Reklama

Kobieta ze Wschodu

Władysław Burzawa
Edycja kielecka 13/2011

Przychodzą do niej w nocy. Najczęściej gdy wpada w głęboki sen. Nagle słyszy ujadanie psów, a później zgiełk, tupot nóg i krzyki albo raczej wycie. Wycie ludzi. Słyszy rozpaczliwy głos matki: - Zosiu, gdzie jesteś? Zosiu!!! Słyszy płacz kobiet i szlochanie dzieci. Ucieka po omacku, przed siebie. Potyka się, mama ciągnie ją za rękę. Wokoło płomienie, bucha od nich żar i gryzący dym. Te straszne sny ma często. Za często. Budzi się w środku nocy zlana potem i chwyta za różaniec albo szepce: Maryjo, pod Twoją obronę uciekamy się… Nie może tego wszystkiego zapomnieć. Nie może tych przeżyć wymazać z pamięci. Takie sny ma od blisko 80 lat

Urodziła się w 1940 r. w małej wiosce na wschodzie Polski. Był drugi rok wojny. Jej rodzinna miejscowość Huta-Poręby zagubiona pośród lasów, znajdowała się jakby na uboczu tego potwornego piekła, które Polakom zgotowali Niemcy.

Razem

Od zachodu płynął niebieski San, szumiały lasy, a pola dawały dobre plony. Mimo obowiązkowych kontyngentów, jakoś dało się wyżyć. Polacy mieszkali razem z Ukraińcami. Polacy na małym pagórku, a Ukraińcy poniżej. Znali się od lat. Od lat ich życie było złączone pracą, radościami i smutkami - ot, spokojna wieś, normalne wiejskie życie.
Tato wojny nie przeżył. W pierwszych latach wojny zamordowali go Ukraińcy. W jednej z polskich wiosek na wschodzie zgonili wszystkich mieszkańców do kościoła i kazali właśnie jemu podpalić świątynię z ludźmi. Nie podpalił. Został bestialsko zamordowany, a mężczyźni, kobiety i dzieci zostali przez bandytów spaleni żywcem w drewnianym wiejskim kościółku. Te straszne wydarzenia mimo wszystko wydawały się jej odległe. Rzezie na Wołyniu, w których tysiącami ginęli Polacy z rąk Ukraińców, po wojnie ustały. Rodziła się nowa Polska. Był rok 1945. Ustalono nowe granice. Nasz kraj „przesunął się” na zachód. Huta-Poręby pozostała w jego obrębie. Zaczynało się nowe życie. Przynajmniej taką mieli nadzieję.

Uważajcie, Polacy

Zaczęło się od rozmów. Ktoś, kto był gdzieś na targu „w świecie”, przynosił dziwne, przerażające wiadomości, że Ukraińcy wymordowali całą polską wieś, że gdzieś kogoś spalili żywcem, że wymordowali kilka rodzin. Nikomu nie chciało się w to wierzyć. Jak to? Wojna się przecież skończyła, jest nowy porządek, nowe granice… To niemożliwe! - mówili. Szybko jednak przekonali się, że to prawda. Wieści o pogromach było coraz więcej. Również zaprzyjaźnieni z nimi Ukraińcy przestrzegali: - Uważajcie na siebie i wasze rodziny, może być „gorąco”.
Ukraińscy bandyci, aby wzbudzić w ukraińskich mieszkańcach ich wioski nienawiść do Polaków i zachęcić ich do współpracy, do mordowania swoich sąsiadów, obiecywali, że gdy zabiją wszystkich Polaków, to będą mogli przejąć ich domy i ziemię. Gdy na drzwiach niektórych chałup pojawiły się narysowane kredą krzyże, uwierzyli, że te straszne opowieści to prawda. Zrozumieli, co oznaczają te krzyże. Strach padł na wszystkich. Zaczęło się nocne pilnowanie domów i ukrywanie dzieci. Całe rodziny spały w zamaskowanych ziemiankach i piwnicach, na strychach i w stodołach. Matki w obawie o najmłodsze dzieci przywiązywały je opatulone w ciemne materiały w koronach drzew. Żeby nie kwiliły, dawały im mak do ssania. W takim paraliżującym strachu mijały kolejne dni.

Reklama

A jednak…

Krowy strasznie ryczały u gospodarzy pod lasem. Ktoś zwrócił na to uwagę. Ta chata była oddalona od wsi. Tuż za nią rosły drzewa i krzaki i zaczynał się las. Kilku gospodarzy poszło sprawdzić, co się dzieje. Gdy weszli do zabudowań gospodarskich, nic nie wskazywało na tragedię. Kury spokojnie spacerowały po podwórku, garnki wisiały na płocie, tylko te krowy… Ryczały i ryczały. Pewnie nikt im nie dał pić, więc spragnione zwierzęta rycząc, domagały się wody. Gdy mężczyźni zajrzeli do izby, struchleli. Za stołem siedziała cała rodzina. Wszyscy zamordowani. Ukraińcy, słynący z bestialstwa, wszystkim członkom rodziny przybili języki gwoździami do stołu. - Wie pan co? Niemcy to chociaż mordowali „po ludzku”: zastrzelili człowieka, zadźgali bagnetem, a Ukraińcy zachowywali się jak zwierzęta. Zanim człowieka zabili, to wcześniej jeszcze go musieli zmasakrować, zedrzeć skórę, wypruć wnętrzności. Wrzucali ludzi do studni albo zawijali w drut kolczasty. Żeby matka przed śmiercią oszalała, to na jej oczach dziecko nabijali na sztachetę od płotu. Potwory - mówi pani Zofia Konieczna. Czas ich tragedii zbliżał się nieuchronnie.

Nowy Rok 1946

Zosia miała sześć lat. Był pierwszy dzień stycznia 1946 r. W środku nocy usłyszała gwałtowne ujadanie psów, później ich wycie i nieludzkie krzyki mordowanych ludzi. - Zosiu, gdzie jesteś? Zosiu!!! - usłyszała wołanie matki. Mama złapała pod rękę niewidomego dziadka i czteroletnią córeczkę siostry. I tak jak stali, wyskoczyli w czwórkę za chałupę i uciekli w pola, w mrok nocy. Buchał ogień i gryzący dym, słychać było strzały i jęki konających ludzi, zawodzenie kobiet. Nie pamięta, jak długo uciekali. Pędzili co tchu, przez las. Byle dalej od wsi, byle szybciej. Nie czuli zmęczenia, strach dodawał im sił. Matka dziękowała Panu Bogu za ocalenie i za to, że jej drugiej córki nie było w domu. Była „na służbie” w odległej wsi i to ją uratowało. Mała siostrzenica nie zobaczyła już swojej mamy ani ojca. Matkę zamordowali Ukraińcy. Przed śmiercią łamali ją kołem, żeby powiedziała, gdzie jest jej mąż. Nie powiedziała. Niestety, ukraińscy bandyci i jego znaleźli, i zamordowali. Siostrzenicę wychowywała mama Zosi i druga ciotka. Ocalenie znaleźli we wsi Dylągowa. Tu otrzymali nakaz wyjechania do Przeworska, ale szybko opuściły to miejsce i znalazły się w Jaworznie. Później trafiły na Śląsk. Mama ponownie wyszła za mąż, z tego związku urodziły się kolejne dzieci. Po wielu perypetiach Zofia znalazła pracę w Kielcach na kolei.

Nie wracać

Nigdy nie chciała wracać do swojej rodzinnej wioski nad Sanem, do miejsca tragedii, którą zapamiętała. Pamięć o wydarzeniach sprzed lat była tak silna, że na samą myśl o powrocie do Huty-Poręby wzdrygała się. Kiedy w latach tułaczki powodziło się im coraz gorzej, jej mama z piątką dzieci postanowiła wrócić w rodzinne strony. Zofia, przeszło dwudziestoletnia panna, nie chciała wracać. Po rozmowach z matką stanęło na tym, że jednak wyjadą do rodziny do Dylągowa - miejscowości, w której znalazły ratunek po rzezi. Pojechali. Zosia długo tam nie wytrzymała. Mieszkanie kilka kilometrów od miejsca, gdzie rozegrała się tragedia, było koszmarem. Spakowała się i uciekła do Krakowa. Dowiedziała się z gazety, że pod Krakowem jest praca na kurzej fermie. Nie zastanawiała się dwa razy. Gdy materialnie jakoś stanęła na nogi, szybko ściągnęła mamę i rodzeństwo. Znowu byli razem. To tu, w Krakowie, spędziła najpiękniejsze dni swojego życia. W Krakowie, a później w Kielcach, gdzie znalazła pracę na kolei. Była sumienna, pracowita, lubiana przez przełożonych. Przez pierwsze miesiące dojeżdżała codziennie do pracy w Kielcach z Krakowa. Z czasem zamieszkała z mężem we Włochach niedaleko Pińczowa. Tu zakończyła się jej życiowa podróż. Gdy po przeżytych latach poszła na emeryturę i miała więcej czasu na podróże i odwiedziny, kilka razy wybierała się do rodziny w Dylągowej. Chociaż ciekawskie dzieci zachęcały: - Mamo, odwiedźmy Hutę-Poręby, to tylko kilka kilometrów stąd... Nie pojechała. Dopiero niedawno przełamała się i odwiedziła to miejsce z rodziną. Wszystko się zmieniło. Do wsi wróciło życie, pobudowano nowe, piękne domy, a na jej polu, w miejscu, gdzie stał jej rodzinny dom, stoi nowy kościółek. - To bardzo dobrze, to jedyna rzecz, która mnie cieszy. Niech służy ludziom na chwałę Bożą. Dobrze, że wybudowali tam kościół, niech ludzie się w nim modlą, bo ta ziemia potrzebuje modlitwy.

W Bogu nadzieja

Jest na emeryturze, ma dużo czasu, więcej myśli o Bogu i wieczności. Należy do kółka różańcowego od chwili jego powstania. Codziennie odmawia Różaniec, codziennie się modli. Pokazuje katolickie czasopisma, uwielbia je czytać. Siostra przysyła jej nowe egzemplarze „Niedzieli”, gazety wydawane przez zakonników oraz katolickie książki. To jest jej świat. Część dzieci rozjechała się po świecie, ale jeden syn, ten, który pracował z nią na kolei, mieszka z rodziną obok, po przeciwnej stronie drogi. Opiekuje się matką. Jest coraz starsza, schorowana, nie może już chodzić. Nogi odmawiają posłuszeństwa. Chwil, które sprawiają jej radość, jest coraz mniej. Największą radość sprawiały jej peregrynacje figury Matki Bożej i kopii obrazu Czarnej Madonny z Jasnej Góry. Pokazuje zdjęcia. - O tu, ja z całą rodziną. Doczekałam się pięcioro dzieci, czternastu wnuczków i siedmiu prawnuczków i mam za co Panu Bogu dziękować. Gdy odbywa się peregrynacja figury czy obrazu Maryi, przychodzą sąsiadki i sąsiedzi, wspólnie się modlą, śpiewają pieśni. Później w ramach rewizyty odwiedza się ich domy. To piękny czas zastanowienia się nad przemijaniem i nad swoim życiem. Niedawno miała szczęście, że kopia Cudownego Wizerunku Maryi trafiła do jej małej chatki. W Wigilię Bożego Narodzenia. - Siedziałyśmy tu sobie razem, ja i Matka Boża - mówi - i „rozmawiałam” z nią o moich problemach, przeżyciach, o swoich troskach i kłopotach w ten cudowny czas Narodzenia Pana Jezusa.

Żeby nie zapomnieć

Gdy kończymy rozmowę, pani Zofia mówi: - Wie pan co, chciałam panu coś dać. Wyciąga małą pożółkłą i poklejoną kartkę z jakimiś czerwonymi pieczątkami. Czytam. „Niniejszym zaświadcza się, że Ob. Baran Karolina (matka pani Zofii) (…) była mieszkańcem Huty-Poręby gminy Nozdrzec, jej cały dobytek został spalony przez bandy ukraińskie dnia 1 stycznia 46 r. Dokumenty też zostały spalone. Uprasza się władze i ludność cywilną o wszelkie poparcie”. Nieczytelny podpis wójta gminy Nozdrzec, pieczątka jeszcze z orłem w koronie oraz druga pieczątka Milicji Obywatelskiej z tejże miejscowości. - Niech pan to zabierze i przekaże do jakiegoś muzeum, i jeszcze jedno, ten zardzewiały tasak. Mamusia go zachowała na pamiątkę. Takimi tasakami Ukraińcy mordowali Polaków…

Wyszyński był proliferem

2019-03-20 09:26

Artur Stelmasiak
Edycja warszawska 12/2019, str. V

Z okazji Narodowego Dnia Życia warto przypomnieć trochę zapomniany wymiar nauczania Prymasa Polski kard. Stefana Wyszyńskiego nt. ochrony życia ludzkiego

Papieski Instytut Studiów Kościelnych
Kard. Stefan Wyszyński sprzeciwiał się ustawie aborcyjnej z 1956 r., która doprowadziła do zabicia ok. 20 mln Polaków

Szybkimi krokami zbliża się beatyfikacja kard. Stefana Wyszyńskiego. W tym kontekście bardzo często przypominane są historyczne zasługi Prymasa Polski. W Narodowy Dzień Życia szczególnie ważne są jego słowa nt. aborcji. Dziś powiedzielibyśmy, że kard. Wyszyński był proliferem. – Pasterz Stolicy woła dziś do Was, woła do całej Stolicy i Diecezji, woła do Narodu: Obudźcie się! Ratujcie życie! Wszak chodzi tu o życie narodu! Zginajcie kolana przed każdym rodzącym się życiem, przed każdym dziecięciem – mówił w 1959 r. Prymas Polski.

Aborcja jak hitlerowskie zbrodnie

Posługa Prymasa Polski przypadała w bardzo trudnych czasach. Kard. Wyszyński był represjonowany, inwigilowany i bardzo mocno ograniczany w swoich pasterskich działaniach. Ale z prawdziwym złem, w czystej postaci musiał się zmierzyć po 1956 r., gdy komuniści wprowadzili „prawo”, które pochłonęło o wiele więcej polskich ofiar niż II wojna światowa. To wówczas wprowadzono aborcję na życzenie, w wyniku której zamordowano ok. 20 mln najbardziej bezbronnych Polaków.

To wydarzenie skłoniło Prymasa Polski do porównania aborcji ze zbrodniami hitlerowskimi, z obozami zagłady, które współcześnie stanowią przestrogę dla narodu polskiego i całej ludzkości. W tym kontekście kard. Wyszyński apelował do sumienia lekarzy. W czasie II wojny światowej historia pokazała tragedię powołania lekarskiego, kiedy to ci, którzy mieli ratować życie, niszczyli je i brali aktywny udział w realizacji hitlerowskich planów eksterminacji narodów. Szczególna rola przypadła tu lekarzom pracującym w obozach koncentracyjnych, którzy przeprowadzali zbrodnicze eksperymenty pseudomedyczne. Doprowadziło to do skrajnej degradacji ich godności lekarskiej. – Żaden z 23. oskarżonych lekarzy nie objawił najmniejszego poczucia winy. Szokowało to bardziej niż same zbrodnie – przestrzegał Ksiądz Prymas w 1964 r.

Patriotyczny obowiązek

Prymas Polski wspólnie z polskimi biskupami wydał list, w którym aborcję nazwano „pokojowym samobójstwem narodu”.

Kard. Wyszyński wskazał na potrzebę obrony życia nienarodzonych, która jest polską racją stanu i nadrzędnym interesem państwowym. Apelował do sumień Polaków i ich patriotyzmu, przypominając wydarzenia wojenne, kiedy to z narażeniem własnego życia ratowali dzieci, a tym samym własną Ojczyznę. Przypominał, że w duszy narodu musi być miejsce na nowe życie i musi być ono uznane. – Dlatego matka musi pamiętać, że została powołana do dawania życia, a nie do zadawania śmierci. Ojciec musi wiedzieć, że jego zaszczytną funkcją jest stanie frontem ku rodzinie, ku nowemu życiu, a lekarz musi pozostać obrońcą życia, a nie jego „grabarzem” – podkreślał metropolita warszawski.

Kardynał wskazywał, że czasem trzeba znieść nawet prześladowania dla dobra Narodu i jasno opowiedzieć się za życiem. W nauczaniu odwoływał się do heroicznych postaw rodaków mówiąc, że Polska to kraj bohaterów, którzy z butelkami benzyny szli na czołgi wrogiej armii. Dlatego teraz nie można rezygnować z największego daru Bożego dla Narodu, z daru życia. – Kościół podnosi potężny głos w obronie życia Polaków. I tego głosu nie obniży! Będzie wołał coraz głośniej, coraz potężniej, coraz nieustępliwiej: Otrzeźwiejcie! Aby ziemia nasza nie stała się krainą Herodów i herodowych zbrodni! – przypominał kard. Wyszyński.

Społeczność morderców

Dziś lewicowe media próbują wmówić nam, że nie wolno pokazywać skutków aborcji, ani używać określeń typu „morderstwo”, zabicie człowieka. W ten sposób wypacza się prawdziwe oblicze tzw. zabiegów usuwania ciąży i dehumanizuje się jej ofiary. Prymas Tysiąclecia nie bał się mówić prawdy i używać mocnych porównań. – Jeszcze przed laty sale położnicze były miejscami, gdzie rodziło się nowe życie Polski. Dziś tego powiedzieć nie można, bo to już są raczej kostnice! – stwierdził Ksiądz Kardynał.

Prymas Tysiąclecia wiedział, że w czasach komunistycznych Kościół nie miał wpływu na stanowione prawo państwowe. Dlatego też z całą mocą apelował do rodzin, by one stały na straży życia. – Jaka jest rodzina domowa, taka też będzie rodzina ojczysta. Jeśli rodzina domowa będzie rodzić żywych, to i Naród będzie żył. (...) Jeśli nie będą umieli uszanować maleńkiego życia, które się rodzi w komórce życia domowego, nie uszanują i życia obywateli, bo nauczą się mordować już w rodzinach – wskazywał kard. Wyszyński. – W ten sposób zamiast społeczności życiodajnej, będzie się wyrabiać społeczność morderców. Będzie to naród samobójczy (...). Taki naród się skończy.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Spotkanie Metropolity z Fundacją Szlaki Papieskie JPII

2019-03-23 20:43

Justyna Walicka | Archidiecezja Krakowska

- Jesteście strażnikami Papieskich Szlaków. Jesteście strażnikami jakiegoś szczególnego fragmentu polskiej ziemi, po której stąpał święty człowiek, nasz rodak. (…) Jesteście zatem strażnikami także papieskiego ducha, po to żeby tego ducha nie tylko strzec i przekazywać go innym, ale przede wszystkim nim żyć, żeby się nie lękać, żeby się nie bać - mówił abp Marek Jędraszewski podczas spotkania z członkami i sympatykami Fundacji Szlaki Papieskie Jana Pawła II na Franciszkańskiej 3.

Joanna Adamik | Archidiecezja Krakowska

Ks. Stefan Misiniec przywitał zebranych na dorocznym spotkaniu Fundacji Szlaki Papieskie Jana Pawła II w kaplicy arcybiskupów krakowskich. Przytoczył słowa kard. Karola Wojtyły, które w 1976 roku wygłosił podczas Kongresu Eucharystycznego w Filadelfii, że oto jesteśmy świadkami konfrontacji pomiędzy Ewangelią a jej zaprzeczeniem na niespotykaną dotąd skalę.Kapłan dziękował metropolicie krakowskiemu za poprowadzenie wspólnej modlitwy i błogosławieństwo.

W wygłoszonej homilii abp Marek Jędraszewski, odnosząc się do przytoczonych wcześniej słów kard. Wojtyły z Filadelfii, tłumaczył, że przyszły papież odwoływał się wtedy do konfrontacji ateistycznego systemu bolszewickiego z Kościołem.

– Dzisiaj po latach jesteśmy w innym czasie i trwa inna konfrontacja. Taka jest prawda i nie możemy tego negować. Ale już nie w imię nowej ideologii tworzącej absolutną prawdę tylko w przekonaniu, że nie ma absolutnej prawdy, więc dobre jest wszystko, co człowiek uzna dla siebie za dobre, wszystko jest dozwolone, słynne hasło „róbta co chceta”. To sprawia, że Kościół znowu staje się obiektem różnego rodzaju ataków, bo mówi o Bogu, o Jego prawie. Mówi o przykazaniach, mówi o grzeszności, o konieczności nawrócenia, ale także o konieczności wiary w Boga, który jest nieskończony w swoim miłosierdziu.

W dalszych słowach arcybiskup podkreślił, że zawsze kiedy Jan Paweł II opisywał ważne dla polskiego Kościoła sprawy, osadzał je w polskim krajobrazie, jakby chciał pokazać, że istnieje jakaś szczególna ciągłość historii narodu osadzonego w konkretnym kręgu kulturowym i geograficznym. Metropolita przywołał fragmenty trzech utworów poetyckich, w których polski krajobraz stanowi niezwykle ważną część papieskiego przesłania.

Pierwszy fragment pochodzi z utworu „Myśląc ojczyzna”:

„Ojczyzna – kiedy myślę –

słyszę jeszcze dźwięk kosy,

gdy uderza o ścianę pszenicy,

łącząc się w jeden profil

z jasnością nieboskłonu.

Lecz oto nadciągają kosiarki,

zapuszczając do wnętrza

tej ściany i dźwięków monotonię

i ruchów gwałtowne pętle, i tną… „

Drugi fragment to część poematu „Stanisław”, w którym Wojtyła opisywał polską ziemię i jej piękny krajobraz zmieniający się wraz z kolejnymi porami roku. Natomiast trzeci fragment pochodzi z „Tryptyku Rzymskiego” i stanowi opis papieskiej refleksji snutej dokładnie 20 lat wcześniej podczas wędrówki wzdłuż potoku w Dolinie Jarząbczej odchodzącej od Doliny Chochołowskiej:

„Zatoka lasu zstępuje

w rytmie górskich potoków

ten rytm objawia mi Ciebie,

Przedwieczne Słowo.

Jakże przedziwne jest Twoje milczenie

we wszystkim, czym zewsząd przemawia

stworzony świat…

co razem z zatoką lasu

zstępuje w dół każdym zboczem…

to wszystko, co z sobą unosi

srebrzysta kaskada potoku,

który spada z góry rytmicznie

niesiony swym własnym prądem…

— niesiony dokąd?

Co mi mówisz górski strumieniu?

w którym miejscu ze mną się spotykasz?

ze mną, który także przemijam —

podobnie jak ty…”

Na zakończenie homilii metropolita krakowski skierował do członków i sympatyków Fundacji Szlaki Papieskie Jana Pawła II słowa przesłania:

– Jesteście strażnikami Papieskich Szlaków. Jesteście strażnikami jakiegoś szczególnego fragmentu polskiej ziemi, po której stąpał święty człowiek, nasz rodak. Jesteście strażnikami konkretnych fragmentów naszej ojczyzny, które dadzą się wyznaczyć topografią. Ale przecież to są szlaki szczególne. To są szlaki człowieka, który, wędrując, modlił się i prowadził dialog z Bogiem. I ten dialog utrwalał w swojej poezji dla nas. Jesteście zatem strażnikami także papieskiego ducha z tamtych także niełatwych czasów, po to żeby tego ducha nie tylko strzec i przekazywać go innym, ale przede wszystkim nim żyć, żeby się nie lękać, żeby się nie bać. Konfrontacje zawsze były, są i będą, bo są wpisane w życie Kościoła od samych jego początków. Ale ponad te konfrontacje chrześcijanie za każdym razem mieli doświadczenie prawdziwości słów Pana Jezusa: „Bramy piekielne go nie przemogą. Ja jestem z wami po wszystkie dni, aż do skończenia świata”.

Po Eucharystii miało miejsce spotkanie Fundacji Szlaki Papieskie Jana Pawła II z abpem Markiem Jędraszewskim, podczas którego Prezes Fundacji Urszula Własiuk podkreśliła, że wypowiedziane dwa lata temu słowa metropolity o wielkim zadaniu chronienia i przekazywania następnym pokoleniom duchowego dziedzictwa Jana Pawła II skierowane do członków Fundacji odebrane zostały jako przesłanie.

Prezes przypomniała następnie, że wszystkie najważniejsze sprawy w czasach Biblii działy się na górach i tam również Chrystus prowadził Apostołów, gdy chciał im coś ważnego przekazać. W góry także Karol Wojtyła zabierał młodych i sam chętnie wracał na szlaki.

Prezes Własiuk wskazała następnie na wiele inicjatyw, które powstały w tym roku przy Szlakach Papieskich. Wyraziła nadzieję, że już w jesieni ukaże się przewodnik po Szlakach Papieskich w Gorcach, które szczególnie kochał Jan Paweł II.

Na zakończenie prezes gratulowała prof. Bogusławowi Grzybkowi, który zajmuje się oprawą muzyczną tych spotkań. Wyjaśniła także, że chór „Organum”, który p. Bogusław założył obchodzi w tym roku 50 lat istnienia. O nim Jan Paweł II mówił „mój chór”, gdy zespół wielokrotnie występował w Watykanie.

Abp Marek Jędraszewski dziękował zebranym za życzliwość i pamięć. Wyraził wielką radość, że troska o Szlaki Papieskie nie ustaje i wciąż znajduje nowe wyrazy.

Jeszcze raz podkreślił, że na wszystko co się obecnie wokół nas i wokół Kościoła dzieje musimy patrzeć z zaufaniem w Bożą Opatrzność.

– Nie my jesteśmy panami dziejów i historii ludzkości tylko Pan Bóg. A my mamy swoim dobrym życiem, modlitwą, zatroskaniem o to co najbardziej piękne i szlachetne przedłużać Bożą miłość do nas, do Polski, do naszej ojczystej ziemi. I jej bronić, z niej być dumnym, ją ukazywać innym.

Na zakończenie metropolita przekazał zebranym serdeczne życzenia wielkanocne.

Pierwsze Szlaki Papieskie oznakowane zostały jako szczególny dar rodaków dla Ojca św. w 25 rocznicę rozpoczęcia jego pontyfikatu i jako odpowiedź na papieską prośbę, wypowiedzianą w Nowym Targu w 1979 roku: „Pilnujcie mi tych szlaków”. Przez lata szlaków przybywało. W 2003r. z inicjatywy Urszuli Własiuk powołana została Fundacja Szlaki Papieskie Jana Pawła II, której zadaniem jest wytyczanie nowych tras oraz dbanie o te, które już istnieją. Dziś oznaczonych Szlaków Papieskich w Polsce istnieje bardzo dużo. Łączy je jedno – wiemy na pewno, że każdym z nich osobiście wędrował Karol Wojtyła – jako świecki, ksiądz, biskup, kardynał czy jako papież.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem