Reklama

BETEL - Zakupy z sercem - Deribie Mekanene

Nowy Patron Polski

Z o. Jackiem Bolewskim SJ rozmawiał Piotr Chmieliński
Edycja warszawska (st.) 20/2002

16 maja w Warszawie św. Andrzej Bobola zostanie uroczyście ogłoszony Patronem Polski. Jego męczeństwo było jednym z najstraszliwszych w historii Kościoła. O rozwoju kultu Świętego i jego patronacie z o. prof. Jackiem Bolewskim, jezuitą, prodziekanem Papieskiego Wydziału Teologicznego w Warszawie i kierownikiem sekcji " Bobolanum" tejże uczelni, rozmawia Piotr Chmieliński.

Piotr Chmieliński: - Dlaczego akurat św. Andrzej Bobola został nowym Patronem Polski?

O. Jacek Bolewski SJ: - Nie jest to tylko ludzka, oddolna inicjatywa. Dzieje kultu św. Andrzeja Boboli pokazują, że jemu samemu na tym zależało. Nie wiem, czy istnieje przykład innego świętego, który sam "dopominałby się" o swój kult. Pamiętajmy, że męczeńska śmierć św. Andrzeja nastąpiła w czasach opisanych później w Ogniem i mieczem. Męczeństwo Boboli z rąk Kozaków było jedną z konsekwencji powstania pod wodzą Bohdana Chmielnickiego. Ale w tych czasach okrutnych śmierci było bardzo dużo, Andrzej Bobola nie był jedynym misjonarzem na Wschodzie i wiele lat po Jego śmierci mało kto już o Nim pamiętał.

Dopiero sam Święty o sobie przypomniał. Było to 16 kwietnia 1702 r. - czyli w tym roku przypada 300. rocznica. Przełożony jezuickiego domu w Pińsku nie wiedział, gdzie zabiegać o pomoc w opłakanej sytuacji materialnej. Andrzej ukazał mu się, zapewniając o gotowości do pomocy, jednak oczekiwał udostępnienia swoich relikwii wiernym, aby z większą gorliwością mogli się modlić o jego wstawiennictwo. Ktoś mógłby zarzucić, że przyszły Święty był "interesowny", skoro zależało mu na rozwoju własnego kultu. Owszem, zależało mu, ale po to, aby dzięki modlącym się do niego mógł pomagać i uzdalniać do dzieł po ludzku - zdawałoby się - niemożliwych.

Drugi raz Święty ukazał się w 1819 r. w Wilnie o. Alojzemu Korzeniewskiemu, dominikaninowi, który w swych modlitwach polecał Andrzejowi zwłaszcza sprawę niepodległości Polski.

Pewnego wieczoru, przed udaniem się na spoczynek, zakonnik modlił się przy otwartym oknie do Męczennika. Gdy po dłuższej modlitwie zamknął okno i zamierzał się położyć, ujrzał postać, która przedstawiła się jako Andrzej Bobola, po czym poleciła zaskoczonemu zakonnikowi jeszcze raz otworzyć okno i wyjrzeć przez nie.

O. Korzeniewski zobaczył rozległą równinę, o której Andrzej oznajmił, że to ziemia pińska, gdzie dostąpił "chwały cierpień męczeństwa za wiarę Chrystusową". Następnie Męczennik polecił spojrzeć ponownie, by znaleźć odpowiedź na stawiane mu pytanie. Teraz obraz się zmienił: równina była pokryta walczącymi zaciekle wojskami wielu narodów. Andrzej objaśnił: "Gdy skończy się wojna, którą widzisz, wtedy królestwo Polski zostanie przywrócone przez miłosierdzie Boże, a ja zostanę w nim uznany jako główny patron".

- Jednak na realizację proroctwa o niepodległości Polski trzeba było czekać jeszcze długo. Również dość późno św. Andrzeja Bobolę wyniesiono na ołtarze. Dlaczego tak się stało?

- Wiązało się to z utrudnieniami ze strony zaborców, a także z przejściową kasatą zakonu Jezuitów... W końcu jednak, po bez mała dwóch wiekach od śmierci, nastąpiła beatyfikacja Andrzeja. Miało to miejsce 30 października 1853 r., w czasie, kiedy tzw. wojna krymska budziła nadzieje na zmianę sytuacji politycznej Polski, gdyż uczestniczyli w niej zaborcy walczący po przeciwnych stronach frontu. Należało jednak uzbroić się w cierpliwość. Odrodzenie polityczne państwa polskiego przyszło dopiero po I wojnie światowej.

Najpierw Andrzej patronował bojownikom o niepodległość, zwłaszcza generałowi Hallerowi, darzącemu Męczennika wielkim nabożeństwem. A gdy młode państwo przeżyło pierwsze zagrożenie ze strony bolszewickiej, modlitwy do Błogosławionego i procesja z Jego relikwiami stanowiły element duchowej mobilizacji mieszkańców Warszawy, dzięki której można było przeżyć pamiętny Cud nad Wisłą. To przyspieszyło starania o kanonizację. Gdy w końcu doszło do niej w 1938 r., relikwie Świętego powróciły w uroczystym pochodzie do Polski. Postrzegano to jako początek oficjalnego patronatu Andrzeja w odrodzonej Ojczyźnie.

Kiedy przyszła kolejna wojna, mogło się wydawać, że patronat św. Andrzeja oddalił się. Jednak wszyscy, którzy mu się powierzali, doświadczali pomocy, co potwierdzają liczne świadectwa wojenne, zwłaszcza ze Wschodu, dokąd zostało wysiedlonych wielu Polaków. Po zakończeniu II wojny światowej pozornie znowu odzyskaliśmy niepodległość, ale dobrze wiemy, że nie była ona prawdziwa. Reżim komunistyczny znacząco wpłynął na ograniczenie kultu św. Andrzeja. Np. jezuici starali się o wybudowanie godnego Sanktuarium dla Świętego i ciągle spotykali się z odmową.

- Zgoda na budowę Sanktuarium została w końcu udzielona. Co na nią wpłynęło?

- Pozwolenie na budowę, uzyskane 19 maja 1980 r., było jednym z owoców pierwszej wizyty Jana Pawła II w Polsce. Potem nastąpił Sierpień, początek "Solidarności". W kolejnych latach budowa Sanktuarium przebiegała równolegle z procesem trudnego rodzenia się niepodległości. W 1988 r. - w 50. rocznicę kanonizacji Boboli - zaczęliśmy się wreszcie modlić w Andrzejowej świątyni przy ul. Rakowieckiej w Warszawie. Od maja 1989 r. wszystkie Msze św. odbywały się już w Sanktuarium. A w czerwcu tego samego roku, po wyborach według odnowionej formuły, pojawiła się realna perspektywa niepodległości. Otworzyła się droga, na której patronat św. Andrzeja wreszcie mógł się dopełnić.

Warto też w tym miejscu wspomnieć, że Bobola w swoim patronacie dołącza do patronatu Maryi. Za swego życia ziemskiego Święty upodobał sobie Maryjną tajemnicę Niepokalanego Poczęcia. Pod tym imieniem zakładał sodalicje mariańskie, a w naszych czasach sprawił, że w Strachocinie, miejscu Jego narodzin, powstał pierwszy w Polsce " żeński Niepokalanów" - zgromadzenie sióstr oddanych zgłębianiu Maryjnej tajemnicy.

Przypomnijmy, że właśnie w 1854 r., kiedy w Kościele został ogłoszony dogmat o Niepokalanym Poczęciu, pojawiła się pierwsza pisemna opublikowana wzmianka o zapowiedzi Andrzeja, że Polska odzyska niepodległość a On będzie uznany jej głównym patronem. Czy znaki te nie wskazują, że dalsze działanie naszego Patrona na rzecz odnowy niepodległej Ojczyzny dokona się właśnie w połączeniu z tajemnicą Niepokalanej?

Nasza niepodległość polityczna domaga się pogłębienia przez odnowę religijną i moralną - niepodleganie grzechowi, złemu. Na tej drodze św. Andrzej, jako patron u boku Maryi, kieruje naszą uwagę na tajemnicę Jej Niepokalanego Poczęcia. Tutaj odsłania się prawda, która mówi także o naszym początku w Bogu, skoro wszyscy zostaliśmy wybrani przez Ojca w Chrystusie "przed założeniem świata, byśmy byli święci i nieskalani przed Jego obliczem" (Ef 1, 4). Otwierając się na prawdę o naszym początku w Bogu, wzrastamy zarazem w jedności, której On jest źródłem. Andrzej pragnie nam patronować i na tej drodze, bo w odnowie, której Kościół w Polsce potrzebuje, sam Jan Paweł II wymienia na pierwszym miejscu jedność i stałe dążenie do niej.

- Kiedy oficjalnie skierowano do Watykanu prośbę o ogłoszenie Boboli Patronem Polski?

- Wystosowali ją polscy biskupi w 1988 r. Prośba zastała skierowana dalej do Kongregacji Kultu Bożego i Sakramentów, władnej potwierdzić patronat św. Andrzeja. Decyzja Kongregacji była pozytywna.

- Niemniej dekret Kongregacji mówi, że św. Andrzej Bobola został drugorzędnym Patronem Polski, na równi ze św. Stanisławem Kostką. Tymczasem starania były o główny patronat. Zresztą sam św. Andrzej zapowiadał, że będzie głównym patronem Polski...

- Św. Andrzej Bobola nie jest pierwszy w gronie patronów Polski. Już od wieków patronują nam męczennicy z początku dziejów naszej Ojczyzny, święci biskupi: Wojciech i Stanisław. Nowy patron dołącza do tego grona jakby na zasadzie młodszego brata. Jako młodszy jest nazwany drugorzędnym, ale to znaczy jedynie tyle, że w kościelnej liturgii przysługuje Mu, na razie, nie uroczystość, a "tylko" święto. Zresztą różnica ta nie będzie miała znaczenia w Sanktuarium św. Andrzeja Boboli ani w innych kościołach poświęconych naszemu Świętemu, gdzie już od lat obchodzi się 16 maja uroczystość. I nie jest aż tak istotne, kiedy doczekamy w całej Polsce przemiany święta w uroczystość. Istotniejsze będzie to, czy św. Andrzej pozostanie naszym Patronem tylko od święta, czy też przejmiemy się jego patronatem na co dzień.

Przypomnijmy, jakie znaczenie przypisujemy więzi naszego Patrona z pozostałymi patronami. Święci biskupi męczennicy, Wojciech i Stanisław, związali się szczególnie z Gnieznem i Krakowem - pierwszą i drugą stolicą Polski. Z kolei relikwie św. Andrzeja Boboli znalazły swoje miejsce w trzeciej, ostatniej stolicy - Warszawie, gdzie doczekały się godnego miejsca kultu, w jedynym stołecznym Sanktuarium, mieszczącym integralne relikwie Świętego. Ponadto, tak jak św. Wojciech jest patronem ładu hierarchicznego, a św. Stanisław ładu etycznego, tak św. Andrzej Bobola może być uznany za patrona ładu związanego z jednością, zarówno w Kościele, jak i w społeczeństwie.

- Męczeństwo św. Andrzeja było jednym z najstraszliwszych w historii Kościoła. Istnieje dokładny opis cierpień zadawanych Boboli przez Kozaków. Skąd się wziął?

- Rodzaje tortur można odczytać z integralnie zachowanych do dzisiaj relikwii Świętego, które spoczywają w małej trumience umieszczonej w naszym Sanktuarium. W 1988 r. miałem możliwość uczestniczenia w otwarciu trumienki. Towarzyszący nam lekarz po dokładnym zbadaniu Relikwii szczegółowo mógł opisać męczeństwo św. Andrzeja. Mówiły o tym już wcześniejsze świadectwa. Oprawcy przypiekali mu ciało ogniem, wbijali drzazgi za paznokcie, zdzierali skórę z rąk, piersi i głowy, obcinali palce. Wreszcie wykłuli mu prawe oko, odcięli nos i wargi, a przez otwór wycięty w karku wydobyli język i odcięli u nasady. Na końcu powiesili go u sufitu za nogi, głową w dół. Dwukrotne cięcie szablą w szyję było ukoronowaniem morderstwa, a w świetle wiary - męczeństwa, daru łaski.

- Od czego zależy teraz owocowanie patronatu św. Andrzeja Boboli w Polsce?

- Zatwierdzenie przez Kościół tego patronatu oznacza dla nas wszystkich nowe zobowiązanie. Jesteśmy wezwani do modlitwy za wstawiennictwem św. Andrzeja, bo taki jest właśnie sens kultu świętego; dzięki naszemu zwracaniu się do niego, który w pełni już uczestniczy w świętości Boga, my także stajemy się bardziej święci na co dzień. Uświęcamy przez modlitwę siebie i nasze działanie. Nie nastąpi to za jednym razem, ale potrzebujemy wytrwałości, zarówno w modlitwie, jak i w ufnym otwieraniu się na jej owoce każdego dnia.

Nasza modlitwa nie tylko wyraża wdzięczność, ale próbuje zwrócić ją ku działaniu, do kolejnych dzieł, aby pomoc okazana przez Andrzeja mogła się rozwijać - przez nas. On oczekuje też pomocy z naszej strony. Taki jest sens wzajemności w tajemnicy "świętych obcowania" . Jest ona bardzo dosłowna: gdy pomagamy świętemu, wtedy przekonujemy się jeszcze silniej, że On nam pomaga - w działaniu, którego sami nie zdołalibyśmy podjąć i wypełnić.

Wymowny jest najpiękniejszy obraz Andrzeja, widniejący na poczesnym miejscu w jego Sanktuarium. Uderza to, że Święty ma związane ręce, co wskazuje nie tylko na Jego mękę, lecz i na dopełnienie całego życia w przejściu do Boga. Po śmierci bowiem kończy się dla człowieka czas i związane z nim działanie, nastaje natomiast - o czym przypomina modlitwa za zmarłych - wieczny odpoczynek. A zatem związane ręce św. Andrzeja poświadczają, że na zawsze się poddał, ale nie swoim prześladowcom, tylko Bogu, aby na całą wieczność odpocząć u Jego boku. Podobnie jak Jezus po swoim powrocie do Ojca "zasiadł" po Jego prawicy, "oczekując tylko" (Hbr 10, 13) dopełnienia Bożego dzieła przez tych, którzy Jego mocą działają na ziemi. Tajemnicze " niedziałanie" Jezusa, tak uderzające w obliczu Jego Krzyża, kryje w sobie nowe działanie, dopełniające się mocą z nieba na ziemi dzięki temu, że Zmartwychwstały żyje w pełni - miłością, którą, jak obiecał, " przyciągnie wszystkich do siebie" (J 12, 32). Przyciąga więzami, świadczącymi nie o mocy Jego przeciwników, ale poświadczającymi Bożą miłość, zgodnie z jeszcze innym proroctwem: "Pociągnąłem ich ludzkimi więzami, a były to więzy miłości" (Oz 11, 4). Podobnie działa żywy świadek Ukrzyżowanego, św. Andrzej: ożywia nas, udziela mocy do pomocy, którą chce okazywać światu właśnie przez nas.

Tak więc, skoro nie żałowaliśmy wysiłku, aby przybliżyć i należycie przygotować ogłoszenie patronatu św. Andrzeja, możemy liczyć obecnie i w przyszłości na to, że dalej będzie się spełniać obietnica Świętego, który jako Patron odrodzonej Ojczyzny pragnie nam pomagać, abyśmy, zgodnie z naszą modlitwą do Niego - "z odnowioną mocą ducha przyczyniali się w naszej Ojczyźnie do tworzenia cywilizacji miłości".

- Dziękuję za rozmowę.

Opłakać stratę dziecka

2018-10-03 08:06

Ewa Oset
Edycja częstochowska 40/2018, str. IV

Pustka boli. Znają ten ból ci, którzy stracili swoje dziecko przez poronienie, aborcję lub śmierć po urodzeniu. Ból skrywany przez lata w zakamarkach duszy i powracający z coraz większą siłą. Trzeba go leczyć – opłakać stratę dziecka, nadać mu imię, prosić o wybaczenie, a przede wszystkim rozpocząć proces wybaczania sobie. Jest na to czas i miejsce. To Dzień Dziecka Utraconego, który w całej Polsce i w archidiecezji częstochowskiej obchodzimy 15 października.

Oddać swój ból Bogu

Dzień Dziecka Utraconego po raz pierwszy w naszej archidiecezji został zorganizowany w 2012 r. w Wieluniu. Po roku dołączyła do niego Częstochowa, a potem Radomsko i Zawiercie. – Chęć zorganizowania tego dnia narodziła się z potrzeby naszego serca. Osobiście jesteśmy rodzicami po stracie, niestety, również takimi, których dzieci nie mają grobów – mówi organizatorka tego przedsięwzięcia w naszej archidiecezji Ewa Słuszniak. – Dla nas Dzień Dziecka Utraconego jest czasem, kiedy wspominamy nasze dzieci, które odeszły przed narodzeniem, modlimy się i chcemy wspierać rodziców, którzy tak jak my doświadczyli straty dziecka, a nie mają przestrzeni ani miejsca, gdzie mogą swoje dzieci opłakać, pożegnać, oddać swój ból Bogu i rozpocząć czas uzdrawiania i przebaczenia. W organizację tego dnia zaangażowane są nasze rodziny, również nasze żyjące dzieci. Uczestniczymy razem, to jest nasz dzień – podkreśla.

Niewidzialny Klasztor Jana Pawła II

Kiedy się odda swoje cierpienie Bogu, często pojawia się chęć niesienia pomocy innym. Tak było w przypadku pomysłodawczyni Anny Dziuby-Marzec, która powiedziała nam, jak to wszystko się zaczęło. – W marcu 2012 r. przyjęłam Szkaplerz Karmelitański i jeszcze w tym samym miesiącu po kilku latach starań poczęło się nasze dziecko – wspomina.

– W planach mieliśmy wyjazd do Lourdes, Fatimy, La Salette i pojawiły się wątpliwości, czy powinniśmy jechać. Pomyśleliśmy, że skoro Pan Bóg dał nam środki na realizację planów, to był to dla nas czytelny znak, że jedziemy. Wszędzie zawierzaliśmy nasze dziecko Matce Bożej. Fatima była miejscem szczególnym, gdyż byliśmy tam w pierwszą sobotę maja i tego dnia był tam obchodzony Dzień Matki. Szczęśliwi wróciliśmy do domu i cieszyliśmy się, że nasze Maleństwo rośnie pod moim sercem. Tak było do 16 lipca – dnia poświęconego Matce Bożej z Góry Karmel. Po porannej Mszy św. poszłam do lekarza i okazało się, że serce naszego dziecka nie bije. Szpital, poród, łzy, ale jednocześnie jakaś siła. Jedna z sióstr boromeuszek powiedziała mi o oddaniu dziecka do Niewidzialnego Klasztoru Jana Pawła II. Miałam świadomość, że w takiej sytuacji jest wiele małżeństw, wielu doznaje niezrozumienia otoczenia i w tym bólu są osamotnieni. Z potrzeby serca, ale myślę, że przede wszystkim zadziałał z Nieba Jan Paweł II – kontynuuje pani Anna, i dodaje: – Zrodziła się wtedy myśl o zorganizowaniu Dnia Dziecka Utraconego w Wieluniu. Od tego czasu rodzice, rodzeństwo, dziadkowie i znajomi każdego roku 15 października gromadzą się na wspólnym Różańcu, Eucharystii, Adoracji – mówi pani Anna, zachęcając wszystkich, którzy utracili swoje dziecko, do udziału w tym Dniu.

Żałobę trzeba przeżyć

Ktoś powie: po co taki Dzień, po co rozgrzebywać rany, wracać do tych traumatycznych wydarzeń?– Idea Dnia Dziecka Utraconego jest związana z potrzebą zmiany sposobu postrzegania przez społeczeństwo problemów, z jakimi borykają się rodzice po stracie dziecka – mówią organizatorzy. – W Polsce wciąż nie ma społecznego przyzwolenia na przeżywanie przez rodziców żałoby po wczesnej utracie dziecka, szczególnie w okresie prenatalnym. Strata dziecka w wyniku: poronienia, wczesnego porodu i śmierci tuż po narodzeniu jest traumatycznym przeżyciem dla rodziców. Dlatego to wydarzenie jest szczególne dla tysięcy kobiet i mężczyzn, którzy doświadczyli straty dziecka i czasem poświęconym pamięci i modlitwie za zmarłe dzieci i ich rodziców. W wielu kościołach sprawowane są Eucharystie, odbywają się także zbiorowe pochówki. I my chcemy włączyć się w tę szczególną inicjatywę poprzez zorganizowanie Dnia Dziecka Utraconego w trzech miastach naszej diecezji – zaznaczają organizatorzy.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Jestem od poczęcia

Abp Dzięga o śp. ks. Alojzym Keglu

2018-10-16 06:45

rk / Kęty (KAI)

Za 27 lat kapłańskiej pracy na Pomorzu Zachodnim dziękował nad trumną śp. ks. Alojzego Kegla metropolita szczecińsko-kamieński abp Andrzej Dzięga, który przewodniczył 15 października w Kętach uroczystościom pogrzebowym. Zmarły w wieku 88 lat kapłan pochodzący z Nowej Wsi na Podbeskidziu, był wieloletnim proboszczem parafii pw. Matki Bożej Wspomożenia Wiernych w Starym Czarnowie i dziekanem dekanatu Kołbacz w archidiecezji szczecińsko-kamieńskiej.

M. Paszun

Abp Dzięga przed rozpoczęciem liturgii pogrzebowej w kościele pw. Najświętszego Serca Pana Jezusa w Kętach podkreślił, że życie zmarłego 10 października kapłana było wyciszone, ale uduchowione i bardzo ofiarne, „pełne modlitwy i pracy, ale i cierpienia”. Hierarcha przyznał, że przybył na południe Polski, by podziękować kapłanowi, który zostawił ziemię beskidzką, bo usłyszał, że Pomorze Zachodnie potrzebuje duszpasterzy.

„Mówiło się i jeszcze wielu do dziś mówi, że są to tereny misyjne. I to jest prawda: chcesz jechać na misje, to jedź na ziemię zachodnią. Jeden kapłan musi obsługiwać 4-5 kościołów. I musi mieć siłę, mając nawet 70-75 lat. O emeryturze myśli ksiądz, który ma słabe zdrowie, brakuje mu sił, a nie z racji na wiek. Bo każdy jest potrzebny” – wyjaśnił metropolita, podkreślając swą wdzięczność wobec zmarłego kapłana z kęckiej ziemi, który przez 27 lat posługiwał na terenie archidiecezji szczecińsko-kamieńskiej.

„Wszedł i ks. Alojzy w tamtą ziemię i ją zagrzał swoim sercem. Pozostał w sercach kapłanów i ludzi, jego parafian. Dotknął 10 parafii – albo jako pomoc duszpasterska i wikariusz, albo jako samodzielny proboszcz, administrator” – przypomniał arcybiskup i zapowiedział, że chciałby, aby imię ks. Alojzego zostało upamiętnione w jednej z parafii, w której posługiwał. Zwrócił uwagę, że posługa zmarłego księdza na Pomorzu Zachodnim przypadła na trudny czas, kiedy „archidiecezja dopiero się rodziła”.

„Księże Alojzy, przyszedłeś z sercem i dałeś serce. I to serce zostało tam” – dodał abp Dzięga i przypomniał, że z powodu zdrowia kapłan od 17 lat przebywał domu rodzinnym. „Niech ta ziemia pozostanie błogosławiona za dar kapłanów dla innych regionów” – podkreślił duchowny i zaznaczył, że z tej ziemi wyszło także tchnienie i słowo ks. kard. Karola Wojtyły, które zaowocowało dla świata 27-letnim pontyfikatem.

Duchowny podziękował też najbliższej rodzinie ks. Alojzego za to, że dała go Bogu i Kościołowi. Listy kondolencyjne przysłali na uroczystości biskup sosnowiecki Grzegorz Kaszak, który był uczniem zmarłego kapłana w latach 1974-1977, gdy ks. Alojzy był katechetą w Choszcznie, oraz biskup bielsko-żywiecki Roman Pindel. O modlitwie i duchowej łączności zapewnił bp senior Adam Dyczkowski.

W kazaniu proboszcz kęckiej parafii ks. Jerzy Musiałek przywołał koleje życia i liczne wspomnienia o zmarłym kapłanie. „W naszej kęckiej parafii spędził 17 lat, ponad 10 lat, dopóki zdrowie mu pozwalało pomagał w duszpasterstwie, nie tylko w naszym kościele, ale i w dekanacie kęckim, spowiadał, odprawiał Msze św., modlił się, wnosił kapłańskiego ducha, braterskiego ducha. Bardzo cenił sobie spotkania kapłańskie” – przypomniał kaznodzieja i przyznał, że Pawłowe słowa – „Wszystko mogę w tym, który mnie umacnia” – były dla ks. Alojzego mocą i nadzieją w trudnych momentach życia i siłą napędową jego kapłańskiej posługi.

Ks. Alojzy Kegel spoczął w rodzinnym grobowcu na kęckim cmentarzu komunalnym.

W liturgii pogrzebowej i pochówku udział wzięli kapłani archidiecezji diecezji szczecińsko-kamieńskiej, bielsko-żywieckiej, sercanie, księża przyjaciele zmarłego, siostry zakonne oraz najbliższa rodzina.

Ksiądz Alojzy Kegel urodził się 1 maja 1930 r. w Nowej Wsi. Wychował się w parafii św. Małgorzaty i Katarzyny w Kętach, do której należała wówczas jego rodzinna wioska. Święcenia kapłańskie przyjął 29 września 1957 r. w Tarnowie jako sercanin. Został inkardynowany do diecezji szczecińsko-kamieńskiej 10 października 1980 r.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem