października, kiedy wspominamy św. Franciszka z Asyżu. To bardzo droga mi postać. Można by zapytać: to dlaczego nie Siostry Franciszkanki? Dlatego, że św. Elżbieta Węgierska była serdeczną duchową przyjaciółką św. Franciszka. Franciszek do dzisiaj, z racji swojego umiłowania odrzuconych i ubogich oraz swojego osobistego ubóstwa, jest mi jednym z droższych świętych – opowiada s. Maria.

Pod ostrzałem

Kiedy trafia nas strzała Amora, Mars nie pozostaje dłużny. Też wyciąga swoje strzały, ale z pewnością nie są to strzały miłości, raczej strzały zniszczenia i nieprzychylnej ludzkiej opinii. Musimy pamiętać o tym, że w każdym prawdziwym powołaniu napotkamy trudności, bo po drugiej stronie barykady stoi ktoś, kto nie chce, aby Bóg czynił dobro naszymi rękami. Wmawia nam, że się do czegoś nie nadajemy, umniejsza naszą wartość, próbuje oszukać… Dlatego s. Maria uczula na rozeznawanie powołania w oparciu o Słowo, czyli o prawdę.

Celny strzał

Czy istnieje jeden, sprawdzony sposób na rozeznania powołania? Taki, który będzie na 100% trafny? – Muszę rozczarować tych, którzy mają na to nadzieję… Jednak mimo braku gotowej recepty, s. Maria zdradza, co jest istotą tego procesu. - Sercem rozeznawania każdego powołania jest jedno słowo: słuchać. Oczywiście, mowa o Słowie Bożym.

– Ludzie traktują Słowo Boże bardzo rzeczowo, jako kolejną opowiastkę, nic znaczącego, co mogłoby coś wnieść w ich życie. Nie zdajemy sobie sprawy, jak wielkie rzeczy może zdziałać żywe Słowo Boga w naszym życiu. Ja jestem tego przykładem. Tym, który powołuje, jest Bóg, a jeżeli my nie znamy Jego języka, to jak możemy rozeznać, co On do nas mówi? To tak, jakby próbować zrozumieć, co mówi mój szef w języku chińskim, kiedy ja kompletnie nie rozumiem chińskiego – dodaje Siostra Elżbietanka.

Pokorna służebnico Pana, łamiąca strzały nieprzyjaciela

Zapytałam s. Marię, jakie jest znaczenie kobiet w powołaniu do życia konsekrowanego. Siostra odpowiedziała mi Ewangelią: „Następnie wędrował przez miasta i wsie, nauczając i głosząc Ewangelię o królestwie Bożym. A było z Nim Dwunastu oraz kilka kobiet, które zostały uwolnione od złych duchów i od chorób: Maria, zwana Magdaleną, którą opuściło siedem złych duchów, Joanna, żona Chuzy, rządcy Heroda, Zuzanna i wiele innych, które im usługiwały, [udzielając] ze swego mienia”. (Łk, 8, 1-3). – Co jest mieniem kobiety? Kobieta uczy relacji. Zdrowa kobieta uczy więzi, troski o człowieka. Jest ze swej natury nastawiona na drugą osobę, na odpowiedzialność za nią. Mężczyzna jest bardziej zadaniowy. W Ewangelii zarówno te kobiety wymienione z imienia, jak i te bezimienne usługiwały Jezusowi i apostołom, czyli pierwszemu Kościołowi. Usługiwać znaczy kochać. Usługuje się tym, których kochamy. Ja, jako osoba konsekrowana, uczę się usługiwać wszystkim, czyli kochać wszystkich. Wszystkim tym, co posiadam, co zostało mi dane – odpowiada „wawrzynowa siostra duszpasterka”. Myślę, że dużą niewiadomą w rozeznawaniu powołania przez kobiety jest obawa przez niespełnionym pragnieniem macierzyństwa. Siostra poszerzyła nieco mój horyzont. – Nie trzeba fizycznie rodzić dzieci, żeby stać się matką. Dzięki spotkaniom z młodymi ludźmi z Duszpasterstwa (to już 7 lat!) doznałam bólu rodzenia i radości z narodzin.

Przemyślenia Siostry Marii nie mogą być chybione. Ich słuszność możemy poznać po owocach jej posługi zarówno w Duszpasterstwie Akademickim, Apostolacie Młodzieżowo-Powołaniowym prowincji wrocławskiej zgromadzenia, jak i w samym Zgromadzeniu Sióstr Św. Elżbiety. Pamiętajmy o nich, kiedy będziemy celować z Panem Bogiem w dziesiątkę naszego powołania!

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Blisko 5,7 mln na cenne opactwa

2019-02-19 20:06

dziar / Kielce (KAI)

Zespół klasztorny cystersów w Jędrzejowie, kaplica św. Anny w Pińczowie, kaplica Firlejów w Bejscach, czy zespół kolegiacki w Wiślicy - to cenne zabytki sakralne diecezji kieleckiej, które znalazły się na liście obiektów dofinansowanych przez Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Na ten cel ministerstwo przeznaczyło łącznie dla regionu świętokrzyskiego blisko 5,7 mln złotych.

ANDRZEJ NIEDŹWIECKI

Jak tłumaczy poseł PiS Krzysztof Lipiec, wsparcie trafi m.in. do archiopactwa cystersów w Jędrzejowie, najstarszego w Polsce, gdzie znajduje się sanktuarium bł. Wincentego Kadłubka. Ministerialne wsparcie zostanie przeznaczone m.in. na rewitalizację dzwonnicy oraz części ogrodzenia z bramą i reliktami dawnej furty (to drugi etap prac opiewający na kwotę 580 tys. zł) oraz na konserwację techniczną i estetyczną polichromii, wystroju i wyposażenia nawy północnej wraz z kaplicą bł. Wincentego Kadłubka (410 tys. zł).

Z kolei Zespół Kościoła Kolegiackiego w Wiślicy i bazylika kolegiacka Narodzenia Najświętszej Marii Panny z XIV wieku otrzymają dofinansowanie na remont dzwonnicy, zbudowanej w latach 1460-70 oraz na prace konserwatorskie i konstrukcyjne, kwocie 550 tys. zł. Będzie także wsparcie na badania konserwatorskie w zakresie romańskiego wątku kamiennego i detalu architektoniczno-rzeźbiarskiego elewacji świątyni (230 tys. zł).

Kościół św. Mikołaja w Bejscach z unikatową renesansową kaplicą Firlejów (1594 r.) dzięki kwocie 170 tys. zł. może realizować kolejny etap prac konserwatorskich dekoracji kaplicy, polichromii oraz posadzki.

Wsparcie otrzymały też m.in. kaplica św. Anny w Pińczowie, zbudowana przez Santi Gucciego (na prace remontowo- konserwatorskie elewacji zewnętrznej 200.000 zł) oraz kościół św. Jana Chrzciciela w Tuczępach (1674 r.) - na remont dachu prezbiterium 60 tys. zł.

Jak informuje poseł Krzysztof Lipiec, pomoc wicepremiera i ministra kultury Piotra Glińskiego pozwoli na renowacje ważnych miejsc na mapie kulturowego dziedzictwa województwa świętokrzyskiego.

dziar/kielce

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem