Reklama

Pasterz według Bożego wzoru

Opracowanie: Maria Wójtowicz, Barbara Piotrowska-Dubik
Niedziela Ogólnopolska 2/2009, str. 22-23


Obóz wakacyjny Sodalicji akademickich, Gdańsk-Brzeźno, 1947 r. Trzeci od lewej siedzi ks. Franciszek Bogdan SAC
Archiwum prywatne

W dniu 9 września 2008 r. zmarł ks. prof. Franciszek Bogdan SAC, duszpasterz akademicki w Gdańsku w latach 1945-50. Jako grono dawnych studentów, związanych wówczas z duszpasterstwem akademickim, pragniemy dać świadectwo o naszym Duszpasterzu, o jego obecności i roli w naszym życiu.

Początek DA w Gdańsku

Pięć lat to niedługi okres w życiu i w pracy Księdza Profesora, jako kapłana w Stowarzyszeniu Księży Pallotynów, piastującego wysokie stanowiska oraz prowadzącego różne formy pracy duszpasterskiej, jako naukowca, prawnika i moralisty, pisarza i tłumacza, wykładowcy i wychowawcy. Jednak w naszym życiu ten czas był niezwykle ważny i owocny, zwłaszcza że przedłużył się na trwający do końca życia Ojca - tak nazywaliśmy naszego Duszpasterza - bliski i serdeczny kontakt z nim, a także między nami.
Na Wybrzeżu po wojnie spotkała się młodzież (w wieku od 18-45 lat) z różnych stron przedwojennej i ówczesnej Polski. W Gdańsku powstało duszpasterstwo akademickie głównie dla studentów Akademii Lekarskiej, Politechniki i Wyższej Szkoły Pedagogicznej, które obejmowało również inne uczelnie Wybrzeża. Pierwszym duszpasterzem został ks. Franciszek Bogdan, od początku organizujący pracę tego ośrodka. Do duszpasterstwa szybko zaczęli zgłaszać się chętni do współpracy studenci. Tej młodzieży wychodził naprzeciw ks. Bogdan - duszpasterz młody, energiczny, łatwo nawiązujący kontakt, przyjazny i otwarty, przy tym rzeczowy i zwięzły. Przygarniał wszystkich wraz z ich problemami i młodzieńczymi rozterkami. W atmosferze aprobaty i wzajemnej życzliwości formowało się środowisko, w którym każdy szybko poczuł się jak u siebie. Wkrótce też powstały zespoły: Sodalicja, Caritas Academica i Koło Liturgiczne.
Duszpasterstwo miało swoją siedzibę w Gdańsku przy ulicy M. Skłodowskiej-Curie 3B w dwu barakach, zwanych przez nas „baraczkami”. W jednym mieściła się kaplica i było mieszkanie Księży Pallotynów, drugi stanowił miejsce naszej działalności.

Modlitwa i czyn

Pod Ojca kierunkiem zaczęliśmy odczytywać na nowo Słowo Boże. Recytowane (po łacinie) Msze św. uświadamiały piękno i głębię tekstów liturgicznych oraz uczyły wspólnego z celebransem przeżywania Najświętszej Ofiary. Dni skupienia zawsze wnosiły coś nowego w nasze życie duchowe, prostowały pokręcone sprawy i wspomagały nasze wysiłki. Rekolekcje, prowadzone przez Ojca lub zaproszonych księży, pogłębiały nas wewnętrznie. Kazania i nauki - logiczne, jasne, zwięzłe - były doskonale przygotowane, z troską o to, byśmy je dobrze zrozumieli. Ustawiały nasze życie na mocnym gruncie poznawania Boga i przeżywania wszystkiego z Bogiem. Wchłanialiśmy te nauki.
Przeżywaliśmy wspólnie rok kościelny: Boże Narodzenie z budowaniem szopki i organizowaniem „opłatka” dla całej uczelni; Wielki Tydzień z przygotowywaniem Grobu Pańskiego i całonocną adoracją z Wielkiego Piątku na Wielką Sobotę; Boże Ciało z ustawianiem ołtarzy i organizowaniem procesji.
Nasza Sodalicja, gromadząca młodzież uczelni Wybrzeża - pierwsza Sodalicja akademicka koedukacyjna - to był „eksperyment ks. Bogdana”, jak z rezerwą, a nawet z obawą określano wśród duchowieństwa połączenie Sodalicji akademickiej męskiej i żeńskiej w jedną. Ten „eksperyment” w wydaniu gdańskim okazał się bardzo udany.
Caritas Academica pomagała biedniejszym studentom, dając przez to społeczny wyraz naszej wierze.
Ojciec prowadził również duszpasterstwo pielęgniarek i środowisk naukowych uczelni. Ponadto był przełożonym domu Księży Pallotynów, a także rektorem i wykładowcą zorganizowanego przez siebie Instytutu Wyższej Kultury Religijnej.

Reklama

Studencka wspólnota życia

W „baraczku” w każdą niedzielę po Mszy św. było wspólne z Ojcem śniadanie: czarna kawa zbożowa i chleb ze smalcem plus porcja śmiechu i żartów. A potem - zwykle jakaś wyprawa, zależnie od pory roku, a więc: nad morze, na łódkę lub żagiel, do lasu lub choćby na długi spacer po górkach. Był to też czas na różne prace społeczne, np. bieganie po Trójmieście z puszkami na zbiórkę dla biednych studentów.
W tym środowisku upływały również nasze dni powszednie. Rano wykłady i ćwiczenia, a w czasie przerwy obiadowej zawsze było coś do zrobienia w „baraczku”: przygotowanie do jakiegoś święta lub imprezy czy pomoc w pracach duszpasterstwa, np. odbijanie skryptów dla IWKR-u. A po zajęciach popołudniowych na uczelni - wykłady na IWKR, zebrania zespołów, a w odpowiedniej porze roku koniecznie nasza ukochana siatkówka. Byliśmy w niej niezmordowani. Oczywiście, najlepiej grał Ojciec.
W naszej „paczce” obchodziliśmy również imieniny i inne ważne uroczystości rodzinne. Dochodziły jeszcze do tego spotkania dotyczące ogółu studentów, jak organizowane przez „Bratniak” („Bratnia Pomoc” - organizacja samorządowa studentów): „opłatek”, koncerty w filharmonii czy bale karnawałowe. Swoją obecnością na tych spotkaniach Ojciec okazywał publicznie, że jest duszpasterzem wszystkich studentów.
W „baraczku” bawiliśmy się w „naszym” stylu. Każdy student mógł się do nas dołączyć, ale musiał się odpowiednio zachowywać. Śpiewaliśmy i tańczyliśmy do upadłego. Ojciec śpiewał z nami, ale nie tańczył. Był wtedy zawsze w sutannie.

Razem na wakacjach

Od początku swojej działalności na Wybrzeżu Ojciec organizował duszpasterstwo wakacyjne w różnych formach, co tak wspaniale - jak wszyscy wiemy - realizował w Krakowie ks. Karol Wojtyła. Z tych prac duszpasterstwa należy koniecznie wymienić pierwszy po wojnie obóz wakacyjny sodalicji akademickich z całej Polski w Gdańsku-Brzeźnie w 1947 r.
Każdego lata organizowano dłuższe wyprawy górskie. Ojciec był doświadczonym przewodnikiem. Uczył mądrego chodzenia po górach, a my czuliśmy się z nim w każdej sytuacji bezpiecznie. W pięknej tatrzańskiej przyrodzie nabieraliśmy tężyzny fizycznej, duchowej i ubogacaliśmy się wewnętrznie.
Niezapomnianym przeżyciem była też wycieczka rowerowa na Mazury. Jazda przez piękną krainę, kąpiel w jeziorach, noclegi w leśniczówkach, zwykle na sianie, wspólne przygotowywanie posiłków. Śpiewaliśmy, cieszyliśmy się przyrodą, życiem, każdą przygodą.
Nasze wyprawy miały równoczesnie charakter formacyjny. Zawsze połączone były ze Mszą św., odprawianą w pobliskich kościołach, na polanach lub w lesie.

Zawsze miał czas

Jak to możliwe, że wśród tylu różnorodnych zajęć Ojciec znajdował czas dla każdego indywidualnie, kto tego potrzebował? - A jednak tak było. Do Ojca biegało się z kłopotami, trudnościami i problemami. Ojciec rozstrzygał spory, cierpliwie tłumaczył nawet tym najbardziej upartym i niesfornym, dodawał otuchy. Pomagał też każdemu z nas rozpoznać własną drogę. Oddany bezinteresownie, zawsze do naszej dyspozycji, nam też poświęcał cały swój wolny czas.
Ojciec stworzył z nas wspólnotę, w której wszyscy się dogadywali, znajdowali przyjaciół, dzielili radości i smutki. To była prawdziwa rodzina! Nasza wspólnota skojarzyła kilka małżeństw, które pobłogosławił Ojciec.
Zdarzały się również chwile trudne. Jednak zawsze był przy nas ktoś, kto nad nami czuwał, nami kierował i nieraz brał za nas na siebie odpowiedzialność, czując cały jej ciężar. Dopiero później zrozumieliśmy kosztem jakiego wysiłku, pracy i stałej troski Ojciec zapewniał nam poczucie bezpieczeństwa, spokój i radość tamtych dni. Dopiero później zdaliśmy sobie sprawę z tego, ile miał nieraz kłopotów, a nawet przykrości z naszego powodu, ale nigdy nam o tym nie mówił.

Represje polityczne

Stopniowo w pracy duszpasterskiej zaczęły narastać trudności z powodu coraz silniejszych ataków politycznych ówczesnych władz na Kościół. Odczuliśmy je i w naszym środowisku. Dotyczyły głównie Ojca, ale uderzały także i w nas. Likwidacja Sodalicji i Caritas Academica, aresztowanie kolegi - prezesa C.A., „wizyty” funkcjonariuszy UB i rozmowy. Niektórzy z nas byli także później szykanowani, a nawet mieli trudności w ukończeniu studiów i uzyskaniu dyplomu.
W tych przykrościach, szykanach, rewizjach i przesłuchaniach Ojciec nie tracił równowagi, pokoju, pogody. Pracował konsekwentnie i spokojnie aż do przymusowego wyjazdu z Gdańska. A podczas pożegnania na peronie przykazał nam, byśmy się nie rozproszyli. Bardzo obawiał się tego, by łączące nas silne więzy nie zostały zerwane.
Po wyjeździe Ojca, co bardzo przeżyliśmy, nie rozproszyliśmy się. Nadal gromadziliśmy się w „baraczkach”, wspomagając nowego Duszpasterza aż do skończenia studiów.
Jak bardzo jesteśmy Ojcu wdzięczni za to, że nas na progu dorosłego życia przygotował do niego; za ugruntowanie naszej wiary, którą mogliśmy przekazać następnemu pokoleniu; za Ojca obecność i przyjaźń.

Kontakt na odległość

A potem były dalsze losy Ojca i każdego z nas. Po wyjeździe z Gdańska Ojciec początkowo był blisko - w Ołtarzewie. Jedni odwiedzali go tam, inni utrzymywali kontakt listowny. U tych, którzy zamieszkali w Warszawie, Ojciec bywał częstym gościem. Brał udział w ich życiu rodzinnym: błogosławił małżeństwa, chrzcił dzieci, pomagał rozstrzygać problemy etyczne związane z życiem rodzinnym i pracą zawodową. Potem Ojciec wyjechał do Rzymu - na 12 lat. Kontakt korespondencyjny trwał nadal. Kartki od Ojca na imieniny czy święta przychodziły z regularnością i punktualnością zegarka. A kto miał w tym czasie szczęście pojechać do Wiecznego Miasta, znajdował u Ojca nie tylko serdeczną radość ze spotkania, ale i wszelką pomoc, jaka była potrzebna. Wśród ogromu pracy i obowiązków zawsze znajdował dla nas czas, niekiedy nawet na wspólne wędrówki po Rzymie.
Po ukończeniu studiów rozjechaliśmy się po Polsce, ale duża część naszej zżytej grupy (ok. 20 osób) znalazła się w Warszawie. Odnowiliśmy dawne kontakty. Odżyła serdeczna więź. Z radością przyjęliśmy wiadomość, że Ojciec wrócił na stałe do kraju. Znów zaczęliśmy się spotykać z Ojcem, tym razem w naszych rodzinnych domach. Odrodziła się „paczka” gdańska.

Wierni do końca

Gdy Ojciec zamieszkał w Otwocku, wtedy częściej my jeździliśmy do Niego. Mimo ciągłej intensywnej pracy i słabnącego zdrowia, zawsze wygospodarował dla nas czas i siły. Witał każdego z radością i serdeczną gościnnością, jak najbliższą rodzinę. W tym czasie my byliśmy już dojrzalsi, a Ojciec obdarzał nas swoim zaufaniem. Mogliśmy przez to pełniej doświadczać głębi jego życia duchowego, jego łączności z Bogiem. I wtedy też zrozumieliśmy, że jego ojcostwo w stosunku do nas wypływało rzeczywiście z Ojcostwa Boga, które nam przybliżał nie tylko swoimi naukami i książkami, jak: „Modlitwa Dzieci Bożych” - Ojcze nasz, czy „Najmilsze pozdrowienie” - Zdrowaś Maryja, ale całym swoim życiem. Dlatego słusznie mogliśmy nazywać go Ojcem.
Po długim życiu, oddanym bez reszty Bogu i ludziom, Ojciec odszedł do Pana po nagrodę, którą jest On sam. Pożegnaliśmy Ojca z ogromnym bólem, ale i z nadzieją radosnego spotkania w Niebie. Bogu niech będą dzięki za wielki dar, jakim był dla nas Ojciec i my wzajemnie dla siebie. Naszemu Ojcu - z modlitwą, miłością i wdzięcznością - grono dawnych studentów.

Franciszek do włoskich biskupów: nie może mówić o ubóstwie i jednocześnie żyć jak faraon

2018-05-22 16:33

Paweł Pasierbek SJ/vaticannews.va

media vaticana

Kryzys powołań, świadectwo życia ewangelicznym ubóstwem oraz łączenie diecezji to główne tematy, które poruszył Papież w przemówieniu skierowanym do biskupów z Konferenjci Episkopatu Włoch.

Zdaniem Franciszka kryzys powołań to zatruty owoc kultury tymczasowości, relatywizmu i dyktatury pieniądza. Ponadto jako przyczynę takiego stanu rzeczy wymienił tragiczny spadek urodzin, który nazwał „demograficzną zimą” oraz skandale we wspólnocie Kościoła i nijakie świadectwo.

Papież o powołaniach

"Ile seminariów, kościołów, klasztorów czy opactw zostanie zamkniętych w przyszłych latach z powodu braku powołań? – pytał się Ojciec Święty. - Bóg to wie. Jak bardzo smuci spojrzenie na tę ziemię, przez długie wieki tak płodną i hojną w dawaniu misjonarzy, sióstr zakonnych, kapłanów pełnych apostolskiego zapału, która wraz z całym starym kontynentem wchodzi w powołaniową bezpłodność bez szukania skutecznych rozwiązań. Ufam, że ich szuka, ale nie potrafi znaleźć".

Papież zaproponował włoskim biskupom, aby diecezje, w których liczba kapłanów jest większa, wspierały te, gdzie ich brak. Mogłaby to być pierwsza, konkretna próba zaradzenia kryzysowi.

Mówiąc o ubóstwie Franciszek odwołał się do św. Ignacego Loyoli, który nazywa je matką i murem życia apostolskiego. Matką, ponieważ rodzi dobro, a murem, bo chroni przed złem. Bez ubóstwa, zauważył Papież, nie ma apostolskiego zapału i życia w służbie drugim.

Papież o ubóstwie

"Kto wierzy, nie może mówić o ubóstwie i jednocześnie żyć jak faraon – stwierdził Franciszek. - Czasami widzi się takie rzeczy. To jest antyświadectwo, gdy mówi się o ubóstwie i prowadzi się luksusowe życie; jest rzeczą skandaliczną, gdy wydaje się pieniądze bez przejrzystości lub używa się dóbr Kościelnych jakby były osobistymi. (...) Mamy obowiązek korzystać z nich w przykładny sposób, w oparciu o jasne i wspólne reguły, bo pewnego dnia zdamy z tego sprawę właścicielowi winnicy".

Papież poruszył także temat liczby diecezji we Włoszech, których jest tutaj ponad 250. Wyraził opinię, że jest ich za wiele i trzeba rozpocząć proces ich łączenia. Dodał, iż problem ten nie jest nowy, poruszał go już papież Paweł VI i ciągnie się zbyt długo. „Uważam – powiedział – że nadszedł już czas, aby jak najszybciej zamknąć ten temat”.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Papież spotka się z 5 księżmi chilijskimi, ofiarami ks. Karadimy

2018-05-22 22:17

st, pb (KAI) / Watykan

W dniach 1-3 czerwca Ojciec Święty spotka się z 5 księżmi, ofiarami nadużyć seksualnych ks. Fernando Karadimy w swojej rezydencji w Domu Świętej Marty – podało Biuro Prasowe Stolicy Apostolskiej.

vatican.va

Oto tekst watykańskiego komunikatu w tłumaczeniu na język polski:

„Od 1 do 3 czerwca 2018 r. Ojciec Święty przyjmie drugą grupę ofiar ks. Fernando Karadimy i jego zwolenników z parafii Najświętszego Serca Jezusowego w dzielnicy Providencia w Santiago de Chile („El Foresta”). Chodzi o pięciu księży, którzy padli ofiarą nadużycia władzy, sumienia i wykorzystywania seksualnego. Razem z nimi będą również dwaj kapłani, którzy pomagali ofiarom w ich drodze prawnej i duchowej, oraz dwie osoby świeckie zaangażowane w to cierpienie. Wszyscy będą gośćmi Ojca Świętego w Domu Świętej Marty.

Zdecydowana większość z tych osób uczestniczyła w spotkaniach odbywających się w Chile podczas specjalnej misji abp. Charles Scicluna i ks. Jordi Bertomeu, jaka miała miejsce w lutym b.r. Pozostali współpracowali w ciągu tygodni, które nastąpiły po wizycie.

Poprzez to nowe spotkanie zaplanowane miesiąc temu, Papież Franciszek pragnie okazać bliskość wykorzystywanym kapłanom, towarzyszyć im w ich bólu i wysłuchać ich cennych opinii, aby udoskonalić aktualne środki prewencyjne i zwalczać nadużycia w Kościele.

Na tym zakończy się pierwszy etap spotkań, jakich chciał Ojciec Święty, z ofiarami systemu nadużyć ustanowionego kilkadziesiąt lat temu we tej parafii. Wspomniani księża i świeccy reprezentują wszystkie ofiary kleru w Chile, ale nie jest wykluczone, że podobne inicjatywy mogą się powtórzyć w przyszłości.

Podczas weekendu będą miały miejsce różne spotkania, które będą odbywały się w atmosferze zaufania i poufności. Rano w sobotę, 2 czerwca, papież odprawi prywatną Mszę w Domu Świętej Marty, a wczesnym południem odbędzie się spotkanie grupy, a następnie rozmowy indywidualne.

Ojciec Święty nadal prosi wiernych w Chile – a w szczególności wiernych w parafiach, gdzie ci kapłani wypełniają swoją posługę duszpasterską – aby towarzyszyli im modlitwą i solidarnością w tych dniach”.

Urodzony w 1930 r. ks. Fernando Karadima był powszechnie znanym i szanowanym duszpasterzem. Uważał się za duchowego syna księdza-społecznika św. Alberta Hurtado. Bronił praw człowieka w czasie dyktatury gen. Augusto Pinocheta. Uchodził za autorytet młodzieży pomagającej ubogim. Wychował około 50 kapłanów, w tym kilku biskupów (jednym z nich jest Juan Barros). Przez wielu uważny był za świętego.

Gdy więc kilku młodych mężczyzn z parafii Najświętszego Serca Jezusowego w dzielnicy Providencia w Santiago de Chile, gdzie był proboszczem, złożyło zeznania obciążające go jako pedofila, początkowo nikt nie chciał w nie wierzyć.

Także arcybiskup Santiago w latach 1998-2010, kard. Francisco Javier Errázuriz przyznał po latach, że nie uwierzył w pierwsze oskarżenia właśnie z powodu „opinii świętości”, jaka otaczała ks. Karadimę. Nie podjął dochodzenia, gdyż prawo kościelne nakazuje je rozpocząć, gdy zarzuty są co najmniej prawdopodobne. Ponadto był przeświadczony, że ofiary nie milczałyby przez lata, już jako ludzie dorośli, o doznanych nadużyciach. Zaprzeczył jednocześnie, jakoby jego intencją było krycie nadużyć, uznał jedynie, że nie ma na nie dowodów. Później jednak, gdy poważne zarzuty wobec ks. Karadimy zostały publicznie przedstawione, poprosił duchownego, by zrezygnował, jednak ten się bronił. W końcu kardynałowi udało się go do tego przekonać i w 2006 r. ks. Karadima przestał być proboszczem. Zgodnie z obowiązującymi w Kościele procedurami sprawę przekazano do zbadania Kongregacji Nauki Wiary, która w styczniu 2011 r. uznała winę duchownego i nałożyła na niego dożywotnią suspensę (zakaz sprawowania funkcji kapłańskich). Kilka miesięcy później odrzuciła jego odwołanie, w którym utrzymywał, że nie popełnił zarzucanych mu czynów. Niemal 88-letni ks. Karadima do dziś odbywa pokutę w odosobnieniu w jednym z żeńskich klasztorów w Santiago.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Jestem od poczęcia

Reklama

Najczęściej czytane

Wiele stron internetowych, wykorzystuje pliki cookies (ciasteczka). Służą one m.in. do tego, by zagłosować w sondzie. Nowe przepisy zobowiązują nas do poinformowania o tym. Dalsze korzystanie z naszych stron bez zmiany ustawień przeglądarki będzie oznaczało, że zgadzasz się na ich wykorzystywanie.
Aby dowiedzieć się więcej, przeczytaj o Polityce plików cookies.

Rozumiem