Reklama

Rodzice bł. Chiary Luce Badano na Śląsku

2014-02-17 07:47

jj / Tychy / KAI

Etienneitoto/pl.wikipedia.org

Historię patronki Światowych Dni Młodzieży przybliżają Ślązakom jej rodzice: Maria Teresa i Ruggero Badano, najlepsza przyjaciółka Chicca Coriasco oraz jej brat – Franz Coriasco. W niedzielę Włosi spotkali się z młodymi archidiecezji w parafii bł. Karoliny w Tychach.

- Pobraliśmy się w wieku 26 lat. Naszym marzeniem było posiadanie wielu dzieci - rozpoczęła spotkanie z młodzieżą Maria Teresa, mama błogosławionej. Mimo gorącego pragnienia posiadania dziecka, kobieta nie potrafiła zajść w ciążę. Ruggero, jej mąż, postanowił w tej intencji modlić się w pewnym sanktuarium maryjnym. Po upływie 11 lat w Sassello na północy Włoch na świat przyszła Chiara. Rodzice od początku czuli, że nie do końca należała tylko do nich. - Chiara dawała nam wiele radości, rosła piękna, zdrowa, wychowywaliśmy ją w wolności, nie takiej, która pozwala na wszystko, ale w wolności Bożej - tłumaczyła Maria Teresa.

Kiedy Chiara miała niecałe 10 lat, dzięki swojej przyjaciółce, poznała Ruch Focolari, który diametralnie zmienił jej patrzenie na Jezusa. Założycielka ruchu, Chiara Lubich uczyła członków wspólnoty życia Ewangelią. Co oznaczało to dla Chiary Badano? Razem z Chiccą robiły wszystko, by w każdym człowieku dostrzec Jezusa i ukochać go Jego miłością. - Tak starałyśmy się robić, choć nie zawsze było łatwo - mówiła Chicca Coriasco.

Reklama

Mówiąc o swojej błogosławionej przyjaciółce podkreślała, że przede wszystkim była normalną, radosną, pełną życia dziewczyną. - Często zostawałam u niej noc, długo rozmawiałyśmy o naszych marzeniach, chłopakach, którzy nam się podobają. Chiara chciała zostać stewardessą albo pojechać na misje do Afryki, planowałyśmy ile będziemy mieć dzieci, a na koniec wspólnie się modliłyśmy. Jezus był obecny między nami, Jemu powierzałyśmy nasze życie i plany - wyjaśniała.

Franz Coriasco zapamiętał jako tą, która patrzyła na wszystkich z jednakową sympatią i miłością. Mimo że sam jest osobą niewierzącą, to najbardziej w młodej dziewczynie ujęła go jej miłość do Jezusa. - Kiedy wychodziło się z jej pokoju, nasze serca przenikała zazdrość, nie współczucie - wspominał, mówiąc o 2 latach radosnego przeżywania niezwykle bolesnej choroby nowotworowej.

Chiara na nowotwór kości zachorowała w wieku 17 lat. Najpierw odczuwała ból w ramieniu, na który co jakiś czas się skarżyła, z czasem ból okazał się tak silny, że znalazła się w szpitalu, tam po badaniach, jej rodzice dowiedzieli się, że córka ma raka. - Czułam, jakbym umierała, ogromną gorycz i ból. Jednocześnie pomyślałam, że tylko Jezus może pomóc nam powiedzieć nasze "tak" Bogu - mówiła z nieukrywanym wzruszeniem Maria Teresa. O pomoc poprosiła także Maryję, by razem z Chiarą rozpoczęła jej drogę na Kalwarię.

Dziewczyna o diagnozie dowiedziała się po upływie ok. 3 tygodni. Po trwającej dokładnie 25 min. wewnętrznej walce powiedziała "tak" Jezusowi. - Nigdy później nie odwróciła się wstecz - mówiła Maria Teresa. Ruggero, ojciec Chiary wspominał, że córka zawsze powtarzała: "Jeśli Ty tego chcesz i ja chcę". Matkę Bożą z Lourdes prosiła o dwie rzeczy: jeśli to możliwe - o uzdrowienie, jeśli nie - o siłę do wypełniania woli Bożej. Odnajdywała ją w codziennej Eucharystii, Piśmie Świętym oraz uczynkach miłości.

Swoje cierpienie ofiarowała szczególnie w intencji młodych, którzy dzwonili do niej ze swoimi problemami. Chicca wspominała, jak pewnego dnia Chiara poprosiła ją o wspólne wybranie pieśni na jej pogrzeb, śpiewały je później razem. Dziewczyna poprosiła też mamę o kupienie jej białej sukienki, którą przymierzyła dla niej Chicca. "Wychodzę za Jezusa" - mówiła błogosławiona.

- Tylko czasem odwiedzałem Chiarę - wspominał Franz. - Ale jak wychodziłem z jej pokoju na zewnątrz miałem wrażenie, że wchodzę na inną planetę, w świat szalonych ludzi z innymi problemami. Chciało się wracać do tego pokoju, gdzie była normalność.

Chiara zmarła 7 października 1990 r. Przed śmiercią powiedziała swojej mamie: "Bądź szczęśliwa, ponieważ ja jestem szczęśliwa". - To były jej ostatnie słowa, ale nie ostatni czyn miłości. Chiara ofiarowała w przeszczepie swoje rogówki dwóm chłopakom - mówiła Maria Teresa. W 2010 r. papież Benedykt XVI ogłosił ją błogosławioną. Chiara jest także patronką Światowych Dni Młodzieży.

Tagi:
błogosławiona

20 lat temu

2017-05-25 11:22

Oprac. s. Gaudiosa Dobrska CSDP
Edycja toruńska 22/2017, str. 1, 4-5

W życiu człowieka wspomnienia odgrywają ważną rolę. Każdy z nas ma w pamięci miejsca, wydarzenia, osoby, słowa, a nawet myśli i uczucia, do których wraca chętnie, często z rozrzewnieniem – zwłaszcza w chwilach, które te fakty wyjątkowo przypominają. Możemy powiedzieć, że umiejętność zapamiętywania jest wyjątkowym darem Bożym. W jednej z rozprawek szkolnych czytamy: „Od tego mamy wspomnienia, aby nie dać przeminąć, nie dać odejść chwili, której nie chcemy utracić”. Zawsze możemy do niej wracać

Archiwum sióstr pasterek
Matka generalna s. Gracjana niesie relikwiarz bł. Marii Karłowskiej podczas Mszy św. beatyfikacyjnej w Zakopanem

Stajemy wobec ważnego wydarzenia sprzed dwudziestu lat, kiedy otrzymaliśmy dar pierwszej błogosławionej diecezji toruńskiej Matki Marii Karłowskiej, założycielki Zgromadzenia Sióstr Pasterek od Opatrzności Bożej, bardzo bliskiej Toruniowi poprzez posługę w Szpitalu Miejskim dla kobiet wenerycznie chorych. Pisano o tym w „Kurierze Warszawskim” z 25 maja 1935 r.: „Rzecz niebywała dotąd w dziejach klasztorów od zarania chrześcijaństwa, by zakonnice – pospolicie tak bardzo dalekie od tego właśnie rodzaju fizycznego brudu – podjęły się pielęgnacji takich ran, byleby tylko tą drogą trafić do serc, co się zabłąkały na fałszywych ścieżkach życia” .

Małe znaki Opatrzności Bożej

Było to czwartkowe popołudnie 5 czerwca 1997 r. Niebo zachmurzone, ale w Zakopanem wyjątkowy ruch. Przybywa wielu pielgrzymów, m.in. nieznane na tym terenie siostry zakonne. „Kim jesteście? – jakie to siostry?” – pytają zainteresowani górale. „Pasterki” – „O, jaka radość! Jak pasterki tu do nas pasują!”.

Pod Wielką Krokwią pracowita krzątanina. Górale ustawiają piękną, rzeźbioną kaplicę góralską, a w niej dwa potężne, spiżowe barany pokornie podtrzymują ołtarz z granitu. Białe owcze skóry wyścielają tron papieski z rzeźbą Dobrego Pasterza, sedilia biskupów i całe podium ołtarzowe. Obok przechodzi młody ojciec z synkiem. Pokazuje dziecku siostry i tłumaczy, kim są. Witamy ich serdecznie, a tata zachęca synka: „No, powiedz siostrzyczkom, co tatuś dał do ołtarza? No powiedz, że dał wszystkie skóry z owieczek!”. I tak Opatrzność Boża wskazała nam ofiarodawcę.

Podziwiamy pełną radości gorliwość górali w tych przygotowaniach. Już ustawiono obrazy beatyfikacyjne. Oglądamy je i jedna z sióstr mówi jakby zawiedziona: „Matka Jabłońska na swoim obrazie wygląda taka duża, a nasza taka mała…”. Odwraca się stojący obok góral i tłumaczy z przekonaniem: „Siostra, ty nie mów, że mała. Ona jest mała na obrazie, ale wielka duchem!”. Przyklaskują mu inni górale. A starszy baca z zachwytem woła: „O, jak ona tu do nas pasuje! Cały kierdelek (stadko owiec) prowadzi!”. Wytworzyła się atmosfera serdecznej bliskości. Odczuwamy, że Matka Maria przyszła do swoich. Tłumaczymy, co znaczy pasterka i że to jest Matka Maria od Pana Jezusa Ukrzyżowanego, więc pod krzyżem na Giewoncie jest dla niej odpowiednie miejsce na beatyfikację. Wszyscy jesteśmy co do tego zgodni. I choćby ktoś miał wątpliwości, dlaczego ta beatyfikacja jest właśnie w Zakopanem, teraz już rozumie: Opatrzność Boża ma najlepsze plany.

Młodzież sióstr pasterek rozpoczyna próbę śpiewów do misterium przedbeatyfikacyjnego, opracowanego przez toruńską aktorkę Zofię Melechównę, i słyszy zachęcające słowa: „Pięknie śpiewacie tej waszej Matce!”. To dodaje ducha w zmęczeniu po dalekiej podróży. Wreszcie wszystko gotowe. Teraz tylko wołamy do Nieba o pogodę na jutro, bo w sektorach mokro… Ale pomysłowi górale kładą na ziemię maty ze sztucznej trawy.

Zaświtał ranek 6 czerwca 1997 r., piątek, uroczystość Najświętszego Serca Jezusowego. Na pochmurnym dotąd zakopiańskim niebie pojawiają się promienie słońca. I nagle w czystym już powietrzu staje się doskonale widoczny 15-metrowy krzyż na Giewoncie, jak też biały 8-metrowy krzyż u szczytu skoczni Wielkiej Krokwi, od którego spływa równie biała wstęga aż pod wysoko usytuowany ołtarz w kaplicy góralskiej, a obok niego krzyż ołtarzowy w kształcie przypominającym krzyż profesyjny sióstr pasterek. W sektorach z radością i gorliwością krzątają się toruńscy seminarzyści, pełniąc służbę porządkową. Już wkrótce usłyszą od zadziwionych pielgrzymów: „Taka młoda diecezja, a już ma swoją błogosławioną!”. Jakże miłe są dla nas, pasterek, te wspomnienia, bo niby drobne, ale każde z nich ma wymowę małego znaku Opatrzności Bożej.

Zespół sióstr pasterek śpiewa hymn misyjny swego zgromadzenia: „Patrzmy więc w Słońce (tzn. w Chrystusa), patrzmy w krzyż!”. I nagle rozbłysło słońce, jakby chciało nasze oczy i serca skierować ku znakowi odkupienia. Radośnie witamy na niebie białego metalowego „ptaka”, wiozącego oczekiwanego gościa. I oto na podium ołtarza ukazuje się upragniona biała ojcowska postać, gestem wyciągniętych rąk witająca zebranych wokoło. Echem odbiły się od gór nabrzmiałe radością słowa papieskie: „Zakopane się doczekało – i ja się doczekałem!”. Tak oto wielki dar Boży staje się naszym udziałem.

Liturgia beatyfikacyjna

Rozpoczyna się uroczysta Liturgia. Bp Andrzej Suski prosi Ojca Świętego Jana Pawła II o zaliczenie Matki Marii Karłowskiej w poczet błogosławionych Kościoła katolickiego. Postulator sprawy beatyfikacyjnej o. Jerzy Mrówczyński CR odczytuje biogram kandydatki do beatyfikacji. Słuchamy uważnie. Tak, taką ją znamy… i taką ją kochamy. W przepięknej górskiej scenerii uroczyście brzmią słowa Namiestnika Chrystusowego: „Naszą władzą apostolską zezwalamy, aby odtąd czcigodnym sługom Bożym: Bernardynie Marii Jabłońskiej oraz Marii Karłowskiej przysługiwał tytuł błogosławionych i aby ich święta obchodzono w miejscach i w sposób określony przez prawo. Dla Marii Karłowskiej będzie to corocznie 6 czerwca”. Święty entuzjazm ogarnia wszystkich pielgrzymów. Od skał Giewontu wzmocnionym echem odbija się huragan oklasków, spotęgowany widokiem odsłanianego obrazu nowej błogosławionej. Klaszczemy wszyscy i ze wzruszeniem śpiewamy – po raz pierwszy oficjalnie – wraz z wielkim chórem, wymowne słowa inwokacji beatyfikacyjnej.

Ze świętą dumą patrzymy na błogosławioną, wskazującą nam Niebo – my, pasterki, i toruńscy diecezjalnie, którzy mówią: „Bo ona jest nasza!”. A matka generalna s. Gracjana podaje papieżowi do uczczenia relikwie nowej błogosławionej i ustawia je przed ołtarzem. Odtąd modlitwa inwokacji powtarza się często przez całe 20-lecie jako błaganie, ale też jako przypomnienie łaski spod Wielkiej Krokwi w Zakopanem.

Testament beatyfikacyjny

O nowych błogosławionych Ojciec Święty mówi: „Te heroiczne zakonnice, prowadząc w skrajnie trudnych warunkach swoje święte dzieła, ujawniły w pełni godność kobiety i wielkość jej powołania. Objawiły ów geniusz kobiety, który przejawia się w głębokiej wrażliwości na ludzkie cierpienie, w delikatności, otwarciu i gotowości do pomocy i w innych zaletach ducha właściwych kobiecemu sercu. Jakże potrzeba go dzisiejszemu światu, naszemu pokoleniu! Jakże potrzeba tej kobiecej wrażliwości na sprawy Boże i ludzkie!”.

Te słowa pozostały w polskich sercach do dziś jako testament beatyfikacyjny. Bo faktycznie, jakże nam wszystkim potrzeba dzisiaj tej wrażliwości! Tego subtelnego wyczucia, które świat chce zabić w człowieku, by już nie miał siły podźwignąć się i iść dalej z ufnością, że jeszcze nie wszystko stracone – jak uczyła nas Matka Karłowska!

Jako dalszy ciąg tego beatyfikacyjnego testamentu, słyszymy z ust papieskich w homilii ważne słowa: „Starajcie się na co dzień podejmować krzyż i odpowiadać na miłość Chrystusa! Brońcie krzyża!” – woła Namiestnik Chrystusa. I dalej: „Chcę, żeby cała Polska, od Bałtyku po Tatry, patrząc w stronę krzyża na Giewoncie, słyszała i powtarzała: Sursum corda! W górę serca!”.

Błogosławiona wraca do Jabłonowa

Skończyła się uroczysta Liturgia beatyfikacyjna. Ojciec Święty serdecznym gestem żegna się z pielgrzymami. Nagle kieruje się w stronę obrazu bł. Marii, zatrzymuje się przed nim i chwilę patrzy na błogosławioną, pochyla się i modli. Wydaje się, że oni się rozumieją. Następnie znów patrzy na obraz i błogosławi go dużym znakiem krzyża. Jaka radość dla nas, pasterek! Pozostaje nam cenna pamiątka beatyfikacji Matki Założycielki! Obraz wykonany farbami olejnymi przez prof. Zbigniewa Kotyłło z Lublina, przeznaczony do sanktuarium błogosławionej, pozostał w Jabłonowie, gdzie 15 czerwca tegoż roku bp Andrzej Suski otworzy i poświęci to sanktuarium. Obraz beatyfikacyjny natomiast – według wymaganej wielkości – został wykonany z oryginału techniką gigantografii, czyli wielkiej fotografii. Przewieziony z Zakopanego do dziś znajduje się w sali spotkań zgromadzenia przy sanktuarium bł. Marii Karłowskiej w Jabłonowie-Zamku jako, rzec można, relikwia beatyfikacyjna – poprzez znak papieskiego błogosławieństwa – i często towarzyszy uroczystościom związanym z błogosławioną.

Symbolika obrazu

Na obrazie beatyfikacyjnym bł. Matka Maria jest otoczona owieczkami, symbolizującymi moralnie zagubione dziewczęta, których nawracaniu poświęciła się od młodości. Ręką wskazuje niebo, dokąd prowadzi powołane przez siebie zgromadzenie i swoje podopieczne. Góry przypominają trud wspinania się ku niebu, a skoro według decyzji papieskiej beatyfikacja odbyła się w Zakopanem, symbolizują także niejako miejsce jej beatyfikacji. Zachmurzone niebo oznacza zagrożenia, z których bł. Maria ratowała swoje podopieczne. W drugiej ręce trzyma księgę Reguły Zgromadzenia. Gdziekolwiek się stanie, ma się wrażenie, że oczy błogosławionej patrzą właśnie na mnie. Zdaje się, że widzi nas wszędzie i przenika do dna duszy. Zupełnie jak wówczas, kiedy natchniona Bożą łaską potrafiła czytać w myślach swych wychowanek. Ten wzrok przykuwa i zarazem rzuca na kolana. Cisną się słowa pieśni o Najświętszej Maryi Pannie: „Matka, która wszystko zrozumie”. Bł. Matka Maria też rozumie wszystko. Zrozumiała człowieka z całą jego słabością, nędzą grzechu, z całym bólem – konsekwencją ulegania słabości... Zrozumiała – i pomogła.

Pod ołtarzem umieszczony jest duży relikwiarz z kośćmi błogosławionej z napisem: „Życie moje oddaję za owce”. Przy tych relikwiach ucisza się wszystko, co w człowieku jest bólem, walką, buntem, trwogą, niepokojem... Jak wtedy, gdy gromadziła wokół siebie swoje odnalezione owieczki i wyciszała je nadzieją, że jeszcze nie wszystko stracone. Niech to będzie dla nas wszystkich sanktuarium wyciszenia i nadziei na duchowne i moralne uzdrowienia ludzkich słabości i zranień, na złagodzenie także cierpień fizycznych. Bo ona ukochała przecież całego człowieka – z duszą i ciałem. Niech się wstawia za nami wszystkimi, niech nam uprosi to, z czym do niej przychodzimy.

Zapraszamy do sanktuarium bł. Marii Karłowskiej w Jabłonowie-Zamku na 20. rocznicę beatyfikacji Matki Marii i 8. rocznicę jej patronatu nad Jabłonowem Pomorskim. Uroczystości rozpoczną się 3 czerwca o godz. 11 Mszą św. pod przewodnictwem bp. Andrzeja Suskiego. O godz. 14 adoracja Najświętszego Sakramentu, nabożeństwo czerwcowe i Koronka do Miłosierdzia Bożego, a o godz. 15.30 koncert muzyki filmowej.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Bp Przybylski: św. Wojciech uczy nas tego, że Polska będzie taka, jaka będzie wiara Polaków

2018-04-24 07:17

Ks. Mariusz Frukacz

„Św. Wojciech uczy nas tego, że Polska będzie taka, jaka będzie wiara Polaków. Jeśli Polacy stracą wiarę, to bardzo szybko stracą wolność, niepodległość, tożsamość. To bardzo szybko może Polski nie być” – mówił bp Andrzej Przybylski, biskup pomocniczy archidiecezji częstochowskiej, który wieczorem 23 kwietnia przewodniczył Mszy św. odpustowej ku czci św. Wojciecha w parafii pod wezwaniem tego świętego w Częstochowie. Podczas Eucharystii modlono się za Ojczyznę oraz nowe powołania do kapłaństwa i życia zakonnego.

Paweł Kmiecik/Radio Fiat

Mszę św. z biskupem pomocniczym archidiecezji częstochowskiej koncelebrowali m. in. ks. kan. Jarosław Ginter, wicedziekan dekanatu św. Wojciecha, o. Jan Poteralski, podprzeor Jasnej Góry, ks. Włodzimierz Szuba z Kościoła Greckokatolickego Eparchii Wrocławsko-Gdańskiej w Częstochowie.

Paweł Kmiecik/Radio Fiat

Na Mszę św. przybyło wielu kapłanów. Obecne były siostry zakonne i rzesza wiernych. Obecni byli przedstawiciele rzemiosła częstochowskiego oraz Rycerze Kolumba. Uroczystościom towarzyszyła m. in. orkiestra jasnogórska.

„Modlimy się dzisiaj za Ojczyznę, o powołania kapłańskie i zakonne, aby z ziarna męczeństwa św. Wojciecha wyrosły nowe owoce duchowe dla nas” - mówił na początku Mszy św. ks. prał. Stanisław Iłczyk, proboszcz parafii św. Wojciecha w Częstochowie.

Paweł Kmiecik/Radio Fiat

W homilii bp Przybylski przypomniał, że św. Wojciech nie miał łatwego życia, mimo, że urodził się w książęcej rodzinie. - Po sześciu latach biskupiej posługi wierni wygonili go niemal z diecezji. I wreszcie, ci, którzy słuchali głoszonej przez niego Ewangelii zadali mu kilka śmiertelnych ciosów w serce – mówił bp Przybylski.

- Spełnia się w nim to, co Jezus mówi w Ewangelii, że ziarno rzucone w ziemie musi obumrzeć. I kiedy jest zdatne do umierania dopiero wyda owoce. Paradoksalnie największe sukcesy i największe owoce przyszły dopiero po śmierci św. Wojciecha. Walczono i kupowano jego ciało. To do jego relikwii przychodzili prości ludzie i władcy ówczesnej Europy. To przy jego martwym ciele w relikwiarzu klękali książęta i królowie ówczesnej Europy, z cesarzem Ottonem na czele – kontynuował bp Przybylski.

- To wreszcie jakby jego pośmiertna obecność dała początek strukturom Kościoła w Polsce. Tak mocno wpłynęła na naszą tożsamość chrześcijańską – dodał biskup.

Bp Przybylski podkreślił, że „za życia św. Wojciech obumierał najpierw dla samego Chrystusa”. - Oddawał Mu bez reszty całe swoje życie. Stał się kapłanem i biskupem bardzo ascetycznym i bardzo ubogim. Obumierał dla siebie, żeby żyć dla Boga – mówił bp Przybylski.

- Co się więc takiego stało, że nawet najbardziej pobożni ludzie w jego diecezji nie tolerowali św. Wojciecha i drażnił ich. Dlaczego go odrzucali i musiał uciekać ze swojej diecezji? – pytał biskup pomocniczy archidiecezji częstochowskiej.

- Św. Wojciech wiedział, że nie może milczeć, tam gdzie milczeć nie wolno. Nie może udawać, że nie ma grzechu, tam gdzie ludzie grzeszą. I to było przyczyną tego, że ten pobożny i świątobliwy biskup nie był tolerowany. Był nie lubiany przez swoich współbraci w kapłaństwie. A jeszcze bardziej drażnił tych wszystkich, którzy rozwalali swoje rodziny. Bronił świętości rodziny – odpowiedział biskup i dodał: „A jeszcze bardziej narażał się możnowładcom i politykom, bo też im potrafił powiedzieć prawdę. Potrafił ich pytać, czy chodzi im o pieniądze, zaszczyty i stołki, czy o dobro społeczne i dobro ludzi. Musiał uciekać właśnie za to, że był pasterzem, który nie bał się mówić prawdy”.

- Trzydzieści lat po chrzcie przybył św. Wojciech na ziemie polskie i przypominał, że nie wystarczy przyjąć chrzest i żyć Ewangelią. Nie wystarczy przyjąć chrzest osobiście i jako naród, że ten chrzest zobowiązuje. I za to stał się ziarnem, które wrzucone w ziemie obumierało i było zabijane. I w tym najbardziej naśladował Chrystusa, że głosił miłość, prawdę, był dobry dla ubogich - przypomniał duchowny.

Bp Przybylski pytał również, czego nas chce św. Wojciech ciągle uczyć? - Może właśnie tej prawdy w zasięgu osobistym, wspólnym i narodowym, że nie wystarczy przyjąć chrzest, ale trzeba tym chrztem żyć. Nie wystarczy mówić, że jestem chrześcijaninem, ale trzeba to pokazać w życiu, w codzienności – przypomniał wiernym biskup.

- Nawet naród nie może się szczycić tym, że jest narodem ochrzczonym jeśli nie żyje chrztem. Po chrzcie każdemu z nas potrzebna jest jeszcze ewangelizacja, życie Ewangelią – kontynuował biskup.

- Potrzebni byli i potrzebni są ludzie tacy jak św. Wojciech. Prawdziwi a nie fałszywi prorocy. Nie tacy prorocy, którzy głaskają grzech. Potrzebni są dzisiaj i tacy pasterze i tacy świadkowie Ewangelii pobożni, radykalni, ascetyczni, ale też i odważni, którzy nie boją się powiedzieć prawdy, kiedy ją powiedzieć trzeba – zaznaczył biskup pomocniczy archidiecezji częstochowskiej i dodał: „Św. Wojciech uczy nas tego, że wiara ma wpływ nie tylko na nasze osobiste życie, ale na życie naszych wspólnot i naszych narodów, że narody są takie, jaka jest wiara ich obywateli.”

- To jak wierzymy jest potrzebne nam Polakom i naszej umiłowanej Rzeczypospolitej. Im słabiej wierzymy, im bardziej ta nasza wiara jest pełna kompromisów, to więcej jest w Polsce kompromisów z grzechem, zdrad narodowych. I dlatego dbajmy o swoją wiarę, bo to jest pierwszy nasz patriotyczny obowiązek wobec Ojczyzny – zaapelował do wiernych bp Przybylski.

Na zakończenie bp Przybylski przypomniał zdarzenie z życia prymasa Tysiąclecia kard. Stefana Wyszyńskiego, który wspominał, jak już po upadku Powstania Warszawskiego do wojskowego szpitala frontowego koło Izabelina wróciła grupa oficerów niemieckich - lekarzy, którzy tam pracowali. Oto jeden z nich zatrzymał ks. Wyszyńskiego, który szedł z posługa do chorych. Oficer nakazał księdzu Wyszyńskiemu oglądać jakąś fotografię. A ten rzucił na nią okiem. Ale Niemiec nadal nalegał: Zobacz i zobacz.

- Pry¬mas Tysiąclecia wspominał: Przyglądam się i cóż widzę? To Chrystus z fronto¬nu kościoła św. Krzyża w Warszawie, leżący na bruku ulicznym. Chrystus, leżący na bruku warszawskim, dłonią - przedziwnym zbiegiem okoliczności za¬chowaną - pokazywał w kierunku kościoła. Dłoń ta kierowała się na napis, który pozostał nietknięty na cokole: Sursum Corda. – kontynuował biskup.

- I Ksiądz Prymas po latach dodał, że nie mógł zrozumieć, czego od niego chciał ów niemiecki lekarz-żołnierz. W pewnym momencie z ust Niemca wyrywają się słowa: „Polska jeszcze nie zginęła”. Po chwili po¬deszło bliżej jeszcze kilku oficerów. Jeden z nich zawołał sursum corda! sursum corda! Obalony Chrystus, leżał na swym krzyżu, ale dłonią pokazywał zburzonej Stolicy niebo, aby nie przestała wierzyć, iż może się odrodzić. I tak się też stało! – zakończył bp Przybylski.

Uroczystości zakończyły się procesją z Najświętszym Sakramentem i ucałowaniem relikwii św. Wojciecha.

Parafia pw. św. Wojciecha w częstochowskiej dzielnicy Tysiąclecie została erygowana 20 stycznia 1969 r. przez bp Stefana Barełę. Pierwszym administratorem parafii został mianowany ks. Józef Słomian, w latach następnych budowniczy kościoła i plebanii. Po wielu staraniach bp Bareły, Kurii diecezjalnej i ks. Józefa Słomiana, w które włączył się także na ostatnim etapie abp Luigi Poggi, nuncjusz apostolski do specjalnych poruczeń, 6 października 1976 r. władze komunistyczne wyraziły zgodę na budowę kościoła. Budowę kościoła rozpoczął ks. Józef Słomian w roku 1978. 20 października 1985 r. odbyła się uroczystość poświęcenia (konsekracji) kościoła przez bp Stanisława Nowaka, abp Luigiego Poggiego i bp Franciszka Musiela. W pomieszczeniach przykościelnych przez wiele lat miało swoją siedzibę duszpasterstwo akademickie oraz Katolickie Radio „FIAT".

23 kwietnia 1997 r. (rok tysiąclecia męczeńskiej śmierci św. Wojciecha) w czasie uroczystej procesji, której przewodniczyli abp Stanisław Nowak, metropolita częstochowski i abp Henryk Muszyński, metropolita gnieźnieński, przyniesiono do kościoła i umieszczono w bocznym ołtarzu relikwie św. Wojciecha.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Od oceanu do oceanu - 1%

Trwa dramat Alfiego Evansa

2018-04-24 17:11

vaticannews.va / Watykan, Liverpool (KAI)

Trwa dramat Alfiego Evansa i jego rodziców. O godz. 22.30 2-letniego chłopca z poważnym uszkodzeniem mózgu odłączono od aparatury wspomagającej oddychanie. Uczyniono to na polecenie sądu i wbrew woli rodziców. Chłopiec jednak nie umarł. Po jedenastu godzinach dramatycznej walki dziś rano ponownie podano mu tlen, wodę i pożywienie.

Alfie Evans/Facebook

W walkę o życie chłopca zaangażowały się również włoskie władze. Wczoraj po południu podano do wiadomości, że Alfiemu przyznano włoskie obywatelstwo. Wydawało się, że w ten sposób sprawa zostanie rozwiązana. Rodzice Alfiego zabiegają bowiem o przewiezienie chłopca do należącego do Watykanu szpitala pediatrycznego Dzieciątka Jezus w Rzymie. Wbrew protestom włoskiego konsula w Wielkiej Brytanii sędzia podtrzymał jednak decyzję o odłączeniu Alfiego od aparatury wspomagającej oddychanie.

W obronie angielskiego chłopca ponownie zaapelował wczoraj wieczorem papież. O godz. 21.15 Franciszek napisał na Tweeterze: „Poruszony modlitwami i wielką solidarnością okazywaną Alfiemu Evansowi, ponawiam mój apel, aby ból ich rodziców został wysłuchany i by spełniono ich pragnienie podjęcia nowych form terapii”.

Aby uratować angielskiego chłopca do Liverpoolu udała się wczoraj osobiście dyrektor rzymskiego szpitala, w którym miałoby być kontynuowane jego leczenie i który już teraz zajmuje się dziećmi, którzy cierpią na to samo schorzenie. Szpital, w którym przetrzymywany jest Alfie, nie chciał z nią jednak rozmawiać.

- Spotkałam się z bardzo chłodnym przyjęciem. Atmosfera chłodna, niegościnna – powiedziała Radiu Watykańskiemu Maria Enoc. - Wpuszczono mnie jedynie do poczekalni, gdzie rozmawiałam przede wszystkim z rodzicami. Tata Alfiego Thomas był oczywiście bardzo rozdrażniony. Trudno nam było w ogóle zrozumieć, co się dzieje. Kiedy powiadomiono nas, że rozpocznie się cała procedura musiałam odejść. Również dlatego, że Thomas był zdruzgotany, był w złym stanie. Bardzo dobrze go rozumiem. Było z nami wielu krewnych, rodzina bardzo prosta, liczne rodzeństwo. Mnie towarzyszył lekarz z naszego szpitala. Był też kapłan, który, jak mi się wydaje, udzielił dziecku sakramentów.

Maria Enoc zapewnia, że w rzymskim szpitalu wszystko jest gotowe na przyjęcie angielskiego chłopca. Włoskie władze zapewniły, że zajmą się jego transportem samolotem rządowym. Dyplomacja musi się jednak uporać z oporem brytyjskich urzędów.

Apel o uwolnienie Alfiego ponowił też dziś rano prezes papieskiej Akademii Życia abp Vincenzo Paglia. - Myślę, że papież w swym ostatnim apelu dał wyraz odczuciom zdecydowanej większości ludzi, którzy rozumieją ból rodziców, tych, którzy dali mu życie i teraz nie mogą przyglądać się dziełu śmierci – stwierdził abp Paglia. - Potrzebujemy nowej kultury, nowego przymierza między lekarzami i tymi, którzy są przywiązani do życia najsilniejszymi więzami rodzicielstwa. Nie można podejmować takich decyzji bez uwzględniania tych więzi. Jak to możliwe, że decyzję o kontynuowaniu leczenia powierza się sądowi. Trzeba uszanować te podstawowe więzi, aby uniknąć jeszcze większego dramatu. Musimy się wyzwolić z atmosfery sporów ideologicznych i potwierdzić, że najważniejsze jest człowieczeństwo. Tylko w ten sposób możemy uniknąć tych nieludzkich i bolesnych wypaczeń.

Prezes Papieskiej Akademii Nauk wyraził nadzieję, że całe to bolesne wydarzenie obudzi sumienia Brytyjczyków i doprowadzi do stworzenia nowego systemu, w którym prawa rodziców zostaną uszanowane.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

Wiele stron internetowych, wykorzystuje pliki cookies (ciasteczka). Służą one m.in. do tego, by zagłosować w sondzie. Nowe przepisy zobowiązują nas do poinformowania o tym. Dalsze korzystanie z naszych stron bez zmiany ustawień przeglądarki będzie oznaczało, że zgadzasz się na ich wykorzystywanie.
Aby dowiedzieć się więcej, przeczytaj o Polityce plików cookies.

Rozumiem