Reklama

Biały Kruk 1

Zrozumieć powołanie

Z ks. dr. hab. Lucjanem Szczepaniakiem SCJ rozmawia Agnieszka Konik-Korn
Niedziela Ogólnopolska 6/2011, str. 24-26

GRAZIAKO/Niedziela

Gdzie jest miejsce księży-lekarzy? Na uniwersyteckich katedrach czy przy łóżku chorego? Ten ważny dylemat być może pozwoli rozstrzygnąć rozmowa z ks. dr. hab. n. teol., lek. med. Lucjanem Szczepaniakiem SCJ, od 15 lat kapelanem Uniwersyteckiego Szpitala Dziecięcego w Krakowie i redaktorem naczelnym „Bioetycznych Zeszytów Pediatrii” Polsko-Amerykańskiego Instytutu Pediatrii Wydziału Lekarskiego UJ

Agnieszka Konik-Korn: - Jest Ksiądz lekarzem i kapłanem. Czy w pracy szpitalnej któreś z tych zadań jest dla Księdza ważniejsze?

Ks. Lucjan Szczepaniak SCJ: - Nie powinno się rozważać, która posługa jest ważniejsza. To tak, jakby zastanawiać się, co jest istotniejsze: dusza czy ciało? Człowiek stanowi bowiem jedność duchowo-somatyczną, co powinno zostać dostrzeżone w trosce o chorego. Współczesna medycyna, ufając sama sobie, odrzuca istnienie w człowieku pierwiastaka niematerialnego. Stąd też nie zajmuje się ona problemami duszy człowieka. Natomiast przedmiotem jej badań, ogólnie ujmując, jest życie: psychiczne, fizyczne i jego wymiar duchowy, ale bez odniesienia do Boga. Wierzący nie może jednak godzić się na tak zredukowaną antropologię. Cierpienie przenika bowiem wszystkie wymiary egzystencji i poddaje próbie jego człowieczeństwo. Jest ono zatem doświadczeniem o wiele głębszym niż sama choroba. Nie można więc zapomnieć o duszy nieśmiertelnej człowieka i jego życiu moralno-religijnym. Dlatego pełne spojrzenie na chorego wymaga długiego i żmudnego przygotowania teologicznego i medycznego. Służba lekarza i kapłana jest zatem przejawem pełnej troski o życie doczesne i wieczne. Nadprzyrodzoną rangę tej posłudze nadaje sam Chrystus, utożsamiając się z każdym cierpiącym i chorym: „Wszystko, co uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych, Mnieście uczynili” (Mt 25, 40). Co więcej, od jej wykonania uzależnia zbawienie człowieka: „«Zaprawdę, powiadam wam: Wszystko, czego nie uczyniliście jednemu z tych najmniejszych, tegoście i Mnie nie uczynili». I pójdą ci na mękę wieczną, sprawiedliwi zaś do życia wiecznego” (Mt 25, 45 n.).

- Łączenie doświadczenia lekarskiego i duszpasterskiego jest chyba trudnym zadaniem. Czy każdy lekarz, który przyjął święcenia, jest później kapelanem?

- W Polsce nie znam kapłana będącego lekarzem, który pracuje jako zawodowy kapelan szpitalny, i mówię to ze smutkiem, choć mogę się mylić, gdyż w tym zakresie nie mam pełnej wiedzy. W mojej ocenie, szkoda tylu lat nauki na wydziale lekarskim i doświadczenia klinicznego, aby później zaangażować się w pracę niezwiązaną z chorymi, gdzieś daleko od łóżka cierpiącego, choćby była ona najbardziej zaszczytna. Wyjątek stanowią, oczywiście, misje, gdzie lekarz-kapłan pełni obie funkcje. Nie mam prawa wnikać w cudze sumienie, ale sam nie potrafiłem zapomnieć złożonej przysięgi lekarskiej i słów Chrystusa: „Byłem chory, a odwiedziliście Mnie” (Mt 25, 36). Wrażenie wywarła na mnie również rozmowa z dr. Stanisławem Kownackim w 1988 r., który będąc cenionym lekarzem o dużym autorytecie moralnym, zadał mi pytanie, czy nie marnuję talentu lekarskiego u Księży Sercanów. Przyrzekłem zatem Bogu, sobie i w pewnym sensie dr. Kownackiemu, że nie zmarnuję, ale z obu powołań uczynię jedno. Księża-lekarze realizują się raczej na płaszczyźnie bioetyki czy też duszpasterstwa służby zdrowia, lecz poza szpitalem. Te dziedziny są bardzo ważne, ale ich praca i twórczość powinny być przede wszystkim świadectwem dla koleżanek i kolegów w szpitalu. Stąd też m.in. brakuje kapłanów służących swoim doświadczeniem lekarskim i duszpasterskim innym kapelanom, dla których środowisko szpitala jest przecież obce. Najwłaściwszą bowiem osobą przekazującą tę trudną wiedzę jest kapłan-lekarz, będący czynnym kapelanem szpitalnym. Każdy inny kapłan, choćby najmądrzejszy, będzie tylko teoretykiem tej posługi, znającym problematykę jednostronnie i z zewnątrz.

- Na czym polega praca kapelana?

- Chyba powinienem zacząć od zdemaskowania niektórych mitów utrwalonych już w powszechnym myśleniu o pracy kapelana i powtarzanych podczas różnych sympozjów. Mówi się, że ksiądz ma nieustannie towarzyszyć choremu, trzymać go za rękę, wysłuchiwać jego zwierzeń i zaspokajać jego różne potrzeby duchowe. Czasami tego rodzaju pomoc jest konieczna, jednak nie na tym polega duszpasterstwo chorych. W praktyce nie można też zrealizować tego postulatu wobec wszystkich chorych - jest to po ludzku niemożliwe. Kapelan, ograniczając się do tych czynności, niepotrzebnie wchodzi w kompetencje psychologa, pielęgniarki, pracownika socjalnego czy też członków rodziny. Natomiast drugi mit funkcjonuje wśród wielu pracowników służby zdrowia, pragnących pogodzić wypoczynek z doświadczeniem religijnym. Stąd też kapelan, według nich, powinien być „towarzyską duszą” i świetnym organizatorem: zagranicznych pielgrzymek, wycieczek do sanktuariów, starych klasztorów i, oczywiście, górskich wędrówek. Pokusa polega na tym, że gdy ksiądz pojedzie z nimi, to pozostawi chorych samych sobie albo powierzy ich opiece niedoświadczonego kolegi - kapłana, który nie zauważy wielu problemów, a zwłaszcza osób bliskich śmierci… Zasadniczym więc celem duszpasterstwa jest włączenie chorego w tajemnicę paschalną Chrystusa poprzez udzielone mu sakramenty święte i wyjaśnienie słowa Bożego. Ta posługa jest głównym przejawem troski Kościoła o chorego i bliskiego śmierci. Tej posłudze powinny być podporządkowane wszystkie inne zaangażowania i one powinny ją ubogacać i rozwijać. Ksiądz nie może jej zaniedbać i zawsze musi mieć dla niej czas. Nie powinien więc być jednocześnie kapelanem i proboszczem, katechetą, przełożonym domu, spowiednikiem sióstr, rekolekcjonistą… Skuteczność tej posługi wymaga również zrozumienia całej złożoności egzystencji chorego. Zgubne jest także wykorzystywanie modeli duszpasterskich z początku minionego wieku, jakby od tamtego czasu nie dokonało się nic w medycynie i teologii, jakby nie było Soboru Watykańskiego II. O tych problemach można byłoby napisać drugi, obszerniejszy wywiad.

- Kiedy w szpitalu najbardziej potrzebny jest ksiądz?

- Kapelan powinien być świadomy tego, że jest zawsze potrzebny. Nie braknie mu pracy, jeśli jest w szpitalu w ciągu dnia i pełni dyżur pod telefonem w nocy. Powinien jednak sam wykazać się inicjatywą w poszukiwaniu potrzebujących pomocy. W przeciwnym wypadku stanie się księdzem urzędnikiem, nieczułym na ludzką biedę, wciąż śpieszącym się do innych obowiązków: w parafii, we wspólnocie zakonnej czy na uczelni… Oprócz czynności wpisanych w stały program pracy zawsze znajdzie się ktoś pragnący z nim porozmawiać, skorzystać ze spowiedzi czy innych sakramentów. Najbardziej jednak jest potrzebny w przypadku zagrożenia życia, umierania i śmierci. Wówczas służy pomocą nie tylko choremu, ale jego rodzinie i opiekunom medycznym. Nie może się z tej służby samowolnie zwolnić. Personel szpitala musi bowiem wiedzieć, że ich kapelan jest dyspozycyjny, że gdy poproszą go o pomoc, to pojawi się niezwłocznie. Nie może więc być on jednym z wielu księży tworzących anonimową „sztafetę duszpasterską”: dzisiaj proboszcz lub przełożony, jutro wikary, pojutrze katecheta, a w następne dni rezydent, ksiądz student, ksiądz gość itd. Ufam, że te sytuacje nie mają już miejsca. Opieka zdrowotna jest bowiem żywym organizmem utworzonym przez ludzi, którzy nie wszystkich akceptują, a zwłaszcza niekompetentnych oraz pracujących tylko z okazji oficjalnych uroczystości i na pokaz. Skoro kapelan jest wynagradzany, to powinien wykazać się swoją etatową pracą. O realizacji jego powołania można mówić dopiero wówczas, jeśli pracuje on ponad normę, co obecnie nie jest takie trudne, bo poprzeczka wymagań czasami jest mocno zaniżona.

- Co uważa Ksiądz za najtrudniejsze w posłudze kapłana na terenie szpitala?

- Najtrudniejszym zadaniem jest odpowiedzialność za wypowiadane słowa. Mogą one bowiem umocnić w chorym i jego opiekunach wiarę, nadzieję i miłość, ale źle użyte, mogą również ich pozbawić. Stopniowo odkrywałem bowiem, że posługa słowa nie kończy się w kaplicy szpitala, lecz jest kontynuowana przy łóżku chorego, na korytarzu, w służbowej dyżurce, prosektorium, kancelarii, a nawet w stołówce. Do niej należy zaliczyć również rozmowy telefoniczne z chorymi i korespondencję. Słowo wypowiedziane z wiarą i poparte cichą, lecz żarliwą modlitwą, może uratować nadzieję. Ksiądz w tej posłudze powinien więc wykazać się empatią, co bardzo obciąża jego psychikę. Ile razy bowiem można umierać z dzieckiem i doświadczać żałoby z jego rodzicami oraz zapewniać ich, że cierpienie nie jest karą za ich grzechy? Ile razy można znosić krzyk rozpaczy, że dziecko przywiezione z wypadku pozostanie kaleką albo wkrótce umrze? Tych wydarzeń nie da się zapomnieć. Od kilkunastu lat jestem ich świadkiem i one wciąż we mnie żyją. Nie zrozumie tego ten, kto tego nie doświadczył.

- Czy od pracy kapelana można odpocząć?

- Odpowiedź na to pytanie rozstrzyga, jak kapelan postrzega tę posługę. Czy jest to dla niego zwykła praca, po wykonaniu której szybko należy uciekać ze szpitala, czy jest ona czymś więcej… W moim życiu przyjąłem to drugie rozwiązanie. Praca ta ma dla mnie ogromne znaczenie przede wszystkim w wymiarze nadprzyrodzonym. A więc - od czego mam odpoczywać i gdzie? To tak, jakby odpoczywać od własnej rodziny, żony, męża, od dzieci... Tu rodzi się pytanie o to, czy praca kapelana jest realizacją powołania, czy tylko wykonywanym zawodem. Jeśli kocha się tę pracę, to żyje się duszpasterstwem, cieszy się nim, ono daje siły, radość, a o to przecież chodzi w odpoczynku. Owszem, nieraz trzeba wyjechać na urlop, rekolekcje, by z oddali spojrzeć na przeżywane problemy. Trzeba przede wszystkim odwiedzać chorą matkę mieszkającą w Łodzi. Pragnę jednak mocno zaakcentować, że dla mnie duszpasterstwo wśród chorych w szpitalu to nie jest „dopust Boży” czy przykry obowiązek, to jest styl życia i droga, na której Bóg mnie odnalazł, pozwolił opiekować się chorymi i w ten sposób połączyć powołanie lekarza i kapłana. Za ten dar jestem Bogu ogromnie wdzięczny i nie chciałbym zamieniać tej pracy na inną, chociażby w opinii ludzi była bardzo prestiżowa.

- Czy z pracą kapelana wiążą się jakieś niebezpieczeństwa?

- Szpital to niebezpieczne miejsce, i to nie tylko dla młodych duchownych. Początkujący kapelan czuje się w nim obco, chociaż nie przyznaje się do tego. Widzi problemy tam, gdzie ich nie ma, i nie dostrzega ich tam, gdzie wymagają pilnego rozwiązania. Odnosi on wrażenie, że wszystko umie i nad wszystkim panuje, a personel medyczny jest dla niego pełen uznania. Z dużą łatwością wypowiada się więc na każdy temat. Stąd też łatwo może pominąć osoby najbardziej potrzebujące pomocy i popełniać tzw. błędy jatrogenne, tzn. chciał pomóc choremu rozwiązać duchowe problemy, ale w istocie zranił go, a nawet psychicznie załamał. Natomiast stres towarzyszący ratowaniu życia dziecka może prowadzić do powtarzających się konfliktów z jego rodziną. Konsekwencją tego zazwyczaj jest rozgoryczenie, wycofanie się z aktywniejszego zaangażowania, porzucenie służby, a czasami również utrata wiary. Byłem tego świadkiem…

- Jakie cechy powinien mieć więc kapelan pracujący w służbie zdrowia?

- Kapłan pracujący w szpitalu powinien być jak dobry Samarytanin. Przypowieść o miłosiernym Samarytaninie jest jednak jednocześnie wstrząsającą opowieścią o niemiłosiernym kapłanie, który nie udzielił pomocy rannemu i obojętnie go minął (por. Łk 10, 31). Pewnie śpieszył się do bardzo ważnych kapłańskich obowiązków, ale cóż taka modlitwa jest warta w oczach Boga... Jakie mogły być dla niego ważniejsze zajęcia, chyba że śpieszył z pomocą umierającemu. Stąd też niezwykle ważne jest, by kochać spotkanych ludzi. Tylko miłość jest źródłem zdolności do współodczuwania i solidarności z cierpiącym. Bez niej nie wolno podejmować pracy w szpitalu. To nie jest miejsce, w którym kapelan ma doświadczać miłości ze strony innych, bo jest schorowany, nieszczęśliwy i niezrealizowany życiowo. To ksiądz ma okazywać miłość chorym, słuchać ich zwierzeń i starać się im pomóc. Na drugim miejscu wymieniłbym roztropność i pokorę, których tak często brakuje. Chodzi tutaj o odpowiedni dystans do siebie, swoich umiejętności, a nawet swojego rozwoju duchowego. Kapelan powinien również zrozumieć, że musi się uczyć i podnosić swoje kwalifikacje, aby jego posługa nie została zmarginalizowana. Rozwój intelektualny powinien w jednakowym stopniu obejmować teologię i medycynę. Jego wiedza powinna być rzetelna i o wiele większa niż ta zdobyta na forach internetowych i wyczytana z ulotek pozostawionych w poczekalni. Do pracy pośród chorych i do nauki nikt nie powinien go zachęcać, gdyż świadczyłoby to o jego niedojrzałości duchowej. Kolejną cechą jest tak rzadko spotykana dyskrecja. Niedoświadczonym kapelanom radziłbym mało mówić, nie oceniać pochopnie, nie wtrącać się w cudze życie, natomiast dużo słuchać i być do dyspozycji Boga, który skorzysta z jego pomocy. W takim postępowaniu wypełniają się oba przykazania miłości: Boga i bliźniego. Ważną cechą jest też cierpliwość. Nieraz potrzeba wiele czasu, aby ktoś dojrzał duchowo do pojednania z Bogiem. A gdy się zdecyduje najpierw jedna osoba, to potem również następne… Dla osób łatwo zniechęcających się pociechą niech będzie dialog Szymona z Chrystusem: „«Mistrzu, całą noc pracowaliśmy i niceśmy nie ułowili. Lecz na Twoje słowo zarzucę sieci». Skoro to uczynili, zagarnęli tak wielkie mnóstwo ryb, że sieci ich zaczynały się rwać” (por. Łk 5, 5-6).

- Rok 2011 został ogłoszony Rokiem Wolontariatu. Jakie jest doświadczenie Księdza z posługą wolontariuszy w szpitalu?

- Wolontariat prowadzę osobiście od 10 lat i uważam, że istnieje on przede wszystkim dla wolontariuszy. Niestety, nie każdy wolontariusz przychodzi do szpitala bezinteresownie. Jedni zbierają punkty do szkoły, by iść na medycynę, inni są „kolekcjonerami” praktyk, jeszcze inni pragną osobistej konfrontacji z cierpieniem, a nawet ze śmiercią. Zdarzają się jednak osoby, które traktują tę pomoc ewangelicznie i wierzę, że za to podziękuje im Bóg.

- Popularne są dziś modlitwy wstawiennicze o uzdrowienie. Czy jest na nie miejsce w szpitalu?

- Modlitwa wstawiennicza nie może stać się ani sensacją, ani próżną obietnicą. Ostateczna odpowiedź przychodzi zawsze od Boga. Najniebezpieczniejsze jest przemilczenie słów: „Bądź wola Twoja”. Gdy pragnienie się nie ziści, zdrowie nie wróci - wtedy człowiek chory, jego bliscy, mogą nawet stracić wiarę.
Dziś z modlitwą wstawienniczą kojarzone są głównie nabożeństwa prowadzone przez wspólnoty odnowy charyzmatycznej. Myślę, że zbyt często zapomina się, że modlitwą wstawienniczą jest przede wszystkim Eucharystia i inne sakramenty, z których może skorzystać chory, modlitwy w czyjejś intencji, wspólnotowe lub indywidualne, np. Różaniec, Koronka do Miłosierdzia Bożego. W kaplicy szpitalnej jest przecież zwykle wieczysta adoracja Najświętszego Sakramentu. W naszej kaplicy codziennie odmawiany jest wspólnie Różaniec połączony z nowenną do Matki Bożej Nieustającej Pomocy i odczytywaniem próśb w intencji chorych. Jest też Honorowa Straż Najświętszego Sakramentu i Żywy Różaniec. Modlitwa wstawiennicza potraktowana jest więc tutaj bardzo poważnie. Niestety, nie zawsze docenia się jej znaczenie, a zwłaszcza wartość codziennej Mszy św. sprawowanej w intencji wszystkich chorych przebywających w szpitalu i ich opiekunów. To niewłaściwe zrozumienie modlitwy wstawienniczej osłabia wiarę, zamiast ją umacniać. Szpital jest miejscem, gdzie może ona przecież ulec ożywieniu i przewartościowaniu. Rodzice czasem proszą o osobiste błogosławieństwo ich chorych dzieci. Przypominam im wówczas, że każdego dnia w kaplicy szpitalnej odbywa się uroczyste błogosławieństwo wszystkich pacjentów Najświętszym Sakramentem. Zanim rodzice odkryją, że kaplica szpitalna jest sanktuarium cierpienia, ale także powrotu do zdrowia, odwiedzają święte miejsca, biorą udział w modlitwach o uzdrowienie. Gdy jednak dziecko jest ciężko chore i bliskie śmierci, trzeba zakończyć pielgrzymowanie i być z nim do końca. Konieczne jest rozpoznanie w jego umęczonej twarzy rysów cierpiącego Chrystusa oraz zrozumienie, że to jest czas i miejsce, w którym Bóg pochylił się nad ich rodziną i bardzo ich kocha.

* * *

Ks. dr hab. Lucjan Szczepaniak SCJ
Najpierw został lekarzem, a następnie kapłanem w Zgromadzeniu Księży Sercanów. Nie przestał służyć chorym nawet w czasie formacji zakonnej i kapłańskiej. Z Polsko-Amerykańskim Instytutem Pediatrii Wydziału Lekarskiego Uniwersytetu Jagiellońskiego związany jest od 1990 r., kiedy to odbył praktykę doskonalącą zawód w Klinice Onkologii i Hematologii Dziecięcej, której kierownikiem był prof. Jerzy Armata. Od 26 sierpnia 1995 r. do chwili obecnej pełni funkcję kapelana w tym samym szpitalu. Ma stopień doktora habilitowanego z teologii moralnej. Autor wielu publikacji naukowych i popularnonaukowych z zakresu bioetyki, deontologii lekarskiej, medycyny pastoralnej oraz duszpasterstwa chorych. Opublikował również kilka tomików wierszy i antologię, nawiązujących do osobistych przeżyć związanych z pracą w szpitalu.

NAPROTECHNOLOGIA szansą na upragnione potomstwo

2013-02-27 14:23

Z Katarzyną Nowak rozmawiała Katarzyna Dobrowolska
Edycja kielecka 9/2013, str. 1, 6

W Centrum Medycznym OMEGA przy ul. Jagiellońskiej w Kielcach rusza pierwszy w naszej diecezji Ośrodek Wsparcia Płodności oparty na metodzie naprotechnologii, metodzie bezpiecznej, nieobciążającej zdrowia kobiety oraz zgodnejz nauczaniem Kościoła. - To szansa dla wielu małżeństw czekających na dziecko - mówi dr Katarzyna Nowak - koordynator Ośrodka

Bożena Sztajner / Niedziela

KATARZYNA DOBROWOLSKA: - Podobno bp Gurda pobłogosławił Panią na dobry początek pracy Ośrodka?

KATARZYNA NOWAK: - To prawda. Podczas spotkania poprosiłam Księdza Biskupa o błogosławieństwo i udzielił mi go. Od początku proszę Ducha Świętego, aby towarzyszył nam w tym działaniu. W krótkim czasie pokonaliśmy wiele trudności. Największym wyzwaniem było znalezienie lekarza naprotechnologa (jest ich tylko dwudziestu w całej Polsce - przyp. K.D.) oraz instruktora - to podstawa, by ośrodek działał. Niepotrzebnie się martwiłam. Okazuje się, że do Kielc właśnie przeprowadza się dr Przemysław Młodożeniec, wykwalifikowany lekarz naprotechnolog, który zdobywał swoje kwalifikacje w USA i w Irlandii. Instruktorka badania cyklu metodą Creighton pani Paulina Duda mieszka całkiem niedaleko Kielc. Oznacza to, że pary małżeńskie będą miały wszystkich specjalistów na miejscu, to oszczędność czasu i kosztów w leczeniu.

- Skąd idea i pomysł na Ośrodek?

- W listopadzie ubiegłego roku rozmawiałam z bp. Kazimierzem Gurdą. Wyraził zatroskanie i zainteresowanie Kościoła złą sytuacją demograficzną w Polsce oraz brakiem dostatecznego wsparcia dla par borykających się z problemami niepłodności. Jako remedium w mediach głównego nurtu forsuje się jedynie procedury in vitro. Niewiele bądź wcale nie mówi się o naprotechnologii, która jest skutecznym, zgodnym z nauką Kościoła, opartym na wystandaryzowanych metodach badania cyklu kobiety narzędziem diagnozowania i leczenia niepłodności. Ta metoda wykorzystywana jest z powodzeniem na całym świecie od kilkunastu lat, dzięki niej wiele par może cieszyć się upragnionym potomstwem. W Polsce jest zaledwie kilka ośrodków tego typu, najbardziej znane to te w Białymstoku i Lublinie. Chodzi o to, aby dotrzeć do zainteresowanych z informacją i stworzyć warunki do diagnozowania i leczenia przyczyn niepłodności. Bp Gurda miał okazję zapoznać się z zasadami naprotechnologii, uczestnicząc w konferencjach eksperckich w kraju i za granicą. Poszukiwał osoby, która mogłaby zorganizować taki ośrodek, ponieważ do tej pory nie było takiego miejsca w regionie. Zgodziłam się z radością i czuję, że otwieram nowy rozdział w mojej pracy jako lekarz.

- Ale chyba od lat łączy Pani swoje zainteresowania zawodowe z tą tematyką?

- Mój tato, współzałożyciel Centrum Medycznego OMEGA, był ginekologiem położnikiem. Powołał z mamą nawet szkołę rodzenia i poradnictwo rodzinne. Moje życie zawodowe było cały czas związane z problemami rodziny, dzieci, zdrowiem kobiet. Marzyłam o ginekologii i położnictwie, ale życie potoczyło się inaczej. Jestem lekarzem internistą, ale też matką szóstki dzieci. Jestem katoliczką i zawsze chciałam, aby moje życie małżeńskie było zgodne z nauczaniem Kościoła, z moją wiarą. Już w latach 80. ubiegłego wieku uczestniczyłam w wykładach i szkoleniach organizowanych przez ojców franciszkanów w Krakowie, które dotyczyły metod naturalnych planowania rodziny. Tam poznałam państwa Billingsów. Potem były kongresy i warsztaty w Wiedniu i Kolonii z udziałem wybitnych profesorów z całego świata. To były wyprawy… Trudno było o paszport, koszty były szalone, ale warto było. Bardzo dużo się tam nauczyłam. Tę wiedzę i doświadczenie wykorzystywałam w pracy. Zachęcałam pacjentki do obserwacji swojego cyklu, kierowałam do poradni rodzinnych. Od kilku lat zajmuję się leczeniem dietą i prowadzę badania dotyczące nietolerancji pokarmowych. Nierzadko schorzenia alergiczne mają związek z problemami z płodnością. Po wyeliminowaniu z diety tego, co szkodliwe, okazało się że kobiety w krótkim czasie zachodziły w ciążę i zostawały mamami. Oczywiście czasem przyczyny są bardziej złożone, a leczenie wymaga zabiegu chirurgicznego, niemniej jednak wielu parom można pomóc. Naprotechnologia pozwala także na profilaktykę zdrowotną kobiet, wczesne wykrycie wielu niebezpiecznych schorzeń, które można skutecznie leczyć.

- Co piąta para cierpi z powodu niepłodności. Czy to problem cywilizacyjny? Gdzie tkwi przyczyna?

- Tak, to nasz problem cywilizacyjny. Ma to związek z tempem życia, stresem, chorobami, brakiem higieny życia, odkładaniem przez kobiety na później decyzji o poczęciu dziecka. Pamiętajmy że po 35. roku życia płodność u kobiety znacznie obniża się. Nie bez znaczenia jest także działanie antykoncepcji, która obciąża organizm kobiety i niszczy go. Należy podkreślić, że ok. 50 proc. przyczyn niepłodności leży po stronie mężczyzny. Opieką i leczeniem objęci są oboje małżonkowie.

- W czym naprotechnologia jest lepsza od innych znanych metod leczenia niepłodności?

- W takim leczeniu kluczowym ogniwem jest wykwalifikowany instruktor, który prowadzi parę i uczy metody wystandaryzowanego modelu obserwacji metodą Creighton oraz zapisu tychże informacji. Na wypełnionej karcie widać dopiero jak na dłoni profil hormonalny kobiety, nieprawidłowości w cyklu, pewne choroby. Wtedy lekarz może rozpocząć dalszą diagnostykę, leczenie i wyeliminować przyczynę niepłodności. Bardzo ważny jest wywiad z lekarzem i dialog, dlatego wizyty trwają dość długo.
To system diagnostyczno-leczniczy wykorzystujący najnowocześniejsze osiągnięcia nauk medycznych. U podstawy zaś leży nauczanie Kościoła, które wyraźnie podkreśla, że życie ludzkie jest owocem miłości małżonków. W naprotechnologii człowiek nie zastępuje Boga przez technikę i nie mianuje się kreatorem ludzkiego życia, ale współpracuje z naturą, jaką dał człowiekowi Bóg i w oparciu o wiedzę i medycynę znajduje powody trudności z płodnością i stara się je rozwiązać. W procesie diagnostyczno-leczniczym wielką wagę przykładamy do budowania właściwych relacji między małżonkami.

- Słyszałam, że zgłosiły się pierwsze małżeństwa i pojawiły się już telefony?

- Staramy się docierać jak najszerzej z informacją. Wiemy, że duszpasterze w swoich środowiskach i parafiach znają takie pary. Często małżeństwa dzielą się swoim bólem braku potomstwa, poszukując duchowego wsparcia u księży. Podczas konferencji rejonowych księży w Kielcach i w Miechowie miałam okazję zapoznać duszpasterzy z metodą naprotechnologii i koncepcją ośrodka. Wykazywali bardzo duże zainteresowanie. I rzeczywiście, dosłownie za kilka dni zgłosiło się pierwsze małżeństwo. Wszystkie niezbędne informacje pary mogą uzyskać również w Ośrodku Duszpasterstwa Rodzin przy ul. IX wieków Kielc, gdzie raz w miesiącu w piątki od godz. 16 do 18 odbywają się dyżury naszych pracowników. Tel.: 41 344-55-92. Tutaj uzyskają poradę, która pozwoli obrać kierunek działania. W Ośrodku będzie także psycholog i dietetyk. Centrum Medyczne OMEGA dysponuje nowoczesnym zapleczem diagnostycznym, dlatego nasi pacjenci będą mogli wykonać u nas niemal wszystkie badania.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Jestem od poczęcia

Obchody 77. rocznicy śmierci św. o. Maksymiliana Kolbego

2018-08-14 13:41

Bartosz Bartyzel, Muzeum Auschwitz/lk / Oświęcim, Harmęże (KAI)

77 lat temu w niemieckim nazistowskim obozie koncentracyjnym i zagłady Auschwitz został zabity franciszkanin św. o. Maksymilian Maria Kolbe. W rocznicę tego wydarzenia przy bloku 11, w którym mieściło się obozowe więzienie i w którym zamordowano zakonnika, odprawiono uroczystą Mszę świętą. Podczas obchodów odczytano dekret ogłaszający św. Maksymiliana patronem Ziemi Oświęcimskiej.

Ks. Piotr Go´ra
Bp Roman Pindel przed blokiem 11, miejscem kaz´ni s´w. Maksymiliana

Wzięło w niej udział kilkaset osób, m.in. wicepremier RP Beata Szydło, biskupi, księża i zakonnicy, a także przedstawiciele władz wojewódzkich oraz samorządów lokalnych. Mszy św. przewodniczyli metropolita krakowski abp Marek Jędraszewski, biskup bielsko-żywiecki Roman Pindel, biskupi seniorzy Tadeusz Rakoczy i Kazimierz Górny, oraz abp Ludwik Schick z Niemiec. Gośćmi honorowymi była rodzina Maksymiliana Kolbego oraz byli więźniowie obozu Auschwitz.

Abp Jędraszewski w homilii przypomniał moment, w którym o. Kolbe zgłosił się na śmierć głodową za nieznanego mu współwięźnia. - Ucieczka więźnia, apelowy place, długie godziny czekania i wreszcie wyrok - dziesięciu więźniów z bloku 14 skazanych na głodową śmierć. Wtedy pośród ogromnej ciszy i przerażenia płacz jednego ze współwięźniów. Ma żonę, ma dzieci, chce żyć. Ale przecież za tym płaczem kryło się jeszcze jedno. Jest Polska, dla której trzeba narażać się, przelewać krew i walczyć. Uwięziony został w Poroninie, wtedy, kiedy szykował się do wędrówki przez Tatry na Węgry, by tam dołączyć do polskiej armii na zachodzie. Chciał żyć dla najświętszych wartości. Według Fritscha miał zdychać tutaj jak pies, a tymczasem w tym momencie okazuje się, że pozostał człowiekiem, bo pamiętał o żonie i o dzieciach, tego co najświętsze i najbardziej głębokie w jego sercu nie pozwolił sobie wydrzeć. Stąd jego głośny szloch - mówił metropolita krakowski.

– A potem nieoczekiwane wystąpienie z szeregu więźnia o numerze 16670. Samo wystąpienie z szeregu bez rozkazu równało się wtedy wyrokowi śmierci. Więzień był już tylko numerem, odarty z imienia i nazwiska i z samej swojej tożsamości. Nie wolno mu było myśleć, nie wolno mu było podejmować własnych decyzji. Miał wykonywać rozkazy. A on występuje i prosi o to, aby mógł swoje życie ofiarować za tego współwięźnia szlochającego i ciągle myślącego o swoich najbliższych – dodał arcybiskup.

– Ten czas obozowy był dla o. Maksymiliana i zapewne dla wielu innych więźniów czasem szczególnej refleksji nad swoim losem, nad przeznaczeniem, nad najbardziej głębokim sensem ludzkim cierpień. Z tej to refleksji wydobywa się stwierdzenie, którym o. Maksymilian podzielił się ze współwięźniem Józefem Stemlerem kilka tygodni przed śmiercią: „Nienawiść nie jest siłą twórczą, siłą twórczą jest miłość”. Miał na pewno na względzie w jaki sposób trzeba tutaj odpowiadać na tak przerażające zło doświadczane niemal każdej godziny – podkreślił metropolita krakowski.

Podczas obchodów rocznicowych odczytano dekret prefekta Kongregacji ds. Kultu Bożego i Dyscypliny Sakramentów kard. Roberta Saraha ogłaszający św. Maksymiliana patronem Ziemi Oświęcimskiej.

„Duchowieństwo i wierni Ziemi Oświęcimskiej darzą szczególną czcią św Maksymiliana Marię Kolbego, prezbitera i męczennika, który ustanawiając przykład największej miłości nie zawahał się wspaniałomyślnie poświęcić swojego życia za bliźniego. Dlatego też biskup bielsko-żywiecki Roman Pindel, mając na uwadze liczne prośby oraz przychylność władzy świeckiej, pragnie zaaprobować wybór św. Maksymiliana Marii Kolbego, prezbitera i męczennika na patrona Ziemi Oświęcimskiej. On też w piśmie z dnia 12 kwietnia 2018 r. zwrócił się z prośbą, aby ten wybór i decyzja zostały zaakceptowane w świetle przepisów o ustanawianiu patronów. Kongregacja ds. Kultu Bożego i Dyscypliny Sakramentów na mocy praw nadanych jej przez Ojca Świętego Franciszka i po rozważeniu przedstawianej sprawy uznała, że wybór ten i decyzja dokonały się zgodnie z przepisami prawa, przychyliła się do powyższej prośby i potwierdza, że Maksymilian Maria Kolbe, prezbiter i męczennik, jest patronem Ziemi Oświęcimskiej” - przeczytał podczas Mszy o. Jan Cuber.

Kwiaty złożono pod Ścianą Śmierci na dziedzińcu bloku 11, a także na obozowym placu apelowym, gdzie 29 lipca 1941 r. Maksymilian Kolbe ofiarował życie za współwięźnia Franciszka Gajowniczka. Hierarchowie i franciszkanie modlili się również w celi nr 18 w podziemiach bloku 11, w której zamordowano św. Maksymiliana.

Obchody 77. rocznicy śmierci o. Kolbe zainaugurowało rano nabożeństwo „Transitus św. Maksymiliana” we franciszkańskim Centrum św. Maksymiliana w Harmężach, po której do byłego obozu przeszła franciszkańska pielgrzymka z relikwiami świętego. Pątnicy z diecezji bielsko-żywieckiej wyruszyli też z oświęcimskiego kościoła św. Maksymiliana. Obie pielgrzymki spotkały się przy bramie „Arbeit macht frei”.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem