polskie sprawy

Virtuti Militari w czasach pokoju

Na temat konieczności posiadania armii, choć przecież wydawane na nią pieniądze można przeznaczyć na lepsze cele: oświatę, ochronę zdrowia, kulturę itp., napisano i powiedziano już wiele.

Zobacz

korespondencja z Cypru

Kościół na zielonej linii

Katolicki kościół Świętego Krzyża w Nikozji jest dobrze znany na Cyprze. Znajduje się w nim relikwiarz zawierający cząstkę Krzyża Świętego

Zobacz
Wiele stron internetowych, wykorzystuje pliki cookies (ciasteczka). Służą one m.in. do tego, by zagłosować w sondzie. Nowe przepisy zobowiązują nas do poinformowania o tym. Dalsze korzystanie z naszych stron bez zmiany ustawień przeglądarki będzie oznaczało, że zgadzasz się na ich wykorzystywanie.
Aby dowiedzieć się więcej, przeczytaj o Polityce plików cookies.
Zamknij

Reklama

Co wiemy o śmierci?

Z dziekanem wydziału teologicznego UKSW ks. prof. Lucjanem Balterem rozmawia Elżbieta Ruman

Polub nas na Facebooku!

ELŻBIETA RUMAN: - Ksiądz podczas wykładów wspominał o ekshumacji, dokonanej przed II wojną światową na którymś z wileńskich cmentarzy. Okazało się wtedy...

KS. PROF. LUCJAN BALTER: - ...że około 40% pochowanych tam ludzi obudziło się w grobach. Przeprowadzono badania, których wyniki były wstrząsające. Byłem wtedy małym chłopcem, ale pamiętam, że wiele się o tym mówiło jeszcze w czasie wojny.

- Obudzić się w grobie, to straszna wizja!

- Śmierć i dzisiaj jest zjawiskiem właściwie nieuchwytnym. Lekarze mogą stwierdzić, że ustała praca serca, mogą uznać nastąpienie tzw. śmierci mózgowej, ale określić z całą pewnością, że człowiek jest martwy? Sama śmierć wymyka się spod wszelkich badań naukowych; ani medycyna, ani biologia, ani filozofia nie mogą podać stuprocentowej definicji śmierci... No cóż, ja na szczęście jestem teologiem.

- Czy jest wobec tego coś, co o śmierci wiemy na pewno?

- Po pierwsze, jest ona zjawiskiem wielowymiarowym. My doświadczamy umierania, biologicznego obumierania, mówimy, że człowiek wyzionął ducha, oddał ducha, ale biologicznie organizm jeszcze żyje, czyli obumiera stopniowo. Dawna liturgia obrzędu namaszczenia chorych pozwalała namaszczać do ośmiu godzin w zależności od rodzaju śmierci: naturalnej lub nagłej, w przeświadczeniu, że ta jedność psycho-fizyczna istnieje. Choć wydawać by się mogło, że człowiek ten przeszedł już na drugą stronę, jednak nie wiemy, kiedy rzeczywiście dusza opuszcza ciało. Dlatego wydawałoby się martwy człowiek może jeszcze słyszeć słowa kapłana, a nawet żałować za grzechy...

Miałem kiedyś taki przypadek, że wezwano mnie do umierającego. Starszy człowiek, który upadł na drodze, idąc do przychodni na jakiś zastrzyk. Stwierdzono, że nie żyje i odwieziono go do domu - było to między godziną 5 a 6 po południu. Mnie wezwano o ósmej, nie informując, że idę do zmarłego. Zobaczyłem go leżącego w łóżku, szczękę miał podwiązaną ręcznikiem, oczy zamknięte. Widziałem, że nie reaguje na moje słowa. Delikatnie go namaszczałem świętymi olejami. Nagle usłyszałem za drzwiami kłótnię. Rodzina, która już wiedziała, że dziadek umarł, zawzięcie kłóciła się o kożuch... Zdenerwowany wyszedłem, aby ich upomnieć - w seminarium uczono mnie, że nieboszczyk kilka godzin po śmierci jeszcze słyszy. Wróciłem do zmarłego, chwilę czekałem, aż się uspokoją i nagle... zobaczyłem, że on płacze. Łzy jedna po drugiej wypływały spod jego zamkniętych powiek... Byłem pewien, że on słyszy. Zgodnie z liturgią dokończyłem obrzędu.

- Czyli nadal nie można z całą pewnością stwierdzić, że człowiek umarł?

- Do roku 1968 śmierć stwierdzano na podstawie ustania pracy serca, obserwowano siniejące palce, sztywne, zimne nogi i ręce. Od roku 1968, po licznych klinicznych przypadkach, zasugerowano - najpierw w RPA, później w Stanach Zjednoczonych - określenie śmierci mózgowej. Obecnie i w Polsce dąży się do takiego określania zgonu. W ustawie o transplantacji narządów za moment śmierci uznano śmierć mózgu. Nadal jednak trwają dyskusje na ten temat. W latach 70. w Stanach Zjednoczonych przez pół roku sztucznie podtrzymywano pracę serca osiemnastoletniej dziewczyny, która uległa wypadkowi. Lekarze podnosili alarm, że nastąpiła śmierć mózgu, a sztuczne odżywianie go nie regeneruje, a nawet degeneruje. Trwały dyskusje, czy należy ją odłączyć od podtrzymującej pracę serca aparatury - wtedy jeszcze dominowało przekonanie o znaczeniu pracy serca. Pani prof. Kibler-Ross występowała w telewizji szwajcarskiej rozmawiając z Hansem Kungiem na tematy eschatologiczne, przekazując swoje doświadczenia na temat śmierci. W Stanach Zjednoczonych towarzyszyła ona 20 tys. umierających; około 600 przypadków to była śmierć kliniczna, ci ludzie wrócili do życia. I w Polsce były przypadki, że nieboszczyk przychodził na własną stypę...

- Kościół nie zajmuje się określeniem momentu śmierci, jego zadaniem jest towarzyszenie umierającemu, wyspowiadanie go, namaszczenie - czyli jak najlepsze przygotowanie do dalszego życia...

- Tak, ksiądz nie może powstrzymać rozkładu ciała, może jednak uleczyć duszę zbliżając ją do źródła wiecznego życia. Śmierć taka, jaką ją widzimy, pełna bólu, strachu, niepewności, jest karą za grzechy. To jednak nie znaczy, że pierwsi ludzie byli nieśmiertelni; oni mieli tylko w zasięgu ręki "drzewo życia".

Św. Tomasz z Akwinu np. nie nazywa duszy nieśmiertelną, tylko niezniszczalną - za Arystotelesem twierdzi, że człowiek jest jednością psychofizyczną, a dusza jest formą substancjalną ciała, czyli nadaje kształt cielesności. Po śmierci, czyli kiedy ta jedność zostaje zniszczona - św. Tomasz mówi brutalnie - ciało już nie jest ciałem człowieka, jest mięso, kości, ręka nie jest ręką, głowa nie jest już głową człowieka. Tak więc w ujęciu Tomaszowym śmierć jest zniszczeniem formy, czyli ciała; zniszczenie to omija duszę. Możemy porąbać stół: materia zostaje - wióry, deski - ale stołu nie ma. To jest pojęcie śmierci Arystotelesowsko-Tomaszowe.

Niektórzy teologowie sugerują, że w raju człowiek też musiałby przejść do wieczności, przejść przez śmierć, ale taką bezśmiertelną, bezbolesną, jakoś przemienić swoją cielesność. Skutkiem grzechu jest wypędzenie z raju, utrata możliwości życia z Bogiem - ukazuje to symbolika archanioła z mieczem, który strzeże dojścia do "drzewa życia". Grzech rodzi strach, ból, cierpienie - dotyka ono pierwszych grzeszników i obecne jest w dzisiejszym świecie.

- Czyli skutkiem grzechu nie tyle jest śmierć, co jej tragizm?

- Oczywiście. Boimy się śmierci, boimy się cierpienia, samotności. Pamiętać jednak należy, że strach jest jednym ze skutków grzechu. Pierwsi ludzie nie bali się Boga, nie obawiali się niczego, do chwili, kiedy wystąpili przeciwko Bogu. Przyjrzyjmy się nauce Starego Testamentu: nie ma tam mowy o śmierci biologicznej, cielesnej. Przedstawiona jest za to teologia śmierci. Śmierć jest po prostu odejściem od Boga, utratą życia Bożego. Pismo Święte nie zajmuje się fenomenologią czy filozofią śmierci; stwierdza tylko fakt - człowiek jest umarły, martwy, jeżeli nie żyje życiem Bożym. Wiara w życie wieczne już tam się pojawia - matka machabejczyków mobilizuje ich do śmierci męczeńskiej podkreślając, że nic złego ich nie spotka, bo są w ręku Boga. Są sprawiedliwi, żyli uczciwie i jeśli umrą za swą wiarę, to nic złego ich nie spotka - po prostu przejdą do wieczności.

Czytając Ewangelię św. Jana, można byłoby zamienić słowo " grzech" na "śmierć" i odwrotnie. Dostrzeże się wtedy tożsamość tych dwóch słów. Apostoł wyraźnie pokazuje, że śmierć to zerwanie więzi z Bogiem, czyli ciężki grzech. W Apokalipsie św. Jana, w Liście do Kościoła w Sardes, czytamy: "Masz imię, że żyjesz, a jesteś umarły" - a więc wydaje się ludziom, że żyjesz, a jesteś nieboszczykiem. O faryzeuszach i uczonych w Piśmie Pan Jezus mówi: "groby pobielane" . Wciąż mamy taką wizję, że życie prawdziwe to życie w zjednoczeniu z Bogiem. Żywy człowiek żyje w bliskości Boga. Jeśli się od Niego oddala - to obumiera, staje się trupem.

- Czyli można powiedzieć, że biologiczna śmierć nie niszczy więzi z Bogiem? Jeśli człowiek żył dobrze, blisko Pana Jezusa, to przechodząc do życia wiecznego nie będzie odczuwał pustki, braku miłości, a więc będzie to dobra śmierć?

- Dawna prefacja w Mszy św. za zmarłych znakomicie to wyrażała: "Życie twoich wiernych zmienia się, ale się nie kończy. Gdy rozpadnie się dom doczesnej pielgrzymki, znajdą przygotowane dla siebie wieczne mieszkanie". Zmienia się, ale się nie kończy - to jest przejście, po prostu przejście. Co więcej, liturgia pogrzebu jakby wprowadza zmarłego w tę nową rzeczywistość. Mamy w liturgii pogrzebowej trzy stacje i dwie drogi. W ramach pierwszej stacji przeżywamy tragizm, ohydę śmierci. Niektórzy porównują stan umarłego do zniszczonej świątyni: wszystko zburzone, tabernakulum rozbite, nie ma życia. Jako ministrant w Wilnie prowadziłem około pięćdziesięciu pogrzebów - każdy nieboszczyk mi się przyśnił. Do tej sytuacji jak najbardziej pasuje kolor czarny. Następnie jest droga do kościoła, pierwsza droga, kolor szat kapłana jest fioletowy, pokutny, śpiewamy psalm: "Zmiłuj się nade mną, Boże", z nadzieją, że w kościele dokona się przemiana.

Stacja druga to kościół, Msza św. Następuje tu zespolenie śmierci tego konkretnego człowieka ze śmiercią Chrystusa po to, aby razem z Nim zmartwychwstał - to jest istota liturgii mszalnej. Wyprowadzenie z kościoła - to już droga do nieba. Śpiewamy: "Niech aniołowie zawiodą Cię do raju (...) Niech na spotkanie wyjdzie litościwa Matka". Wszystkie śpiewy wskazują na to, że idziemy do nieba. Droga na cmentarz jest drogą radości, złotego koloru. W tekstach liturgicznych dziękujemy Bogu za zbawienie, pełni przekonania, że zmarły osiągnie radość wiecznego życia. Trzecia stacja, na cmentarzu, wyraża przedsmak nieba - jeszcze nie możemy powiedzieć, czy zmarły będzie w niebie, czy w czyśccu, jednak liturgia mówi o przemianie tego człowieka, o nowym jego życiu.

- Wygląda na to, że my dzisiaj źle rozumiemy śmierć, źle ją przyjmujemy, żyjemy w lęku...

- Święci nie boją się śmierci. Św. Paweł mówił: " Dla mnie umrzeć, to zysk". Wielokrotnie przeżył wizję śmierci, chce już być z Chrystusem, ale rozumie, że jest pożyteczne, aby jeszcze żył na ziemi. Jezus go zostawia po to, aby jeszcze coś dobrego dokonał - choć on wolałby już odejść.

- Zanurzeni w codzienności, pochłonięci materialnymi troskami, zauroczeni tym, czego można dotknąć, odsuwamy wszystko, co wiąże się z wiecznością, gdzieś daleko od siebie, usprawiedliwiamy się zaniesieniem raz do roku lampek na groby...

- Ten, kto jest blisko Boga, nie boi się śmierci, żyje życiem wiecznym. Pan Jezus mówi: "A to jest życie wieczne, aby poznali Ciebie". Wieczność nie jest gdzieś po tamtej stronie, zaczyna się tu, na ziemi. Teologowie dzisiejsi wiele mówią o paschalnym wyrazie śmierci. Śmierć każdego człowieka jest zespoleniem człowieka ze śmiercią Jezusa, ażeby razem z Nim zmartwychwstał do nowego życia. Przejście przez śmierć do życia.

Mówi się nawet o zbawczym wymiarze śmierci. Dlaczego? Ponieważ przez całe wieki Kościół przyjmował trzy rodzaje chrztu: chrzest z wody, chrzest pragnienia i chrzest krwi. Jeżeli ktoś kandydujący do chrześcijaństwa - katechumen - zmarł ze względu na Jezusa, traktowano go jak męczennika, ochrzczonego chrztem krwi, czyli śmiercią. Z kolei katechumen, który zmierzał do Chrystusa, pragnął być Jego uczniem, a zmarł w trakcie tej drogi, zostaje uznany za ochrzczonego. Jego wcześniej wyrażana chęć bycia z Jezusem upoważnia go do przyjęcia chrztu pragnienia, który urzeczywistnia się w momencie śmierci.

Śmierć cielesna jest przejściem do życia z Bogiem, natomiast grzech ciężki niszczy w człowieku życie Boże, zanurza w beznadziejną otchłań, z której jednak jest ratunek, dopóki ciało nie uległo śmierci. Jest nim Boże przebaczenie. Wystarczy żałować za grzechy i odwrócić się od zła - a Bóg daje nową szansę.

Możemy jeszcze zwrócić uwagę na nową eschatologię - dawniej mówiono o eschatologii indywidualnej i społecznej. Dziś wielu teologów twierdzi, że nie ma dwóch eschatologii, a tylko jedna, suma zaś wydarzeń jednostkowych tworzy panoramę, całość. Czyli, że śmierć każdego człowieka jest dla tego człowieka końcem świata. Suma wszystkich śmierci indywidualnych to jest jeden wielki koniec świata. Dawna teologia mówiła o dwóch sądach: szczegółowym, zaraz po śmierci, i ostatecznym, kiedyś przy końcu istnienia świata. Dziś twierdzi się, że to spotkanie z Bogiem dokonujące się po śmierci każdego człowieka jest już jego sądem ostatecznym - bo przecież po nim człowiek odnajduje swoje miejsce, a nie czeka gdzieś w stanie zawieszenia na ostateczne decyzje. Na tej podstawie wynoszeni są na ołtarze święci i błogosławieni - wierzymy, że Bóg już ich osądził i są w niebie. Czyli znowu suma sądów indywidualnych tworzy jeden wielki, panoramiczny sąd ostateczny. On trwa, wciąż się odbywa.

- Pan Bóg wie, kiedy zabrać każdego z nas. Robi to w najlepszym dla nas momencie. Co należy czynić, aby dobrze przeżyć śmierć?

- Trzeba być zawsze dobrze przygotowanym, dbać o czystość serca, sumienia. "Kto pożywa moje Ciało i pije moją Krew, ma życie wieczne" - to jest jedyna droga bez lęku, najpewniejsza i dla każdego.

- Dziękuję za rozmowę.

Tagi
Nasze serwisy
Polecamy
Zaprzyjaźnione strony
Najpopularniejsze
24h7 dni

Reklama

Lidia Dudkiewicz, Red. Naczelna

Polityk, który pozostał człowiekiem EDYTORIAL

CZUWAĆ to nie znaczy dowiedzieć się, kiedy coś się wydarzy i przygotować się na ten czas. CZUWAĆ to znaczy być zawsze gotowym. »
Bp Roman Pindel

Reklama


Adresy kontaktowe


www.facebook.com/tkniedziela
Tel.: +48 (34) 365 19 17, fax: +48 (34) 366 48 93
Adres redakcji: ul. 3 Maja 12, 42-200 Częstochowa


Wydawca: Kuria Metropolitalna w Częstochowie
Redaktor Naczelny: Lidia Dudkiewicz
Honorowy Red. Nacz.: ks. inf. Ireneusz Skubiś
Zastępca Red. Nacz.: ks. Jerzy Bielecki
Sekretarz redakcji: ks. Marek Łuczak
Zastępca Sekretarza redakcji: Margita Kotas