Reklama

Biały Kruk 1

Powołanie: nauczyciel chrześcijański

Z br. Wojciechem Golonką - prowincjałem Zgromadzenia Braci Szkół Chrześcijańskich - rozmawia ks. Ireneusz Skubiś
Niedziela Ogólnopolska 2/2010, str. 14-15

KS. INF. IRENEUSZ SKUBIŚ: - Prosimy Brata Prowincjała o kilka słów o sobie oraz o charyzmacie Zgromadzenia, którego znakiem szczególnym jest charakterystyczny długi kołnierzyk.

BR. WOJCIECH GOLONKA FSC: - Kołnierzyk z białymi wyłogami symbolizuje otwartą księgę Ewangelii... Do Zgromadzenia Braci Szkół Chrześcijańskich (bracia szkolni) wstąpiłem w lipcu 1982 r., od tego czasu minęło więc już 27 lat. Przez długie lata katechizowałem przy parafiach, później pracowałem z osobami upośledzonymi. W tej chwili jestem jednocześnie dyrektorem naszej szkoły w Częstochowie i prowincjałem. Bracia szkolni to zgromadzenie niekleryckie - nie ma wśród nas kapłanów - całkowicie poświęcające się chrześcijańskiemu wychowaniu dzieci i młodzieży - dla tego celu i poprzez jego realizowanie mamy uświęcać siebie. Zostało powołane do istnienia w 1684 r. we Francji. Nasz założyciel - św. Jan Chrzciciel de La Salle (1651-1719) widział je przede wszystkim jako służbę dzieciom ubogim, otwieranie możliwości ich kształcenia po to, żeby mogły stawać się lepszymi obywatelami i członkami Kościoła, i żeby dzięki wykształceniu, które otrzymują w naszych szkołach, mogły lepiej ułożyć swoje życie. Św. Jan de La Salle miał wiele trudności zarówno ze strony związków nauczycielskich, jak i z powodu niezrozumienia przez niektórych duchownych, a i ze strony współbraci. Jednakże nasze szkoły były bardzo cenione. Dowodem jest fakt, że posyłali do nich dzieci również rodzice zamożni, których stać było na opłatę za edukację. Dziś na świecie jest ok. 6 tys. braci szkolnych, działamy w 82 krajach świata. Prowadzimy różne typy szkół - od podstawowych po uniwersytety.

- Jak rozwijało się Wasze Zgromadzenie i jego szkoły?

- Wielką przeszkodą w rozwoju naszego Zgromadzenia była rewolucja francuska (1789-99), w czasie której uległo ono zagładzie - przetrwali tylko pojedynczy bracia, wielu poniosło śmierć męczeńską. Z tego okresu mamy 4 błogosławionych. Za rządów Napoleona zostało oficjalnie na nowo zatwierdzone i wspaniale się rozwinęło, stając się zgromadzeniem międzynarodowym. Wielkim rozkwitem cieszyły się szkoły, wzrosła też liczba braci.

- Jak wyglądał wiek XX w historii Zgromadzenia?

- Zgromadzenie rozwijało się wtedy w wielu krajach świata. W Meksyku i w Hiszpanii bracia jednak również złożyli daninę krwi. Ok. 200 braci zostało zamordowanych podczas wojny domowej w Hiszpanii, dla 150 otwarto procesy beatyfikacyjne; ok. 70 braci jest już beatyfikowanych lub kanonizowanych. Zniszczone zostały szkoły. Dopiero po zakończeniu wojny bracia na nowo mogli powrócić do swoich obowiązków, do swojego charyzmatu.

- Jak wygląda Wasza praca na misjach, np. w Afryce?

- Jesteśmy obecni w większości krajów afrykańskich. W tej chwili są tam już prowincje lokalne, jednak jeszcze wielu braci z Europy im pomaga, np. w prowincji Duala w Kamerunie jest dwóch braci z Polski. Na misjach praca jest podobna do tej w innych częściach świata, ale zapotrzebowanie na pracę braci jest tam większe. Prowadzą oni różnego typu szkoły, ośrodki edukacyjne i ośrodki opieki.

- A jak przedstawia się polska część historii braci szkolnych?

- W 1903 r. bracia przybyli do Lwowa na zaproszenie abp. Józefa Bilczewskiego i ks. Zygmunta Gorazdowskiego - dziś świętych. Założyli tam szkołę z dwoma językami nauczania: polskim i niemieckim, która istniała do 1939 r. Po wybuchu II wojny światowej bracia opuścili Lwów. Drugą placówką w Polsce był dom w Częstochowie, który powstał w 1922 r. (w 2012 r. będzie obchodził 90-lecie istnienia). Dom był miejscem formacji, gdzie młodzi bracia przygotowywali się do pracy z dziećmi i młodzieżą, ale otworzono tu również szkołę.

- Jaka była historia działalności braci w Częstochowie?

- Bracia od początku włączyli się w pracę pedagogiczną, prowadzili szkołę, która z przerwami działała do 1960 r. - później budynek został zajęty. W czasie II wojny światowej bracia prowadzili również dom dziecka - najpierw na Jasnej Górze, w tzw. pokojach królewskich, później otrzymali budynki przy ul. Krótkiej. Po wojnie bracia uczyli w Niższym Seminarium Diecezji Częstochowskiej. Obecnie mamy w Częstochowie trzy wspólnoty: wspólnotę braci emerytów, wspólnotę, która prowadzi Szkołę św. Jana de La Salle przy ul. Pułaskiego, i wspólnotę braci, którzy prowadzą specjalny ośrodek wychowawczy przy ul. kard. Wyszyńskiego.

- Jest jeszcze dom w Kopcu...

- Dom w Kopcu jest stosunkowo nowy, ma ok. 15 lat, tam mieści się dziś siedziba prowincji i dom formacyjny.

- Miałem szczęście znać niektórych braci ze Zgromadzenia Ojca Prowincjała - to wspaniali ludzie. W redakcji „Niedzieli” przez długie lata pracował br. prof. Stanisław Rybicki (zm. w 2006 r.), który zapisał się w naszej pracy złotymi zgłoskami. Współpracuje z nami wciąż br. Tadeusz Ruciński. Mamy więc z Waszym Zgromadzeniem stałe kontakty i jak najlepsze wspomnienia. Wiemy, że niedługo odbędzie się w Częstochowie wielkie spotkanie braci szkolnych, pierwsze w Polsce. Jaka jest idea i co będzie tematem tego spotkania?

- Zgromadzenie podzielone jest nie tylko na prowincje, ale i na 5 regionów. Prowincja polska należy do lasaliańskiego regionu Europy i basenu Morza Śródziemnego. Prowincjałowie wizytatorzy prowincji należących do tego regionu spotkają się w Częstochowie w dniach 11-21 stycznia 2010 r. Przewidziane jest również spotkanie Konferencji Wizytatorów z bratem superiorem generalnym i jego radą. Jest to doroczne spotkanie Konferencji Wizytatorów (należą do niej wszyscy wizytatorzy tytularni i pomocniczy). Zajmiemy się trzema zasadniczymi sprawami. Pierwsza - to szeroko rozumiana formacja, począwszy od początkowej do ciągłej, podzielonej na różne etapy wieku. W Europie Zgromadzenie, niestety, starzeje się, większość z nas to bracia starsi wiekiem. Innego więc typu formacji wymagają bracia zaangażowani w pracę szkoły. Druga sprawa to misja lasaliańska - chodzi o to, jak podzielić się naszym charyzmatem z osobami świeckimi, które są naszymi współpracownikami. Dawno już bowiem minęły czasy, gdy większość nauczycieli w naszych szkołach stanowili bracia. Dzisiaj 3-4-osobowe wspólnoty braci prowadzą szkoły, gdzie zatrudnionych jest kilkudziesięciu, a nawet więcej nauczycieli. Trzeba więc jak najlepiej przekazać tym ludziom nasz charyzmat, zadbać o ich formację. I trzeci bardzo ważny temat to sprawy ekonomiczne.

- Ciekawi jesteśmy najważniejszych elementów charyzmatu braci szkolnych, jakie są do przekazania współpracownikom świeckim - nauczycielom i wychowawcom.

- Najważniejszym z nich jest wspólnotowość w prowadzeniu szkoły. Wszyscy - tzn. nauczyciele, bracia, uczniowie i rodzice - jesteśmy w równej mierze odpowiedzialni za prowadzenie szkoły, za przekazywanie wiedzy oraz za wychowywanie tych, którzy są nam powierzeni.

- Czy są efekty takiego podejścia do wychowania?

- Myślę, że tak. Nie mamy tzw. trudności z młodzieżą. Ktoś może powiedzieć, że mamy młodzież wybraną. Być może w Polsce trochę tak. Jednakże gdzie indziej, tam, gdzie są wielkie szkoły, wspólnotowość daje to, że młodzież jest równie odpowiedzialna za swoje wychowanie, jak i ci, którzy to wychowanie prowadzą.

- Jak Brat Prowincjał, jako dyrektor szkoły, postrzega współpracę z rodzicami uczniów?

- To bardzo ważna sprawa. W przypadku szkoły częstochowskiej - bo o niej mogę powiedzieć najwięcej - współpraca z rodzicami układa się dobrze. Mógłbym podzielić rodziców na trzy grupy: rodzice, którzy bardzo interesują się dzieckiem, tak, że chcieliby każdy pyłek spod jego nóg usunąć (czasami są tu problemy), rodzice, którzy zwyczajnie współpracują ze szkołą (tych jest większość), oraz rodzice, którzy chcieliby, żeby szkoła załatwiła wszystko, łącznie z wychowaniem religijnym.

- Czy przez Waszą szczególną pracę pedagogiczną udaje się wypracowywać lepszy rozwój uczniów? Jak później dają oni sobie radę w życiu?

- Odpowiem na podstawie doświadczeń częstochowskich. Szkoła w Częstochowie funkcjonuje 11 lat. Większość uczniów po jej ukończeniu studiuje i nie ma większych problemów z nauką. Ciągle jednak mamy obawę, czy dostatecznie efektywne jest wychowanie religijne, czy dzieci i młodzież pamiętają o tym wszystkim, o czym mówimy w szkole. To jednak trochę za krótka perspektywa, żeby stwierdzić, jak to naprawdę wygląda.

- I jeszcze problem powołań do Waszego Zgromadzenia. Jakie są efekty Waszej pracy powołaniowej?

- Jeśli chodzi o Europę, wydaje się, że w różnych prowincjach bracia robią wiele pod tym względem. Jednak w tej chwili nie mamy zbyt wielu powołań. W naszej prowincji jest jeden nowicjusz i dwóch na Bliskim Wschodzie, jest też kilku postulantów. Gdy chodzi o Afrykę, Indie, Amerykę Łacińską - nowicjaty są bardzo liczne.

- Jak radzicie sobie w miejscach, gdzie powołań nie ma zbyt wiele?

- W prowincjach, gdzie średnia wieku jest wysoka, bracia coraz bardziej stawiają na współpracę ze świeckimi - stąd m.in. mowa o przekazywaniu charyzmatu. Nie tracą nadziei, modlą się i czekają na powołania.

- Zachęcam, by do celów powołaniowych Bracia wykorzystywali również „Niedzielę”. Zgromadzenie Braci Szkolnych zasługuje bowiem na szczególne zainteresowanie młodych, mających predyspozycje pedagogiczne i wychowawcze. Uświęcanie się przez pracę w szkole - dla Boga, człowieka i Ojczyzny to piękna perspektywa. Zapraszam więc na nasze łamy i życzę jak najliczniejszych pięknych powołań.

Kard. Tarcisio Bertone przywiózł relikwie św. Jana Pawła II

2018-06-23 13:45

Agnieszka Bugała

Agnieszka Bugała

W piątek rano (22 czerwca) kard. Bertone i wrocławski metropolita abp Józef Kupny przyjechali do szpitala Vratislavia Medica przy ul. Lekarskiej 1 we Wrocławiu.

W kaplicy szpitalnej włoski kardynał poprowadził modlitwę i zainstalował relikwie św. Jana Pawła II ex Capillis Sancti. Kapsułę z relikwiami Świętego umieszczono w niewielkim relikwiarzu w kształcie krzyża i zainstalowano w specjalnie przygotowanym miejscu obok tabernakulum.

Obrzęd wprowadzenie relikwii kard. Bertone rozpoczął modlitwą Zdrowaś Mario, następnie odczytał prośbę o błogosławieństwo św. Jana Pawła II, który patrzy na nas z nieba. W tekście wołania o wstawiennictwo Świętego podkreślono prośbę o błogosławieństwo dla chorych i pracowników szpitala, lekarzy, chirurgów i pielęgniarek. Znalazła się tam też prośba o błogosławieństwo dla rodzin, którym wciąż zagrażają czynniki destrukcyjnych nacisków.

Przed umieszczeniem relikwiarza w przygotowanym miejscu kard. udzielił błogosławieństwa relikwiami Świętego wszystkim zebranym w kaplicy.

- Jestem zadowolony i szczęśliwy, że mogłem przynieść cząstkę, znak obecności Jana Pawła II do tego szpitala – mówił kard. Bertone. Wykorzystajmy jego obecność duchową, prośmy, aby opiekował się chorymi, wszystkimi osobami, które tutaj są. Wiele lat współpracowałem z Janem Pawłem II i znałem jego delikatność, czułość wobec osób chorych. Kiedyś przyprowadziłem do niego 158 osób chorych, a on każdego z osobna chciał pobłogosławić. Miał ogromne, otwarte dla chorych serce. Miał serce pełne entuzjazmu dla młodzieży. Wciąż powtarzam, że największą nowością, dowodem wielkiej inwencji jego serca i umysłu, były i są Światowe Dni Młodzieży. Błogosławię wszystkich chorych, którzy są w tym szpitalu. Wyrażam wdzięczność dyrekcji i wszystkim pracownikom, którzy są zaangażowani w to dzieło. Ufam, że w tym szpitalu stosunek pracowników do chorych pełen jest humanitaryzmu i ciepła. Takie podejście powoduje, że chorzy, nawet w tym trudnym dla siebie momencie, czują się dobrze, bo są otoczeni miłością. Abyście mogli wypełniać te najważniejsze zadania, przyjmijcie Boże błogosławieństwo – zakończył.

Błogosławieństwa udzielili jednocześnie wrocławski metropolita – po polsku i kard. Bertone po włosku, wszyscy otrzymali też obrazki – pamiątki z dnia beatyfikacji Jana Pawła II.

Z kaplicy gospodarze szpitala i goście udali się do sal chorych i odwiedzili jedną z dwóch sal operacyjnych znajdujących się w szpitalu. W czasie zwiedzania placówki kard. Bertone zadawał dużo pytań nt. wyposażenia, typu wykonywanych zabiegów ortopedycznych i sposobów rehabilitowania pacjentów.

Spotkanie zakończyła wspólna fotografia gości i rodziny państwa Hanów – właścicieli szpitala Vratislavia Medica.

Zobacz zdjęcia: Kard. Bertone we Vratislavia Medica, szpitalu im. Św. Jana Pawła II






CZYTAJ DALEJ

Reklama

Jestem od poczęcia

Tato - ten, który steruje łodzią

2018-06-23 22:25

Agnieszka Bugała

Jeśli rodzina jest wielkim statkiem płynącym po wzburzonym morzu - ojciec stoi na mostku i trzyma ster. Nie może z niego schodzić wtedy, gdy okręt wykonuje najtrudniejszy manewr, skręt w zupełnie nowym kierunku. To on, kapitan, zna współrzędne, zagrożenia i cel wyprawy. Jeśli nie zna - naraża rodzinę na to, że ta utknie na mieliźnie albo roztrzaska się o skały.

Marta Sadownik

Są sprawy ważniejsze niż Himalaje

Monika od pięciu lat jest żoną. Zaraz po studiach zaczęła pracę, nieźle zarabia. Jej mąż Jacek, uznany fotograf, wciąż w rozjazdach. Chcieliby mieć dziecko, ale przyznają, że to by mogło zmienić ich dotychczasowy tryb życia. Dlatego czekają. Może za dwa, trzy lata? Muszą to zaplanować. Tomek z Asią zdecydowali się na dziecko trzy lata po ślubie. Ona na jakiś czas zrezygnowała z pracy, jest w domu. Ponieważ mieszkają z rodzicami, jej mama aktywnie uczestniczy w zajmowaniu się dzieckiem. To sprawia, że Tomek przestał się angażować w pomoc przy córce. Wycofał się na bezpieczną, jak mówi, dla mężczyzny pozycję - fotel przed telewizorem. Pierwszy z nich nie chce zrezygnować z tego, co robi teraz ani podjąć wyzwania. Drugi podjął, ale szybko pozwolił, aby za sterem stanęła żona i teściowa. Obydwaj panowie nie słyszeli o wietrze w żaglach, który niesie statek, ani o smaku przygód, jakie wynikają z bycia tatą.

„Są sprawy ważniejsze niż Himalaje” - pisał w książce pt. „Mój pionowy świat” Jerzy Kukuczka. „15 grudnia odleciała pierwsza grupa. Beze mnie. Są sprawy ważniejsze niż Himalaje. Najważniejsze. W sylwestra urodził nam się syn. Daliśmy mu na imię Maciek”.

Smutny raport o współczesnych sternikach

Kobieta staje z drżeniem przed mężem, który boi się zostać tatą, i pokazuje ciążowy test. Dla młodych małżeństw to często trudna próba miłości. Dla kobiety reakcja męża decyduje o sposobie przeżywania ciąży. Mężczyzna, oświadczając się kobiecie, biorąc ślub, musi wiedzieć, czy chce mieć dziecko i co robić, gdy zostanie ono poczęte, a później narodzi się. To jest dowód na jego odpowiedzialność za okręt, którym wypłynął.

Ojcem nie jest mężczyzna tylko wtedy, gdy podejmuje inicjatywę powołania nowego życia. On musi kontynuować to dawanie życia swemu dziecku dzień po dniu. Gdy da życie ciału, musi potem obudzić inteligencję, serce i sumienie dziecka. To długi proces, a podtrzymując nasze obrazowanie o statku i kapitanie, to po prostu bardzo długi rejs. Ojciec, jako kapitan okrętu, musi sobie z tego zdawać sprawę.

Dwa marzenia przyszłych rodziców

Większość mężczyzn wyobraża sobie ojcostwo jako czas górskich wypraw, jazdy na rowerze, długich dystansów w basenie, meczów piłki nożnej, wędkowania. Wyobrażają sobie syna, którego będą mogli uczyć, któremu będą mogli przekazywać swoją wiedzę. Bo mężczyzna dojrzały chce dzielić z dziećmi swój męski świat - pasje, zadania, trudne do zdobycia szczyty, wiedzę. Kobieta, gdy myśli o dziecku, koncentruje się raczej na jego bezradności, maleńkości i swoją rolę widzi jako ta, która osłania, zabezpiecza, pomaga. Nie naraża na ryzyko i wyzwania. Chce ukryć, zatrzymać.

Chodź, zbudujemy most

Dojrzały mężczyzna, świadomy własnej tożsamości, będzie dążył do wyprowadzenia dziecka na zewnątrz domu, własnych słabości i wreszcie rodziny. Do pokonywania przeszkód i trudności. Poda rękę i pozwoli wyruszyć własną drogą. Przyjdzie przecież dzień, że dziecko zechce opuścić łódź i wsiąść na własną. Ojciec musi być tym, który pomaga dorastać do tej chwili. Więcej - on wie, że ta chwila jest już zaplanowana w przyszłości, a jego rola to uformowanie nowego sternika - jeśli to syn, albo towarzyszki sternika - jeśli to córka. Świadomość obojga - mamy i taty - musi być na tyle duża, aby matka nie zabraniała ojcu na męski sposób realizowania rodzicielstwa. Koniecznie muszą się uzupełniać, jednak nie mogą myśleć, że są w stanie zastąpić siebie w pełnieniu tych ról. Ojciec uczy dzieci świata mężczyzn - tych, którzy bronią słabszych i pokrzywdzonych, walczą o uczciwość i sprawiedliwość, dbają o ekonomiczne zaplecze rodziny. Kochają wiernie i decyzyjnie - bez odwołania miłości pod wpływem nabrzmiałych do granic emocji.

Sternik musi czasem zmienić kurs, aby ocalić okręt przed katastrofą, ale nie rezygnuje z celu wyprawy. Dla katolickich rodzin tym celem musi być życie wieczne, wszystko inne - zaszczyty, tytuły, pieniądze - nie ma sensu.

Nie mów, co robić, po prostu rób to, co dobre

Ale jak być ojcem, który wychowuje? Dzieci nie lubią długich kazań. Ani małe, ani starsze. Wyłączają swoją uwagę, a ojcowie często złoszczą się i skarżą, mówiąc: „Mój syn mnie nie słucha, córka ma mnie za nic”. Ważna informacja dla każdego taty: ojciec nie przekazuje systemu wartości, wygłaszając długie przemowy przy kuchennym stole lub w trakcie jazdy samochodem. On na co dzień stara się żyć w taki sposób, aby dzieci bez nudnych kazań wiedziały, co powinny robić. Jan Paweł II często w swych opowieściach wracał do obrazka zapamiętanego z dzieciństwa: tato, wdowiec, modlący się na kolanach przy łóżku. Nie musiał pan Wojtyła mówić potem: „Módl się, Karol, tak trzeba”. Syn widział i dowiadywał się w najlepszy ze sposobów: „Skoro mój tata tak robi, to widocznie jest to dobre”.

Jeśli tato krzyczy na mamę i mówi o niej, używając obraźliwych słów, na nic zdadzą się wzniosłe przemowy o szacunku dla kobiet. Jeśli tato jest właścicielem firmy i nie wynagradza uczciwie swych pracowników - na nic puste frazesy o uczciwości. Jeśli tato głosił szczytne, antykomunistyczne idee, a po latach okazało się, że jednak należał do PZPR, trudno, by dziecko nie poczuło się oszukane. Jeśli niedzielne przedpołudnie to dla ojca czas wypadu na ryby, nie można się dziwić, że dziecko nie chce chodzić do kościoła. Dziecko wie, czym i w jaki sposób żyją jego rodzice, szybko odkrywa podwójność.

Tato nie może karać milczeniem

To, co ważne dla ojców, gdy dzieci nie są posłuszne, to nie próbować się na nie obrażać. Manifestowanie swojej rodzicielskiej władzy, obnoszenie się ze zranioną dumą rodzica - ostentacyjne milczenie, które trwa czasem kilka dni, nie zmieniają naszych dzieci. Rodzą wyolbrzymione poczucie winy i nie uczą rozwiązywania konfliktów. Pokazują postawę egoisty: „Nie robisz, jak ja chcę, to się obrażam”. Jakie będzie małżeństwo dziecka, które wkroczy w dorosłość z takim bagażem doświadczeń? Już dziś rokuje ciche dni z żoną i dąsy, zamiast rzeczowej rozmowy. Tato musi nauczyć siebie, a potem swoje dziecko rozmawiać o sytuacjach trudnych, o rozczarowaniach. Męskim językiem, innym niż ten, którego w takich rozmowach używa mama, ale to jego obowiązek. Nie wystarczy, że nauczymy dziecko mówić „dzień dobry” niemiłym sąsiadom, ono musi przede wszystkim umieć stawić czoła trudnościom.

Tym, którzy czekają na dziecko

Jeśli przyjąć, że dzień narodzin dziecka jest linią startu dla rodzicielstwa, to kobieta bierze przed startem dłuższy rozbieg. Ma dziewięć miesięcy na to, aby w dniu przyjścia na świat dziecka być dobrze przygotowaną. Jest sam na sam z maleństwem. Dzielą tlen, pokarm, krew, przestrzeń. Nie ma fizycznego zespolenia większego niż to. Mężczyzna - mąż, ojciec dziecka - jest w innej sytuacji, ale powinien, podejmując świadomy wysiłek, wykorzystać czas ciąży najlepiej jak to możliwe. Nie może być zaskoczony.

Nasza miłość zaprasza tu dziecko...

Ktoś pięknie powiedział, że już w oczach żony wita się dziecko, które pocznie się z miłości. W to zdanie wpisuje się wdzięczność żonie za trud dziewięciu miesięcy, ale też świadoma zgoda na to, aby ta właśnie kobieta była matką moich dzieci. Nie inna, nie przypadkowa. Właśnie ta. Zresztą, choć innym językiem, ale taką właśnie zgodę wyrażają małżonkowie słowami przysięgi małżeńskiej: deklarują, że przyjmą potomstwo, jakim Bóg ich obdarzy. Ta przysięga zobowiązuje również do tego, aby od początku mężczyzna podejmował konkretne kroki w przygotowywaniu siebie do bycia ojcem. Jeśli rany wyniesione z domu w relacji z własnym ojcem są zbyt głębokie, jeśli nie ma wzorców - może się okazać, że trudno podjąć ten wysiłek. Ale nie trzeba się bać. Instynkt ojcowski budzi się powoli, a Bóg, którego małżonkowie zapraszają do swojej miłości przez sakrament, pomaga w stawaniu się tatą. On, który pierwszy jest Ojcem, może pomóc w tym trudnym rejsie.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem