Reklama

Rodzina drogą Kościoła i Ojczyzny

Krzysztof Żurowski
Niedziela Ogólnopolska 36/2003


Donato Banić

Wielotysięczny tłum słuchający Ojca Świętego - to na małym ekranie telewizora gąszcz niewyraźnych wielobarwnych plamek. Nie zawsze zdajemy sobie sprawę, że każda z tych kolorowych kropek to jedna, niepowtarzalna ludzka osoba. Słuchająca, bijąca brawo, modląca się tak jak my.
Aby przybliżyć poglądy i uczucia uczestników papieskich pielgrzymek, Redakcja Programów Katolickich TVP przy współpracy tygodnika „Niedziela” zamówiła cykl reportaży u wybitnego telewizyjnego dokumentalisty Krzysztofa Żurowskiego. Wkrótce w programie II TVP będziemy mogli obejrzeć jego film o papieskiej pielgrzymce do Słowacji. Zanim to nastąpi, możemy dowiedzieć się, jak powstawał reportaż z Chorwacji.

W homilii wygłoszonej 8 czerwca 2003 r. podczas Mszy św. w malowniczej, nadmorskiej miejscowości Rijeka, która została odprawiona w Delcie, między dwoma portowymi kanałami, Jan Paweł II na początku powiedział: „Pozdrawiam w szczególny sposób liczne rodziny przybyłe tutaj w ten dzień im poświęcony: Wy stanowicie wielką wartość dla społeczeństwa i dla Kościoła, jako że «małżeństwo i rodzina są jednym z najcenniejszych dóbr ludzkości»”. Tysiące Chorwatów, którzy mimo nieludzkiego wprost skwaru wypełnili szczelnie Deltę i rejon poza miejscem wyznaczonym na Mszę św., wstało ze swych kartonowych, składanych stołeczków i gromko dziękowało Papieżowi oklaskami za te słowa. Na papierowych czapkach wiernych, podobnie jak na plakatach w całym mieście, widniało hasło tegorocznej pielgrzymki Papieża Słowianina do Chorwacji: Rodzina drogą Kościoła i Ojczyzny.
Podczas tej właśnie papieskiej Mszy św. w porcie Rijeka, poznałem chorwacką rodzinę Banić. Po Mszy św. zaprosili mnie do swego domu, który znajdował się na peryferiach miasta, na nadmorskim wzgórzu Pehlin, skąd rozpościerał się widok na całą zatokę i port w Rijece. W dwupiętrowym, własnoręcznie zbudowanym z kamieni domu z ogrodem mieszkały trzy pokolenia. Pierwsze piętro zajmowali „nona” i „nono”, co w miejscowym dialekcie oznacza: babcia i dziadek. Nad nimi i pod nimi mieszkały ich córki z rodzinami. Parter zajmowała młodsza córka Jania z mężem Tomisławem i trzyletnim synkiem. Małżonkowie byli informatykami. Tomisław pracował w prywatnej firmie komputerowej, Jania wychowywała synka i pracowała na pół etatu w Gimnazjum Katolickim Salezjanów w Rijece jako nauczycielka informatyki. Drugie piętro zajmowała starsza córka Krystyna z mężem Donato i piątką dzieci. Krystyna była inżynierem budowlanym. Pracowała jako kierownik w rozwijającej się firmie budującej drogi i mosty w Chorwacji. Donato był radiotelegrafistą w porcie, ale miał coraz mniej pracy. Jego zawód już zanikał ze względu na komputeryzację. Mieli czterech synów i córkę. Najstarszy syn Viekosław chodził do liceum w centrum Rijeki. Tego dnia był trochę śpiący, bo jego szkolny chór śpiewał podczas nocnego czuwania przed Mszą św. papieską w Delcie w Rijece. Damian chodził do tego samego Gimnazjum Salezjanów, gdzie uczyła siostra jego matki. Dwoje młodszych dzieci, Iwan i Maryjka, które chodziły do podstawówki, były bardzo zadowolone bo ich szkołę, zresztą jak wszystkie szkoły w całej Chorwacji, na czas wizyty Ojca Świętego zamknięto. Najmłodszy był czteroletni synek Nikola. To jego dotyczyła pierwsza „wizja”, o której opowiedział mi jego ojciec podczas naszego spotkania.

* * *

Donato, zanim zaczął opowieść, najpierw poprawił spodenki dokazującego w ogrodzie Nikoli i pokazując mi cztery palce swej dłoni, powiedział łamaną angielszczyzną przemieszaną z rosyjskim:
- To mój czwarty syn. Kiedy byłem mały, miałem... nie marzenie, rozmowę z Bogiem... jak to powiedzieć po angielsku... Mieszkałem z rodzicami w małej wiosce, 20 domów, na wyspie, tu niedaleko na morzu, koło Rijeki. Byłem jeszcze bez braci i przyjaciół, i wtedy miałem takie wyobrażenie, wizję, że kiedy się ożenię, będę miał czterech synów - Donato spojrzał na Nikolę robiącego fikołka na trawniku koło winorośli i kontynuował:
- Gdy zaczęliśmy żyć w małżeństwie, rodziły się nam dzieci: trzech synów i córka. Myśleliśmy, że to już koniec. I kiedy oczekiwaliśmy na kolejne, piąte dziecko, przypomniało mi się moje marzenie z dzieciństwa o czwartym synu. Byliśmy już starsi. Żona i ja mieliśmy obawy, czy urodzi się żywe i zdrowe. W dniu, kiedy żona miała urodzić, z tą obawą poszedłem do kościoła na Mszę św. Był 6 stycznia - Trzech Króli. Ksiądz powiedział, że ten dzień jest symbolem - człowiek zaufał Bogu. Po Eucharystii zadzwoniłem do szpitala. Dowiedziałem się, że urodził mi się syn. To mnie bardzo poruszyło, bo spełniły się dosłownie moje marzenia. To był czwarty syn.
Opowieść przerwał nono - teść Donata. Zapraszał do środka domu, bo w ogrodzie było jeszcze zbyt gorąco. Na stole w jadalni stał tort. Nona zwróciła się do mnie:
- To na Twoją cześć. Jesteś rodakiem Papieża.
Krystyna, krojąc ciasto, dopowiedziała:
- U nas często są torty. Nawet kilka razy w miesiącu. Ciągle są czyjeś imieniny, urodziny, rocznice ślubu... Jest nas tu tyle...
Cała rodzina zaczęła zgodnie, melodyjnie śpiewać pieśń o ich regionie - Pirmorskij kraj, po czakawsku. W północnej części Chorwacji funkcjonują dziś trzy dialekty. Nazwy dialektów pochodzą od słowa „co”. „Cza” po czakawsku, więc - czakawski. „Szto” - sztokarski. „Kaj” - kajkarski. Chorwacki to język literacki, którym nikt na co dzień nie mówi.
- Jest inny problem. Używany przez nas język chorwacki - literacki jest innym językiem niż język czasów minionych, stosowany oficjalnie w całej Jugosławii przed ostatnią wojną - powiedziała Krystyna, wskazując na słownik serbsko-chorwacki, a następnie pokazała mi jakąś powieść z datą wydania 1985, dodając:
- Książek wydanych w latach osiemdziesiątych już moje dzieci nie są w stanie zrozumieć.
Jania, która nie miała jeszcze trzydziestki, wsparła się na ramieniu Krystyny i ze śmiechem dorzuciła:
- Jakie i my jesteśmy stare, bo jeszcze ten język umiemy, a nasze dzieci już nie.
Prawie w każdym pokoju na ścianie wisiały imitacje kamiennych tablic z wyrytymi napisami. Litery przypominały prymitywne znaki, ni to greckie, ni starocerkiewne. To była głagolica. Pismo, które wymyślił i opracował dwanaście wieków temu św. Cyryl. - To dzięki Cyrylowi i Metodemu Słowianie na pobliskich terenach od dawien dawna mieli Biblię i liturgię w swoim języku. Zwróciłem też uwagę na piękne współczesne hafty ludowe w kształcie krzyża, wiszące nad drzwiami. Nona westchnęła i powiedziała:
- Teraz jest inaczej, zmienił się system. Kiedyś nas zapisywali, gdy szliśmy do kościoła. Sąsiedzi nas zapisywali. Prowokowali dzieci w szkole. W owym czasie, za Tito, trudno było być wierzącym. Trzeba było wybierać. Były konsekwencje tego wyboru. Ale ja nie miałam dużych strat. Poza tym, że byliśmy obywatelami drugiej kategorii, że dzieci nie dostawały żadnych stypendiów i nie miały żadnych szans na karierę. Chociaż byliśmy rodziną robotniczą, a ja nie mogłam pracować, nie mogliśmy otrzymać żadnej pomocy od państwa na dzieci. Sami je wychowywaliśmy. Tylko Bóg nam pomagał. Szczęśliwa jestem, gdy patrzę na to, co mam, gdy widzę dziewięcioro wnucząt.
Viekosław przyniósł album rodzinny. Nona chwilę czegoś szukała i wreszcie pokazała mi fotografie dokumentujące budowę kościoła. Na zdjęciu przy ołtarzu obok katolickiego biskupa o dobrej, szlachetnej twarzy, z rysami wyrażającymi cierpienie stała roześmiana nieco młodsza „Nona”. Babcia prawie wykrzyknęła do mnie:
- I otworzyli nasz kościół na Pehlinie. Wreszcie mamy swoją parafię! Sama go budowałam. Tutaj nie było nic. Mogę z dumą powiedzieć, że byłam pierwszą kobietą, która przyszła do tego kościoła.
Cała rodzina pochyliła się nad albumem. Pokazywali mi go z dumą. Na zdjęciach, od czarno-białych do kolorowych, były: chrzty, Pierwsze Komunie św., śluby. Rozpoznawałem na nich dziadków, dzieci i wnuki rodziny Banić. Krystyna wzięła do ręki kolorowe, orwowskie, mocno przeczerwienione zdjęcie. Stała w białej sukni z mężem przy ołtarzu katolickiego kościoła. Nagle spoważniała i po chwili ciszy zaczęła opowiadać:
- Zanim poznałam mojego męża i zanim za niego wyszłam, miałam dziwny sen. Śniło mi się, że wchodziłam po jakichś ogromnych schodach. Miałam pokrwawione ręce i kolana, nie mogłam już iść dalej i resztką sił weszłam na ostatnie schody..., a tam stała Piękna Pani w białej szacie. I uniosłyśmy się bardzo wysoko, gdzie nie było nic poza chmurami. I tam na szczycie głos mi powiedział: „Tu musisz zbudować dom. Zbudować nowy kościół”. Gdy go zbudowałam, powiedziałam: „Gotowe”.
Krystyna przerwała. Ze wzruszenia nie mogła mówić dalej.

Reklama

* * *

Wieczorem Donato odwoził mnie starą renówką do centrum miasta. Przejeżdżaliśmy obok wzgórza Trsat, gdzie na samym szczycie mieści się stare sanktuarium maryjne ze słynącym z cudów obrazem Matki Boskiej Trsackiej (które także nawiedził Ojciec Święty). Do sanktuarium przez całe wzgórze wiodły wąskie schody (miały 500 stopni), po których mieszkańcy Rijeki i pielgrzymi wchodzili na szczyt, niosąc swoje intencje. Do dziś zdarza się, że niektórzy wchodzą po tych schodach na kolanach - na sam szczyt. Gdy byliśmy u podnóża, przy kapliczce - bramie, od której zaczynają się schody, Donato skomentował opowieść Krystyny:
- Senne marzenie mojej żony, tak jak to widzę, było snem przeznaczonym dla niej, dla jej matki i księdza. W tamtym czasie musiała ona dokonać wyboru pomiędzy życiem w zakonie, jakie widziała dla niej jej matka, a życiem, jakie obiecał jej Bóg. Ksiądz powiedział jej, że Bóg chce, aby miała liczną rodzinę. Powiedział mojej żonie, że to, co pokazała jej we śnie Piękna Pani, ona może zrealizować w małżeństwie.
Kiedy dojechaliśmy do hotelu, w którym mieszkałem i skąd było widać migoczące światełka na pobliskich wyspach w morskiej zatoce, mąż Krystyny powiedział:
- Moje dzieciństwo i młodość spędziłem w wiosce, blisko natury. Miałem tam dużo wolności. W rodzinie mojej żony spotkałem się z mnóstwem zakazów, czego nie chciałbym komentować. Było wiele sytuacji, które oni postrzegali w jeden określony sposób i istniała tylko jedna wspólna wersja tego obrazu... Wiele razy złościłem się, ponieważ to jest... Nie mówię tu o takiej wolności, że będę robił, co mi się zachce, ale wiem, że potrzebuję dużo wolności, żeby wybierać. Moje życie, dom, gotowanie, bycie z dziećmi - wszystko chcę wybierać. Ponieważ ja tego chcę, a nie dlatego, że wszyscy uważają, że ja muszę to zrobić. Dziś, po 18 latach małżeństwa, wiele z tych obrazów, sytuacji musiałem zaakceptować.
Donato zaprosił mnie, bym przyszedł do nich nazajutrz.

* * *

Na drugi dzień zastałem całą rodzinę przy pracy. Kończyli budowę kamiennych schodów w ogrodzie przy ich domu. Mimo skwaru pracowali wszyscy. Kobiety i dzieci nosiły kamienie i mieszały cement. Mężowie: Donato i Tomisław robili pomiary i precyzyjnie, ze znawstwem przypasowywali kamienie. Jania z wulkanicznych ozdobnych kamieni układała ściek przy kranie ogrodowym. Z uśmiechem rzuciła do mnie:
- Wszyscy kochamy te kamienie i tę pracę. Budowa domu jednoczy nasze rodziny. Dwadzieścia lat już budujemy. Dwadzieścia lat minęło od czasu, gdy mój ojciec położył tu pierwszy kamień. Przedtem była tu pustka.
Po południu przy kawie znów zebrała się cała rodzina i zaczęła się rozmowa na temat obecnej sytuacji młodzieży w Chorwacji:
- Problemem jest, że w naszej ojczyźnie nie ma zbyt wielu możliwości dla młodych ludzi. Panuje kryzys. Brakuje nadziei. Młodzi nie chcą się z tym pogodzić, chwytają więc różne okazje i wyjeżdżają. Oni nie umieją czekać. Mają mało miłości od rodziców, słabe więzi z rodzinami - zaczął Donato, a zaraz włączyła się Krystyna:
- Wielu naszych rodaków wyjechało do Ameryki. Męża siostra jest w Australii. Tam wszyscy znaleźli nowe życie i przyszłość, ale pozostali cudzoziemcami, autsajderami, a tutaj zostawili swe korzenie.
Spytałem ich syna, czy chce wyemigrować. Viekosław po chwili zastanowienia odrzekł:
- Praca w Chorwacji jest bardzo źle płatna albo jej w ogóle nie ma i dlatego teraz moi koledzy wyjeżdżają. Ja nie chciałbym wyjeżdżać. Czasem o tym myślę, ale tutaj jest mój kraj, dom, rodzina. Poza krajem byłoby obco. Jednak myślę, że gdybym kiedykolwiek wyjechał, to zaadaptowałbym się w innym kraju.
Krystyna zaczęła śpiewać rzewną pieśń, którą można by tak przetłumaczyć:
Tu jest mój dom, tu jest mój świat, to, co mam najpiękniejszego w sercu...

Chorwacja, czerwiec 2003 r.

Franciszek: jesteśmy umiłowanymi dziećmi Bożymi

2019-02-20 10:47

st (KAI) / Watykan

O wiernej i żarliwej miłości Boga do każdego z ludzi mówił dziś papież podczas audiencji ogólnej. Kontynuując cykl katechez o modlitwie „Ojcze Nasz” papież skomentował wezwanie „Ojcze, który jesteś w niebie”. Jego słów wysłuchało w auli Pawła VI około 7 tys. osób. Wcześniej w bazylice watykańskiej spotkał się z 2,5 tys. wiernych z archidiecezji Benewentu we Włoszech.

Vatican Media

Na wstępie, celem lepszego zrozumienia ojcostwa Boga Franciszek zachęcił do oczyszczenia i przekroczenia naszych wyobrażeń miłości rodzicielskiej. Miłość Boga jest miłością całkowitą, jakiej my w tym życiu zasmakowujemy jedynie niedoskonale. „Mężczyźni i kobiety są wiecznie żebrakami miłości, szukają miejsca, w którym byliby ostatecznie kochani, ale go nie znajdują. Jak wiele w naszym świecie jest zawiedzionych miłości!” – zauważył papież.

Ojciec Święty podkreślił ulotny charakter ludzkiej miłości, będącej „obietnicą, którą trudno dotrzymać, usiłowaniem, które wkrótce wysycha i wyparowuje, trochę tak jak rano, gdy słońce wschodzi i usuwa nocną rosę”. Dlatego „jesteśmy żebrakami, którym w drodze grozi, że nigdy nie znajdą w pełni tego skarbu, którego szukają od pierwszego dnia życia: miłości”.

Franciszek wskazał, że jest także miłość Ojca „który jest w niebie”, adresowana do każdego człowieka, jedyna i wierna miłość Boga. Zaznaczył, że wyrażenie „w niebie” nie chce wyrażać dystansu, ale radykalną odmienność, inny wymiar.

„Nikt z nas nie jest sam. Jeśli nawet na nieszczęście twój ojciec ziemski zapomniał o tobie, a ty żywiłeś do niego urazę, nie odmówiono tobie podstawowego doświadczenia wiary chrześcijańskiej: poznania, że jesteś umiłowanym dzieckiem Bożym i że nie ma nic w życiu, co mogłoby ugasić Jego namiętną miłość do ciebie” – powiedział papież na zakończenie swej katechezy.


Oto tekst papieskiej katechezy w tłumaczeniu na język polski:

Drodzy bracia i siostry, dzień dobry!

Dzisiejsza audiencja odbywa się w dwóch miejscach - najpierw spotkałem się z wiernymi z Benewentu, którzy byli w bazylice św. Piotra. A teraz – z wami. Zawdzięczamy to delikatności Prefektury Domu Papieskiego, która nie chciała, byście się zaziębili. Trzeba im za to podziękować. Dziękuję!

Kontynuujemy katechezy na temat „Ojcze nasz”. Pierwszym krokiem każdej modlitwy chrześcijańskiej jest wejście w tajemnicę ojcostwa Boga. Nie można modlić się jak papugi. Albo wejdziesz w tajemnicę, będąc świadomy, że Bóg jest twoim ojcem, albo nie będziesz się modlił. Jeśli modlisz się z innym nastawieniem – to nie modlisz się. Jeśli chcę się modlić, to muszę uznać, że Bóg jest moim ojcem i zaczyna się tajemnica. Aby zrozumieć jak bardzo Bóg jest naszym ojcem, myślimy o postaciach naszych rodziców, ale zawsze musimy je „udoskonalić”, oczyścić. Mówi o tym również Katechizm Kościoła Katolickiego: „Oczyszczenie serca dotyczy powstałych w naszej historii osobistej i kulturowej wyobrażeń ojca lub matki, które wpływają na naszą relację do Boga” (nr 2779).

Nikt z nas nie miał doskonałych rodziców, podobnie jak my, z kolei nigdy nie będziemy doskonałymi rodzicami ani pasterzami. Wszyscy mamy wady. Nasze związki miłości zawsze przeżywamy pod znakiem naszych ograniczeń, a także naszego egoizmu, dlatego są one często skażone pragnieniami posiadania lub manipulowania innymi. Dlatego niekiedy deklaracje miłości przeradzają się w uczucia gniewu i wrogości. „Popatrz twych dwoje przed tygodniem tak bardzo się kochało, a dzisiaj śmiertelnie się nienawidzą”. To widzimy każdego dnia, z tego właśnie powodu, że wszyscy mamy w swoim wnętrzu przykre korzenie, które nie są dobre, i czasami wychodzą na wierzch, czyniąc zło.

Stąd, gdy mówimy o Bogu jako o „ojcu”, myśląc o obrazie naszych rodziców, szczególnie jeśli nas kochają, jednocześnie musimy iść dalej. Ponieważ miłość Boga pochodzi od Ojca „który jest w niebie”, zgodnie z wyrażeniem, do którego używania zaprasza nas Jezus: jest to miłość całkowita, jakiej my w tym życiu zasmakowujemy jedynie niedoskonale. Mężczyźni i kobiety są wiecznie żebrakami miłości, potrzebujemy miłości, szukają miejsca, w którym byliby ostatecznie kochani, ale go nie znajdują. Jak wiele w naszym świecie jest zawiedzionych miłości!

Grecki bóg miłości jest najbardziej tragiczny ze wszystkich: nie jest jasne, czy jest on istotą anielską, czy też demonem. Mitologia mówi, że jest on synem Porosa i Penii, czyli przebiegłości i ubóstwa, którego losem jest niesienie w sobie samym nieco rysów tych rodziców. Stąd możemy myśleć o ambiwalentnej naturze ludzkiej miłości: zdolnej do rozkwitania i agresywnego życia w pewnej godzinie dnia, a zaraz potem usychania i obumierania; to co pojmuje, zawsze jej umyka (por. PLATON, Uczta,). Istnieje pewne wyrażenie proroka Ozeasza, które bezlitośnie ukazuje wrodzoną słabość naszej miłości: „Wasza miłość jest jak poranny obłok, jak rosa, która wcześnie znika” (6, 4). Oto, czym jest często nasza miłość: obietnicą, którą trudno dotrzymać, usiłowaniem, które wkrótce wysycha i wyparowuje, trochę tak jak rano, gdy słońce wschodzi i usuwa nocną rosę.

Ileż razy my, ludzie kochaliśmy w taki sposób słaby i niestały - doświadczyliśmy tego, że kochaliśmy, ale ta miłość się rozpadła, lub stała się słabą – wszyscy tego doświadczyliśmy. Pragnąc miłości, zderzyliśmy się z naszymi ograniczeniami, z ubóstwem naszych sił: nie mogąc dotrzymać obietnicy, która w dniach szczęścia zdawała łatwa do realizacji. W końcu nawet apostoł Piotr się lękał i musiał uciekać, nie był wierny w umiłowaniu Jezusa. Zawsze istnieje ta słabość, która sprawia, że upadamy. Jesteśmy żebrakami, którym w drodze grozi, że nigdy nie znajdą w pełni tego skarbu, którego szukają od pierwszego dnia życia: miłości.

Jest jednak inna miłość, miłość Ojca „który jest w niebie”. Nikt nie powinien wątpić, że jest adresatem tej miłości. On nas kocha, mnie miłuje – możemy powiedzieć. Jeśli nawet nasz ojciec i matka nas nie kochali – hipoteza mająca potwierdzenie w dziejach - to jest Bóg w niebie, który kocha nas tak, jak nikt nigdy tego nie uczynił i nie może uczynić. Miłość Boga jest zawsze niezmienna. Prorok Izajasz mówi – posłuchajcie, jakie to piękne!: „Czy może kobieta zapomnieć o swym niemowlęciu? Czy może nie miłować dziecka swego łona? Lecz gdyby nawet ona zapomniała, Ja nie zapomnę o tobie! Oto wyryłem cię na moich dłoniach” (49, 15-16). Dzisiaj tatuaż jest w modzie: „wyryłem cię na moich dłoniach”. Zrobiłem sobie twój tatuaż na moich dłoniach jestem na dłoniach Boga i nie mogę tego usunąć. Miłość Boga jest jak miłość matki, która nigdy nie może zapomnieć o swoim dziecku. „Lecz gdyby nawet ona zapomniała, Ja nie zapomnę o tobie!”. To jest miłość doskonała! Tak bardzo jesteśmy miłowani przez Boga. Jeśli rozpadłyby się nawet wszystkie nasze ziemskie miłości, a nie zostało by nam w ręce nic innego jak tylko pył, to zawsze jest dla nas wszystkich płonąca, jedyna miłość Boga.

W głodzie miłości, który wszyscy odczuwamy, nie szukajmy czegoś, co nie istnieje: jest on natomiast zaproszeniem do poznania Boga, który jest ojcem. Taka była na przykład droga nawrócenia św. Augustyna: młody i błyskotliwy retor szukał po prostu wśród stworzeń czegoś, czego nie mogło mu dać żadne stworzenie, aż któregoś dnia miał odwagę wznieść spojrzenie. I tego dnia poznał Boga, Boga, który miłuje.

Wyrażenie „w niebie” nie chce wyrażać dystansu, ale radykalną odmienność, inny wymiar miłości, miłość niestrudzoną, która będzie trwała zawsze, która jest zawsze w zasięgu ręki. Wystarcza powiedzieć: „Ojcze nasz, któryś jest w niebie…” – a ta miłość przychodzi.

Dlatego nie lękajcie się! Nikt z nas nie jest sam. Jeśli nawet na nieszczęście twój ojciec ziemski zapomniał o tobie, a ty żywiłeś do niego urazę, nie odmówiono tobie podstawowego doświadczenia wiary chrześcijańskiej: poznania, że jesteś umiłowanym dzieckiem Bożym i że nie ma nic w życiu, co mogłoby ugasić Jego namiętną miłość do ciebie. Dziękuję.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Potrzebujemy realnej polityki wspierającej kobiety

2019-02-20 19:14

Parlament Europejski przegłosował rezolucję na temat wrogiego nastawienia w odniesieniu do praw kobiet i równouprawnienia płci w UE. W głosowaniu udało się odrzucić kilka najbardziej skandalicznych postulatów m.in. dotyczących przeciwdziałania dezinformacji ws. ochrony życia oraz wprowadzenia obowiązkowej edukacji seksualnej dzieci i młodzieży. Niestety PE zaakceptował postanowienia potępiające ukierunkowanie polityki równości na politykę rodzinną i macierzyńską oraz prowadzenie kampanii przeciwko Konwencji Stambulskiej. Europosłowie zgodzili się również na uznanie aborcji jako środka zwiększającego równouprawnienie kobiet. Debata i głosowanie nad rezolucją były kolejnym przykładem ośmieszenia i dyskredytowania polityki równości płci przez populizm skrajnej lewicy.

Biuro Poseł do Parlamentu Europejskiego

Rezolucja została przygotowana przez Komisję Praw Kobiet i Równouprawnienia (FEMM) zdominowaną przez środowiska lewicowe, co znalazło odzwierciedlenie w tekście rezolucji, która zmierzała m.in. do ograniczenia wolności słowa, poprzez wezwanie do potępienia krytyki Konwencji Stambulskiej. Jest to dowód na niebywałą hipokryzję bowiem środowiska te na sztandarach mają obronę wolności słowa, będącą jednym z filarów Karty Praw Podstawowych UE, a tymczasem podejmują działania tę wolność ograniczające.

Ta, tzw. postępowa lewica potępiła również ukierunkowanie polityki równości płci na politykę rodzinną i macierzyńską. Argumentowano to tym, że wspieranie rodziny i macierzyństwa nie służy trwałym zmianom, które prowadziłyby do poprawy praw kobiet w dłuższym czasie. Takie myślenie jest koronnym dowodem na to, że dla środowisk liberalno-lewicowych macierzyństwo jest przysłowiową „kulą u nogi”, która przeszkadza kobiecie w rozwoju zawodowym. W tekście znalazło się także skandaliczne wezwanie do uznania ochrony życia poczętego za dezinformację, co byłoby próbą ograniczenia działalności ruchów pro-life. W tym akurat przypadku Parlament Europejski zachował zdrowy rozsądek i zapis ten odrzucono w głosowaniu.

Uznanie, że aborcja i prawa mniejszości seksualnych miałyby być rozumiane jako pogorszenie praw kobiet uznaję za aberrację. Dlatego zgłosiłam alternatywną rezolucję wskazującą realne problemy kobiet. Podkreślam w niej potrzebę zmniejszania luki płacowej i emerytalnej pomiędzy kobietami i mężczyznami. Zwracam uwagę na konieczność zwalczania przemocy wobec kobiet. Potępiam okaleczanie żeńskich narządów płciowych oraz zawieranie przymusowych małżeństw, które dotyczą małżeństw osób dorosłych z dziećmi. Ponadto wskazuję, że udział kobiet w życiu publicznym powinien być większy oraz podkreślam potrzebę dążenia do równowagi między życiem zawodowym i prywatnym. Zwracam również uwagę na problem postępującej seksualizacji wizerunku kobiet.

Niestety Parlament Europejski po raz kolejny dał się złapać na lep lewicowej propagandy i przyjął rezolucję przygotowaną przez Komisję Praw Kobiet i Równouprawnienia. Dokument ten poparła niestety spora grupa posłów PO. Widać, że Platforma będzie się ścigać z Wiosną Roberta Biedronia o elektorat skrajnie lewicowy.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem