Reklama

Arche Hotel

Moja mama


Edycja wrocławska 21/2008

Słowo stało się Ciałem, ale to dzięki osobie Maryi -Matki przyszło na świat. Mama jest źródłem wszystkich naszych odniesień. Pierwszym domem, pierwszym portem. Kiedy Bóg lokuje małą istotę na łódce życia, to pod sercem matki przygotowuje człowieka do wielkiej wyprawy, jaką jest życie. Dzień Matki to dobry moment, aby otoczyć refleksją i modlitwą te osoby, które swoją młodość, własne pragnienia i marzenia poświęciły po to, aby dać światu człowieka. Wspomnieniami o swoich mamach dzieli się z nami trzech wrocławian: prof. Andrzej Wiszniewski, dr Anna Orońska i Piotr Baron.

PROF. DR HAB. ANDRZEJ WISZNIEWSKI,
polityk, inżynier elektryk, były rektor PWr, ministr nauki oraz przewodniczący Komitetu Badań Naukowych w rządzie Jerzego Buzka

Kiedy tylko spotyka mnie ciekawe wydarzenie, lub kiedy widzę coś pięknego, to nieodmiennie nachodzi mnie myśl: „Muszę o tym opowiedzieć mamie”. Tyle tylko, że mama odeszła z tego świata ponad 30 lat temu. Ale ten odruch z dzieciństwa i młodości, odruch dzielenia się swym życiem z mamą, pozostał do dzisiaj. I nawet towarzysząca mu myśl, że od paru dziesięcioleci jest to niemożliwe, nie potrafi go usunąć.
Mama urodziła się 7 lat przed początkiem XX wieku. Pochodziła z zamożnej ziemiańskiej rodziny, której zasobność podkopała I wojna światowa. Ale otrzymała bardzo staranne wykształcenie i wychowanie. Jednak gdy dziś o tym myślę, to dochodzę do wniosku, że prawdziwym magnesem, który do mamy przyciągał wszystkich ludzi, którzy się z nią spotykali było to, co dziś nazywamy empatią, a co w gruncie rzeczy jest zrozumieniem dla ludzkich uczuć i pragnień, oraz zdumiewająca umiejętność słuchania zwierzeń i opowieści. Sądzę też, że ludzie, którzy się z nią stykali, byli pod wrażeniem tego niezwykłego i zdumiewającego połączenia bardzo klarownego kodeksu moralnego i wielkiej tolerancji.
Mama wyszła za mąż późno, a ja urodziłem się gdy miała 42 lata. Wkrótce potem wybuchła II wojna światowa, ojciec został zabrany do niemieckiego więzienia, a całą naszą rodzinę Niemcy wypędzili z rodzinnych posiadłości. Wówczas to rozpoczął się okres tułaczki i ciężkiej pracy mamy, by zapewnić mnie i mej siostrze codzienny kawałek chleba. A przy tym mama nie zaniedbała naszej edukacji (uczyła nas sama) jak też wychowania w kulcie polskich tradycji patriotycznych spod znaku bohaterów sienkiewiczowskiej Trylogii, którą czytywała nam każdego wieczoru.
Mama była osobą głęboko wierzącą, ale daleką od religijnej ortodoksji. Przez parę dziesięcioleci była związane z gronem pań, skupionych wokół podwarszawskiego domu opieki nad niewidomymi w Laskach. To głębokie zaangażowanie religijne mama pragnęła przekazać swym dzieciom i chyba bardzo bolała nad tym, że rezultaty daleko odbiegały od jej pragnień.
Gdy wojna dobiegła końca, nie mogliśmy wrócić do rodzinnych stron. Szukając swego losu w roku 1947 przejechaliśmy do Wrocławia, zmagając się nieustannie z bardzo trudnymi warunkami materialnymi. Mama chwytała się wszelkich sposobów dorobienia do skromnych poborów ojca. Pamiętam jak w przededniu Wystawy Ziem Odzyskanych razem z nią uczestniczyłem w kursie przewodników po Wrocławiu. Obydwoje ukończyliśmy go z najwyższymi ocenami i chyba to właśnie wówczas wraz z mamą pokochaliśmy ceglane mury kościołów na Ostrowie Tumskim.
W tym czasie zacząłem powoli wchodzić w wielki świat - najpierw szkoły średniej, a potem uczelni. A mama stała się tą osobą, która była codziennym powiernikiem, rozumiejącym moje ambicje i pragnienia sukcesu, a nawet moje słabości, głupoty i potknięcia. Z jednej strony była ze mnie dumna, z drugiej jednak chyba zdawała sobie sprawę, że ten świat, do którego się wyrywałem coraz bardziej pochłania mnie oddalając nas od siebie. Wiedziała, że jest to nieuniknione i cieszyła się, że mimo wszystko pozostała mym najbliższym powiernikiem. Bowiem nadal co wieczór brałem kubek herbaty i szedłem do pokoju mamy, by porozmawiać i opowiedzieć jej o tych ciekawych i pięknych zdarzeniach, które mnie w ciągu dnia spotkały. Nadal mimo wszystko byliśmy dla siebie najbliższymi osobami. A ja wiedziałem, że mama jest osobą, do której mogę zawsze przyjść, by podzielić się wrażeniami, by spytać o radę, by w tych trudnych czasach dostrzec granicę pomiędzy dobrem i złem.
A potem mama umarła. Myślę o tym wyrzucając sobie, że tyle okazji zmarnowałem by być blisko niej. Przez ostatnie 33 lata każdego dnia odczuwam dojmujący ból, że nie byłem przy niej w ostatnich godzinach życia. Jestem pewien, że tego pragnęła. A potem, gdy grudy ziemi zaczęły spadać na wieko trumny, to już nic nie dało się zrobić.
Piękne hebrajskie przysłowie powiada: „Pan Bóg nie może być wszędzie i dlatego stworzył matki”. Ale kiedyś przychodzi taki dzień, kiedy to matki odchodzą na zawsze. I człowiek do końca życia musi się zmagać z poczuciem osamotnienia. Bowiem chociaż jest Pan Bóg, to On przecież nie może być wszędzie.

DR ANNA OROŃSKA,
konsultant wojewódzki ds. medycyny paliatywnej

Moja mama, Zenaida, zmarła 8 lat temu. Gdy w latach 70. opuściliśmy z bratem dom rodzinny, ona została w Bytomiu, dokąd po wojnie przyjechaliśmy ze Lwowa. Opiekowała się coraz bardziej chorującym naszym ojcem, potem swoją mamą, potem moją chrzestną matką. Gdy ich nie stało, przyjechała do mnie, by poddać się operacji biodra - i już tu została - na 10 lat. Miała wtedy 79 lat.
Była zaprzeczeniem tezy, że „starych drzew się nie przesadza”. Bez żalu (tak przynajmniej mówiła) zostawiła swoje piękne, 120 metrowe mieszkanie, by zamienić je na moje m-3. Bardzo szybko zaprzyjaźniła się z moimi znajomymi, nawiązała nowe przyjaźnie. Bardzo towarzyska, z poczuciem humoru - przyciągała do siebie ludzi, zwłaszcza młodych (z zawodu była nauczycielką). Miała specyficzne powiedzenia, nie zawsze parlamentarne, np. „I co się kręcisz jak g…… w przerębli”. Świetnie dogadywała się z ks. Orzechowskim, uwielbiała odwiedzać moich znajomych, też poza Wrocławiem, nawet gdy już sprawiało jej to dużą trudność. Była religijna, ale bez cienia dewocji. Cieszyła się, gdy chodziłyśmy do kościoła też w dzień powszedni - parafianie Świętej Rodziny dotąd ją pamiętają. Pochodziła z Wołynia, ochrzczona była w kościele prawosławnym, ale nie miała problemów ze znalezieniem swego miejsca w katolickim. Ale gdy chciałam sprawić jej radość, zawoziłam ją do cerkwi.
Ostatnie pół roku życia chorowała, była niedołężna, ale do końca pogodna. Na wigilię 1999 r. kazała się jeszcze ubrać i usiadła do stołu. Zmarła 9 stycznia 2000. W dniu jej pogrzebu była piękna, słoneczna pogoda. Kilka dni po pogrzebie pojechałam do Częstochowy, i gdy zamawiałam Mszę św., przyjmująca intencję siostra zakonna powiedziała „Ale to szczęście umrzeć w Roku Jubileuszowym”.

Reklama

PIOTR BARON,
saxofonista jazzowy, kompozytor i pedagog

Doprawdy trudno jest zacząć pisać o własnej mamie, o osobie najbliższej, tak oczywistej jak powietrze wokół, niezbędne i niezauważalne. Nie da się nawet zacząć od początku, wszak biologicznego początku się nie pamięta, a tu podjęta została, co prawda tylko ludzka, ale fundamentalna dla mnie, decyzja dotycząca Bożego daru, dzięki któremu jestem. Mama to ktoś, kogo Pan Bóg wybrał, abym ja powstał. Mama to życie.
Moja mama jest aktorką. Nie tylko wedle mnie - znakomitą. Wciąż aktywną, mimo wieku poważnie średniego. Wedle mnie jest nią zbyt uporczywie, mam na myśli aktorstwo nadal znakomite, ale bez okoliczności temu sprzyjających, jakkolwiek jeżeli to ma być cena za jej wielkość na scenie, płacę i to z napiwkiem, opłaca się, chapeau bas.
Moja mama spotkała Jezusa późno, ale dobrze. I chwała Bogu jedynemu, chwała i cześć! Teraz mogę tylko dziękować, że przez moje uporczywe mantyczenie w końcu pojednała się z ojcem, i że chociaż tak się odpłaciłem, życiem za życie.
Mądrzy muzułmanie mówią, że człowiek kupuje trzy chleby. Jeden dla rodziców, jeden dla dzieci i jeden dla siebie. Może to dopiero naszym dzieciom spłacimy to, co dali nam ojciec i matka? A potem one, a potem ich dzieci… Wszak tylko jedna Matka poczęła za sprawą Ruah Adonai, nasze mamy kochały się w naszych ojcach, mężnych, wspaniałych, godnych, moja mama przyjęła zakochanie się mojego taty, no to jestem, witam Państwa!
Moja mama zaraziła mnie teatrem. Razem z tatą zarazili mnie literaturą, muzyką, dlatego w wieku urywania łba hydrze czytałem przy latarce na płaską baterię, dusząc się pod kołdrą, dlatego bronię jak lew teatru nawet wtedy, gdy jest słaby, manieryczny (bo to przecież teatr jest, a teatr to taki trochę kościół, no przecież misterium chyba?). Dlatego wybaczam aktorom bycie aktorami, dlatego potrafię (Boże, wybacz pychę) lepiej niż inni wyczuć fałsz w muzyce i w słowie, kiedyś byłem w tym lepszy, im jestem starszy, tym więcej wybaczam…
Moja mama doprowadza mnie do najwyższych emocji (czytaj: szału). Jesteśmy niezmiernie podobni w nieopuszczaniu twierdzy do końca, niestety stanowiska strategiczne mamy na ogół przeciwne. Tu podobno jestem kopią taty (czy byłby ze mnie dumny?).
Moja mama będzie żyła wiecznie, bo Pan Bóg jest dla mnie dobry. Muszę się z nią przecież nieustannie spierać, furczeć, gdy mam milion ważniejszych spraw niż jej telefon w sprawie świetnego żurku, który właśnie jej przyniosłem, muszę móc się jej zbyt rzadko radzić…
Jak na razie, pomimo poważnych schorzeń, moja mama ma się świetnie i wciąż zachwyca na scenie i w filmie (chyba już wspominałem, że Bóg jest miłością? Nie? Bóg jest miłością!).
Aha, zapomniałbym, moja mama nazywa się Marlena Milwiw i jest jedną z trzech najpiękniejszych kobiet świata. Pozostałe dwie to moja żona Elżbieta i nasza córeczka Marysia. Bogu niech będą dzięki. Amen

Zebrała Agnieszka Bugała

Duszpasterska wizyta, duszpasterska szansa

Agnieszka Dziarmaga
Edycja kielecka 3/2004

Graziako/Niedziela
Kapłan podąża z wizytą kolędową

Gdy ksiądz chodzi po kolędzie, w pogotowiu jest cały blok albo cała ulica. Kobiety zwalniają się z pracy, aby na czas przygotować stół przykryty obrusem, kropidło, naczynie z wodą święconą, pasyjkę i świece. Dzieciaki na gwałt uzupełniają zeszyty do religii albo gwarem wypełniają klatki schodowe, by co chwilę meldować pod „którym ksiądz jest numerem”. W blokach, w wielkich parafiach wizyta trwa krótko, najwyżej kilka minut. Jedni nie kryją irytacji: Na co komu taka kolęda? Czy coś z niej wynika? Inni bronią księży: przecież parafia liczy 15 tys. osób - musi wystarczyć krótka modlitwa i wymiana kilku zdań. Tak czy owak, nie milkną dyskusje wokół celowości kolędy.

Skąd się wzięła

O chodzących po kolędzie księżach pisał już Mikołaj Rej wkładając w usta wójta krytykę plebana: „... potym bieży po kolędzie / w każdym kącie dzwonić będzie / Więc woła Illuminare / a ty chłopku musisz dare...”. Skąd się jednak wziął zwyczaj duszpasterskich wizyt, trudno ustalić.
W starożytnym Rzymie odwiedzano się w styczniowe kalendy (callandae), zaczynające nowy rok. Wiadomo także, że wyraz „kolęda”, który do Polski dotarł za pośrednictwem Czechów, oznaczał pierwotnie pieśń noworoczną, śpiewaną podczas odwiedzania z tej okazji wiejskich gospodarzy.
Kościół zaadaptował te ludowe zwyczaje, łącząc je z błogosławieństwem domów w uroczystość Trzech Króli. A że nie dałoby się tego dnia odwiedzić wszystkich, wizyta rozłożyła się na czas poświąteczny.
Niemiecka i polska tradycja każe z okazji Trzech Króli napisać poświęconą kredą na drzwiach domów „K+M+B” (lub „C+M+B”) i datę roczną. Litery nie tyle są, jak zazwyczaj się uważa, skrótem od tradycyjnych imion Trzech Króli, lecz od łacińskiego Christus mansionem benedicat (lub polskiego: Chrystus Mieszkanie Błogosławi).
Dziś wizyta duszpasterska to nie tylko błogosławieństwo, ale może przede wszystkim spotkanie duszpasterza z parafianami. Przygotowanie do takiej wizyty powinno przebiegać w dwóch wymiarach: duchowym i zewnętrznym przygotowaniu domu.

... i jak przebiega?

Odwiedziny duszpasterskie mają charakter domowej liturgii. Rozpoczynają się od obrzędu błogosławieństwa rodzin (w czterech wersjach) ze wspólną modlitwą i ewentualnie rozważaniem Słowa Bożego. Niekiedy wizyta rozpoczyna się od zaintonowania kolędy, którą wraz z domownikami (i czasami ministrantami) śpiewa kapłan. Witając się słowami „pokój temu domowi” życzy, aby stale był w tym domu obecny Chrystus, który przychodząc na świat przyniósł ludziom pokój. Po tym pozdrowieniu następuje modlitwa o błogosławieństwo Boże dla całej rodziny i obrzęd błogosławieństwa mieszkania z pokropieniem wszystkich obecnych wodą święconą.
Podczas wizyty powinien być czas na rozmowę duszpasterza z wiernymi, przedstawienie księdzu rodzinnych radości i problemów; jest możność zademonstrowania osiągnięć szkolnych pociech, czy też ich udziału w parafialnych ruchach.
Dziś jednak często dominuje pesymizm. Biedniejemy, wielu traci pracę i stać ich na skromną lub żadną ofiarę. Wstydzimy się tego, bo przecież chcemy złożyć jakiś datek na potrzeby najbliższej nam wspólnoty. Zatem „ ile dać?”, staje się często przedmiotem długich dysput i przysłania zupełnie inne możliwości, jakie stwarzają odwiedziny księdza w naszym domu.
Na ogół nie wiemy też, dlaczego i po co duszpasterze zapisują coś w swoich kartotekach. Czyżby spisywali wysokości ofiar, albo liczyli „pogłowie”? Tymczasem księża tłumaczą, że informacje zebrane podczas kolędy pozwalają na rozeznanie potrzeb danej rodziny, uregulowanie jej spraw dotyczących życia sakramentalnego (np. stwierdzenie pożycia w związku niesakramentalnym).
- Dokładne przestudiowanie kartotek przed kolędą było dla mnie zawsze bardzo cenną sugestią - wyjaśnia ks. Dariusz Gącik, notariusz Kurii diecezjalnej w Kielcach. - Wynikało z nich np., że ktoś z rodziny jest poważnie chory, że jest w niej problem alkoholowy albo, że ludzie żyją bez ślubu. Znając te fakty mogłem odpowiednio przygotować się do rozmowy. I zdarza się, że wizycie duszpasterskiej towarzyszą naprawdę budujące doświadczenia - jej owocem jest np. chrzest dziecka, przystąpienie do sakramentu pokuty po długim okresie przerwy, zawarcie zawiązku małżeńskiego, albo skierowanie do rodziny konkretnej pomocy materialnej. Ogólnie - „powrót do praktyki wiary”, jak mówią księża.
Niekiedy, z myślą o swych następcach, szczególnie w miejskich parafiach, duszpasterze przekazują sobie uwagi zabawne i nietypowe, np. gdzie można liczyć na posiłek. Chociaż, co do posiłku, to w miastach brakuje zupełnie nań czasu - chyba że jest to naprawdę ostatnie mieszkanie w tym dniu.
- Dzień chodzącego z wizytą duszpasterską księdza przedstawia się zazwyczaj tak - wyjaśnia ks. D. Gącik. - Rano katecheza w szkole, powrót na obiad lub nieco później, przejrzenie kartotek i już ok. 15.00 rozpoczynamy wizytę duszpasterską. Kończymy zwykle ok. 21.00 - 21.30. Potem ewentualnie jakaś kolacja i przygotowanie się do katechezy na następny dzień. Czasem przez tydzień zdarzało mi się nie odsuwać zaciągniętych na noc zasłon…

Po co w ogóle takie odwiedziny

W Kodeksie Prawa Kanonicznego odnajdujemy kan. 529 § 1, który mówi: „Pragnąc dobrze wypełnić funkcję pasterza, proboszcz powinien starać się poznać wiernych powierzonych jego pieczy. Winien zatem nawiedzać rodziny, uczestnicząc w troskach wiernych, zwłaszcza niepokojach i smutku oraz umacniając ich w Panu, jak również - jeżeli w czymś nie domagają - roztropnie ich korygując”.
Wizyta duszpasterska jest dobrym sposobem realizacji tej „funkcji pasterza”. Ks. D. Gącik przestrzega przed nazywaniem jej kolędą. Bo kolęda dotyczy tylko okresu Bożego Narodzenia i choć jest umocniona w Polsce silną tradycją, nie należy ograniczać możliwości wyboru przez proboszcza innego czasu.
Coraz częściej dzieje się tak w wielkich miejskich parafiach, gdzie wizytę rozpoczyna się na początku Adwentu - np. w kieleckiej parafii św. Maksymiliana. - Siła tradycji jest tak wielka, że ludzie oburzają się na tę praktykę. A nie ma ku temu podstaw - wyjaśnia ks. Gącik, zalecając wyrozumiałość wobec realiów konkretnej parafii. W innych diecezjach spotkać można daleko bardziej nowatorskie praktyki, np. odwiedzanie parafian przez cały rok w dwa wybrane dni tygodnia. Wówczas są to wizyty rzeczywiście długie. Ale u nas… - My pochodzimy z Bielin, Wilkowa, Lisowa - tłumaczą parafianie ze św. Maksymiliana - w naszych wsiach nie rozbierało się choinki, dopóki ksiądz nie przyszedł po kolędzie. To i niełatwo przywyknąć...

Jak to jest w naszej diecezji

Diecezja kielecka ma w zdecydowanej większości charakter rolniczy, gdzie na dobre zakorzenił się obyczaj celebrowania kolędy. Nie ma mowy o krótkich odwiedzinach. Ksiądz musi wysłuchać tego, co ludzie mają mu do powiedzenia, czasem pokosztować ciast upieczonych na tę okazję, „omodlić” nowe domowe sprzęty, skorzystać z transportu organizowanego przez parafian. Pan Stanisław z Morawicy nie wyobraża sobie, żeby ksiądz chodził na piechotę albo jeździł własnym samochodem. - To jedyna okazja, żeby z księdzem bliżej pogadać, poznać go. No i nie wypada - kwituje krótko. - Co ksiądz, to ksiądz.
- Dla mnie kolęda jako ciągłe pogłębianie relacji z parafianami, ma duży sens - wyjaśnia ks. prob. Marian Gawinek. - W takiej parafii jak Stojewsko, ksiądz zna wszystkich i wszyscy znają księdza, więc tym bardziej jest o czym porozmawiać. Odwiedzanie rodzin i domów odbywa się na sposób tradycyjny, w ciągu godziny mniej więcej są to cztery „numery”. Księdza poprzedzają zawsze ministranci, którzy zaśpiewają gospodarzom kolędę. Pan domu czeka przed bramą, zaprasza do wysprzątanego wnętrza. Z księdzem starają się spotkać wszyscy domownicy. Ludzie chcą się wygadać; mówią, że coraz trudniej im o nadzieję, rolnictwo jest bez szans. Ale ostatnio obserwuję, że część młodych zaczyna osiedlać się w rodzinnej parafii, głównie za sprawą dobrze prosperującego zakładu drzewnego.
Jednak i na kieleckiej wsi w tradycję wkraczają realia. - Ja z kolędą chodzę od rana, więc uwijamy się dość szybko - wyjaśnia ks. Jerzy Siemiński, proboszcz z Mieronic k. Wodzisławia. - Dlaczego? To proste. Ludzie nie pracują prawie w 100%, więc można odwiedzać ich od rana. W parafii Mieronice, liczącej ok. 1300 osób, kolęda trwa ok. 15 dni. Chociaż ludzie są ubodzy, to absolutnie nie spotkałem się z mniejszą niż kiedyś serdecznością. Chcą księdza zatrzymać jak najdłużej, wygadać się. Panuje zupełnie wyjątkowa atmosfera - inna, nie naznaczona takim pośpiechem, jak np. wspominam z Kielc czy Pińczowa.
Kolęda, choć nieraz krytykowana za jej formę, jawi się jako szansa i propozycja. Otwarte drzwi domów, tradycja staropolskiej gościnności i wreszcie zaproszenie do rewizyty - bo taki sens ma przecież jakakolwiek wizyta - stwarzają wielkie możliwości. Warto z nich skorzystać.

Wydarzyło się podczas kolędy...

Państwu N. pomyliła się data wizyty księdza, więc na pukanie kapłana otworzył tylko pan domu. Ponieważ zapewniał, że żona za chwilę nadejdzie, a do wizyty są w zasadzie przygotowani - psychicznie i duchowo, ksiądz zgodził się zaczekać i nawet ofiarował swą pomoc w szybkim przygotowaniu ładnie wysprzątanego pokoju. Jakaż była konsternacja pani domu, która na to właśnie nadeszła i stwierdziła, że stół został nakryty... poszewką na kołdrę.

* * *

Gospodarze długo oczekujący swej kolejki włączyli telewizor i zapomnieli go wyłączyć, gdy ksiądz wreszcie nadszedł. Usadowili go w fotelu naprzeciw ekranu, gdzie właśnie trwały wybory Miss Nastolatek, zapewniając, że to będzie najlepsze dla księdza miejsce…

* * *

Zmęczony całodzienną kolędą ksiądz trafił wreszcie na koniec do swych dobrych znajomych i rozluźniony rozpoczął wspólną modlitwę: „A teraz pomódlmy się słowami, którymi Pan Jezus zwrócił się do swego Ojca: Zdrowaś Maryjo, łaskiś pełna...

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Akcja dom

Przewodniczący Episkopatu weźmie udział w pogrzebie Pawła Adamowicza

2019-01-18 10:13

ms / Poznań (KAI)

Abp Stanisław Gądecki, przewodniczący Konferencji Episkopatu Polski, weźmie udział w uroczystościach pogrzebowych śp. Pawła Adamowicza. Wcześniej metropolita poznański złożył rodzinie prezydenta Gdańska wyrazy głębokiego współczucia.

W czwartek abp Gądecki modlił się w intencji tragicznie zmarłego prezydenta wraz z przedstawicielami Związku Gmin Wyznaniowych Żydowskich.

„Prośmy o wieczne odpoczywanie dla prezydenta Pawła Adamowicza i pokój serca dla wszystkich, którzy płaczą i są smutni z powodu jego gwałtownej śmierci” – modlili się uczestnicy nabożeństwa z okazji Dnia Judaizmu w Poznaniu, któremu przewodniczył abp Gądecki.

Do prośby o życie wieczne dołączono modlitwę „za naszą Ojczyznę, abyśmy w ten czas tragicznego wydarzenia w Gdańsku potrafili jednoczyć się w dobrym, przebaczając sobie nawzajem i obdarzając się szacunkiem”.

Uroczystości pogrzebowe prezydenta Gdańska odbędą się 19 stycznia.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem