Reklama

Monografia kościoła św. Jakuba w Skierniewicach

O. Janusz Zbudniewek OSPPE
Edycja łowicka 21/2002

Jeszcze niedawno wspomnienie o Skierniewicach kojarzyło się wielu rodakom z Polskim Centrum Ogrodnictwa, Zielonym Zagłębiem, Pieniążkowem lub Miczurińskiem. Jednakże od monografii o Skierniewicach Jana Józefeckiego, wydanej w 1988 r. przywrócona została świetlana przeszłość małego, ale zasobnego miasta leżącego w połowie drogi z Warszawy do Łodzi oraz z Rawy do Łowicza. Autor przywiódł w niej na pamięć ogólnie znane fakty, ale odczytał także z archiwalnych akt nieznane dzieje miasta i okolicy od zamierzchłej przeszłości aż po lata sobie współczesne. Zaskoczyły wówczas niektórych czytelników wiadomości o starożytnym grodzisku sięgającym kilku wieków przed Chrystusem, ze wskazaniem na dzisiejszy park miejski, gdzie usadowili się pierwsi nieznani mieszkańcy Skierniewic. Jest faktem bezspornym, że początki osady wiejskiej można datować przed 1136 r. Jej dobra wchodziły do kompleksu dóbr łowickich należących już wcześniej, bo w drugiej połowie XI stulecia do arcybiskupstwa gnieźnieńskiego. Ta przynależność odegrała w dziejach Skierniewic decydującą rolę w ich rozwoju gospodarczym i kulturalnym. Daty poszczególnych przywilejów wymagają jednak nowej weryfikacji, różnią się bowiem od opinii nieżyjącego już badacza Jana Warężaka (Słownik historyczno-geograficzny Księstwa Łowickiego, Łódź 1967, s. 94 i n.) i wniosków Józefeckiego czy Anny Anackiej-Łyjak w jej najnowszej książce. Nie wdając się w spory historyczne można przyjąć, że momentem przełomowym dla wsi skierniewickiej było nadanie jej praw miejskich przez abp. Wincentego Kota w 1433 r. lub abp. Jana ze Sprowy w 1457 r., który ponadto wybudował kościół, rozbudował miasto i otworzył go na przybyszów ze wsi. Od 1463 r., gdy Kazimierz Jagiellończyk aprobował lokację miasta, Skierniewice stały się konkurencyjną rezydencją arcybiskupów, którzy chętnie spędzali w niej długie nieraz tygodnie, a nawet miesiące.

Kolejnymi mecenasami miasta byli arcybiskupi: Jan Gruszczyński, Jan Łaski, Jan Przerębski, Władysław Łubieński, Stanisław Szembek i Antoni Ostrowski - najbardziej znany z fundacji obecnego kościoła pw. św. Jakuba.

Dziejom tego kościoła poświęciła swoją najnowszą pracę rodaczka Skierniewic Maria Anacka-Łyjak. Oparła ją na źródłach drukowanych i rękopiśmiennych, zanalizowała relacje kronikarskie, zapisy epigraficzne, zagłębiła się w stare zdjęcia i relikty zachowanych pomników. Zanim jednak opisała kościół z fundacji abp. Ostrowskiego, zatrzymała się na dziejach kościoła pw. św. Wojciecha, którego erekcję przypisuje bez żadnych wątpliwości Jarosławowi ze Skotnik (s. 12), zmarłemu w 1376 r. Gorzej jest z datowaniem następnego kościoła. Otrzymał on wezwanie św. Jakuba Apostoła i według abp. Jana Łaskiego wzniesiony został w 1457 r. dzięki fundacji abp. Jana Sprowskiego, a według późniejszej opinii - dzięki zapobiegliwości abp. Jakuba Sienieńskiego w 1479 r. Za Sienieńskim przemawia tytuł patronalny i współczesna mu tablica fundacyjna.

Oprócz nowego kościoła św. Jakuba pozostawał nadal kościół św. Wojciecha, który stał się jedynie kościołem rektorskim i arcybiskupim podczas pobytu prymasów w mieście. Jakichś modernizacji, względnie jego przebudowy, dokonał abp Łaski, ale nie przetrwał on nawet jednego stulecia, mimo nadania mu odpowiedniego uposażenia i legatu dla jednego mansjonarza. Nie wystarczyły one nie tylko dla kościółka rektorskiego, ale brakowało też funduszy na utrzymanie kościoła parafialnego św. Jakuba. Wizytatorzy kościelni pisali wielokrotnie o zaniedbaniach w utrzymaniu budowli, postępujących zniszczeniach i braku ich naprawy. Mimo to nie okazały się one skuteczne skoro proces destrukcji stał się powodem jego rozbiórki. Przy okazji tych skarg, lustratorzy opisali ów kościół, dzięki czemu wiemy, że zbudowano go w stylu gotyckim, z orientowaną absydą i wieżą (zachowaną do dzisiaj) prowadzącą wówczas do jego wnętrza od strony zachodniej. Kościół nie miał sklepienia, lecz drewniany sufit z dekoracją malarską, posiadał 2 kaplice, 8 ołtarzy, w tym co najmniej dwa brackie i cechowe, obraz Matki Bożej Częstochowskiej obwieszony licznymi wotami i wiele innych sprzętów.

Tzw. drugi kościół św. Jakuba (Sienieńskiego) nie należał, jak się wydaje, do dzieł wysokiej klasy. Był jednak cennym pomnikiem przeszłości, którego dotknęły nie tyle rabunki wojenne lub pożar w 1745 r., co najwyraźniej postępujące zaniedbanie administratorów parafii. Anacka-Łyjak, choć nie lubi obciążać podobnymi skargami kogokolwiek, w tym wypadku okazała się bezwzględna.

Ale los sprawił, że nad miastem zaświeciło słońce. Uczynił to mało popularny w Polsce prymas Antoni Ostrowski (zarządzał metropolią gnieźnieńską w latach 1777-84), który zdecydował o rozbiórce zrujnowanego kościoła, przy czym niektóre sprzęty polecił rozdać biedniejszym kościołom. Plany nowej budowli zlecił królewskiemu architektowi Efraimowi Schroegerowi, który znany był z wielu klasycystycznych budowli kościelnych i świeckich, m.in. w Warszawie, Łowiczu, Toruniu i innych. W Skierniewicach zaprojektował on ratusz miejski, przebudował pałac arcybiskupi i być może kilka innych budynków kościelnych i świeckich. Kościół skierniewicki był jednym z ostatnich jego dzieł, ale też bodaj najciekawszym, do którego zaprojektował całe wyposażenie wnętrza oraz pomnik prymasa Ostrowskiego. Około 1783 r. kościół był wykończony. Oglądał go fundator, ale będąc już ciężko chory nie był w stanie doglądać jego wykończenia. Przebywał zresztą najczęściej w zachodnich uzdrowiskach, a ostatecznie w Paryżu, gdzie zastała go śmierć 26 sierpnia 1784 r. Zgodnie z jego wolą pochowano go w kościele św. Ludwika na Wyspie, natomiast serce przywiózł do Skierniewic towarzyszący mu podczas podróży bp koadiutor kamieniecki Jan Dembowski.

Kościół św. Jakuba jest dzisiaj najcenniejszym pomnikiem kultowym i artystycznym miasta. Opisywano go w wielu przewodnikach i w monografii architekta Schroegera. Jest on także jednym z najciekawszych jego prac, na tyle autentyczny, że w zasadzie nigdy nie modernizowany lub przebudowany. Jest przedmiotem podziwu z powodu śmiałej koncepcji plastycznej, wzorowanej na rzymskich budowlach, m.in. na rzymskim Panteonie i tamtejszych grobowcach i dlatego przez wielu historyków uważany za mauzoleum fundatora.

Anna Anacka-Łyjak drobiazgowo opisała strukturę kościoła i jego wnętrze, omówiła wszystkie sprzęty, paramenty i rzeczy godne uwagi. Zatrzymała się również przy najstarszej kamiennej tablicy abp. Sienieńskiego, datowanej na 1479 r. Powołała się na opinię znakomitej mediewistki Alicji Szymczakowej z Łodzi, dopatrując się w potrzaskanym kamieniu ręki gdańskiego rzeźbiarza Hansa Arendta. Bardzo cenna to podpowiedź, ale warto zauważyć, że tablica arcybiskupa z herbem Dębno to zaledwie mały odprysk z monumentalnych rzeźb kamiennych Sienieńskiego i jego siostry Doroty oraz rodziny Koniecpolskich w kościele w Wielgomłynach k. Radomska. Czy jest to kolejny dowód powiązań artystycznych wybitnego gdańszczanina z pomnikami w Gnieźnie, Skierniewicach i nekropolii Sienieńskich-Koniecpolskich w ubogiej wiosce, która nie miała tego szczęścia stać się miastem, choć miała równie wspaniałych mecenasów?

Wracając jednak do monografii kościoła św. Jakuba, warto zauważyć, że Autorka do napisania omawianej monografii przebadała wystarczająco dobrze wszystkie możliwe archiwa, które pomogły jej wnieść nawet drobiazgowe uzupełnienia do skąpych wiadomości o życiu kościelnym miasta jak też jego mieszkańców. Wniosła ich niemało, przybliżyła jeszcze raz zamierzchłe dzieje wsi, osady, a potem arcybiskupiego grodu, podjęła na nowo temat pierwszych kościołów i ich plebanów, skrupulatnie omówiła prace budowlane i remontowe oraz niedoszłe plany rozbudowy kościoła przez Józefa Dziekońskiego. Zauważyła kilka nieprzemyślanych do końca inwestycji (organy nad wejściem do kościoła), nie wspominając jednak o innych, by zauważyć z mojej pamięci o narzekaniach wiernych i kłopotach zarządu kościoła z powodu brudzącego centralnego ogrzewania, które usunięto w latach siedemdziesiątych niedawno minionego stulecia.

Monografia kościoła św. Jakuba w Skierniewicach jest ważnym wydarzeniem w badaniach historycznych Skierniewic. Jest przede wszystkim następnym krokiem w poznaniu życia religijnego parafii, jej granic, kościołów filialnych i kaplic, które albo zostały już zbudowane, albo też podjęto prace w kierunku ich realizacji. Anna Anacka-Łyjak jest historykiem sztuki, wiele lat spędziła nad inwentaryzacją polskich zabytków i choć mieszka w Warszawie, posiada znakomite przygotowanie, by dziejom tym oraz wielu innym zabytkom miasta i okolicy poświęcić następne badania.

Loreto: Domek Matki Bożej – największe sanktuarium maryjne Włoch

2019-03-25 09:34

kg (KAI) / Loreto

Niewielkie miasteczko i gmina w środkowych Włoszech w regionie Marche nad Adriatykiem – Loreto, do którego dzisiaj przybył z jednodniową wizytą Franciszek, zajmuje szczególne miejsce na religijnej i pielgrzymkowej mapie tego kraju. Jest największym i najważniejszym włoskim sanktuarium maryjnym, odwiedzanym rocznie przez ok. 4 mln osób z całego świata. Główną jego relikwią jest Święty Dom, zwany też Domkiem Matki Bożej, gdyż – według prastarej tradycji – pod koniec XIII wieku aniołowie przenieśli go z Nazaretu do tego miejsca

Monika Książek

Jest to kamienny budynek o wymiarach 8,5 m x 3,8 m x 4,1 m, z drzwiami po stronie północnej i parą drzwi od strony południowej oraz oknem po zachodniej. Na zewnątrz ściany pokrywają marmurowe płaskorzeźby, przedstawiające sceny z życia Maryi, nawiązujące nie tylko do Ewangelii, ale także do apokryfów oraz wizerunki proroków starotestamentalnych. Wewnątrz budynku znajduje się właściwy Domek i rzeźba przedstawiającą tzw. Madonnę z Loreto.

Piękna, średniowieczna tradycja głosi, że jest to część domu z Nazaretu, w którym Maryja urodziła się a następnie poczęła i wychowała Pana Jezusa. Po jego Wniebowstąpieniu dom stał się kościołem. Gdy w VIII wieku ziemie te zajęli muzułmanie, początkowo obiekt był niezagrożony. Sytuacja pogorszyła się w XII i XIII w., po wyprawach krzyżowych, a zwłaszcza po ostatecznym wyparciu chrześcijan z tych obszarów. Powstało wówczas duże i realne niebezpieczeństwo zniszczenia bądź co najmniej zbezczeszczenia tego miejsca przez panujących tam wówczas Mameluków egipskich, toteż aby do tego nie dopuścić, na początku maja 1291 aniołowie w sposób cudowny przenieśli Domek Maryi do Italii.

Pierwsze „lądowanie” nastąpiło 10 maja tegoż roku w Trsacie (dzisiejsza Chorwacja, dzielnica Rijeki; po włosku Tersatto). Ale tamtejsi mieszkańcy, wśród których było wielu złodziejów i rzezimieszków, nie docenili wagi i znaczenia Domku, toteż aniołowie po 3 latach i 7 miesiącach jeszcze raz podjęli się zadania transportu, przenosząc go na drugi brzeg Adriatyku i umieszczając bezcenną relikwię w okolicach dzisiejszej Ankony. Dziś wznosi się tam kościół Matki Bożej Wyzwolicielki z Posatory. Stamtąd po dalszych 9 miesiącach wysłannicy nieba przenieśli dawne mieszkanie Maryi w pobliże Porto Recanati, gdzie znajdował się lasek, należący do miejscowej szlachcianki o imieniu Loreta. Później pątnicy mówili, że idą do „Madonny Lorety” i od tego ma się wywodzić dzisiejsza nazwa tego miejsca.

Późniejsze podanie głosiło jeszcze, że w zagajniku pani Lorety dwaj pasterze ujrzeli jaskrawe światło z nieba, za którym pojawił się Domek Maryi.

W rzeczywistości całą operację transportową sfinansowała i przeprowadziła włoska kupiecka rodzina de Angeli, prawdopodobnie przy udziale templariuszy, drogą morską przez Bałkany i 10 grudnia 1294 cenna relikwia dotarła na swoje dzisiejsze miejsce. W 1468 na polecenie ówczesnego biskupa Recanati – Nicolò dall'Aste, rozpoczęto budowę wielkiej świątyni, w której wnętrzu znalazłby schronienie Święty Domek Maryi i aby móc przyjmować coraz większe tłumy pielgrzymów, przybywających do tego miejsca. Ponieważ biskup zmarł już w rok później, jego dzieło nakazał kontynuować papież Paweł II (1464-71), który w 1464, gdy jeszcze jako kardynał nawiedził Domek, został cudownie uzdrowiony za sprawą Maryi.

W 1587, wraz z wykończeniem fasady, budowa ostatecznie dobiegła końca, ale różne prace wykończeniowe trwały jeszcze prawie pół wieku. W latach 1750-54 wzniesiono bogato zdobioną dzwonnicę. W świątyni są liczne piękne malowidła, mozaiki, freski i rzeźby. Wielkie straty sanktuarium poniosło po wkroczeniu w lutym 1797 do Loreto wojsk napoleońskich, które zniszczyły i rozkradły część cennych zabytków.

Doceniając znaczenie tej niezwykłej relikwii papieże od początku otaczali ją szczególną uwagą. W 1507 sanktuarium zostało podporządkowane bezpośrednio Stolicy Apostolskiej i do 1698 miało ono swego kardynała-protektora (opiekuna). W tymże roku jego zadania przejęła specjalnie utworzona w tym celu Kongregacja Loretańska, kierowana przez kardynała sekretarza stanu, którego na miejscu reprezentował prałat-gubernator. Wszystkie te szczególne przywileje sanktuarium w Loreto potwierdzali późniejsi rządcy Włoch w XIX w., a nawet okupacyjnej wojska francuskie (1797-98).

Po zjednoczeniu Włoch w 1870 Święty Domek cieszył się nadal specjalną opieką prawną. Po podpisaniu konkordatu między Rzymem a Stolicą Apostolską w 1929 powołano specjalną komisję mieszaną w celu praktycznego wykonania art. 27 tego dokumentu, poświęconego właśnie sanktuarium w Loreto. Powstała wówczas Administratura Papieskiej Bazyliki Świętego Domu, której przewodniczył administrator mianowany bezpośrednio przez Ojca Świętego, reprezentowany na miejscu przez wikariusza w randze biskupa. 24 marca 1920 Benedykt XV ogłosił Madonnę z Loreto patronką lotników. Zapoczątkowało to wizyty czołowych polityków włoskich do tego miejsca, m.in. 28 czerwca 1922 sanktuarium odwiedził książę Hubert (Umberto), a 24 października 1936 – dyktator Benito Mussolini.

Św. Paweł VI ogłosił 24 czerwca 1965 konstytucję apostolską “Lauretanae Almae Domus”, znoszącą Administraturę i powołującą na jej miejsce Papieską Delegaturę ds. Sanktuarium Świętego Domu w Loreto. Papież utworzył ponadto Prałaturę Świętego Domu, obejmującą kanonicznie cały obszar gminy Loreto oraz nadał bazylice loretańskiej rangę katedry, którą zarządza delegat papieski. Współpracują z nim dwaj wikariusze – jeden dla delegatury i drugi dla prałatury.

W przeszłości delegatami papieskimi w Loreto byli sekretarze dwóch kolejnych papieży: Jana XXIII – kard. Loris Capovilla i Pawła VI – abp Pasquale Macchi.

Warto jeszcze dodać, że zarówno samo Loreto, jak i Święty Domek mają pewne akcenty polskie. W kaplicy Najświętszego Serca w bazylice znajduje się przedstawienie Bitwy Warszawskiej namalowane przez Arturo Gattiego. A 18 lipca 1944 r. 2. Korpus Polski, dowodzony przez gen. Władysława Andersa, wyzwolił Ankonę, jeden z kluczowych portów położonych na wybrzeżu Adriatyku i sąsiednie Loreto. Była to, nawiasem mówiąc, jedyna operacja przeprowadzona samodzielnie przez żołnierzy Polskich Sił Zbrojnych u boku aliantów zachodnich podczas kampanii włoskiej. 2. Korpus Polski walczył w latach 1944-45 na froncie włoskim przez 367 dni. Zginęło 2197 naszych żołnierzy, a 8376 zostało rannych.

Loreto, a przede wszystkim znajdujący się tam Święty Domek, dały początek podobnym sanktuariom w różnych krajach i miastach, m.in. w Pradze, Santa Fe (Nowy Meksyk, USA), także w Polsce, gdzie nazywa się je domkami loretańskimi (np. Loretto nad Bugiem).

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Ks. Dziewiecki: aktywiści LGBT+ odmawiają nam nawet prawa do przytaczania faktów

2019-03-25 15:47

rm / Radom (KAI)

Aktywiści LGBT+ odmawiają nam nawet prawa do przytaczania faktów i cytowania wyników badań naukowych - uważa pedagog, psycholog i autor wielu książek o dojrzałości ks. Marek Dziewiecki. Jego zdaniem, w ostatnich tygodniach w coraz bardziej otwarty sposób odsłaniają swoje zamiary.

Monika Jaworska

Ks. Dziewiecki w swoim felietonie opublikowanym na stronie radioplus.com.pl napisał, że w reakcji na podpisanie przez prezydenta Warszawy deklaracji LGBT+, wielu rodziców, księży, psychologów i pedagogów, prawników, a także polityków i przedstawicieli mediów, wypowiedziało swoje poważne obawy i swój sprzeciw.

Dodał, że reakcją ze strony aktywistów LGBT+ oraz ich politycznych i medialnych sponsorów "jest skrajnie agresywny atak na tych, którzy odważyli się skorzystać z wolności słowa oraz z prawa do demaskowania demoralizatorów, którzy pod pozorem uczenia „tolerancji” chcą seksualizować polskie dzieci i wikłać je w uzależnienie od popędu".

Według ks. Dziewieckiego w celu realizacji obyczajowej rewolucji aktywiści LGBT+ posługują się hasłem „tolerowania” i „respektowania” mniejszości seksualnych. Dodaje, że wobec każdego, kto odważa się pokazywać, o jakie konkretnie mniejszości chodzi i jakie są ostateczne cele ich działania, środowiska LGBT+ stosują wszelkie formy agresji, zastraszania i terroru.

- Przekonała się o tym na przykład pani kurator z Małopolski czy polska mistrzyni świata w windsurfingu. O osobach, które precyzyjnie analizują deklarację LGBT+ oraz pokazują jej praktyczne konsekwencje, aktywiści gejowscy wyrażają się w sposób wulgarny i z pogardą. Usiłują takie osoby odczłowieczyć i odebrać im prawa obywatelskie, w tym wolność słowa i sumienia. Odmawiają nam nawet prawa do przytaczania faktów i cytowania wyników badań naukowych, pokazujących na przykład to, że wśród czynnych homoseksualistów jest zdecydowanie wyższy niż u heteroseksualistów odsetek chorób wenerycznych, pedofilii, uzależnień, agresji czy samobójstw - pisze ks. Dziewiecki.

Autor wielu książek o dojrzałości stwierdził też, że według aktywistów LGBT+ nie wolno nam mówić nawet o tak oczywistym fakcie, jak to, że osoby homoseksualne tworzą związki chore, bo niepłodne, a niepłodność jest przecież na liście chorób WHO. - Usiłują nam zakazać nawet samo już wyliczanie, o jakie konkretnie mniejszości seksualne chodzi. Agresywnie i wulgarnie atakują tych, którzy mają odwagę wyliczać mniejszości ukryte pod symbolem „Plus”. Wśród takich mniejszości są między innymi pedofile, zoofile czy nekrofile - pisze psycholog.

- Aktywiści LGBT+ nie mówią, że istnieją takie mniejszości seksualne, które ze względów etycznych czy z troski o dobro społeczeństwa, powinno się wyłączyć z owego „Plus”. Mimo to z furią atakują tych, którzy mają odwagę wymieniać po imieniu mniejszości, od których aktywiści LGBT+ się nie odcinają i których przecież nie potępiają (z wyjątkiem księży-pedofilów) - czytamy w felietonie.

Według ks. Dziewieckiego środowiska LGBT+ nie chronią wszystkich mniejszości, a jedynie niektóre. - Zupełnie nie przejmują się na przykład losem tych nastolatków - mimo, że są mniejszością - którzy w szkole, wśród rówieśników czy na stronach społecznościowych publicznie stwierdzają, że żyją w czystości, że postępują zgodnie z Dekalogiem, bo to daje im trwałą radość, że dumni są z tego, iż kierują się miłością i odpowiedzialnością, że panują nad swymi popędami. Pod adresem tych nastolatków kierowane są diabelskie wręcz wulgaryzmy i wyzwiska. Wylewa się na nich fala hejtu i skrajnej agresji. „Tolerancjoniści” spod znaku LGBT+ nie mówią nawet słowa w obronie bestialsko atakowanej i wyśmiewanej młodzieży, która dumna jest ze swej rozumności, wolności i zdolności, by wiernie kochać - pisze kapłan.

Ks. Dziewiecki zauważył, że w ostatnich tygodniach aktywiści LGBT+ w coraz bardziej otwarty sposób odsłaniają swoje zamiary. Z jednej strony chcą, by ich związki były uznane za „małżeństwa” i by mieli prawo do adoptowania dzieci. Z drugiej strony chcą doprowadzić do dyktatury seksualnych mniejszości po to, by większość społeczeństwa dała się zastraszyć i by poczuła się bezradna.

- W tym celu grożą większości społeczeństwa dręczeniem, a nawet więzieniem, gdy tylko dojdą do władzy. Z punktu widzenia aktywistów LGBT+ i ich politycznych oraz medialnych sponsorów to jedyna szansa na realizację przyjętych planów. Wiedzą bowiem, że w dyskusji na argumenty nie mają żadnych szans. Ci, którzy okazują się skrajnie wulgarni i agresywni, chcą wchodzić do przedszkoli i szkół pod pozorem uczenia tolerancji i szacunku. Ci, którzy publicznie chwalą się tym, że ich bogiem jest seks i szukanie przyjemności za każdą cenę, chcą być edukatorami seksualnymi dzieci. Ci, którzy walczą z własną płcią i okaleczają własne ciało, chcą uczyć polskie dzieci „określania” swojej tożsamości płciowej. Ci którzy tworzą pary niepłodne, chcą mówić o zdrowiu i płodności - pisze ks. Marek Dziewiecki.

- Środowiska LGBT+ wiedzą, że będą w stanie zrealizować swoje cele tylko wtedy, gdy zdobędą władzę dyktatorską i gdy skutecznie zastraszą większość naszego społeczeństwa. Wydaje się to nierealne, by garstka szaleńców seksualnych to osiągnęła. Historia kilku ostatnich dziesięcioleci dowodzi jednak, że jest to jednak całkiem realne zagrożenie. Wystarczy, żeby większość społeczeństwa - jak to miało miejsce w niektórych państwach Europy Zachodniej - pozostawała bierna i by zlekceważyła śmiertelne zagrożenie dla małżeństwa, rodziny, wychowania i cywilizacji życia - czytamy dalej w felietonie ks. Dziewieckiego.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem