Reklama

Wypadek, który zrodził dobro

Andrzej Tarwid
Niedziela Ogólnopolska 15/2009, str. 18-19

Archiwum rodzinne

Uratował rodzinę z pożaru. Niemal całe jego ciało zostało poparzone przez ogień. Kiedy lekarze walczyli o jego życie, on myślał, że Bóg tym doświadczeniem dał mu jakiś znak. - Tylko jaki? - pytał sam siebie. Dzisiaj Krzysztof Ziemiec zna już część odpowiedzi na to pytanie

Był zwyczajny, spokojny letni wieczór. Trójka dzieci państwa Ziemców spała. Żona Danuta sprawdzała coś w komputerze, a Krzysztof po kąpieli wyszedł z łazienki. I wówczas zapalił się garnek pozostawiony na gazie. Od tego momentu czas przyspieszył.
Płomienie i duszący dym szybko zaczęły się rozprzestrzeniać po mieszkaniu. Pierwsze próby ugaszenia pożaru nie powiodły się. Ogień zajął meble i podłogę. Trzeba było otworzyć drzwi na klatkę, aby uratować dzieci i żonę, która pobiegła obudzić maleństwa. Ale od drzwi oddzielała Krzysztofa ściana ognia. Nie wahał się. Wszedł w płomienie, które zaczęły palić jego ciało. Udało mu się otworzyć zamki. Rodzina była uratowana.

Za dusze czyśćcowe

- Pamiętam, że byłem cały czarny. Leżałem na podłodze w kuchni sąsiada, a z ciała sączyła się krew. Ja jednak nic nie czułem. Nie straciłem przytomności. Byłem spokojny. Myślałem: jak przeszedłem ten ogień piekielny, to już teraz nic mi się nie stanie. Kiedy zabrało mnie pogotowie, to w karetce zacząłem nawet żartować z ratownikami - wspomina dziennikarz.
Kiedy szok zaczął ustępować, jego miejsce zajął narastający ból. Rano w szpitalu Krzysztofa odwiedził kapłan i od razu spytał, czy chce się wyspowiadać. - Powiedział to do mnie w taki sposób, że zapytałem, czy to już koniec. Ksiądz odpowiedział, że nie można tego wykluczyć. Wówczas zdałem sobie sprawę z powagi sytuacji, w jakiej się znalazłem. Wyspowiadałem się i przyjąłem Komunię św. - opowiada.
Stan zdrowia Krzysztofa Ziemca lekarze oceniali jako bardzo ciężki. Ponad 40 proc. ciała uległo poparzeniu. Martwa tkanka na rękach zmieniła dłonie w grabki. Spuchnięte rany zaczęły się otwierać. Miał wysoką gorączkę. W każdej chwili mogło dojść do zakażenia. I właśnie sepsy najbardziej obawiali się lekarze, którzy przez dwa tygodnie walczyli o jego życie.
A jak czuł się sam pacjent? - Cały czas, gdy byłem świadomy, czułem nieustający ból. Najgorsze były zmiany opatrunków. Modliłem się. Odwiedzający mnie ks. Piotr Prieto powiedział, że to moje cierpienie jest modlitwą. Postanowiłem ofiarować to ojcu, który zmarł 10 lat temu - mówi „Niedzieli”.

Dorastanie do wiary

Ojciec Krzysztofa był inżynierem, a mama stomatologiem. Mimo znakomitego wykształcenia kariery nie zrobili. W PRL-u awans był zarezerwowany dla członków PZPR, a oni do partii nie chcieli wstąpić. Razem z dwójką dzieci mieszkali w małym mieszkaniu na warszawskim Mokotowie.
Rodzice byli wierzący i praktykujący, ale wzorem głębokiej wiary w rodzinie byli babcia Jadwiga i dziadek Andrzej Kopczyński. - Pamiętam, że dziadek, jak pościł, to nie tylko nic nie jadł, ale w ciągu dnia pił jedynie szklankę wody. Ja nie jestem takim ascetą, ale również potrafię odmówić sobie pewnych przyjemności - opowiada Krzysztof i dodaje: - Czasami z tego powodu koledzy sobie ze mnie żartowali. Było tak np. podczas wakacji nad morzem. Nad Bałtykiem byliśmy w sierpniu, a więc w miesiącu trzeźwości. Wszyscy znajomi pili piwo, tylko nie ja.
Tak było w szkole średniej. Wcześniej jednak jako mały chłopiec Krzysztof większość wakacji spędzał pod Warszawą z dwójką ciotecznych braci - Tomaszem i Jackiem. Najbliższy kościół był oddalony od miejsca wypoczynku o 3 km. Dla niespełna 10-latka to był kawał drogi, ale niedzielnej Mszy św. nikt nie opuszczał. Nie wypadało, bo cała trójka była ministrantami w Warszawie. - Ponadto pokonanie własnych słabości w trakcie marszu uszlachetniało, tak to wówczas traktowaliśmy - mówi dziś Ziemiec.
Po wprowadzeniu stanu wojennego natomiast nastoletni Krzysztof jeździł na Żoliborz, gdzie ks. Jerzy Popiełuszko odprawiał Msze św. za Ojczyznę. W kościele św. Stanisława Kostki gromadziły się tysiące osób z całego kraju. Cechą tych nabożeństw były pieśni religijno-patriotyczne, jak np. „Boże, coś Polskę”. W czasie śpiewania wierni trzymali w górze rękę z palcami ułożonymi w literę „V”. - Kiedy ręka zaczynała mi drżeć z wysiłku, mówiłem sobie, że jeśli wytrzymam, to może Polska szybciej będzie wolna - wspomina.
Wolność przyszła w odpowiednim dla Krzysztofa Ziemca momencie. Gdyby nie upadek komunizmu, to pewnie nigdy nie zostałby dziennikarzem. Po szkole średniej poszedł na Politechnikę Warszawską. Skończył studia inżynierskie. - Znalazł sobie pracę w zachodniej firmie. Na początku lat 90. XX wieku taka posada to było marzenie wielu młodych ludzi. Jednak to dziennikarstwo było pasją Krzysztofa, zrezygnował więc z pracy i poszedł na studia dziennikarskie - mówi brat, cioteczny Tomasz Siwiec.

Reklama

Człowiek z pasją

Początki w zawodzie były trudne, a zarobki zupełnie nieporównywalne z tymi w zachodnim koncernie. Z perspektywy czasu można jednak powiedzieć, że Krzysztof Ziemiec zrobił błyskotliwą karierę w mediach. Pracował w Programie III Polskiego Radia. Potem przeszedł do TVN 24, a następnie był prezenterem „Wiadomości” i „Panoramy” w Telewizji Polskiej. W czasie, kiedy wydarzył się wypadek, był głównym prowadzącym program informacyjny w TV Puls.
- Przyszedł do naszej telewizji jako gwiazda, ale nigdy tak się nie zachowywał - mówi „Niedzieli” Amelia Łukasiak, była dyrektor programów informacyjnych i publicystyki w TV Puls. - Dzięki temu cieszył się dużym szacunkiem wśród młodszych dziennikarzy oraz - co jest zupełnie wyjątkowe - wśród pracowników technicznych. Zawsze umiał powiedzieć do nich coś sympatycznego.
Z kolei Radosław Rybiński - przełożony Ziemca z czasów pracy w „Wiadomościach” Programu I TVP - podkreśla, że Krzysztof nigdy nie wchodził w konflikty z innymi pracownikami. W świecie pełnym rywalizacji trudno znaleźć taką osobę. - Jego postępowanie nie świadczy o słabości, lecz o konsekwencji - wyjaśnia Rybiński i po chwili dodaje. - Chyba nie znajdzie Pan nikogo, kto by nie lubił Ziemca albo przynajmniej tego widocznie mu nie okazywał. A na pewno wszyscy szanowali go za dziennikarskie umiejętności.
Niewątpliwy talent dziennikarski oraz ciągły rozwój zawodowy sprawiały, że różne osoby chciały mieć Ziemca w swojej ekipie. - On nie chce szokować czy eksponować siebie. Krzysztof uprawia dziennikarstwo nienachalne i szanujące widza, którego chce jak najlepiej poinformować o wydarzeniach - opisuje Łukasiak. A Rybiński dodaje: - Jest rzetelny, ma warsztat oraz jest człowiekiem, któremu zależy. To znaczy, że nie przechodzi obojętnie obok spraw ważnych. Ta ostatnia cecha predysponuje go do pracy w mediach publicznych.
Łukasiak i Rybiński podkreślają, że komuś z takim charakterem i przekonaniami jak Ziemiec trudno jest przebić się w mediach komercyjnych. Trudno jest też obronić własne przekonania, skoro współczesne mass media stosują zasadę, że „dobra wiadomość to zła wiadomość”, a o Kościele i księżach mówi się głównie na zasadzie tanich i często niesprawdzonych sensacji.
- Niejednokrotnie stawałem przed problemem, jak poinformować o drażliwych tematach. Na szczęście zawsze miałem wokół siebie kilka osób o podobnych przekonaniach. Uważaliśmy, że nie można chować głowy w piasek, ale jednocześnie nie można obrzucać drugiego człowieka błotem. Informacje były więc wyważone i sprawdzone. Tych zasad zawsze się trzymaliśmy i z tego jestem dumny - mówi Ziemiec.
Dziennikarz przyznaje jednak, że jest jedna rzecz związana z pracą, w starciu z którą zawsze przegrywał. Chodzi o czas dla rodziny. - Praca dziennikarza jest zawodem twórczym. Im więcej zaangażowania, pomysłowości jej poświęcimy, tym efekt jest lepszy. Ale to powoduje, że jest mniej czasu dla rodziny. Kiedy tylko mogłem, wychodziłem z pracy, żeby chociaż przez 15 minut być w domu, zjeść zupę z żoną i dziećmi. Niejednokrotnie jednak byłem załamany, gdy wracałem do domu, a dzieci już spały - mówi i podkreśla: - Rodzina jest dla mnie najważniejsza.

Łańcuch dobroci

Zachowanie dziennikarza podczas pożaru pokazuje, że słowa te nie są jedynie czczą deklaracją. To dla rodziny - jak powiedział na wstępie - „przeszedł ogień piekielny”. - Bywa tak, że ludzi niewierzących takie doświadczenia zbliżają do Boga. Z kolei ludzie o letniej wierze odchodzą od religii. Ja jestem dumny z tego, że to cierpienie nie zmieniło nic z moich wartości. A to oznacza, że to, co jest we mnie, jest trwałe. Niemniej od wypadku cały czas nurtowało mnie pytanie: Co Pan Bóg chciał mi powiedzieć, na co mam zwrócić uwagę? - mówi „Niedzieli”. Na odpowiedź naprowadziła Krzysztofa żona. - Niedawno powtórzyłem te pytania, a Danusia powiedziała: - Spójrz, wokół nas stworzył się łańcuch dobra. Mieszkanie po pożarze wyremontowali znajomi. Koledzy z dawnych prac zebrali pieniądze na rehabilitację. - Ludzie chcą ci pomóc. Obrazisz nas, jeśli nie przyjmiesz naszej pomocy - zastrzegli. Kiedy Danuta jeździła do szpitala, zawsze znalazł się ktoś, kto zaopiekował się dziećmi. A na komórkę dziennikarza przychodziły serdeczne SMS-y, np.: „Jestem w Fatimie, modlę się za Ciebie i Twoją Rodzinę”.
Dzisiaj Krzysztof ma nadzieję, że za kilka miesięcy będzie już prawie w pełni sprawny. Jak przyznaje, nie doszłoby do tego, gdyby nie kolejne dobro, które go spotkało. - Po wyjściu ze szpitala nikt mi nie powiedział o tym, że jak najszybciej powinienem podjąć rehabilitację. Któregoś dnia przyszła do mnie Anna Hałas-Michalska z „Panoramy” razem z koleżanką rehabilitantką. Skutek tego spotkania jest taki, że wówczas nie mogłem chodzić, teraz sam jeżdżę samochodem - mówi dziennikarz.
- Pan Krzysztof okazał się ciepłym człowiekiem, który nie stwarza żadnego dystansu, oraz sumiennym pacjentem. Ćwiczy razem z innymi. Oni przychodzą do niego i życzą mu powodzenia. Ale on też ich mobilizuje do pracy nad sobą - mówi „Niedzieli” Danuta Kolońska, rehabilitantka.
- Najpierw było cierpienie, które zrodziło dobro. Teraz dobro rodzi dobro - mówię do Krzysztofa Ziemca. - To zapewne część odpowiedzi na moje pytania, co Pan Bóg chciał mi przez to doświadczenie powiedzieć? Resztę odpowiedzi będę poznawał do końca życia - mówi dziennikarz.

Reklama

Ks. Szczepaniak: prof. Obirek za bardzo zapatrzył się w siebie

2019-02-21 15:21

ms / Poznań (KAI)

Tylko człowiek bardzo zapatrzony w siebie może bez jakiejkolwiek wiedzy na temat stanu zdrowia abp. Stanisława Gądeckiego wypowiadać na antenie Radia Zet słowa podważające uczciwość przewodniczącego Konferencji Episkopatu Polski – uważa ks. Maciej Szczepaniak.

www.teologia.amu.edu.pl

Rzecznik archidiecezji poznańskiej odniósł się w ten sposób do wywiadu udzielonego Radiu Zet przez prof. Stanisława Obirka, byłego jezuity. Stwierdził on w nim, że choroba abp. Gądeckiego to „choroba dyplomatyczna”, „tchórzostwo po prostu”, a przewodniczący Episkopatu „nie uniósł odpowiedzialności”.

„Abp Gądecki na szczęście nigdy nie był człowiekiem tchórzliwym, nigdy nie wycofał się z raz danych przyrzeczeń kapłańskich, z papieżem Franciszkiem wielokrotnie rozmawiał osobiście na trudne tematy, a na spotkanie w Rzymie przygotowywał się od wielu miesięcy, odbywając szereg spotkań z osobami pokrzywdzonymi” – zauważa w rozmowie z KAI ks. Maciej Szczepaniak.

Rzecznik archidiecezji poznańskiej poinformował także, że stan zdrowia abp. Gądeckiego jest nadal poważny, jest on hospitalizowany w jednym z poznańskich szpitali w związku z ostrym zapaleniem płuc. W watykańskim szczycie nt. ochrony małoletnich Konferencję Episkopatu Polski reprezentuje wiceprzewodniczący abp Marek Jędraszewski.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Siostra Papa: trzeba docenić rolę kobiet w formacji seminaryjnej

2019-02-22 20:48

vaticannews / Rzym (KAI)

Kobiety powinny być bardziej zaangażowane w formację seminarzystów. Jest to jeden z kroków na drodze powstrzymania nadużyć. Ma marginesie watykańskiego szczytu na temat ochrony nieletnich wskazuje na to włoska klaryska, s. Adriana Papa.

www.vaticannews.va

Jest ona przeoryszą klasztoru w Otranto, teologiem, autorką książek i dziennikarką. Podkreśla, że geniusz kobiecy zbyt mało wykorzystywany jest w formacji zarówno seminaryjnej, jak i kapłańskiej, co jest poważnym niedopatrzeniem. „Kobieca ręka w formacji ludzkiej seminarzystów jest bardzo przydatna” – wskazuje siostra Papa.

"Obecność kobiet w procesie formacji pomaga zrozumieć i odkryć naszą różnorodność. Nie bez przyczyny Bóg stworzył człowieka jako kobietę i mężczyznę. W tym kontekście interesującą rzeczą jest to, że Bóg ogłosił narodziny Jezusa w jeden sposób Maryi, a w inny Józefowi. Kobiety nie muszą nikogo przekonywać, że mają prawo do istnienia w Kościele, my w nim jesteśmy. Dla seminarzysty, zakonnika ważne jest dostrzeżenie i docenienie roli kobiety w jego życiu. To pomaga w odkryciu jego tożsamości, co jest fundamentalne w procesie formacji. Zaburzona tożsamość jest polem do nadużyć. Kobieta staje się jakby lustrem pomagającym odkryć, kim jestem ja, jako mężczyzna” – mówi papieskiej rozgłośni siostra Papa.

Włoska klaryska wskazuje na konieczność dobrego rozeznania powołania. Trzeba odkryć, czy kandydat do kapłaństwa, czy zakonu wybiera naprawdę pójście za Jezusem, czy tylko pewien status życia. „Jeśli Chrystus jest drugoplanowy to trudno o uporządkowane życie, czyste relacje i wierność, a to jest pożywka dla nadużyć” – mówi siostra Papa.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem