Reklama

Koncert kolęd 2019

Jak uciekałam z World Trade Center

Leokadia Głogowska
Niedziela Ogólnopolska 36/2008, str. 10-11

cliff1066/ Foter/ CC BY

Był 11 września 2001 r. Dochodziła dziewiąta. Nagle, w biurze na 82. piętrze w wieży północnej usłyszałam potworny huk, przypominający łamiący się beton. Samolot uderzył w wieżę. Wyraźnie odczułam przechylanie się jej w jedną stronę, a później w drugą.
W ułamkach sekund zobaczyłam, jak z półek spadały książki, a za oknem kątem oka widziałam lecące niesamowite ilości kartek papieru. Jeden z kolegów zaczął krzyczeć: - Natychmiast uciekać! Chwyciłam torebkę i zaczęłam biec w stronę wyjścia. Zupełnie nie wiedziałam, co się dzieje.

Myślałam, że to trzęsienie ziemi

Do holu przed naszym biurem wdzierał się czarny, gęsty dym. Właściwie wyjście było niemożliwe. Gdyby nie kolega, który nakazał nam ucieczkę, prawdopodobnie nie wyszlibyśmy z biura, czekając na ogłoszenie przez głośniki alarmu.
Kiedy zobaczyłam tę masę gęstego dymu, byłam pewna, że za chwilę umrę. Zaczęłam się modlić do Ducha Świętego o pokój w sercu. I poczułam wewnętrzny pokój. Było to coś nienaturalnego, jakby anioł chwycił mnie za rękę.
Przebiłam się przez dym do klatki schodowej i zaczęłam zbiegać w dół. Wszyscy wkoło byli bardzo zdenerwowani, trzęśli się ze strachu. Dziewczyny, które pracowały w służbie bezpieczeństwa WTC, przebiegały koło mnie, płakały, a ja je pocieszałam.
Kiedy dobiegliśmy do 44. piętra, coraz więcej ludzi schodziło z poszczególnych pięter i rosły kolejki. Było bardzo ciasno. Przerzucano nas do innych klatek, których było kilka w wieży. Pamiętam 44. piętro, ponieważ tam znajdował się węzeł komunikacyjny między różnymi ciągami wind. Tutaj służby bezpieczeństwa przerzuciły nas do innej klatki, bo w naszej było już za dużo dymu.
Zupełnie nie wiedzieliśmy, co się dzieje. Ktoś powiedział, że chyba jakiś sportowy samolot uderzył w dach naszej wieży, a ja wciąż myślałam, że to trzęsienie ziemi.
Na 44. piętrze w holu były okna, przez które widzieliśmy, co się dzieje na zewnątrz. W tym momencie znowu poczuliśmy uderzenie i wieża bardzo się zatrzęsła. To kolejny samolot wbił się w drugą wieżę. Ktoś powiedział, że to piorun uderzył, ale przecież był piękny, słoneczny dzień. Koledzy opowiadali, że widzieli spadające części ludzkich ciał. Ja widziałam jedynie lecące papiery i kawałki betonu.

Reklama

Strażak w wieku syna

Niżej schodziliśmy bardzo wolno, gdyż ludzi było coraz więcej. Chwilami musieliśmy się zatrzymywać, stawać i czekać na grupę, która schodziła z kolejnego piętra.
Na 20. piętrze zauważyłam wchodzących strażaków, którzy powiedzieli, że mamy schodzić pojedynczo (klatki schodowe były dość wąskie, jedna osoba mogła schodzić, a druga mogła iść do góry). Widziałam młodych ludzi w różnym wieku. Pamiętam młodego strażaka, który mógł być w wieku mojego syna. Współczułam mu, że musi iść do góry, ale byłam też spokojniejsza: skoro strażacy wysyłani są wyżej, to znaczy, że jesteśmy już w bezpiecznym miejscu - myślałam.
Kiedy znaleźliśmy się w podziemiach WTC (ewakuacja odbywała się drogą podziemną, gdzie znajdowało się eleganckie centrum handlowe), zauważyłam, że sklepy były dziwnie zniszczone i całe centrum znajdowało się w wodzie, która sięgała mi do kostek. Dopiero później dowiedziałam się, że paliwo z samolotów spłynęło szybami windowymi w dół i zapaliło się całe centrum. Urządzenia gaszące pożar wylewały na nas strumienie wody, dlatego wyszłam na zewnątrz zupełnie mokra. Wyprowadzono nas do najbardziej oddalonego od wież punktu na ulicę i dopiero tam zobaczyłam, że obie wieże płoną. Nie rozumiałam, skąd się wziął pożar w drugiej wieży. Na ulicach był tłum gapiów z aparatami fotograficznymi i tłum dziennikarzy z kamerami.
Kiedy tak stałam, usłyszałam wewnętrzny głos: - Uciekaj natychmiast z tego miejsca. Zaczęłam więc uciekać w stronę mostu brooklińskiego, tak szybko, jak tylko mogłam. Po paru minutach odwróciłam się i zobaczyłam, że w tym momencie jedna z wież zaczęła się walić.

Nowe życie

Dziś widzę, że ocalenie było dla mnie wielką łaską Bożą. I że Pan Bóg podarował mi nowe życie.
W ciągu tych minionych lat otworzyłam się na wiarę. Kiedyś bałam się o niej głośno mówić. Zarówno w Polsce, jak i później w Nowym Jorku. Cieszę się, że Bóg daje mi teraz odwagę. Często też zastanawiam się, czy przez te sześć lat nie zmarnowałam któregoś dnia, czy rzeczywiście wypełniam to, czego On ode mnie oczekuje.
Wciąż też modlę się do Ducha Świętego. Tę modlitwę szczególnie ukochałam, gdy zaczęłam mieć problemy z synem. Wszystko uspokoiło się, gdy wstąpił do Odnowy w Duchu Świętym, a potem w najstarszej polskiej parafii na Manhattanie sam założył taką wspólnotę. Był to czerwiec 2001 r., trzy miesiące przed atakiem na WTC.
Dzięki tej wspólnocie i ja się zbliżyłam do Boga, można powiedzieć, nawróciłam się. Dzięki temu 11 września przeżyłam patrząc przez pryzmat, wiary.

Tagi:
USA zamach

USA: aresztowano czterech braci franciszkanów

2019-01-03 16:48

vaticannews.va / Trenton (KAI)

Czterech franciszkanów zostało aresztowanych w jednej z instytucji aborcyjnych Planned Parenthood w New Jersey. Bracia rozdawali kobietom róże oferując im słowo wsparcia. Inicjatywa „Czerwona Róża Ratuje” została rozpoczęta przez środowiska pro-life jesienią 2017 r.

Beata Pieczykura/Niedziela

„Nowe życie, jakkolwiek maleńkie, przynosi obietnicę niepowtarzalnej radości” – można przeczytać na karteczce dołączonej do każdej róży, które zakonnicy ze Wspólnoty Franciszkańskich Braci Odnowy rozdawali kobietom. W czasie ich cichego protestu jedna z par, która wypełniała dokumenty na zaplanowaną aborcję, po rozmowie z braćmi, opuściła budynek.

„To było dla nas zwycięstwo. Nie wiemy, czy wrócą. Wszystko, co możemy powiedzieć, to, że bardzo nas to zachęciło. Gdyby nas tam nie było, to dziecko pewnie już by nie żyło” – powiedział aresztowany brat Fidelis Moscinski.

Po przyjeździe policji bracia oznajmili, że nie mogą odejść, gdyż „niewinne nienarodzone dzieci zaraz umrą, a my postanowiliśmy zostać razem z nimi”.

Warto wspomnieć, że nie jest to pierwszy raz, kiedy członkowie tego zgromadzenia opuszczają siedzibę aborcyjnego giganta w policyjnych kajdankach. Akcja „Czerwona Róża Ratuje” od początku miała wsparcie Wspólnoty Franciszkańskich Braci Odnowy. W oficjalnym oświadczeniu z października 2017 r. władze potwierdziły, aby: „przy odpowiednich zezwoleniach, bracia nie wahali się uczestniczyć w aktach sprzeciwu sumienia wobec działań, które wymierzone są w nienaruszalność ludzkiego życia i niszczą wspólną więź ludzkiej solidarności”.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Koncert kolęd 2019

Długa historia nienawiści

Z prezesem PiS Jarosławem Kaczyńskim o mechanizmach, twórcach, bohaterach i ofiarach przemysłu nienawiści rozmawia Wiesława Lewandowska
Niedziela Ogólnopolska 45/2010, str. 8-10

Dominik Różański
Poseł Jarosław Kaczyński - prezes Prawa i Sprawiedliwości

Wiesława Lewandowska: - Po morderstwie w łódzkim biurze PiS politycy i dziennikarze zaczęli mówić o potrzebie wykluczenia języka nienawiści z debaty publicznej. Niedwuznacznie wskazuje się na Pana, jako na głównego siewcę języka nienawiści. Co Pan na to?

Jarosław Kaczyński: - No tak, z woli mediów i polityków rządzących jestem niemalże sprawcą tego mordu! To dla mnie nic nowego. Przywykłem, że za wszelkie zło w Polsce odpowiadają bracia Kaczyńscy, a teraz ja sam…

- … Kiedy Pan po raz pierwszy usłyszał o sobie, że jest „oszołomem”?

- Od dawna ironizowano, że tworzymy z Leszkiem dwuosobową partię. Poważniejsze uszczypliwości, jeszcze w ramach wspólnego środowiska, zaczęły się, gdy obaj z bratem - który wtedy był pierwszym zastępcą Lecha Wałęsy - dostaliśmy zlecenie, by zorganizować powołanie pierwszego rządu w wolnej Polsce. Wtedy właśnie często słyszałem różne niemiłe rzeczy, środowisko dawało do zrozumienia, że powinniśmy być wreszcie po właściwej stronie…

- Środowisko, czyli kto?

- To było szeroko rozumiane środowisko „Gazety Wyborczej”. Doskonale pamiętam tamtą wściekłość i zaciętość… Muszę uczciwie powiedzieć, że jedynym człowiekiem wolnym od tego rodzaju politycznej i osobistej zawiści był Jacek Kuroń, który mówił mi półżartem: Ja już przeszedłem do historii, to nie przeżywam tak boleśnie tego twojego „wywyższenia”, ale pamiętaj, że dla innych to może być nie do zniesienia.

- I było?

- I było coraz ostrzej. Naprawdę ostro zaczęło się, kiedy zostałem redaktorem naczelnym „Tygodnika Solidarność”. Właśnie wtedy nazywano mnie oszołomem i karierowiczem, a „Tygodnik” był odsądzany od czci i wiary. Przekonywano, że jest okropny, kompromitujący, że nie należy go brać do ręki. A chodziło po prostu o to, że panowie z lewicy laickiej chcieli mieć wszystko na wyłączność, nawet „Solidarność”. To wtedy padł z ich strony pomysł przeniesienia biura „Solidarności” do Warszawy, zablokowany przez mojego brata, co rzecz jasna wywołało ogromną złość środowiska. Piekielna wprost nienawiść pojawiła się, gdy zdecydowaliśmy się na utworzenie Porozumienia Centrum. Media od samego rana ziały jadem, niemal odmawiając PC prawa do istnienia.

- Wtedy mówiło się, że jesteście partią oszołomów, zagrażającą spokojowi i przyszłości „tego kraju”. Nie byliście?

- Wręcz przeciwnie. Chcieliśmy zastopować rozpoczęte już opanowywanie polskich spraw przez jedno jedynie słuszne środowisko. Wtedy mianowicie realizowano pomysł, aby nad całokształtem polskich spraw zapanowały Komitety Obywatelskie, co w istocie znaczyło, że najważniejsze sprawy kraju będą się decydowały w kilku warszawskich mieszkaniach… Myśmy ten błogostan rzeczywiście rozbijali i z tego tylko punktu widzenia można było nas uznać za siłę destrukcyjną.

- I to wtedy stał się Pan uosobieniem wszelkiego zła politycznego?

- Chyba tak, choć najbardziej odczułem to, kiedy poruszyliśmy sprawę korupcji w Polsce. Gdy zorganizowaliśmy pierwszą konferencję antykorupcyjną w 1991 r., to zaczęło się oskarżanie nas o korupcję właśnie! Wtedy to usłyszałem, że jestem człowiekiem, który dorobił się wielkiego majątku na polityce. A tymczasem mieszkałem sobie skromnie w pokoju przy rodzicach - bo nigdy się nie dorobiłem własnego mieszkania - gdzie było bardzo biednie, bo rodzice od dawna byli na emeryturze, a ja przez długi czas byłem bez dochodów…

- Co najbardziej głupiego i absurdalnego udało się Panu usłyszeć na swój temat?

- Jeden z moich kolegów od taksówkarza usłyszał, że jestem szefem wszystkich gangów w Warszawie, a pewna była pracownica KC, powołując się na bliską znajomość ze mną, mówiła, że na pewno wie, iż jestem właścicielem fabryki cukierków. Tego typu wieści roznosiły się szeroko po Polsce, w każdym z województw jakoby byłem właścicielem jakichś dóbr… W Piotrkowie usłyszałem: Co pan tu mydli nam oczy jakąś demokracją, przecież pan swojego brata kierowcę zrobił szefem NIK-u i ma pan inwestycje na 800 mln dolarów… Najgorsze, że ludzie wierzyli w te bzdury.

- Było przykro?

- Bywało… choć miałem nadzieję, że zważywszy na absurdalność tych oszczerstw, poważni ludzie nie będą w nie wierzyć.

- Jednak wierzyli!

- Trudno to pojąć, ale, niestety, tak. Bywało, że nie mogłem spokojnie wyjść na ulicę, bo ze wszystkich stron słyszałem obelżywe słowa i oskarżenia.

- Znamienne, że Pana politycznym adwersarzom bogactw raczej nie przypisywano…

- Oczywiście, że nie, choć niejeden z nich miał wiele na sumieniu. Ponieważ jednak myśmy zaatakowali to gigantyczne złodziejstwo, rozkradanie majątku narodowego na wszelkie sposoby, to zrobiono z nas złodziei, dla prostego odwrócenia uwagi. To trwało kilka lat.

- W mediach pojawiały się także innego rodzaju oskarżenia pod Pana adresem. Równie absurdalne?

- Rzeczywiście, atakowano mnie z wielu stron, równie absurdalnie, zwłaszcza w czasie sporu z Lechem Wałęsą. Nawet z tego powodu, że lubię koty… Uspokoiło się nieco, gdy w połowie lat 90. PC wypadło z głównego nurtu politycznego, brat przestał być szefem NIK-u, a ja w 1997 r. wróciłem do Sejmu jako niezrzeszony poseł, który niewiele mógł zdziałać.

- Ale za to mógł wymyślić projekt „tej strasznej” IV RP!

- Dla pełnej jasności powiem, że nie ja wymyśliłem określenie „IV RP”, lecz Rafał Matyja (publicysta i politolog), a rozpowszechniał je Paweł Śpiewak (który był wówczas blisko związany z PO i później był nawet posłem z jej ramienia!). Prawdą jest natomiast, że już od początku lat 90. w naszym środowisku zaczął kiełkować pomysł „nowego państwa”, zupełnie innego niż to, którego tworzenie było właśnie w toku… Cały ten projekt był, oczywiście, ogromnym zagrożeniem dla układu postkomunistycznego, bo miał radykalnie odwrócić wszystkie złe zjawiska społeczne i gospodarcze. Od początku lat 90. mówiliśmy o „latynizacji”, czyli o nieefektywnym kapitalizmie, powiązanym z siłami postkomunizmu. Dlatego uznano nas za ludzi niezwykle groźnych. Gdy w 1994 r. staraliśmy się przebić z ideą walki z przestępczością, to znów była wielka furia, bo ośmielaliśmy się wypominać dziwną bezradność państwa wobec rozwijającej się przestępczości. W dyskusji telewizyjnej usłyszałem wtedy od szefa więziennictwa Moczydłowskiego „koronny” zarzut: A pana przecież też oskarżają o złodziejstwo…

- Co Pan na to?

- Trudno było dyskutować na takim poziomie, a więc tym bardziej trzeba było jakoś działać. Organizowaliśmy wiece, zbieraliśmy podpisy, przygotowywaliśmy projekty ustaw, ale to wszystko niewiele dawało, jeśli nie liczyć zmasowanej krytyki i nieprzychylności mediów. Dopiero gdy Lech Kaczyński został ministrem sprawiedliwości, te nasze słowa i projekty zaczął zmieniać w czyn, co zostało dobrze przyjęte przez społeczeństwo.

- Wtedy nastały lepsze czasy i krytyka medialna zelżała?

- W żadnym razie! Ja zachowałem swój status polityka skrajnie niepopularnego, za to brat zyskał popularność i szybko zaczął pod tym względem doganiać Kwaśniewskiego. Ale ta rosnąca popularność jednego z Kaczyńskich zaowocowała, niestety, bardzo brutalnym atakiem w mediach. Telewizja publiczna wyemitowała film pt. „Dramat w trzech aktach”, który z nas robił współodpowiedzialnych za aferę FOZZ-u… Kłamstwo wyssane z palca! W tym czasie w kabarecie Olgi Lipińskiej śpiewano: „Hej, jadą z forsą wozy,/Hej, a na nich kaczory,/Hej, jadą po raz drugi,/Hej, znów się forsa zgubi”.

- Nie staraliście się bronić dobrego imienia przed sądem?

- Staraliśmy się, tyle że to się nie udawało. Bywało tak, że sądy nie podejmowały naszych spraw. Wytoczyłem proces Urbanowi, który się nigdy nie odbył… Wytoczyłem Andrzejowi Drzycimskiemu (który powiedział, że to ja pomogłem uciec Bagsikowi i Gąsiorowskiemu) - w pierwszej instancji przegrałem z uzasadnieniem, że rzecznik prasowy prezydenta mógł sobie pozwolić na taką luźną wypowiedź, natomiast sąd drugiej instancji przez pięć lat - a więc do przedawnienia - nie miał czasu zająć się tą sprawą… Proces o moją rzekomą lojalkę toczył się przez długie lata i gdyby nie to, że komuniści sami się przyznali do fałszerstwa, to prawdopodobnie bym go nie wygrał… Na sprawiedliwość sądów nigdy nie mogliśmy liczyć.

- Gdy 2001 r. powstały dwa centroprawicowe ugrupowania -PiS i PO - wydawało się, że ze względu na pokrewieństwo ideowe nareszcie nie będzie większych sporów. Dlaczego tak się nie stało?

- Dostaliśmy się do parlamentu w 2001 r. jako niewielka grupa. Niedługo potem wybuchła afera Rywina i znaleźliśmy się, wraz z PO, w głównym nurcie politycznym. Wydawało się, że wspólnie będziemy dobijać postkomunizm. Dlatego sporym dla mnie zaskoczeniem było, gdy 19 czerwca 2005 r., zupełnie z nagła, Donald Tusk wygłosił w Warszawie na Torwarze bardzo agresywne wobec nas przemówienie. Już przedtem parę razy spotykaliśmy się z agresją z jego strony przy okazji omawiania różnych ważnych spraw i widać było, że to nie jest człowiek, z którym będzie można się porozumieć…

- A mówiono zawsze, że to Pan nie jest skłonny do porozumień!

- No właśnie, bo o mnie można było mówić wszystko, nawet nieprawdę, i nigdy nie miałem szansy sprostowania…

- Po 19 czerwca 2005 r. doszedł Pan do wniosku, że raczej niemożliwe będzie tworzenie „nowego państwa” wspólnie z PO?

- Na to, niestety, wyglądało. Donald Tusk poczuł się pewniej, gdy rozprawiono się z Cimoszewiczem i już wszystkie głosy postkomunistycznego establishmentu mogły pójść na korzyść PO, a kampania wyborcza PO mogła być zbudowana na atakach na nas. Przedstawiono nas jako tych, którzy chcą siać terror. To była krytyka naszej deklaracji walki z korupcją. Straszono naszym programowym „socjalizmem”. Przekonywano, że tylko PO jest gwarantem spokoju.

- PiS w tej kampanii nie pozostawało jednak dłużne - też straszyło!

- Oczywiście, ale zwracaliśmy uwagę przede wszystkim na różnice programowe, że nam chodzi o Polskę solidarną, im o liberalną. Wydawało się, że stosujemy normalne metody walki wyborczej, ale jakkolwiek byśmy nie zadziałali, choćby przedstawiając symbol pustoszejącej lodówki, wszystko uznawano za kamień obrazy. Warto powiedzieć, że gdyby PO mogła zrealizować wtedy swój program, to późniejszy kryzys zniszczyłby Polskę… Na szczęście, to my wygraliśmy wybory w 2005 r.

- I potem to Pan nie chciał dopuścić do utworzenia rządu koalicyjnego PiS-PO?

- Nic podobnego! To oni nie chcieli wtedy sojuszu z nami, z partią, która wygrała… Byli pewni, że dostaną poparcie mediów w każdej sytuacji, dlatego mogli przeprowadzić tę swoją socjotechniczną grę, aby winę za nieutworzenie koalicji zwalić na nas. Nie chcieli też nowych wyborów, gdy wiosną 2006 r. proponowaliśmy samorozwiązanie parlamentu, mimo że już wtedy wyprzedzali nas w sondażach. Wówczas padła taka bardzo charakterystyczna deklaracja: nie chodzi o to, żeby teraz wygrać z PiS-em, nam chodzi o to, żeby PiS anihilować, unicestwić.

- Uważa Pan, że to właśnie wtedy rozpoczęła się ta najgroźniejsza odsłona kampanii nienawiści?

- Tak, choć już po wyborze Lecha Kaczyńskiego na prezydenta Polski Platforma wraz z popierającym ją establishmentem ogłosiła niemal żałobę narodową i wiadomo było, że najgorsze przykrości dopiero przed nami… Zaczęło się obrażanie, wyśmiewanie prezydenta, na temat reklamówki mojej śp. Bratowej rozpętano całą kampanię szyderstw… W obronę wzięto niejakiego Huberta H., który lżył prezydenta, a stał się niemal bohaterem narodowym. Zasugerowano ludziom nawet, że jest on prześladowany na polecenie Lecha Kaczyńskiego… To prymitywne pomówienie było zarazem sygnałem dla prokuratury, żeby nie zajmowała się sprawami obecnego prezydenta, i rzeczywiście, czegokolwiek obraźliwego by o prezydencie nie powiedziano, to sprawy albo nie podejmowano, albo ją umarzano. Natomiast przy takim samym stanie prawnym za prezydentury Kwaśniewskiego potrafiono skazywać na pozbawienie wolności za powiedzenie, że prezydent jest leniwy… O Leszku można było powiedzieć wszystko, co najgorsze, że pijak, że cham - i nic… Nie ma przesady w określeniu, że wokół prezydenta Kaczyńskiego stworzono cały przemysł pogardy.

- Kogo uważa Pan za głównego twórcę tego przemysłu pogardy?

- Przede wszystkim polityków PO, którzy byli inspiratorami większości obelżywych kampanii. Najwięcej zasług w tej sprawie położył chyba sam Donald Tusk, który już kilka lat temu mówił o schizofrenii braci Kaczyńskich, którzy wskazują nadużycia, układy, złodziejskie powiązania... Moim zdaniem, to obrażanie nas było głęboko przemyślane, było zakamuflowaną obroną tych, którzy poczuli się zagrożeni przez rządy Kaczyńskich.

- Dlaczego po przejęciu władzy przez PO nie doszło do uspokojenia nastrojów? Może tym razem to PiS, jako partia opozycyjna, prowokowało kłótnię?

- Pewnie dlatego, że głównym celem PO było całkowite wyeliminowanie PiS-u z polityki. Zwracam uwagę, że to nie my używaliśmy obelżywych słów i prymitywnych dowcipów. Takowe zaczęły padać z ust wysokich urzędników państwowych i ochoczo były powielane przez media. Mówiono o nas jako o dewiantach, nazywano bydłem, watahą, którą trzeba dorżnąć… Szyderstwo z Kaczyńskich było w dobrym tonie, przy każdej okazji, w każdym salonie, na każdym dworcu. Wielu dziennikarzy i twórców programów popkulturowych nie zarobiłoby inaczej na życie. I pewnie wszyscy mieli przy tym dobrą zabawę, ale uważam, że za tą całą nagonką medialną kryje się jeszcze coś więcej. Uważam, że mamy do czynienia z całkowicie przemyślaną intencją szkodzenia Polsce.

- No i właśnie znów naraża się Pan na kolejne ataki, że dopatruje się Pan wszędzie spisku…!

- Trudno. Inaczej nie sposób tego wszystkiego zrozumieć. Czasem poziom agresji naszych mediów jako żywo przypomina mi radio Moskwa z najciemniejszych czasów. Najdobitniej odczuwałem to wtedy, kiedy prezydent z narażeniem życia poleciał do Gruzji, żeby ratować coś, co było bardzo ważne także dla interesu Polski, i był z tego powodu wyszydzany, wyśmiewany. Naprawdę, narażając się znowu na czyjąś furię, powiem, że być może to właśnie udział w tamtej gruzińskiej misji przyczynił się do przedwczesnej śmierci mojego brata…

- A może, Panie Prezesie, ten polski przemysł nienawiści wymknął się po prostu spod kontroli i nikt nad nim nie panuje?

- Moim zdaniem, ten przemysł nienawiści był i jest jednak sztucznie podtrzymywany, bo PO po prostu nie umie inaczej rządzić; moralnie i intelektualnie jest niezdolna do rządzenia. To jest strukturalna cecha tej elity politycznej, która prowadzi do tego, że zamiast prawdy mamy manipulację. Mechanizm demokratyczny zmienił się w jedną wielką manipulację! Gdy co miesiąc obchodzę wspomnienie śmierci brata, to mówi się, że urządzam faszystowskie demonstracje… Tak mówi się o pochodzie, który modli się pod wodzą księży, tylko dlatego, że ludzie niosą pochodnie… Niestety, duża część zwolenników PO nie rozumie rzeczywistości, niewiele o niej wie i nawet nie chce wiedzieć…

- Wydawało się, że katastrofa smoleńska wyciszy spory i nienawiści, tymczasem stało się wręcz przeciwnie. Podobno to z Pana winy?...

- Proszę zwrócić uwagę, że gdy nie chciałem wykorzystywać osobistej tragedii w kampanii wyborczej, to nazwano to hipokryzją. Gdy tylko zacząłem zgłaszać zastrzeżenia do postępowania rządu w kwestii wyjaśniania przyczyn katastrofy, uznano, że się awanturuję… Ja nie zamierzam w tej sprawie milczeć. A zachowanie polskiego rządu wobec strony rosyjskiej oceniam jako jeden wielki skandal! Właśnie przy okazji tej tragedii okazało się najdobitniej, że politycy sprawujący obecnie władzę nie mają moralnych kwalifikacji do rządzenia dużym europejskim krajem.

- A zatem będzie Pan nadal jątrzył?

- Nie godzi się siedzieć cicho, gdy się słyszy niewybredne, chamskie dowcipy, obrażające Zmarłych! Gdy po przeżyciu wielkiej tragedii narodowej ruszyła nieprawdopodobna fala chamstwa, podmywająca fundamenty naszej kultury... Nic na to nie poradzę, że mam dziś silne skojarzenia z czasem okupacji, gdy tłamszono naszą samodzielność… Wiem, że to wywoła furię, ale niestety, taka jest moja ocena obecnej sytuacji. Uważam, że ten klimat politycznie zainspirowanej nienawiści nie mógł się nie skończyć tragicznym wydarzeniem w Łodzi.

- Po tym zabójstwie, komentując Pana niechęć przyłączenia się do rządowej akcji walki z nienawiścią w polityce, premier powiedział, że nie dojrzał Pan do refleksji…

- A pewien publicysta wprost oszalały z nienawiści ogłosił wprost, że to ja jestem wszystkiemu winien… Moje zdumienie budzi fakt, że „Rzeczpospolita” publikuje głosy wzywające mnie do przeprosin za to, że w Łodzi zamordowano niewinnego człowieka, bo zabójca nie mógł zamordować mnie. A gdyby do ataku doszło tu, w moim biurze, i gdybym jakimś cudem wyszedł cało, to powinienem natychmiast przeprosić Donalda Tuska i całą PO za to, że dokonano na mnie zamachu!? Co więcej, doszło do sytuacji niespotykanej w cywilizowanych państwach: po tym politycznym morderstwie znaleźli się czołowi politycy Platformy, tacy jak panowie Niesiołowski, którego Platforma uczyniła wicemarszałkiem Sejmu, i Czuma, który był ministrem sprawiedliwości, którzy wręcz usprawiedliwiali ten mord. Bo czym, jak nie usprawiedliwieniem tej zbrodni, są słowa (skierowane do mnie), że kto sieje wiatr, ten zbiera burzę. Takie słowa, zwłaszcza w ustach osoby, która była ministrem sprawiedliwości, są szczególnie odrażające.

- Dlaczego nie docenia Pan gestu złożenia kwiatów w miejscu morderstwa przez premiera, prezydenta i marszałka Sejmu?

- Dlatego właśnie, że to tylko gest, za którym nie idą konkretne działania. Aby w Polsce można było dziś mówić o realnej zmianie, to po pierwsze - powinno być wszczęte postępowanie karne przeciwko Januszowi Palikotowi, który jako ceniony w swej partii polityk jawnie podżegał do zabójstwa. Po drugie - Bronisław Komorowski i Donald Tusk powinni przeprosić publicznie w Sejmie za obelgi rzucane na mojego śp. Brata, a pan Komorowski także za usprawiedliwianie wyjątkowo odrażającego ataku swojego przyjaciela Palikota na śp. Grażynę Gęsicką.

- „Eksperymentalnie” prezydent już to uczynił.

- W tych przeprosinach było więcej cynizmu niż stosownej pokory… Przepraszać należy uczciwie, po chrześcijańsku. A za prawdziwymi przeprosinami powinien też pójść apel do mediów, aby nie sączyły jadu, nie prymitywizowały debaty publicznej, aby wreszcie zaczęły spełniać swą właściwą w demokracji rolę rzetelnego kontrolera rządów i polityki.

- Wtedy zgodzi się Pan na rozmowę z prezydentem, której teraz Pan odmawia?

- Tak. W przeciwnym razie pozostanę w przekonaniu, że chodzi tu o kolejny nieczysty manewr polityczny.

- Tyle że ta Pana dumna odmowa znowu będzie krytykowana i wyśmiewana. Nie boi się Pan tego?

- Niczego już się nie boję. I oświadczam, że nikt mnie nie zmusi - chyba że mnie zabije - do tego, żebym nie dążył do wyjaśnienia przyczyn katastrofy smoleńskiej, bo to jest mój obowiązek wobec Polski, wobec mojego śp. Brata i wobec Przyjaciół, którzy zginęli.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Franciszek: dla chrześcijanina modlitwa oznacza powiedzenie Bogu „Abbà”

2019-01-16 10:42

st (KAI) / Watykan

Na znaczenie dziecięcej, wewnętrznej i czułej relacji z Bogiem jako istoty modlitwy chrześcijańskiej wskazał Ojciec Święty w swojej dzisiejszej katechezie. Słów papieża w auli Pawła VI wysłuchało około 7 tys. wiernych.

Grzegorz Gałązka

Franciszek zauważył, że poznawszy Jezusa i wysłuchawszy Jego przepowiadania, chrześcijanin nie uważa już Boga za tyrana, którego należy się bać, ale odczuwa, że w jego sercu rodzi się zaufanie: może rozmawiać ze Stwórcą, nazywając go „Ojcem”. Podkreślił fakt, że aramejskie wyrażenie „Abbà” nie zostało przetłumaczone w Nowym Testamencie na język grecki, co jest czymś rzadkim. „Musimy sobie wyobrazić, że w tych aramejskich słowach pozostał, jakby «nagrany», głos samego Jezusa. W pierwszym słowie «Ojcze nasz» od razu znajdujemy radykalną nowość modlitwy chrześcijańskiej” – stwierdził papież.

Ojciec Święty wyjaśnił, że słowo „Abbà” wyraża relację niezwykle zażyłą i serdeczną, nawiązującą do okresu dzieciństwa. Zachęcił, aby wyobrazić sobie, jak modlitwę „Ojcze nasz” mógł odmawiać syn marnotrawny, co pozwala dostrzec, że w Bogu jest tylko wierna i niezawodna miłość. Zatem wystarczy przywołać jedynie to wyrażenie - Abbà - żeby rozwinęła się modlitwa chrześcijańska. „Bóg jest jak matka, która nigdy nie przestaje kochać swojego stworzenia” - powiedział Franciszek. Dodał, że dla chrześcijanina modlenie się oznacza powiedzenie po prostu „Abbà”. Zapewnił, że nawet jeśli szliśmy drogami dalekimi od Boga możemy wciąż znaleźć siłę do modlitwy, rozpoczynając od słowa „Abbà”. „On nie będzie przed nami ukrywał swojego oblicza. Nie zamknie się w milczeniu. Powiesz Jemu: „Ojcze!”, a On ci odpowie: masz Ojca – ale jestem przestępcą – tak, ale masz Ojca, który ciebie kocha. Powiedz Jemu „Ojcze!”. W ten sposób rozpocznij swoją modlitwę. A w milczeniu powie ci, że nigdy nie stracił ciebie z pola widzenia- „Ależ Panie, uczyniłem to…” – „Nigdy nie straciłem ciebie z pola widzenia, widziałem wszystko. Byłem zawsze blisko ciebie, wierny swej miłości do ciebie”. Taka będzie odpowiedź. Nigdy nie zapominajcie mówić: „Ojcze!” – stwierdził papież na zakończenie swojej katechezy.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Koncert kolęd 2019

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem