Reklama

Pomiędzy, czyli o artystach szczęśliwych

Ewa Polak-Pałkiewicz
Niedziela Ogólnopolska 36/2003


Elżbieta i Jacek Cygankowie z dziećmi: Weroniką, Julką i Franciszkiem

Pod prąd modzie

Spójrzcie na kobiety. Tak wiele z nich wygląda jakby były przebrane. Wciśnięte w niewygodne, obcisłe uniformy. Ich ruchy są skrępowane, sposób poruszania się wystudiowany, naśladują cudze gesty. Jak się w tym czują? Jak to je zmienia? Tak wyglądają ofiary dyktatorów współczesnej mody, osoby, które nie zadają sobie pytania, czym jest ich kobiecość. Biernie podporządkowują się projektantom mody. Tymczasem oni - ci o głośnych nazwiskach - posiadacze wielkich fortun, w specjalnych laboratoriach, gdzie analizuje się wszelkie trendy współczesnej kultury - także antykultury - które można wprowadzać do mody, przechodzą samych siebie, żeby kobietę przez modę ukształtować na zupełnie inną istotę. Pół kobietę-pół zwierzę?
„Jakiś szaleniec wyjeżdża na Saharę i wraca z gotowym pomysłem. W tym sezonie będzie «kobieta-lew» - mówi Elżbieta Cyganek, malarka, projektantka ubrań kobiecych. - Zaczyna się miliardowa produkcja. Trzeba to sprzedać. Rusza olbrzymia machina reklamy. Nieprawdopodobna presja na handel, szturm na kobietę. Jej trzeba wbić do głowy, że musi tak wyglądać”.
Czy można się skutecznie przeciwstawić tak wielkiej presji, jaką stwarza współczesny rynek mody? Czy można żyć, będąc projektantem i wykonawcą zupełnie innych strojów dla kobiety? Strojów, które idą pod prąd wyspekulowanym, zmieniającym się co sezon modom? Czy jest to możliwe na tym targowisku próżności, kiedy użyto już wszystkich chwytów, żeby zniewolić, podporządkować sobie człowieka? Kiedy prowokację erotyczną nazwano swobodą; brzydotę, potworność i kicz - kanonem estetycznym odpowiednim dla kobiety nowoczesnej...
Elżbieta miesza farby, którymi barwić będzie tkaniny. Jedwab, aksamit bawełniany i welur, surową bawełnę, len i delikatną wełnę. Ogród zagląda do okien pracowni, ogród jest w lesie, więc i las zagląda. Elżbieta myśli o Maryi. Czy nie była tak jak ona sama z kolorem, którym barwiła wełnę na ubranie dla Jezusa, Józefa i dla siebie... Może siedziała przed domem na kamieniu, a może na piasku nad brzegiem jeziora, nieopodal rybacy suszyli sieci. Czy można uczynić kobietę szczęśliwą przez odpowiedni dla niej strój? Elżbieta i jej mąż Jacek, autorzy takich strojów, nie tylko zdecydowali się iść pod prąd współczesnej modzie, ale jeszcze w dodatku głośno mówią o tym, że chcą upominać się o piękno kobiety. O jej piękno duchowe, którego pewnym odbiciem jest ubranie, strój, kreacja.

Wśród karaluchów

Akademik poznańskiej Akademii Sztuk Pięknych, połowa lat osiemdziesiątych Elżbieta i Jacek Cygankowie są młodym małżeństwem. Mają malutką Weronikę, która pełza po całym piętrze. Przygodą są spotkania z karaluchami wyłażącymi ze szpar, ich drobne kroczki, dotyk ich wąsów. Elżbieta, po Łódzkiej Akademii, gdzie studiowała na Wydziale Tkanin, kończy Wydział Malarstwa. Robi opracowania na temat aniołów, studiuje indywidualnym tokiem, jest zakochana w Nowosielskim. Jacek jest jednym z najzdolniejszych absolwentów Wydziału Tkanin u prof. Starczewskiego, także w Łodzi. Żyje im się bardzo trudno. Trzeba godzić intensywne wchodzenie w sedno zagadnień sztuki z banalnymi problemami przetrwania, zakupu niezbędnych rzeczy dla córeczki. Młodym artystom ciężko jest się odnaleźć w nowych rolach. Jest i bunt przed ich dźwiganiem. Jacek całymi dniami stoi w oknie i obserwuje życie przedmieścia: stok wzgórza spada ku rzece okolonej zaroślami. Jakie tu kłębowisko dziwnych zjawisk, postaci, które wypadły z głównego nurtu życia! Tutaj się ukrywają, tutaj szukają szczęścia. Jacek zaczyna rysować. Jego bohaterowie są tacy, jak ten świat podmiejski - trochę upiorni, trochę śmieszni i tragiczni jednocześnie. Elżbietę zachwyca kreska Jacka i ten zdumiewający realizm życia i poezji przedmieścia, bliski już naturalizmowi. Na rysunkach Jacka sztuczna szczęka w szklance, kurze łapki - nieco wyschnięte, robak wychyla się z jabłka, tubiaste postacie ukrywające się ze swoimi lękami i wynaturzeniami w zaroślach nad rzeką.
Dziś obrazy Jacka można znaleźć w wielu galeriach, m.in. w Danii. A jego rysunki znajdują się na strojach, które wymyśla wspólnie z Elżbietą. Ona opracowuje formę, barwi tkaniny, on rysuje na nich scenki z życia ludzi, aniołów, gwiazd i kwiatów. Elżbieta jest pierwszą recenzentką tego specjalnego, trudnego gatunku sztuki, jaką jest design projektowy. „Taka ręka to skarb” - mówi Elżbieta. Jacek potrafi dać ludziom tyle piękna. Piękna, które daje możliwość widzenia tego, co niewidzialne, a prawdziwe.

Pięć szpulek nici

Elżbieta i Jacek traktują swoją sztukę niezwykle serio. Czy ubranie, które nosi człowiek, może być czymś niepoważnym, zabawowym? „Na studiach uczono nas myślenia, obserwowania” - mówi Elżbieta. Właśnie tam, gdzie pracy plastycznej towarzyszy głęboka myśl, powstają rzeczy piękne. U doc. Kozłowskiego w Poznaniu powstawały prace konceptualne, cenne przez to, że wprowadzały żelazną dyscyplinę myślenia. Trwały nieustanne dyskusje, analizy. Zaczynało kiełkować to, co dziś niektórych prowadzi ku destrukcji - myślenie całkowicie wolne. Elżbieta nie piętnuje jednak konceptualizmu jako takiego. „Ze sztuką to jest tak: zależy, jakiej sile człowiek się podda - mówi Elżbieta. - Wielu młodych ludzi wpada z wielkim impetem w to, co im podsuwa świat. Jednak prawdziwy artysta jest bardzo skoncentrowany na istocie rzeczy, na prawdzie. Ja także robiłam całe mnóstwo śmiesznych prac, ale obserwowałam krytycznie. Mnie destrukcja nigdy nie fascynowała”. Dziś Elżbieta wie, że naprawdę ważna jest harmonia, równowaga między umysłem a duchowością.
Interesowały ją anioły. Dwa tygodnie spędziła na plenerze malarskim w Holandii razem z miejscowymi studentami. Holendrzy, uzbrojeni w mnóstwo zamykanych przemyślnie skrzyneczek, codziennie wyruszali w las. Coś tam z wielkim mozołem kopali, przestawiali. Polacy zawsze mieli najprostszy „sprzęt”: farby Karmańskiego, nożyczki, gazety. Holendrzy, na początku pełni poczucia wyższości, stopniowo nabierali respektu. Elżbieta wybrała się w tym dniu na plener zaopatrzona w pięć szpulek białych nici. Temat brzmiał: „Between” - pomiędzy. Elżbieta łopatą wycięła kwadrat ziemi. Następnie połączyła rośliny na powierzchni i korzonki traw, które pozostały w ziemi, białą nitką. Powstała stworzona naturalnie „ścieżka życia”.
Zawsze fascynowało ją bycie i działanie wśród różnic bardzo subtelnych, „o włos”. Kompozycji uczył ich w Łodzi prof. Jaśkiewicz. „Nauczył nas - mówi Elżbieta - co znaczy milimetr w malarstwie”. Elżbieta zaczęła się specjalizować w bielach. Tyle jest różnych bieli, różniących się tylko „o włos”, a tak istotnych. Oczywiście, każdy to dostrzega według własnej wrażliwości. Elżbieta widzi w sztuce nieodzowną konieczność ograniczania się. „Tylko w takim maksymalnym ograniczaniu się można pracować naprawdę twórczo. Jednak w takim działaniu człowiek jest bardzo samotny, nikt nie może mu pomóc”.
Wtedy, na plenerze w Holandii, Elżbieta czuła, że mimo iż ingerowała w naturę, nie zniszczyła jej. Te niteczki były symbolem udziału człowieka w życiu świata. Do tego nie był potrzebny żaden „sprzęt” ani dziwaczna idea.

Reklama

Św. Tadeusz Juda

Wkroczył w ich życie, kiedy nie mieli już za co wykupić obiadów w stołówce akademickiej. Zabrakło nawet na jedzenie dla Weroniki. Cóż mieli robić? Ostatnie pieniądze zanieśli do kościoła. Zaczęli nowennę do św. Tadeusza Judy. Bardzo szybko wszystko się zmieniło. Przede wszystkim zaczęli zauważać siebie, swoją odmienność i swoje potrzeby, Jacek zaczął coraz więcej malować. Miał sporo wystaw i sprzedawał obrazy w Danii. Zaczęli projektować i szyć stroje. Zewsząd napływały kolejne propozycje. Stroje sprzedawały się znakomicie na całym świecie. W Afryce, Argentynie, Indiach, Singapurze. Bardzo podobały się Skandynawom. „Przez ich prostotę i przez to, że Skandynawowie są blisko natury” - mówi Elżbieta. Bogactwem strojów był kolor i krój - połączenie wyszukanej prostoty, lekkości i funkcjonalności. Nic w nich nie ma z baroku, nic z epatowania formą. Zajęcia z konceptualizmu i dar obserwowania natury spotkały się ze sobą w punkcie najbardziej istotnym. Chodzi przecież o człowieka. O piękną formę oddającą niezwykłą treść.

Anioły w białych czapeczkach

W prostych tunikach, ze skrzydłami, które nie wyglądają jak przyklejone, nie sterczą ani nie ciągną w dół, ale łagodnie obramowują sylwetkę - te anioły, które pojawiły się na Boże Narodzenie w kościele parafialnym w lzabelinie pod Warszawą, gdzie mieszkają dziś Elżbieta i Jacek z trójką dzieci, anioły zagrane przez dzieci z parafii, bardzo dobrze oddają styl tych kolekcji. Nikt nie wygląda w tych strojach jak w przebraniu, choć nie mają nic wspólnego z dzisiejszą modą. Ich prostota sprawia, że są ponadczasowe i bardzo współczesne zarazem. Jest w nich jakaś tajemnica. Czy szycia uczy Elżbietę i Jacka Matka Boża?

„Co, Bozia?”

Takie pytanie wyrwało się z ust znanemu warszawskiemu architektowi wraz z uśmiechem pełnym politowania, kiedy Jacek poprosił go, żeby w ich domu, który właśnie projektował, uwzględnił miejsce na kapliczkę Matki Bożej. Rozstali się z architektem i błyskawicznie zrozumieli, że w nowym środowisku nie opuści ich poczucie, że są inni.
Jacek przez całe życie był bardzo związany z ojcem. Przez pięć lat studiów co tydzień jeździł do niego, do małego miasta na ziemi częstochowskiej. Przychodziła sobota i Jacek zarzucał plecak. Ojciec musiał z kimś porozmawiać. Pracował w fabryce mebli giętych, był artystą samoukiem. Jego talent był znany, choć nie przynosił mu żadnych dochodów. Poproszono go, żeby zrobił projekt pomnika Reymonta. Włożył w ten projekt całą duszę.
Ale ktoś mu ten projekt skradł. Gloria i sława przypadły złodziejowi. Ojciec załamał się. Serce nie wytrzymało tej niegodziwości. Całe jego życie było walką, by żyć w czystym świecie. Nie można go było niczym przekupić. I dlatego był tak samotny.

Barwne wełenki w ogrodzie

Elżbieta podziwia finezję rysunków Jacka. „On widzi” - mówi. Może dlatego rysuje anioły. Te anioły na strojach Cyganków, przemycane do krajów protestanckich, są źródłem ich wspólnej radości. Ludzie, którzy wybierają ich ubrania, wprowadzają do swojego życia, być może pogańskiego, motywy anielskie. Czy to nie piękne? „Dlatego tym, co najbardziej odczuwamy w naszej pracy, jest radość - mówi Elżbieta. - Ile my się uśmiejemy przy tworzeniu tych ubrań, jak my się nimi cieszymy! Zanudzilibyśmy się sobą, gdybyśmy tylko kwiatuszki malowali.
Kiedyś dostaliśmy duże zamówienie.
Ktoś chciał na tym mnóstwo zarobić. Ale to zupełnie nie wyszło. My każdą rzecz traktujemy niemal jak własne dziecko. Każdą rzecz trzeba osobno zdekatyzować, do ogrodu przenieść, zobaczyć, jak wygląda w innym świetle, poobserwować, jak wygląda ta fałdka, a jak to załamanie na innym tle. Pieniądze nie mogą - w tej materii - być czymś nadrzędnym. Kiedy robię taką rzecz, to wcale nie chce mi się jej do sklepu oddać - mówi Elżbieta. - I to jest nasza odpowiedź na tę nagonkę, na próbę uczynienia z nas maszyny do wyciskania pieniędzy. Naszych ubrań nie da się zrobić dużo. One są wypieszczone. Trzeba omadlać pracę, żeby była błogosławieństwem i żeby dobrze służyła innym”.

Proszę sobie wyobrazić but

bardzo drogi i bardzo niewygodny. Przecież to absurd, to jakaś perwersja. „Tymczasem kobiety na całym świecie pragną tego samego. Natura ludzka się nie zmieniła. Kobiety poszukują piękna, swobody, lekkości. Ja bardzo kocham Skandynawów. Mnie i Jacka wylansowała Dunka - Birthe. Tak piękna duchowo osoba. Nigdy nas do niczego nie zmuszała, niczego nie narzucała. Agentka, która miała w sobie coś z matki. Poznaliśmy ją przez obrazy Jacka, który po naszym okresie głodowym, po interwencji św. Tadeusza Judy zaczął sprzedawać je w Danii. Ale Birthe jest kimś wyjątkowym. Na co dzień w Danii spotyka się kobiety «zrobione» przez modę, przez wymóg, żeby w każdym wieku wyglądać młodo. Obowiązkowo aplikują sobie hormony, żeby mieć gładkie twarze. Są tak ponapinane, ponaciągane, z nieodzownymi uśmiechami, że zawsze wracałam z Danii z bólem twarzy, bo czułam się zmuszona odwzajemniać ten sztuczny uśmiech. Kiedy Dunka rodzi dziecko, to natychmiast zatrudnia się jako codzienna pomoc u staruszków, żeby zarobić na opiekunkę do dziecka. Wszelkie relacje są zabite, o «szczęściu» decydują pieniądze. Pieniądze, tak traktowane - zabijają duszę”.

Mistyczne miasto

Zaraz po zamieszkaniu w nowym domu w Izabelinie Elżbieta zaprosiła do siebie dzieci z zaprzyjaźnionych rodzin na zajęcia plastyczne. Uczyła je patrzeć na świat, odkrywać kolory, kształt, światło, ruch. Dzieci, choć z rodzin kochających się, nosiły na barkach różne ciężary, jakimi aż nadto obdziela ten czas. Odkrywanie świata to wspaniała przygoda. I dzieci były u Elżbiety szczęśliwe. Ją tymczasem pochłonęło jeszcze jedno zadanie: teatr religijny w parafialnym kościele św. Franciszka. Najpierw jasełka, potem misterium Męki Pańskiej według Marii Valtorty (Poemat Boga-Człowieka). Grają w tym teatrze nie tylko wychuchane dzieci z dobrych domów. W tym ubranym ręką artystki zespole odbijają się wszystkie biedy podwarszawskiej parafii. Ksiądz Proboszcz, początkowo dość sceptyczny, w pewnym momencie zaproponował Elżbiecie małą przechadzkę. „Pani Elu, daję Pani ten kawałek ziemi i tu zrobi pani Ogród Maryi”. Czy może być większe wyzwanie dla plastyka? Elżbieta była właśnie po lekturze Mistycznego miasta Bożego Marii z Agredy, po lekturze Marii Valtorty i Katarzyny Emmerick. A także po spotkaniu z Madzią Buczek i z jej mamą, panią Pelagią, które przerodziło się w wielką przyjaźń. Po wielu spotkaniach w sanktuarium Matki Bożej Nauczycielki Młodzieży na warszawskich Siekierkach i w Niepokalanowie... Po całonocnych czuwaniach na Jasnej Górze i w kościele parafialnym... Po tym zachłyśnięciu się pięknością Maryi... „Ciekawe - mówi Elżbieta - ja widzę cały czas Jej życie w kolorach, w formach. Mistyczne miasto niesamowicie poruszyło moją wyobraźnię. Zaczęłam myśleć obrazami. Nie wiedziałam, że ten świat - Jej świat - może być tak żywy, ciekawy”.
Było więc tak zupełnie naturalne, że pojawiła się na zaproszenie Elżbiety w Izabelinie Madzia Buczek - w kościele, w szkole podstawowej i w gimnazjum, także w Warszawskiej Szkole Ojców Pijarów i w innych szkołach katolickich.
14-letnia dzisiaj Madzia, o ciele pozbawionym normalnych kości, której życie jest pasmem cudów, i która rówieśnikom i młodszym dzieciom opowiada o Różańcu. Wśród ciszy jak makiem zasiał Madzia, której obecności w szkołach, zwłaszcza na spotkaniach z gimnazjalistami, tak obawiają się niektórzy nauczyciele, mówi o modlitwie. A tymczasem młodzież w przedziwny sposób otwiera się, kiedy słyszy słowa Madzi. Chora do chorych. Ona - fizycznie, oni - duchowo. Znajdują jakiś specjalny, intensywny kontakt. Kółko różańcowe dzieci, które Madzia założyła tutaj, w tak naturalny sposób towarzyszy pragnieniu Elżbiety - i wielu innych osób - poznania Matki Bożej.
„Uwierzyłam w te tysiące aniołów, które były przy Niej tu, na ziemi - mówi Elżbieta. - Jestem zafascynowana Jej miłością do Pana Jezusa. Tym, że potrafiła być tak piękna, tak potężna, żeby dla nas, razem z Jezusem, wywalczyć zbawienie. Każdego dnia, gdy pracuję przy ubraniach, gotuję, zajmuję się Franusiem, jestem w ogrodzie, rozmawiam z moim mężem, widzę Ją w Jej codziennych czynnościach. Mistyczne miasto... to nie jest dla mnie tylko poetycka opowieść, rodzaj baśni. Ta lektura dała mi możliwość ujrzenia Niewidzialnego. Spojrzenia na świat pełen piękności, dotknięty miłością Jej Syna i Jej miłością.

Reklama

Zmarł bp Alojzy Orszulik

2019-02-21 13:07

lk / Łowicz (KAI)

Zmarł bp senior Alojzy Orszulik, pierwszy biskup łowicki, uczestnik obrad Okrągłego Stołu. Miał 90 lat, odszedł w 62 roku kapłaństwa i 30 roku biskupstwa. "Informacje dotyczące uroczystości pogrzebowych zostaną podane do wiadomości w najbliższym czasie" - poinformował wikariusz generalny diecezji łowickiej bp Wojciech Osial.

Archiwum KEP
Bp Alojzy Orszulik

Urodził się 21 czerwca 1928 roku w Baranowicach, pochodził z rodziny rolniczej.

W latach okupacji i zaraz po wojnie pracował jako stolarz. W 1948 roku podjął naukę w Niższym Seminarium Duchownym Księży Pallotynów w Chełmie. Odbył nowicjat pallotyński w Ząbkowicach Śląskich i studia teologiczne w Wyższym Seminarium Duchownym w Ołtarzewie w latach 1952-57, zakończone święceniami kapłańskimi z rąk Kardynała Stefana Wyszyńskiego.

Kontynuując studia na Wydziale Prawa Kanonicznego KUL, uzyskał kolejno magisterium i licencjat prawa. W latach 1961-89 wykładał prawo kanoniczne w Seminarium w Ołtarzewie.

W 1962 roku został skierowany do pracy w Sekretariacie Episkopatu Polski. Od 1968 roku kierownik Biura Prasowego Episkopatu Polski. Konsultor Papieskiej Rady ds. Środków Społecznego Przekazu. Członek i sekretarz Komisji Wspólnej Przedstawicieli Episkopatu Polski i Rządu PRL. Brał udział w przygotowaniach kolejnych pielgrzymek papieskich do Polski. W Konferencji Episkopatu Polski wiceprzewodniczący Komisji ds. Środków Społecznego Przekazu i członek Komisji ds. Wydawnictw Kościelnych.

W latach 1989-94 był zastępcą Sekretarza generalnego Konferencji Episkopatu Polski.

Bp Orszulik wraz z bp Bronisławem Dembowskim (obecnym biskupem-seniorem diecezji włocławskiej) był z ramienia Kościoła obserwatorem rozmów Okrągłego Stołu, toczonych w warszawskim Pałacu namiestnikowskim. Pełnił wówczas obowiązki sekretarza Komisji Wspólnej Przedstawicieli Episkopatu Polski i Rządu PRL, zaś jako jako szef Biura Prasowego KEP brał udział w przygotowaniach kolejnych pielgrzymek papieskich do Polski, począwszy od pierwszej w 1979 r.

Kiedy w 1988 r. opozycja rozpoczęła rozmowy z przedstawicielami KC PZPR w związku z konfliktami społecznymi w Nowej Hucie i w Gdańsku – wspominał w rozmowie z KAI emerytowany biskup łowicki – wydawało się, że PRL stoi na trzech betonowych słupach, którymi były: PZPR, Ministerstwo Obrony i Ministerstwo Spraw Wewnętrznych powiązane ze służbami KGB w Związku Radzieckim i KC KPZR. „Okazało się jednak w ciągu roku, że były to słupy zmurszałe. Wiedzieli o tym niektórzy z prominentów partyjnych i dlatego stopniowo miękli w rozmowach z opozycją, pragnąc mieć za świadków przedstawicieli Kościoła” – mówił bp Orszulik.

Z perspektywy lat bp Orszulik oceniał, że obrady „Okrągłego Stołu” przyczyniły się do spokojnych przemian ustrojowych. Przedstawiciele „silnych” resortów i PZPR-u jeszcze udawali mocnych. „Z perspektywy tych lat widać także, że nie był potrzebny sejm kontraktowy, który hamował tempo przemian i przejęcie przez opozycję całej władzy” – mówił w rozmowie z KAI.

8 września 1989 roku mianowany biskupem pomocniczym diecezji siedleckiej. Sakrę biskupią otrzymał 8 grudnia 1989 roku w Siedlcach, z rąk Kardynała Józefa Glempa, Prymasa Polski, Arcybiskupa Bronisława Dąbrowskiego i Biskupa siedleckiego Jana Mazura.

Wniósł wielki wkład w prace Konferencji Episkopatu Polski, zwłaszcza w proces unormowania stosunków Państwo-Kościół, którego uwieńczeniem było podpisanie w 1993 Konkordatu między rządem RP a Stolicą Apostolską.

25 marca 1992 roku, po erygowaniu diecezji łowickiej, został nominowany pierwszym biskupem łowickim. Ingres do Katedry w Łowiczu odbył 12 kwietnia 1992 roku. W czasie swoich rządów w diecezji erygował Wyższe Seminarium Duchowne w Łowiczu, utworzył Kolegium Katechetycznego w Łowiczu, reaktywował tamtejszą kapituły archi kolegiacką i powołał diecezjalną Caritas. 22 maja 2004 roku przeszedł na emeryturę.

Otrzymał tytuł honorowego obywatela Miast Łowicza i Łęczycy. Honorowy członek Łowickiego Towarzystwa Przyjaciół Nauk. 4 listopada 2010 roku odznaczony przez Prezydenta RP, Bronisława Komorowskiego, Orderem Orła Białego.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Radni przegłosowali zamiar likwidacji szkoły dla niepełnosprawnych

2019-02-21 19:16

Agnieszka Bugała

Agnieszka Bugała

Od godz. 10.00 rodzice uczniów niepełnosprawnych protestowali przed wejściem do wrocławskiego ratusza. Przyszli z transparentami, na których wypisali hasła, których – co podkreślali – nie chcieli wysłuchać urzędnicy. Zdecydowali się przysłuchiwać obradom Rady Miasta korzystając z miejsc dla publiczności.

Dopiero po godz. 15.00 rozpoczęła się dyskusja nad zaproponowanym przez prezydenta Jacka Sutryka 31 stycznia projektem uchwały o zamiarze zaprzestania działalności przez Specjalny Ośrodek Szkolno-Wychowawczy nr 1 przy ul. ks. Marcina Lutra 6. Po 16.00 w głosowaniu radni uchwałę przyjęli. Za likwidacją głosowało 23 radnych, 12 (radni PiS) było przeciw.

W uzasadnieniu procedowanej uchwały Jarosław Delewski dyrektor Departamentu Edukacji UM podkreślał, że miasto gwarantuje miejsce dla dzieci w szkołach przy ul. Kamiennej i Parkowej pozostawiając wybór placówki rodzicom dzieci.

W uzasadnieniu w sprawie zamiaru zaprzestania działalności przez Specjalny Ośrodek Szkolno-Wychowawczy nr 1 przy ul. ks. Marcina Lutra 6 we Wrocławiu skierowanym do Rady Miasta napisano, że „Uczniowie Szkoły Podstawowej nr 89 będą mogli od 1 września 2019 r. kontynuować naukę w Publicznej Szkole Podstawowej Specjalnej prowadzonej przez Fundację Ewangelickie Centrum Diakonii i Edukacji im. ks. Marcina Lutra przy ul. ks. M. Lutra 2-8, zgodnie z wolą (deklaracją) rodziców. Podobnie wychowankowie Ośrodka będą mogli kontynuować pobyt w Specjalnym Ośrodku Szkolno-Wychowawczym nr 10 przy ul. Parkowej 27 lub w Niepublicznym Ośrodku Szkolno-Wychowawczym Specjalnym przy ul. ks. M. Lutra 2-8”.

Uzasadnienie nie zawiera informacji o gwarancji miejsca dla dzieci w szkole przy ul. Kamiennej, wymienia tylko szkołę przy Parkowej i obecną placówkę, podległą od września ewangelickiej fundacji. Uchwała wchodzi w życie z dniem podjęcia.

Rodzice opuścili salę zaraz po głosowaniu, byli zdruzgotani, wiele mam miało łzy w oczach.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem