Reklama

Jestem otwarty na Boże propozycje

Z ks. Wiesławem Podgórskim rozmawia Wojciech Kania
Edycja sandomierska 42/2006

Wojciech Kania: - Minął rok od wyjazdu Księdza na placówkę misyjną do Afryki. Jak tamtejsza społeczność Księdza przyjęła?

Ks. Wiesław Podgórski: - Mój poprzednik ks. Grzegorz Jeż był zmuszony opuścić parafię z powodu choroby. Zostaliśmy więc przyjęci z otwartymi ramionami, a ich radość była tym większa, że zamiast jednego księdza przybyło dwóch. Cieszyli się, że wreszcie będą mieli księdza, który będzie sprawował Mszę św., chrzcił dorosłych (na tamtych terenach jest niewiele chrztów dzieci).

- Jakie miał Ksiądz obawy przed wyjazdem na misje?

- Najbardziej obawiałem się klimatu oraz chorób tropikalnych, które dziesiątkują misjonarzy. Bałem się także sytuacji politycznej, ponieważ w Czadzie są nieustanne ruchy rebeliantów, którzy próbują obalić władzę. Te ruchy rewolucyjne wspierane są przez państwa ościenne. Jednak Opatrzność Boża czuwała nade mną i trafiłem na okres względnego spokoju w kraju. Mój organizm także zniósł dobrze kilka malarii, które przechodziłem. Obyło się na szczęście bez większych komplikacji.

- Pracuje Ksiądz w diecezji Lai, parafii Deressia. Proszę nam opowiedzieć o niej.

- Obszar naszej parafii to ok. 7 tys. m2, należy do niej ok. 220 wiosek, z czego połowa jest już zewangelizowana. W połowie wiosek jest już katechista odpowiedzialny za chrześcijan znajdujących się na jego terenie. Parafia jest bardzo rozległa, najdalsza wioska położona jest ok. 120 km od miejsca, gdzie mieszkam. Jeżeli wziąć pod uwagę tamtejszy stan dróg, których czasem nie ma, to dostanie się do niektórych części parafii jest bardzo trudne. Często idzie się ścieżkami wydeptanymi przez ludzi lub bydło. Najtrudniej jest w porze deszczowej. Dopiero kiedy ustają deszcze, zabieramy maczety i siekiery i torujemy sobie drogę dla samochodu, który jest rzadkością.

- Jak wygląda dzień pracy misjonarza?

- Ciężko jest mówić o zwykłym dniu pracy. Zależy to wszytko od pory roku. W tym rejonie to one dyktują zachowania i aktywność tamtejszych ludzi. Nasze działania uzależnia pora deszczowa i pora sucha, kiedy możemy bez przeszkód docierać do naszych parafian.
W początkowej fazie ustalamy program duszpasterski na cały rok, robimy spotkania z katechistami, z animatorami z danych sektorów. W okresie Adwentu i Wielkiego Postu organizowane są rekolekcje w każdym z 14 sektorów. Naszą pracę uzależniamy więc również od kalendarza liturgicznego. Tego roku zaraz po Wielkanocy rozpoczęliśmy trzy budowy na terenie parafii. Każdy dzień jest inny i zaskakuje czymś nowym. Ciężko jest coś do końca zaplanować, bywają sytuacje nieprzewidziane, kiedy trzeba kogoś zawieźć do szpitala i cały plan na dany dzień ulega zmianie.

- Czy do liturgii zostają wprowadzone zwyczaje miejscowe?

- Tak. Liturgia jest przepełniona wieloma tańcami, śpiewami, których nie spotyka się w naszych kościołach. Nie wyobrażam sobie reakcji ludzi na taniec w mojej rodzinnej parafii. Natomiast tam przez taniec ludzie wyrażają swoje uczucia - radość i smutek. Jest wiele postaw w liturgii Mszy św., które są odmienne niż u nas, np. uczestnicy przez większość Eucharystii siedzą. W tamtej kulturze osoba, która mówi, jest pewnym autorytetem, a reszta słuchająca ma obowiązek się uniżyć. Podobnie inny jest zwyczaj przy zawieraniu małżeństwa. Słowa przysięgi niewiele znaczą, o wiele ważniejszy jest gest: narzeczony przekazuje narzeczonej ziarna milu w miseczce kalebasowej, a ona jemu wodę, którą ma wypić. Wymowa tego gestu jest bardzo piękna - on będzie się troszczył o pożywienie dla rodziny, a ona zawsze jego spragnionego przyjmie.

- Czy po roku pracy na misjach wróciłby Ksiądz do pracy w Polsce?

- Na to pytanie jest ciężko odpowiedzieć, bo zależy to wszystko od okoliczności. Jeżeli zdrowie będzie mi służyć, to nie wyobrażam sobie pracy w Polsce, gdzie nie brakuje księży. Natomiast Kościół w Afryce woła i prosi o księży. Patrząc na sytuację Kościoła jako Kościoła uniwersalnego, nie wyobrażam sobie, abym szedł tam, gdzie jest wielu duszpasterzy, zostawiając parafię i ludzi, którzy potrzebują kapłana.

- Można powiedzieć, że odnalazł Ksiądz powołanie w powołaniu?

- Tak. Przez całe życie chciałem pracować z ludźmi potrzebującymi i biednymi. Jednak nie mówię, że będę to robił do końca życia. Staram się zawierzyć swoje życie Panu Bogu. Zdaję sobie sprawę, że choroba może mi przeszkodzić w wykonywaniu tego powołania w powołaniu. Jestem otwarty na Boże propozycje.
Chcę serdecznie podziękować tym, którzy wspierają nas modlitwą i ofiarami. Wszystkim z serca płynące Bóg zpłać.

- Dziękuję serdecznie za rozmowę.

Idę po śmierć, idę po życie

2018-11-28 11:01

Z ks. Piotrem Pawlukiewiczem – słynnym rekolekcjonistą, zmagającym się z ciężką chorobą – rozmawia Krzysztof Tadej, dziennikarz TVP
Niedziela Ogólnopolska 48/2018, str. 18-20

Ks. Piotr Pawlukiewicz to jeden z najbardziej znanych polskich rekolekcjonistów.
Na spotkania z nim przychodzą wielkie rzesze wiernych. Znany jest również z niedzielnych kazań podczas Mszy św. transmitowanej przez Polskie Radio. W wyjątkowym wywiadzie dla „Niedzieli” opowiada o swojej chorobie, o tym, jak przygotować się na śmierć, i dlaczego warto dążyć do świętości

youtube

KRZYSZTOF TADEJ: – „Wstań. Albo będziesz święty, albo będziesz nikim” – to tytuł najnowszej Księdza książki. Dlaczego tak wysoko stawia Ksiądz poprzeczkę? Nie lepiej powiedzieć: „Czyń więcej dobra” lub po prostu: „Bądź lepszy”?

KS. PIOTR PAWLUKIEWICZ: – Wysoko to nie znaczy ponad ludzkie możliwości. Co to znaczy być świętym? Jeśli ktoś myśli, że święty to ten, kto nie popełnia błędów, że to chodzący ideał, to rzeczywiście za wysoko stawiam poprzeczkę. Ona będzie nieosiągalna nawet dla papieża. Ale dla mnie święty to ten, kto dąży do świętości. Małymi krokami – dwa centymetry na godzinę, milimetr na rok. Idzie do świętości, a jak się cofnie, upadnie, zgrzeszy, to z pokorą podejmuje decyzję, żeby nadrobić stracony dystans. Wraca na poprzednią drogę, mozoli się, żeby osiągnąć łączność z Chrystusem.

– Czym zatem jest świętość?

– Świętość to wybór. Nieraz młodzież pyta: „Po co się spowiadać?”. „Po co się spowiadać, skoro i tak zgrzeszę, upadnę, zawiodę w różnych sytuacjach? Po co się spowiadać, skoro ciągle wracam do grzesznego życia?”. Zawsze odpowiadam: nasze decyzje dotyczą tego, na co mamy wpływ; tego, co możemy wybrać.

– Co dokładnie ma Ksiądz na myśli?

– Każdy z nas ma zaplanowany dzisiejszy wieczór i jutrzejszy dzień. Mniej więcej wiemy, co będziemy robili w tym dniu, czy coś dobrego, czy złego. Nikt nie wie, czy popełni zło np. w 2054 r. Nie wiemy, co będzie się działo w dalszej przyszłości. Odpowiadamy za to, nad czym mamy władzę. Jeśli ktoś pyta: „Po co się spowiadać, skoro znów zgrzeszę?”, to ja pytam, czy planuje grzech. Jeśli planuje, to rzeczywiście jest kiepsko. Jeśli natomiast w dniach, nad którymi mamy władzę, nie planujemy grzechu, to w tym momencie stajemy się święci. W pełnym znaczeniu tego słowa.

– Kiedyś, mówiąc o świętości, opowiadał Ksiądz o filmie, którego bohaterem był Gandhi...

– Jest w tym filmie scena, jak Hindusi idą do fabryki. Angielska policja wali ich pałkami po głowie. Potem stojące kobiety obmywają im rany, a oni na nowo ustawiają się w kolejkę i idą do fabryki. I znowu dostają w głowę, i znowu kobiety obmywają im rany, i tak w kółko. To jest symbol naszej drogi do nieba. Szatan daje nam po głowie, a Kościół robi opatrunek. Opatruje sakramentem, Eucharystią, miłością bliźniego. Potem szatan znowu daje nam po głowie i Kościół znowu nas leczy. Świętym nie jest ten, kto siedzi obok i krytykuje: „I co ci to da?”. Świętym jest ten, kto uporczywie zmierza do Pana Boga. Spójrzmy na Piotra. Dlaczego był święty? Przecież nic nie umiał, nic mu nie wyszło oprócz jednego. Oprócz wracania do Pana Boga. Wielu ludzi jest pysznych. Wstydzą się spowiedzi. Wychodzą na ring tylko wtedy, gdy wiedzą, że wygrają. A jeśli mają cień podejrzenia, że mogą przegrać, to nie podejmują w ogóle walki. Ja zachęcam do walki.

– Nieraz słyszymy, że człowiek, który grzeszy, nie będzie szczęśliwy. To dlaczego ludzie grzeszą?

– Bo to jest na początku bardzo atrakcyjne. Dlaczego jeszcze? Ludzie są pyszni, pokazują płytką dumę, nieraz pokazują, „kim to ja nie jestem”. I wadzą się z samym Bogiem. Kiedyś zapytano żebraka przed katedrą w Warszawie, ile dziennie zarabia. Odpowiedział, że w niedzielę do dwustu złotych. Pytający był zdumiony: „Jak to?! Pan tak sobie tylko siedzi i zarabia aż dwieście złotych? To przecież niesamowite!”. Żebrak odpowiedział krótko: „Bo ludzie są głupie!”. No i my grzeszymy dlatego, że też jesteśmy „głupie”. Wydaje nam się, że obietnica diabła to jakaś superoferta, coś nadzwyczajnego. A kończy się jak zwykle: płaczem, łzami, wyrzutami sumienia i uświadomieniem sobie własnej głupoty.

– W najnowszej książce pisze Ksiądz, że wiele osób jest niezadowolonych. I dzieje się tak bez względu na to, co mają i czym się zajmują. Ciągle coś nam przeszkadza. To jak znaleźć szczęście? Zaakceptować życie takie, jakie jest? Jeśli np. widzimy coś złego w Kościele, to mamy się nie odzywać, tylko kochać Kościół bez względu na to, co się w nim dzieje?

– Kiedy podczas rejsu ktoś nagle krzyknie, że w okręcie jest dziura, to raczej wszyscy rzucą się do roboty pod kierunkiem kapitana, żeby mieć szansę wyjść z tego cało. Mamy kochać Kościół takim, jaki jest. Nigdy nie był doskonały. Zawsze byli w nim grzesznicy, bo Kościół jest szpitalem. Człowiek, który grzeszy, jest w szpitalu. Jest chory i znajduje pomoc. Nieraz słyszę: „Tamten facet chodzi do kościoła, a przecież grzeszy. Wieczorami kłóci się z żoną”. Odpowiadam: „Ale jakby nie chodził do kościoła, to może by ją zabił?”. Ja, gdybym codziennie nie chodził do kościoła, na pewno byłbym gorszy, niż jestem, na pewno trochę bym rozrabiał. Kościół nas leczy. Pan Jezus jest ordynatorem, Matka Boża – pielęgniarką.

– Wróćmy do tych osób niezadowolonych z życia. Czy można znaleźć szczęście już teraz? W miejscu, w którym żyjemy, i w warunkach, w których się znajdujemy?

– Oczywiście. Kiedyś czytałem wspomnienia jednej z więźniarek z Ravensbrück. Napisała, że nigdzie nie spotkała tak wspaniałych ludzi jak tam – życzliwych, pomocnych, z otwartym sercem. Mówiła o swoich towarzyszkach, że to aniołowie chodzący po ziemi. Tam więźniarki pomagały sobie nawzajem. Gotowe były oddać za siebie życie. I chwaliły Boga za dobro, które przekazywał przez ich serca.

– Nie zawsze łatwo odnaleźć szczęście. Ktoś np. dowiaduje się, że jest chory na nowotwór, ma przerzuty i zostało mu kilka miesięcy życia. Jak ma odnaleźć szczęście?

– Wszystko zależy od tego, czy ta osoba jest przygotowana na śmierć. Każdy z nas ma się przygotowywać do tej chwili. Godzina śmierci jest najważniejsza, bo w niej dokonamy ostatecznego wyboru. Wybierzemy szczęście albo, nie daj Boże, piekło. Niektórzy pójdą do piekła z własnej chęci, z własnej woli na złość Panu Bogu. Tak Go nienawidzą. Nienawiść zatruwa człowieka. Człowiek nieraz z nienawiści potrafi cierpieć tylko po to, żeby innemu zadać ból.

– Wróćmy do człowieka, który się dowiedział, że ma nowotwór.

– Człowiek powinien być przygotowany, że może stać się inaczej, niż sobie tego życzymy. Gdy składamy życzenia, często słyszymy: „wszystkiego najlepszego”, „niech ci się wiedzie”, „powodzenia”, zdrówka, zdrówka, a przede wszystkim zdrówka”. Trzeba być przygotowanym, że może być inaczej, i życzyć ufności Chrystusowej. Kiedyś mój kolega ksiądz opowiadał, że w dzieciństwie, kiedy jechał rowerem, ciężarówka przycisnęła go do krawężnika. Przewrócił się z wielkim hukiem, rozbił kolano i zapłakany wrócił do domu. Mama spytała, o czym myślał, gdy ta ciężarówka na niego jechała. Była przekonana, że usłyszy o mamusi i tatusiu. Ale tak nie odpowiedział. To są chwile, kiedy trzeba myśleć o Bogu. Gdy spotyka nas takie nieszczęście jak nowotwór, myślmy o Bogu.

– Pojawiają się pytania: „Dlaczego ja? Skoro Bóg jest wszechmogący, może mi przecież pomóc; dlaczego nie pomaga?”. Czy są dobre odpowiedzi na takie pytania?

– Oczywiście, można znaleźć odpowiedź. Zależy to od konkretnej sytuacji. W niejednym domu nastąpiły zgoda, pojednanie, otwarcie oczu na coś, czego się wcześniej nie dostrzegało, tylko dlatego, że ktoś z pokorą przyjął śmierć. Takie osoby mogą zrobić dużo dobrego. Dostały oręż do czynienia dobra. A śmierć przecież i tak kiedyś nastąpi.

– Śmierć, która niczego nie kończy. Można powiedzieć: Idę po śmierć, czyli idę po życie?

– Życie się nie kończy, ale się zmienia. Idę po śmierć, idę po życie. Tak, to dobre określenie. Na pogrzebie mówi się o człowieku, który umarł. Ale przecież to my umieramy, a on żyje. Ilu rodziców, ojców, matek bierze dzisiaj Biblię do ręki i rozmawia z dzieckiem o zmartwychwstaniu? Posłużę się przykładem. Na dworcu kolejowym możemy zobaczyć tunel. Na peronie ptak dziobie okruszki. Mógłby wlecieć w ten tunel i znaleźć dużo jedzenia. Ale się boi. My też tak żyjemy. Nasze okruszki to samochód, DVD, komputer. Dziobiemy, a ciasny tunel prowadzi do życia wiecznego. Tylko że młodzi ludzie wiedzą jedno: liczy się kasa. Jedyną powszechną ideologią w Polsce jest materializm praktyczny. My tu sobie rozmawiamy, a tymczasem w Polsce odbywa się, powiedzmy, kilka tysięcy rozmów o pieniądzach. Jak mało mam kasy, jak bardzo potrzebuję kasy, gdzie można więcej zarobić...

– Co Ksiądz mówi tym, którzy tylko o tym myślą?

– Puknijcie się w głowę! Wjechaliście w ślepą uliczkę. Ona jest bajecznie kolorowa, śliczna, ale na końcu okaże się, że jest ślepa. Nie zaprowadzi nikogo do szczęścia. Godzinami mogę opowiadać o ludziach, którzy teoretycznie powinni być nieszczęśliwi, a jednak jest inaczej. Ostatnio np. fotografowano siostrę zakonną, która ma sto lat. Szukano oblicza starego człowieka na okładkę książki. Siostra zapytała, o czym jest ta książka. Usłyszała, że o ludziach starych, smutnych, chorych. Podziękowała. „To nie dla mnie i nie o mnie”. Miała pokój w sercu. Była szczęśliwa.

– Był Ksiądz kiedyś kapelanem w szpitalu. Widział, jak ludzie odchodzą z tego świata. I przyszła ta chwila, kiedy to Księdza dotknęła choroba. Jak to Ksiądz przeżywa?

– Na razie raczej z humorem. Nie załamuję się. Lubię rozmawiać z Panem Bogiem po wojskowemu, chociaż nigdy w wojsku nie byłem. Wyobrażam sobie, że Pan Jezus mówi o chorobie: „Pawlukiewicz, masz nowego przyjaciela”. Odpowiadam: „Tak jest!”. I żyję dalej.

– Boli?

– Bólu nie czuję. To ograniczenie ruchowe, brak koordynacji. Przewróciłem się już może z 30, 40 razy.

– Czyli żartów nie ma?

– Bywa niebezpiecznie. Jak upadam, np. ze schodów, to myślę, żeby jakoś ręce pochować i przyjąć ciałem ciężar uderzenia.

– To choroba Parkinsona?

– Tak.

– Można ją zatrzymać?

– Można ją spowolnić i to się w dużym stopniu udaje. Ale po jakimś czasie zawsze sunie do przodu. Pół milimetra, centymetr, ciągle dalej.

– Kiedy Ksiądz się zorientował, że jest poważnie chory?

– W 2007 r. Przy goleniu zadrżała mi ręka. Nie mogłem precyzyjnie dotykać maszynką twarzy. Potem był problem z wyciągnięciem chusteczki do nosa albo portfela z kieszeni. Z trudem myłem zęby. Ale jeszcze wtedy były to drobne dolegliwości. Teraz jest inaczej. Szukam jednak pozytywnych stron. Jestem wzruszony opiekuńczością sióstr zakonnych, kapłanów, ludzi świeckich. Przychodzą, pytają, czy w czymś mi pomóc, czy dokądś podwieźć, coś kupić. Te codzienne doświadczenia kontrastują z obrazem polskiego kleru, który ostatnio przedstawił jeden z reżyserów. Ja widzę codziennie inny świat i jestem nim pozytywnie zaskoczony.

– Czy boi się Ksiądz śmierci?

– Teraz nie (uśmiech). Siedzimy sobie w miły jesienny wieczór. Miło się rozmawia, jest przyjemnie. Ale jak przyjdzie lekarz i powie, że to już koniec, to pewnie będę zazdrościł tym, którzy będą mogli oglądać następne mistrzostwa świata w piłce nożnej. Pewnie też tym, którzy dostaną nowy sprzęt muzyczny, taki idealny, bezszumowy... Wiem jednak, że Pan Bóg pokaże mi w niebie wiele fantastycznych rzeczy, o których na ziemi nie mamy pojęcia. Oczywiście, jeśli znajdę się w niebie, o co Boga pokornie proszę.

– Mówi Ksiądz, że każdy powinien przygotować się do śmierci. A Ksiądz jak to robi?

– Dużo myślę o śmierci, o przemijaniu. Dwa miesiące temu umarła moja mama. Widziałem ją przez całe moje życie, czyli prawie przez 60 lat. Przyglądałem się, jak żyła, byłem blisko w chorobie, kiedy umierała. I bardzo realnie spojrzałem na siebie. Mam prawie 60 lat, jestem chory. Oczywiście, można jeszcze pracować, funkcjonować, ale trzeba realnie oceniać sytuację i przygotować się na ten moment. Przygotować – to znaczy wypełnić swoją misję na maksa. Zrobić to, co zostało do zrobienia i co można zrobić przy wszystkich ograniczeniach. Tak, aby potem stanąć jak szeregowiec przed Generałem i usłyszeć od Niego słowa: „Dobrze, synu. Wiele uczyniłeś dobrego i wielką dostaniesz nagrodę w niebie”.

– Liczy Ksiądz na cud? Przecież wiele osób doświadczyło cudu.

– Kiedy o tym myślę, mówię sobie: „To byłby numer!”. Podchodzę do wszystkiego z humorem. Na początku, gdy lekarze stwierdzili, że to choroba Parkinsona, pojechałem do sióstr zakonnych na rekolekcje. Laseczką się podpierałem, żeby się nie przewrócić. Na spotkaniu po skończonych rekolekcjach słuchaczki wymieniały poglądy: które nauki się podobały, które mniej. Ze zdumieniem usłyszałem od 90 proc. zakonnic, co zrobiło na nich największe wrażenie: to, że ks. Pawlukiewicz o lasce zmagał się przy ołtarzu, żeby czegoś nie wylać, bo ręka mu drżała. Potem pojechałem na zamknięte rekolekcje do studentów i usłyszałem to samo. Wtedy dopiero można się było załamać! Trochę się buntowałem, no bo jak to, nie podziwiają moich słów, wygłaszanych mądrości, tylko podziwiają laskę, którą się podpieram, żeby nie wylądować na ziemi? Skandal! (śmiech).

– Bywają chwile depresji?

– Kiedyś miałem złe dni. Pomyliłem tabletki i zajrzała mi w twarz perspektywa domu starców. Marzyłem wcześniej, że jak będę ociężały, to kupię sobie jakiś fajny, duży telewizor. Tak na koniec. A potem przepiszę go jakimś biednym dzieciom. A tu po lekach nastąpiło jakieś nagłe załamanie zdrowia i perspektywa, że już nie zdążę zrobić nawet tego i wyląduję w domu księży emerytów. A tam łóżko i pampersy.

– Czy w takiej sytuacji inaczej przeżywa się życie? Czy jest się bliżej Boga?

– Cieszę się, że Bóg uchronił mnie od postawy buntu. Od stawiania pytań, dlaczego, i mówienia: „przecież dobrze żyłem”.

– Powróćmy na koniec do najnowszej książki. Jakie jest jej najważniejsze przesłanie?

– Chcę przekazać wszystkim: gryź, kop, szalej, ale wracaj. Wracaj do Pana Boga. Na różne sposoby. Możesz żebrać, płakać, prosić o spowiedź, ale jednego nie zaniechaj. Wróć do Kościoła, wróć do Pana Boga. Konfesjonały są otwarte codziennie, za darmo. Nie czekaj na koniec życia, bo nie wiesz, kiedy nastąpi. Zacznij wracać. Już teraz.

– Dziękuję za rozmowę.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Hiszpania: w Madrycie żyje ponad 2000 bezdomnych

2018-12-11 21:24

mz (KAI/AyO) / Madryt

W Madrycie żyje ponad 2000 bezdomnych, wynika z szacunków organizacji społecznych współpracujących ze sobą w dziedzinie zwalczania ubóstwa, m.in. Caritas. Autorzy badania twierdzą, że wiele z wcześniej przeprowadzonych statystyk wskazywało na około 5000 osób mieszkających bez dachu nad głową w stolicy Hiszpanii. Okazało się jednak, że dane te nie były prawdziwe, gdyż uwzględniały m.in. osoby, które mieszkają w ośrodkach charytatywnych, w tym w instytucjach prowadzonych przez Kościół katolicki.

Graziako

Szacuje się, że na ulicach Madrytu większość bezdomnych stanowią samotni mężczyźni nie posiadający hiszpańskiego obywatelstwa. Zazwyczaj mają oni około 40 lat i od co najmniej roku żyją na ulicy.

Głównym powodem bezdomności w hiszpańskiej stolicy jest brak pracy. Na problem ten wskazuje 63 proc. osób bezdomnych w Madrycie. Z kolei 26 proc. twierdzi, że do życia na ulicy zmusił ich brak pieniędzy.

Z danych rządu Hiszpanii wynika, że w zamieszkałym przez ponad 46 mln osób kraju żyje w biedzie ponad 4 mln osób.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Jestem od poczęcia

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem