Reklama

„Posłuszeństwo i pokój”

Z bp. Marianem Błażejem Kruszyłowiczem o 50-leciu jego święceń kapłańskich i 20-leciu sakry biskupiej rozmawia Bogdan Nowak
Edycja szczecińsko-kamieńska 11/2010

Bogdan Nowak: - Komu Ksiądz Biskup zawdzięcza swoje powołanie kapłańskie?

Bp Marian Błażej Kruszyłowicz: - Pochodzę z Kresów Wschodnich. Rodzice żyli pod zaborem rosyjskim, byliśmy zatem poddani rusycyfikacji. Moja matka była wiejską nauczycielką. Ojciec, mniej wykształcony od matki, łatwiej posługiwał się językiem rosyjskim i białoruskim niż polskim. Był wielkim patriotą. Najpierw odbył 4-letnią służbę jako czynny żołnierz w wojsku carskim, a potem - także przez 4 lata - jako ochotnik służył w II Litewsko-Białoruskiej Dywizji Wojska Polskiego pod dowództwem gen. Lucjana Żeligowskiego. Ojciec ożenił się dość późno, bo w wieku 29 lat, po powrocie z wojska. Osiedliliśmy się we wsi Gliniszcze w powiecie wołkowyskim, niedaleko Niemna - tereny obecnej Białorusi. Rodzice prowadzili gospodarstwo rolne. Urodziłem się jako szóste dziecko w rodzinie wiernej Bogu i Ojczyźnie. Jeszcze przed wybuchem II wojny światowej moja rodzina przeniosła się do powiatu suwalskiego nad granicę litewską. Wychowywałem się w środowisku polsko-litewskim w parafii Sejny. Moja mama była kobietą głębokiej wiary, należała do III Zakonu Franciszkańskiego, w którym pełniła obowiązki mistrzyni nowicjatu. Rodzice już w okresie międzywojennym prenumerowali miesięcznik „Rycerz Niepokalanej”. Taka atmosfera prostej pobożności miała niewątpliwy wpływ na kształtowanie się mojego powołania kapłańskiego, zwłaszcza że w mojej dość licznej rodzinie było już kilku kapłanów, w tym o. Witalis Jaśkiewicz, wieloletni gwardian niepokalanowski. Gdy latem 1949 r. po ukończeniu szkoły podstawowej wyraziłem rodzicom chęć wstąpienia do zakonu, rodzice wyjawili moje pragnienie o. Witalisowi, a ten szybko zaproponował wstąpienie do Niższego Seminarium Duchownego w Niepokalanowie. We wrześniu ojciec zawiózł mnie do tego franciszkańskiego klasztoru, gdzie rozpoczęła się moja formacja zakonna.

- Tam Ksiądz Biskup przeżył nie tylko radosne, ale i niebezpieczne momenty swego kapłańskiego życia...

- W Niepokalanowie przeszedłem edukację w Niższym Seminarium Duchownym, które w brutalnym sposób w lipcu 1952 r. zostało zlikwidowane przez władze komunistyczne przy użyciu sił Urzędu Bezpieczeństwa. Potem kontynuowałem nowicjat w klasztorze w Łodzi, wreszcie zdałem maturę prywatnie, bo ówczesne władze oświatowe nawet nie pozwoliły nam zdawać eksternistycznie matury państwowej. Były to czasy totalnej walki z Kościołem - nie tylko w Polsce, ale we wszystkich krajach opanowanych przez Związek Radziecki. W Łodzi-Łagiewnikach studiowałem filozofię, wreszcie, gdy nadszedł słynny 1956 r. i nastąpiła odwilż polityczna, moje dalsze przygotowanie do kapłaństwa miało miejsce w Krakowie. Tam byłem świadkiem odradzania się życia katolickiego; zaczął znów wychodzić „Tygodnik Powszechny”, powstawały Kluby Inteligencji Katolickiej, mieliśmy w parlamencie kilku katolickich posłów... To wszystko uwrażliwiało moją przyszłą osobowość kapłańską na ludzkie problemy. Święcenia subdiakonatu otrzymałem z rąk bardzo młodego biskupa pomocniczego archidiecezji krakowskiej Karola Wojtyły, a święceń diakonatu i kapłańskich (7 lutego 1960 r.) udzielił mi biskup pomocniczy diecezji łódzkiej Jan Kulik. Wcześniej rozpocząłem studia na KUL-u w zakresie teologii moralnej, uzyskując licencjat z teologii po obronie pracy z zakresu ekumenii na temat założeń teologii, moralnej w ujęciu prawosławnego prof. Markielina Oleśnickiego pod kierunkiem ks. doc. Stanisława Olejnika. Zbliżał się Sobór Watykański II, a mnie wtedy najbardziej interesowała współpraca Kościołów chrześcijańskich, co zresztą potem przydało mi się w pełnieniu moich funkcji zakonnych.

- Nim Jan Paweł II powołał Księdza Biskupa do grona biskupów, przez 30 lat Ekscelencja pracował na różnych placówkach duszpasterskich...

- Nie było ich zbyt wiele. Najpierw katechizowałem młodzież szkół średnich w Koszalinie w parafii pw. św. Józefa, kiedy jeszcze parafia katedralna była nieczynna. Potem byłem ekonomem Prowincji Warszawskiej Ojców Franciszkanów Konwentualnych, wreszcie wykładowcą w seminarium krakowskim, prowadziłem także zajęcia zlecone na Wydziale Teologicznym KUL-u. W latach 1971-78 byłem gwardianem klasztoru w Niepokalanowie. Najdłużej, bo 11 lat, było mi dane pełnić posługę asystenta i wikariusza generalnego naszego zakonu w Rzymie, aż do powołania mnie na biskupa w diecezji szczecińsko-kamieńskiej. W tym miejscu muszę wspomnieć o niezwykłym, nie tylko dla naszej wspólnoty franciszkańskiej, historycznym wydarzeniu, jaką była beatyfikacja o. Maksymiliana przez papieża Pawła VI w dniu 17 października 1971 r. Władze zezwoliły wtedy na pielgrzymkę do Rzymu dla półtora tysiąca osób. Jej znaczenie da się tylko porównać z pierwszymi pielgrzymkami Jana Pawła II. Ta beatyfikacja w Bazylice św. Piotra odbiła się szerokim echem nie tylko w Europie, ale także na świecie, bowiem podkreślano w niej Chrystusową miłość franciszkanina o. Maksymiliana Kolbego, który uratował od śmierci świeckiego więźnia, poświęcając własne życie. Mniejsze znaczenie miało to, że o. Kolbe był misjonarzem, twórcą nowoczesnych mediów w okresie międzywojennym.
Uroczystości pobeatyfikacyjne w różnych diecezjach Polski ożywiły wiarę Chrystusową i otworzyły nasz Kościół na wolny świat. Jedenaście lat później, w okresie stanu wojennego w Polsce, miała miejsce kanonizacja o. Maksymiliana przeprowadzona przez Papieża Polaka, która zgromadziła na Placu św. Piotra ćwierć miliona ludzi. Później więcej tylko gromadziły uroczystości kanonizacyjne stygmatyka o. Pio i ks. Josemaríi Escrivy - twórcy Opus Dei.

- W pamiętnym dla Polski roku 1989, kiedy to odbyły się pierwsze wolne wybory do sejmu, o. Marian Kruszyłowicz otrzymał nominację biskupią...

- Nim ją otrzymałem, prymas Polski kard. Józef Glemp 25 listopada 1989 r. tuż po Mszy św. w warszawskiej archikatedrze wezwał mnie i oznajmił o propozycji papieskiej mianowania mnie biskupem pomocniczym diecezji szczecińsko-kamieńskiej. Zapytał, czy przyjmę taką nominację. Wyraziłem zgodę. A później nuncjusz apostolski postawił następne pytanie, czy chciałbym, aby sakry biskupiej udzielił mi Ojciec Święty Jan Paweł II. Z jeszcze większą radością przyjąłem to zaproszenie. Nastąpiły przygotowania do tej największej chwili w moim kapłańskim życiu, której nie mogłem sobie nawet wyobrazić. Rekolekcje przed sakrą biskupią odbyłem w Pustelni św. Franciszka Carceri w Asyżu. W święto Trzech Króli 1990 r. otrzymałem sakrę biskupią z rąk sługi Bożego Jana Pawła II, co uważam za szczególną łaskę. Prymicyjną Mszę św. biskupią odprawiłem w kościele parafialnym w Sejnach, w której uczestniczyła moja ukochana 93-letnia mama. Ojciec już od dziesięciu lat nie żył, natomiast do Szczecina przybyłem 18 stycznia, by oficjalnie objąć funkcję wikariusza generalnego, a biskupem diecezjalnym był wówczas nieżyjący już bp prof. Kazimierz Majdański, który w swoim biskupim powołaniu sprawdził się także jako obrońca godności małżeństwa i rodziny, a także dziecka nienarodzonego.

- Dlaczego obrał sobie Ksiądz Biskup jako zawołanie biskupie słowa „Posłuszeństwo i pokój”?

- Ono tkwi w mojej franciszkańskiej duchowości. Sięgnąłem głębiej do tekstu biblijnego, bowiem źródłem grzechu jest nieposłuszeństwo wobec Boga, a posłuszeństwo wobec Mądrości Bożej jest podstawą dobra. Natomiast pokój obejmuje tylko człowieka uwolnionego od grzechu. Taki człowiek zawsze życzliwie odnosi się do bliźniego, nie ma w nim wrogości i pychy. Później dowiedziałem się, że takie samo wezwanie biskupie posiadał papież dobroci bł. Jan XXIII.

- Od dwudziestu lat służy Ekscelencja Kresom Zachodnim. Co cechuje religijność ludności tzw. Ziem Odzyskanych?

- Z woli Jana Pawła II na Pomorzu Zachodnim znalazłem się w okresie zachłystywania się wolnością w wyniku przemian solidarnościowych. Media laickie, wspierane przez decydentów zachodnich, przeszły od sympatii Kościołowi do wyraźnej walki z nim. Był to atak na polską, tradycyjną religijność w bardziej zakamuflowanej formie, a przez to bardziej niebezpiecznej od dawniejszego sposobu administracyjnego nacisku. Jest to uderzenie w chrześcijańskie wartości moralne, w małżeństwo i rodzinę. Rodzina obecnie znajduje się w poważnym rozkładzie, coraz większa liczba rozwodów i nieformalnych związków partnerskich. Gwałtownie spada liczba urodzin, a rośnie liczba aborcji. Już nawet media publiczne nie ukrywają, że Europie grozi zagłada cywilizacyjna. Obliczono, że aby zachować właściwy wzrost demograficzny, każde małżeństwo powinno urodzić 2,1 dziecka, natomiast w naszym kraju przypada na małżeństwo zaledwie 1,26 dziecka. Kościół o tym zagrożeniu samowyniszczenia biologicznego już dawno ostrzegał, ale rządzących i publicznej opinii to nie interesowało. Jeśli polityka demograficzna nie nabierze charakteru prorodzinnego, to za 30-50 lat Europa będzie kontynentem zdominowanym przez ludność muzułmańską. W samej tylko Belgii już 25% ludności jest pochodzenia muzułmańskiego. W małżeństwach muzułmańskich przypada ośmioro dzieci. To są skutki nieustannego kreowania tzw. kobiet wyzwolonych, lęku przed rodzicielstwem, zachwycania się rozmaitymi patologiami społecznymi, wygodnictwa i konsumpcjonizmu... to wszystko prowadzi do destrukcji małżeństwa i rodziny, a przez to całego społeczeństwa. Moja posługa biskupia przypada na okres szybkich przemian cywilizacyjnych, a przede wszystkim negatywnego nastawienia młodych wobec Kościoła tutaj, na Ziemiach Zachodnich. Z takimi przejawami nie spotkałem się w innych regionach Polski. To również jest wynikiem bardzo niskiej frekwencji na niedzielnych Mszach św. - w ponad 400-tysięcznym Szczecinie bierze w nich udział zaledwie 10-20% wiernych, zaś w pozostałych miastach i wsiach archidiecezji - od 20% do 30%. Na południu Polski w niedzielnej Eucharystii uczestniczy ponad 50% wierzących. Do tego trzeba jeszcze dodać coraz bardziej masową aborcję, reklamowanie metody zapładniania pozaustrojowego (tzw. in vitro) oraz sprzyjanie eutanazji. To wszystko charakteryzuje naszą epokę cywilizacji śmierci. Zmasowane ataki rozmaitych mediów opanowanych przez liberalne ośrodki, także zachodnie, powodują, że ludzie zmieniają swoje poglądy i postępowanie na laickie - godzące w wartości chrześcijańskie. Nasze biskupie posłannictwo musi zmagać się z problemami ludzi XXI wieku, w której tzw. wojujący laicyzm usiłuje kształtować wnętrza ludzkie według ateistycznych wzorców prowadzących do nikąd.

Komu zaufać?

2019-02-13 07:44

O. Dariusz Kowalczyk SJ
Niedziela Ogólnopolska 7/2019, str. 33

Ks. Dariusz Kowalczyk SJ/facebook.pl
Ks. Dariusz Kowalczyk SJ

Nie da się żyć bez zaufania. Sytuacja, w której nikomu się nie ufa, to piekło. Oczywiście, można sobie wyobrazić skrajne okoliczności, w których nie należy ufać tym, co są obok nas. Takie sytuacje tworzone są przez systemy totalitarne, które próbują osaczyć jednostkę z każdej strony. Totalitarne niszczenie zaufania wchodzi głęboko, także w relacje małżeńskie i rodzinne. Dzisiaj coś takiego się dzieje np. w Korei Północnej. Ale nawet w takiej sytuacji, gdy drugi człowiek budzi niepewność, pozostaje Bóg. Kard. François-Xavier Nguyen Van Thuan spędził 13 lat w więzieniu w Wietnamie. Na skrawkach papieru spisywał swoje refleksje, które przetrwały, a potem zostały opublikowane w książce „Modlitwy nadziei”. To świadectwo zaufania Bogu, a w Bogu także ludziom, choć oddalonym i bezradnym wobec wietnamskiego reżimu.

Zupełnie inna sytuacja ma miejsce wtedy, kiedy człowiek przechodzi na stronę zła, aby odnieść jakieś korzyści. I rzeczywiście jakiejś korzyści odnosi. Ale w perspektywie wieczności okazuje się to wybór – jak mówi Jeremiasz – „spalonego miejsca na pustyni, ziemi słonej i bezludnej”. Zasiadaniu w gronie szyderców, którzy mają władzę i pieniądze, psalmista przeciwstawia upodobanie w Prawie Pańskim. Droga występnych, choć nie wiadomo, jak byliby mocni, prędzej czy później zaginie. Sprawiedliwy zaś wyda dobre owoce w swoim czasie.

Jezus ufał Bogu Ojcu nawet wtedy, gdy umierał na krzyżu: „Ojcze, w Twoje ręce powierzam ducha mego”. I zmartwychwstał. I zasiadł po prawicy Ojca w niebie. Dlatego św. Paweł przekonuje, że „jeżeli tylko w tym życiu w Chrystusie nadzieję pokładamy, jesteśmy bardziej od wszystkich ludzi godni politowania”. Wydaje się, że dziś panuje, także w niektórych środowiskach w Kościele, swoisty horyzontalizm, tak jakby główną misją Kościoła było zaangażowanie społeczne. Tymczasem chrześcijańskie zaufanie Bogu wykracza poza doczesność i śmierć, bo dotyczy życia wiecznego. Ewangeliczny syty i zadowolony bogacz to ktoś, kto złożył nadzieję w swych dobrach, kto pojmuje swe życie jedynie w perspektywie 80-90 lat. Człowiek błogosławiony natomiast to ktoś, kto też umie i chce cieszyć się życiem, ale jeśli trzeba, umie – w imię dobra i prawdy – przyjąć cierpienie i wzgardę. Nie ucieka od krzyża za wszelką cenę, nie sprzedaje się, bo wie, że „wielka jest nagroda w niebie”. Perspektywa nieba nie przekreśla ziemskich radości, ale nadaje im inny, właściwy smak. Czyni nas wolnymi, ufającymi ludźmi w drodze ku szczęściu, które nie przemija.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Pan Bóg chce od nas czegoś więcej! O spotkaniach przygotowujących do bierzmowania

2019-02-17 16:44

Joanna Folfasińska/Archidiecezja Krakowska

W podkrakowskiej Skawinie, w parafii Świętych Apostołów Szymona i Judy Tadeusza, kilka lat temu zmieniono formę przygotowania do Sakramentu Bierzmowania. Głównym celem tego nowatorskiego pomysłu jest nawiązanie osobistej relacji z Jezusem i doświadczenie Żywego Kościoła.

Joanna Adamik/Archidiecezja Krakowska

– O przygotowaniu do bierzmowania myślałam przez wiele lat. Może niekoniecznie pragnęłam pisać program, ale myślałam o sposobie, który stanie się atrakcyjny dla młodzieży. Uczyłam w gimnazjum, gdzie uczniowie nieustannie skarżyli się na to, ile mają zadań do wykonania i jak rygorystycznie egzekwuje się od nich ich wykonanie. Dostrzegałam, że w żaden sposób nie buduje to ich wiary. Rozmawiałam z katechetami, którzy narzekali na młodzież, na ich podejście, brak zaangażowania, a czasami wręcz pogaństwo. Moje doświadczenia były z kolei takie, że w tych gimnazjalistach jest bardzo dużo dobra, radości chęci do pracy. Tylko nasze propozycje są bardzo nieatrakcyjne. Pomyślałam wtedy: jestem za to odpowiedzialna! Nie mogę bezradnie patrzeć jak wszyscy się męczą i tracą szansę na coś niezwykłego. Pan Bóg chce od nas czegoś więcej niż biadolenie! – mówi Elżbieta Szymańska, nauczyciel religii i członek Rady Katechetycznej, jedna z pomysłodawczyń nowego sposobu przygotowywania młodzieży do sakramentu dojrzałości wiary.

– To oddolna reforma, wynikająca z doświadczeń katechetycznych. Zaczęło się od rozmów z katechetami z mojego rejonu. Na spotkaniach podsumowujących roczną pracę, zawsze wypływał temat bierzmowania. Wszyscy narzekali na formę spotkań, słabe zainteresowanie młodzieży i byli ogólnie zniechęceni. – wyjaśnia ks. Andrzej Wciślak, wizytator katechetyczny, inicjator zmian.

– Kolejnym bardzo ważnym problemem, który widziałam na katechezie, był zły obraz Kościoła, a także brak więzi ze wspólnotą i parafią. – dodaje Elżbieta.

W nowej formule spotkania do bierzmowana rozłożono na trzy lata. W pierwszym roku gimnazjaliści spotykają się z Żywym Słowem, w drugim zgłębiają Sakramenty, a w trzecim – dotykają tajemnicy Żywego Kościoła.

– W związku z reformą edukacji, w spotkaniach do bierzmowania uczestniczą teraz uczniowie 7 i 8 klasy szkoły podstawowej. Dzień, w którym wszystko się rozpoczyna jest liturgicznym wspomnieniem św. Stanisława Kostki, patrona dzieci i młodzieży. Głoszę wtedy dla nich konferencję, które rok po roku skupiały się na trzech zagadnieniach: Serce Jezusowe, Eucharystia i Kościół. – wyjaśnia wizytator i tłumaczy, że chciał, aby spotkania z młodzieżą miały charakter dialogu i nie przypominały lekcji religii ze szkoły.

– Czymś innym jest katecheza w szkole, czymś innym przy parafii. Gromadzimy się nie tylko w grupach, ale też w Kościele, gdzie mamy celebracje i spotkania ze świadkami wiary.

– Forma, którą wypracowaliśmy w Skawinie jest wypadkową ścierania się wielu poglądów, sposobów i różnych praktyk podejmowanych dotychczas w duszpasterstwie. – precyzuje Elżbieta. – Jednego byliśmy pewni – musimy odejść od formy wykładu, który kończy się egzaminem oraz od „zaliczania” praktyk religijnych. Postawiliśmy na doświadczenie wiary we wspólnocie małej i stałej grupy oraz nawiązanie osobistej relacji z Bogiem. Zaczynamy od ewangelizacji, idziemy przez praktykę osobistej modlitwy, czytania Słowa Bożego, szczerego i pobożnego przyjmowania sakramentów świętych aż do spotkania z żywym Kościołem przez świadectwa osób wierzących różnych stanów.

Skawińskie spotkania prowadzą księża, katecheci i ludzie świeccy – studenci, osoby pracujące, rodzice.

– Chcę dzielić się z nimi tym, co we mnie jest najlepsze i co uważam za swój skarb – moją wiarą. – mówi Jakub, ojciec trójki małych dzieci, jeden z przygotowujących młodzież do bierzmowania. – Doskonale pamiętam jeszcze siebie z tamtego okresu: energia, burza hormonów i próba znalezienia swojego miejsca w świecie. W moim domu do kościoła chodziło się ze względu na tradycję. Jezusa poznałem tak naprawdę dopiero wtedy, kiedy zrobiłem krok do przodu i wstąpiłem do Grupy Apostolskiej. Każdemu przydałaby się wspólnota, bo wtedy łatwiej jest odkryć Boga.

– Nawróciłem się dwa lata temu – przyznaje Oskar, uczeń III klasy gimnazjum i uczestnik skawińskich spotkań do bierzmowania – Pojechałem na harcerski Kurs Alpha i byłem przekonany, że będzie on dotyczył wojskowości. Sam się zdziwiłem, dlaczego przyszedłem na drugie spotkanie, potem na trzecie i jakoś tak się potoczyło, że zostałem do końca. Wokół mnie są teraz ludzie, którzy mówią i pokazują mi, dlaczego warto trwać przy Bogu. Wiara na pierwszy rzut oka to zasady i paragrafy. Początkowo to nie zachęca, ale ostatecznie się opłaca. Nie nabrałem jeszcze pełnego zaufania, nadal się staram, ale stare życie kusi. Upadam i podnoszę się. Wiem, że jest to możliwe tylko dzięki łasce. Gdybym polegał tylko na sobie, to po tygodniu byłoby po mnie. – dodaje z uśmiechem.

Oskar wybrał już swojego Patrona. Będzie nim św. Maksymilian Kolbe.

– Nie żył tak dawno, jak np. św. Franciszek i bardzo dużo zrobił! Sam jeden zaprojektował gazetę, wydawał ją, założył klasztor. Zbierało się wokół niego wielu ludzi, a on nawet się o to nie starał! Był niesamowity!

Na zakończenie rozmowy, Oskar przyznaje, że bierzmowanie będzie dla niego doświadczeniem dojrzałości wiary, a Duch Święty to Ruah, tchnienie, działanie i życie.

Sakrament Bierzmowania przyjmuje się tylko raz. Nie ma natomiast jednej drogi i ściśle określonego sposobu, który narzuca konkretne przygotowanie się do niego.

– Doświadczamy współcześnie zjawisk, które bardzo wpływają na życie duchowe. Wielu młodych w XXI w. czuje się samotnie przez całkowity zanik relacji rówieśniczych i rodzinnych. Fakt ten sprawia, że Kościół jako wspólnota staje się zbyt trudnym doświadczeniem, dlatego młodzi często nie rozumieją i odrzucają go. Mają również duże trudności z doświadczeniem świętości czy łaski sakramentów. Chcemy to zmienić i pokazać im Żywy Kościół! – oświadcza Elżbieta.

– Do tego sakramentu trzeba wiary! Trzeba również zastanowić się, po co on jest i odkryć, że bierzmowanie jest kontynuacją chrztu świętego. Bierzmo to przecież poprzeczka, belka, która utrzymuje konstrukcję domu. Zgłębiajmy naszą wiarę i budujmy duchowy dom na chwałę Pana! – zachęca ks. Andrzej.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Jestem od poczęcia

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem