Reklama

Zrozumieć powołanie

Z ks. dr. hab. Lucjanem Szczepaniakiem SCJ rozmawia Agnieszka Konik-Korn
Niedziela Ogólnopolska 6/2011, str. 24-26

GRAZIAKO/Niedziela

Gdzie jest miejsce księży-lekarzy? Na uniwersyteckich katedrach czy przy łóżku chorego? Ten ważny dylemat być może pozwoli rozstrzygnąć rozmowa z ks. dr. hab. n. teol., lek. med. Lucjanem Szczepaniakiem SCJ, od 15 lat kapelanem Uniwersyteckiego Szpitala Dziecięcego w Krakowie i redaktorem naczelnym „Bioetycznych Zeszytów Pediatrii” Polsko-Amerykańskiego Instytutu Pediatrii Wydziału Lekarskiego UJ

Agnieszka Konik-Korn: - Jest Ksiądz lekarzem i kapłanem. Czy w pracy szpitalnej któreś z tych zadań jest dla Księdza ważniejsze?

Ks. Lucjan Szczepaniak SCJ: - Nie powinno się rozważać, która posługa jest ważniejsza. To tak, jakby zastanawiać się, co jest istotniejsze: dusza czy ciało? Człowiek stanowi bowiem jedność duchowo-somatyczną, co powinno zostać dostrzeżone w trosce o chorego. Współczesna medycyna, ufając sama sobie, odrzuca istnienie w człowieku pierwiastaka niematerialnego. Stąd też nie zajmuje się ona problemami duszy człowieka. Natomiast przedmiotem jej badań, ogólnie ujmując, jest życie: psychiczne, fizyczne i jego wymiar duchowy, ale bez odniesienia do Boga. Wierzący nie może jednak godzić się na tak zredukowaną antropologię. Cierpienie przenika bowiem wszystkie wymiary egzystencji i poddaje próbie jego człowieczeństwo. Jest ono zatem doświadczeniem o wiele głębszym niż sama choroba. Nie można więc zapomnieć o duszy nieśmiertelnej człowieka i jego życiu moralno-religijnym. Dlatego pełne spojrzenie na chorego wymaga długiego i żmudnego przygotowania teologicznego i medycznego. Służba lekarza i kapłana jest zatem przejawem pełnej troski o życie doczesne i wieczne. Nadprzyrodzoną rangę tej posłudze nadaje sam Chrystus, utożsamiając się z każdym cierpiącym i chorym: „Wszystko, co uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych, Mnieście uczynili” (Mt 25, 40). Co więcej, od jej wykonania uzależnia zbawienie człowieka: „«Zaprawdę, powiadam wam: Wszystko, czego nie uczyniliście jednemu z tych najmniejszych, tegoście i Mnie nie uczynili». I pójdą ci na mękę wieczną, sprawiedliwi zaś do życia wiecznego” (Mt 25, 45 n.).

- Łączenie doświadczenia lekarskiego i duszpasterskiego jest chyba trudnym zadaniem. Czy każdy lekarz, który przyjął święcenia, jest później kapelanem?

- W Polsce nie znam kapłana będącego lekarzem, który pracuje jako zawodowy kapelan szpitalny, i mówię to ze smutkiem, choć mogę się mylić, gdyż w tym zakresie nie mam pełnej wiedzy. W mojej ocenie, szkoda tylu lat nauki na wydziale lekarskim i doświadczenia klinicznego, aby później zaangażować się w pracę niezwiązaną z chorymi, gdzieś daleko od łóżka cierpiącego, choćby była ona najbardziej zaszczytna. Wyjątek stanowią, oczywiście, misje, gdzie lekarz-kapłan pełni obie funkcje. Nie mam prawa wnikać w cudze sumienie, ale sam nie potrafiłem zapomnieć złożonej przysięgi lekarskiej i słów Chrystusa: „Byłem chory, a odwiedziliście Mnie” (Mt 25, 36). Wrażenie wywarła na mnie również rozmowa z dr. Stanisławem Kownackim w 1988 r., który będąc cenionym lekarzem o dużym autorytecie moralnym, zadał mi pytanie, czy nie marnuję talentu lekarskiego u Księży Sercanów. Przyrzekłem zatem Bogu, sobie i w pewnym sensie dr. Kownackiemu, że nie zmarnuję, ale z obu powołań uczynię jedno. Księża-lekarze realizują się raczej na płaszczyźnie bioetyki czy też duszpasterstwa służby zdrowia, lecz poza szpitalem. Te dziedziny są bardzo ważne, ale ich praca i twórczość powinny być przede wszystkim świadectwem dla koleżanek i kolegów w szpitalu. Stąd też m.in. brakuje kapłanów służących swoim doświadczeniem lekarskim i duszpasterskim innym kapelanom, dla których środowisko szpitala jest przecież obce. Najwłaściwszą bowiem osobą przekazującą tę trudną wiedzę jest kapłan-lekarz, będący czynnym kapelanem szpitalnym. Każdy inny kapłan, choćby najmądrzejszy, będzie tylko teoretykiem tej posługi, znającym problematykę jednostronnie i z zewnątrz.

- Na czym polega praca kapelana?

- Chyba powinienem zacząć od zdemaskowania niektórych mitów utrwalonych już w powszechnym myśleniu o pracy kapelana i powtarzanych podczas różnych sympozjów. Mówi się, że ksiądz ma nieustannie towarzyszyć choremu, trzymać go za rękę, wysłuchiwać jego zwierzeń i zaspokajać jego różne potrzeby duchowe. Czasami tego rodzaju pomoc jest konieczna, jednak nie na tym polega duszpasterstwo chorych. W praktyce nie można też zrealizować tego postulatu wobec wszystkich chorych - jest to po ludzku niemożliwe. Kapelan, ograniczając się do tych czynności, niepotrzebnie wchodzi w kompetencje psychologa, pielęgniarki, pracownika socjalnego czy też członków rodziny. Natomiast drugi mit funkcjonuje wśród wielu pracowników służby zdrowia, pragnących pogodzić wypoczynek z doświadczeniem religijnym. Stąd też kapelan, według nich, powinien być „towarzyską duszą” i świetnym organizatorem: zagranicznych pielgrzymek, wycieczek do sanktuariów, starych klasztorów i, oczywiście, górskich wędrówek. Pokusa polega na tym, że gdy ksiądz pojedzie z nimi, to pozostawi chorych samych sobie albo powierzy ich opiece niedoświadczonego kolegi - kapłana, który nie zauważy wielu problemów, a zwłaszcza osób bliskich śmierci… Zasadniczym więc celem duszpasterstwa jest włączenie chorego w tajemnicę paschalną Chrystusa poprzez udzielone mu sakramenty święte i wyjaśnienie słowa Bożego. Ta posługa jest głównym przejawem troski Kościoła o chorego i bliskiego śmierci. Tej posłudze powinny być podporządkowane wszystkie inne zaangażowania i one powinny ją ubogacać i rozwijać. Ksiądz nie może jej zaniedbać i zawsze musi mieć dla niej czas. Nie powinien więc być jednocześnie kapelanem i proboszczem, katechetą, przełożonym domu, spowiednikiem sióstr, rekolekcjonistą… Skuteczność tej posługi wymaga również zrozumienia całej złożoności egzystencji chorego. Zgubne jest także wykorzystywanie modeli duszpasterskich z początku minionego wieku, jakby od tamtego czasu nie dokonało się nic w medycynie i teologii, jakby nie było Soboru Watykańskiego II. O tych problemach można byłoby napisać drugi, obszerniejszy wywiad.

- Kiedy w szpitalu najbardziej potrzebny jest ksiądz?

- Kapelan powinien być świadomy tego, że jest zawsze potrzebny. Nie braknie mu pracy, jeśli jest w szpitalu w ciągu dnia i pełni dyżur pod telefonem w nocy. Powinien jednak sam wykazać się inicjatywą w poszukiwaniu potrzebujących pomocy. W przeciwnym wypadku stanie się księdzem urzędnikiem, nieczułym na ludzką biedę, wciąż śpieszącym się do innych obowiązków: w parafii, we wspólnocie zakonnej czy na uczelni… Oprócz czynności wpisanych w stały program pracy zawsze znajdzie się ktoś pragnący z nim porozmawiać, skorzystać ze spowiedzi czy innych sakramentów. Najbardziej jednak jest potrzebny w przypadku zagrożenia życia, umierania i śmierci. Wówczas służy pomocą nie tylko choremu, ale jego rodzinie i opiekunom medycznym. Nie może się z tej służby samowolnie zwolnić. Personel szpitala musi bowiem wiedzieć, że ich kapelan jest dyspozycyjny, że gdy poproszą go o pomoc, to pojawi się niezwłocznie. Nie może więc być on jednym z wielu księży tworzących anonimową „sztafetę duszpasterską”: dzisiaj proboszcz lub przełożony, jutro wikary, pojutrze katecheta, a w następne dni rezydent, ksiądz student, ksiądz gość itd. Ufam, że te sytuacje nie mają już miejsca. Opieka zdrowotna jest bowiem żywym organizmem utworzonym przez ludzi, którzy nie wszystkich akceptują, a zwłaszcza niekompetentnych oraz pracujących tylko z okazji oficjalnych uroczystości i na pokaz. Skoro kapelan jest wynagradzany, to powinien wykazać się swoją etatową pracą. O realizacji jego powołania można mówić dopiero wówczas, jeśli pracuje on ponad normę, co obecnie nie jest takie trudne, bo poprzeczka wymagań czasami jest mocno zaniżona.

- Co uważa Ksiądz za najtrudniejsze w posłudze kapłana na terenie szpitala?

- Najtrudniejszym zadaniem jest odpowiedzialność za wypowiadane słowa. Mogą one bowiem umocnić w chorym i jego opiekunach wiarę, nadzieję i miłość, ale źle użyte, mogą również ich pozbawić. Stopniowo odkrywałem bowiem, że posługa słowa nie kończy się w kaplicy szpitala, lecz jest kontynuowana przy łóżku chorego, na korytarzu, w służbowej dyżurce, prosektorium, kancelarii, a nawet w stołówce. Do niej należy zaliczyć również rozmowy telefoniczne z chorymi i korespondencję. Słowo wypowiedziane z wiarą i poparte cichą, lecz żarliwą modlitwą, może uratować nadzieję. Ksiądz w tej posłudze powinien więc wykazać się empatią, co bardzo obciąża jego psychikę. Ile razy bowiem można umierać z dzieckiem i doświadczać żałoby z jego rodzicami oraz zapewniać ich, że cierpienie nie jest karą za ich grzechy? Ile razy można znosić krzyk rozpaczy, że dziecko przywiezione z wypadku pozostanie kaleką albo wkrótce umrze? Tych wydarzeń nie da się zapomnieć. Od kilkunastu lat jestem ich świadkiem i one wciąż we mnie żyją. Nie zrozumie tego ten, kto tego nie doświadczył.

- Czy od pracy kapelana można odpocząć?

- Odpowiedź na to pytanie rozstrzyga, jak kapelan postrzega tę posługę. Czy jest to dla niego zwykła praca, po wykonaniu której szybko należy uciekać ze szpitala, czy jest ona czymś więcej… W moim życiu przyjąłem to drugie rozwiązanie. Praca ta ma dla mnie ogromne znaczenie przede wszystkim w wymiarze nadprzyrodzonym. A więc - od czego mam odpoczywać i gdzie? To tak, jakby odpoczywać od własnej rodziny, żony, męża, od dzieci... Tu rodzi się pytanie o to, czy praca kapelana jest realizacją powołania, czy tylko wykonywanym zawodem. Jeśli kocha się tę pracę, to żyje się duszpasterstwem, cieszy się nim, ono daje siły, radość, a o to przecież chodzi w odpoczynku. Owszem, nieraz trzeba wyjechać na urlop, rekolekcje, by z oddali spojrzeć na przeżywane problemy. Trzeba przede wszystkim odwiedzać chorą matkę mieszkającą w Łodzi. Pragnę jednak mocno zaakcentować, że dla mnie duszpasterstwo wśród chorych w szpitalu to nie jest „dopust Boży” czy przykry obowiązek, to jest styl życia i droga, na której Bóg mnie odnalazł, pozwolił opiekować się chorymi i w ten sposób połączyć powołanie lekarza i kapłana. Za ten dar jestem Bogu ogromnie wdzięczny i nie chciałbym zamieniać tej pracy na inną, chociażby w opinii ludzi była bardzo prestiżowa.

- Czy z pracą kapelana wiążą się jakieś niebezpieczeństwa?

- Szpital to niebezpieczne miejsce, i to nie tylko dla młodych duchownych. Początkujący kapelan czuje się w nim obco, chociaż nie przyznaje się do tego. Widzi problemy tam, gdzie ich nie ma, i nie dostrzega ich tam, gdzie wymagają pilnego rozwiązania. Odnosi on wrażenie, że wszystko umie i nad wszystkim panuje, a personel medyczny jest dla niego pełen uznania. Z dużą łatwością wypowiada się więc na każdy temat. Stąd też łatwo może pominąć osoby najbardziej potrzebujące pomocy i popełniać tzw. błędy jatrogenne, tzn. chciał pomóc choremu rozwiązać duchowe problemy, ale w istocie zranił go, a nawet psychicznie załamał. Natomiast stres towarzyszący ratowaniu życia dziecka może prowadzić do powtarzających się konfliktów z jego rodziną. Konsekwencją tego zazwyczaj jest rozgoryczenie, wycofanie się z aktywniejszego zaangażowania, porzucenie służby, a czasami również utrata wiary. Byłem tego świadkiem…

- Jakie cechy powinien mieć więc kapelan pracujący w służbie zdrowia?

- Kapłan pracujący w szpitalu powinien być jak dobry Samarytanin. Przypowieść o miłosiernym Samarytaninie jest jednak jednocześnie wstrząsającą opowieścią o niemiłosiernym kapłanie, który nie udzielił pomocy rannemu i obojętnie go minął (por. Łk 10, 31). Pewnie śpieszył się do bardzo ważnych kapłańskich obowiązków, ale cóż taka modlitwa jest warta w oczach Boga... Jakie mogły być dla niego ważniejsze zajęcia, chyba że śpieszył z pomocą umierającemu. Stąd też niezwykle ważne jest, by kochać spotkanych ludzi. Tylko miłość jest źródłem zdolności do współodczuwania i solidarności z cierpiącym. Bez niej nie wolno podejmować pracy w szpitalu. To nie jest miejsce, w którym kapelan ma doświadczać miłości ze strony innych, bo jest schorowany, nieszczęśliwy i niezrealizowany życiowo. To ksiądz ma okazywać miłość chorym, słuchać ich zwierzeń i starać się im pomóc. Na drugim miejscu wymieniłbym roztropność i pokorę, których tak często brakuje. Chodzi tutaj o odpowiedni dystans do siebie, swoich umiejętności, a nawet swojego rozwoju duchowego. Kapelan powinien również zrozumieć, że musi się uczyć i podnosić swoje kwalifikacje, aby jego posługa nie została zmarginalizowana. Rozwój intelektualny powinien w jednakowym stopniu obejmować teologię i medycynę. Jego wiedza powinna być rzetelna i o wiele większa niż ta zdobyta na forach internetowych i wyczytana z ulotek pozostawionych w poczekalni. Do pracy pośród chorych i do nauki nikt nie powinien go zachęcać, gdyż świadczyłoby to o jego niedojrzałości duchowej. Kolejną cechą jest tak rzadko spotykana dyskrecja. Niedoświadczonym kapelanom radziłbym mało mówić, nie oceniać pochopnie, nie wtrącać się w cudze życie, natomiast dużo słuchać i być do dyspozycji Boga, który skorzysta z jego pomocy. W takim postępowaniu wypełniają się oba przykazania miłości: Boga i bliźniego. Ważną cechą jest też cierpliwość. Nieraz potrzeba wiele czasu, aby ktoś dojrzał duchowo do pojednania z Bogiem. A gdy się zdecyduje najpierw jedna osoba, to potem również następne… Dla osób łatwo zniechęcających się pociechą niech będzie dialog Szymona z Chrystusem: „«Mistrzu, całą noc pracowaliśmy i niceśmy nie ułowili. Lecz na Twoje słowo zarzucę sieci». Skoro to uczynili, zagarnęli tak wielkie mnóstwo ryb, że sieci ich zaczynały się rwać” (por. Łk 5, 5-6).

- Rok 2011 został ogłoszony Rokiem Wolontariatu. Jakie jest doświadczenie Księdza z posługą wolontariuszy w szpitalu?

- Wolontariat prowadzę osobiście od 10 lat i uważam, że istnieje on przede wszystkim dla wolontariuszy. Niestety, nie każdy wolontariusz przychodzi do szpitala bezinteresownie. Jedni zbierają punkty do szkoły, by iść na medycynę, inni są „kolekcjonerami” praktyk, jeszcze inni pragną osobistej konfrontacji z cierpieniem, a nawet ze śmiercią. Zdarzają się jednak osoby, które traktują tę pomoc ewangelicznie i wierzę, że za to podziękuje im Bóg.

- Popularne są dziś modlitwy wstawiennicze o uzdrowienie. Czy jest na nie miejsce w szpitalu?

- Modlitwa wstawiennicza nie może stać się ani sensacją, ani próżną obietnicą. Ostateczna odpowiedź przychodzi zawsze od Boga. Najniebezpieczniejsze jest przemilczenie słów: „Bądź wola Twoja”. Gdy pragnienie się nie ziści, zdrowie nie wróci - wtedy człowiek chory, jego bliscy, mogą nawet stracić wiarę.
Dziś z modlitwą wstawienniczą kojarzone są głównie nabożeństwa prowadzone przez wspólnoty odnowy charyzmatycznej. Myślę, że zbyt często zapomina się, że modlitwą wstawienniczą jest przede wszystkim Eucharystia i inne sakramenty, z których może skorzystać chory, modlitwy w czyjejś intencji, wspólnotowe lub indywidualne, np. Różaniec, Koronka do Miłosierdzia Bożego. W kaplicy szpitalnej jest przecież zwykle wieczysta adoracja Najświętszego Sakramentu. W naszej kaplicy codziennie odmawiany jest wspólnie Różaniec połączony z nowenną do Matki Bożej Nieustającej Pomocy i odczytywaniem próśb w intencji chorych. Jest też Honorowa Straż Najświętszego Sakramentu i Żywy Różaniec. Modlitwa wstawiennicza potraktowana jest więc tutaj bardzo poważnie. Niestety, nie zawsze docenia się jej znaczenie, a zwłaszcza wartość codziennej Mszy św. sprawowanej w intencji wszystkich chorych przebywających w szpitalu i ich opiekunów. To niewłaściwe zrozumienie modlitwy wstawienniczej osłabia wiarę, zamiast ją umacniać. Szpital jest miejscem, gdzie może ona przecież ulec ożywieniu i przewartościowaniu. Rodzice czasem proszą o osobiste błogosławieństwo ich chorych dzieci. Przypominam im wówczas, że każdego dnia w kaplicy szpitalnej odbywa się uroczyste błogosławieństwo wszystkich pacjentów Najświętszym Sakramentem. Zanim rodzice odkryją, że kaplica szpitalna jest sanktuarium cierpienia, ale także powrotu do zdrowia, odwiedzają święte miejsca, biorą udział w modlitwach o uzdrowienie. Gdy jednak dziecko jest ciężko chore i bliskie śmierci, trzeba zakończyć pielgrzymowanie i być z nim do końca. Konieczne jest rozpoznanie w jego umęczonej twarzy rysów cierpiącego Chrystusa oraz zrozumienie, że to jest czas i miejsce, w którym Bóg pochylił się nad ich rodziną i bardzo ich kocha.

* * *

Ks. dr hab. Lucjan Szczepaniak SCJ
Najpierw został lekarzem, a następnie kapłanem w Zgromadzeniu Księży Sercanów. Nie przestał służyć chorym nawet w czasie formacji zakonnej i kapłańskiej. Z Polsko-Amerykańskim Instytutem Pediatrii Wydziału Lekarskiego Uniwersytetu Jagiellońskiego związany jest od 1990 r., kiedy to odbył praktykę doskonalącą zawód w Klinice Onkologii i Hematologii Dziecięcej, której kierownikiem był prof. Jerzy Armata. Od 26 sierpnia 1995 r. do chwili obecnej pełni funkcję kapelana w tym samym szpitalu. Ma stopień doktora habilitowanego z teologii moralnej. Autor wielu publikacji naukowych i popularnonaukowych z zakresu bioetyki, deontologii lekarskiej, medycyny pastoralnej oraz duszpasterstwa chorych. Opublikował również kilka tomików wierszy i antologię, nawiązujących do osobistych przeżyć związanych z pracą w szpitalu.

Kraków: rozbłysły światełka na choince pod Oknem Papieskim

2018-12-15 19:47

luk / Kraków (KAI)

Już po raz kolejny plac przed Pałacem Arcybiskupów Krakowskich rozświetliły choinkowe światełka. Uroczystemu zapaleniu lampek na blisko 20-metrowym drzewku z Nadleśnictwa Nawojowa przewodniczył abp Marek Jędraszewski.

Joanna Adamik/Archidiecezja Krakowska

Zgromadzonych przed Pałacem Arcybiskupów Krakowskich cały czas rozgrzewał śpiewem zespół „Moja Rodzina”. Zarówno dzieci, jak i dorośli byli również poruszeni przedstawieniem „Panie Jezu przyjdź”, które pokazało czego współczesnym ludziom brakuje w okresie przygotowań i samych Świąt Bożego Narodzenia.

Po koncercie i przedstawieniu na scenie pojawił się metropolita krakowski, abp Marek Jędraszewski, któremu towarzyszyli nuncjusz apostolski w Polsce, abp Salvatore Pennacchio oraz wojewoda małopolski, Piotr Ćwik. Razem z nimi do dzieci przyszedł także św. Mikołaj, który rozdał prezenty.

Joanna Adamik/Archidiecezja Krakowska

W słowie pasterskim skierowanym do zebranych abp Jędraszewski zwrócił uwagę, że choinka wskazuje na życie. - W zbliżające się Boże Narodzenie to Chrystus przychodzi do nas, by obdarzyć nas życiem wiecznym. Cieszymy się, że ta choinka jest z nami, gdyż jest wyrazem radości z tego, że Syn Boży stał się człowiekiem i ciągle chce nam wszystkim błogosławić - powiedział, zachęcając jednocześnie, by wykorzystać jeszcze kilka najbliższych dni, by dobrze przygotować serca na świąteczny czas.

Spotkanie przy choince na placu przed Pałacem Arcybiskupów w Krakowie jest okazją do wspólnego oczekiwania na przyjście Chrystusa i nawiązaniem do tradycji świątecznego drzewka na Placu św. Piotra w Rzymie, które stawiano tam dla papieża Jana Pawła II od 1982 r. Na tegoroczną, najsłynniejszą w Krakowie choinkę, nawojowscy leśnicy wybrali jodłę o pięknej i rozbudowanej koronie z Nadleśnictwa Nawojowa.

Joanna Adamik/Archidiecezja Krakowska
CZYTAJ DALEJ

Reklama

Abp Głódź: modlitwa za ofiary Grudnia 1970 to nasz obowiązek

2018-12-16 14:58

pgo / Gdańsk (KAI)

„Modlitwa za ofiary Grudnia 1970 to nasz obowiązek. „Chrześcijański i narodowy. Obowiązek wobec teraźniejszości i przyszłości. Wobec współczesnych, wobec pokoleń, które po nas przyjdą”– powiedział bp Sławoj Leszek Głódź podczas Mszy św. w Bazylice św. Brygidy w Gdańsku z okazji rocznicy Wydarzeń Grudniowych oraz poświęcenia pszenicznych łanów zbóż w Bursztynowym Ołtarzu Ojczyzny.

Grzegorz Jakubowski/KPRP
Abp Leszek Sławoj Głódź

Publikujemy pełną treść homilii:

Homilia Księdza Arcybiskupa Metropolity Gdańskiego Sławoja Leszka Głódzia z okazji rocznicy Wydarzeń Grudniowych oraz poświęcenia pszenicznych łanów zbóż – symboli Eucharystii – w Bursztynowym Ołtarzu Ojczyzny wygłoszona w Bazylice św. Brygidy w Gdańsku 16 XII 2018

Oto Bóg jest moim zbawieniem! Jemu zaufam i bać się nie będę” Ps 12, 2

Bracia Kapłani z Księdzem Kanonikiem Proboszczem Parafii pw. Świętej Brygidy Szwedzkiej! Weterani Grudnia 1970 roku i Wy, Czcigodne Rodziny ofiar tamtej zbrodni! Przedstawiciele Państwa Polskiego i samorządów gdańskiego regionu! Bracia z Solidarności, uczestnicy jej historycznej drogi w służbie wolności Ojczyzny i godności ludzi pracy! Czcigodne poczty sztandarowe! Umiłowani diecezjanie przygotowujący się na zbliżającą się radość Świąt Bożego Narodzenia!

Dziś trzecia niedziela Adwentu. Niedziela Gaudete. Niedziela radości. Szczególna stacja na adwentowych drogach. Gaudete in Domino. Tak w języku łacińskim – przez wieki języku Kościoła – rozpoczyna się antyfona mszalna, radosne oznajmienie zaczerpnięte z listu świętego Pawła do Filipian: „Radujcie się zawsze w Panu, raz jeszcze powiadam: radujcie się! Pan jest blisko” (Flp 4, 4n).

Zapowiedź dnia Narodzenia Pańskiego, kiedy – to słowa św. Łukasza – „Nawiedzi nas Słońce Wschodzące z wysoka, by zajaśnieć tym, co w mroku i cieniu śmierci mieszkają, aby nasze kroki zwrócić na drogę pokoju” (Łk 1 78 – 79).

Znakiem tego zbliżającego się zbawczego wydarzenia, którego radosną pamiątkę będzie niebawem celebrował Kościół, jest różowy kolor szat liturgicznych. Budzi skojarzenia z widokiem jesiennego nieba o brzasku. Symbolizuje światło Chrystusa, które rozbłyśnie w noc Bożego Narodzenia. Jedyne światło, które nie zna zmierzchu!

I. Radujcie się w Panu! Czytania dzisiejszej niedzieli eksponują mesjańską radość, zapowiadają nadchodzącego Zbawiciela, wzywają do nawrócenia, do oczyszczenia i pokoju serc. Sofoniasz, prorok dawnego Izraela, żyjący w VII wieku przed Chrystusem, zapowiada swemu ludowi zbawczą bliskość Boga, „Mocarza, który zbawia”.

Powtórne nadejście Pana głosi z rzymskiego więzienia św. Paweł Apostoł w liście do Filipian, świadek Zmartwychwstałego Chrystusa, który przynosi nam „pokój Boży, który przewyższa wszelki umysł”.

Rychłe nadejście Mesjasza głosi nad Jordanem święty Jan Chrzciciel, wielki prorok nawrócenia. Oznajmia swym współczesnym, że oczekiwany przez pokolenia Mesjasz będzie chrzcił Duchem Świętym i ogniem Bożej Miłości. A w dniu Paruzji, na końcu dziejów, w wiekuistym spichlerzu wieczności umieści pszenicę dobra, a plewy grzechu i nieprawości spali „w ogniu nieugaszonym”

Umiłowani! Radujcie się zawsze! Radujcie się w Panu! W niedzielę Gaudete rozbrzmiewa to szczególne przykazanie – przykazanie radości. Radujcie się, drodzy Bracia i Siostry – przygotowując się na spotkanie z Królem Wieków narodzonym w Betlejem. Wraz z Kościołem, wraz ze wspólnotą katolickiej wiary głoście w tych świętych dniach, które się zbliżają, „prawdziwą Światłość i Prawdę, Chrystusa Pana (św. Jan Paweł II, bulla Incarnationis Mysterium, 1998).

W niedzielę Gaudete przyszliśmy do św. Brygidy Szwedzkiej. Do tego Domu Bożego, który jest także naszym gdańskim, pomorskim domem Ojczyzny. Od lat płynie stąd modlitwa waszych serc w intencji polskiego narodu. W intencji naszych Braci i Sióstr, których czyny, służba, ofiara współtworzyły to, co w naszej dziejowej drodze, wielkie, szlachetne, twórcze. Ojczyźnie ofiarowane. Bogu miłe. Zasługujące na pamięć i wdzięczność.

Nad Bursztynowy Ołtarz Ojczyzny – nasze gdańskie wotum za Niepodległą, poświęcone rok temu wzlatuje orzeł. Znak ojczyzny. Symbol drogi narodu z Bogiem w Trójcy Świętej Jedynym, z Chrystusem i Jego Matką, z Kościołem. W symboliczny sposób trzyma straż nad tym świętym miejscem eucharystycznej celebracji, gdzie przychodzi do nas Chrystus, „chleb żywy, który zstąpił z nieba” (J 6, 51) i „utożsamia nas z Jego Sercem, podtrzymuje nasze siły w czasie ziemskiej pielgrzymki” (por. KKK 1419).

II. Oddali życie za chleb i wolność Przyszliśmy na spotkanie z Chrystusem Obecnym, na nasze niedzielne dziękczynienie. Dziś, 16 grudnia, gromadzi nas tu także szczególna intencja – modlitwa w intencji ofiar Grudnia 1970 roku. 38 lat temu miało miejsce to tragiczne wydarzenie w powojennej historii Ojczyzny i narodu. Niewinnie przelana polska, robotnicza krew 44 czterech zamordowanych lub zmarłych z odniesionych ran, 1165 rannych. Wstrząsające żniwo tamtej zbrodni. Pomorze Gdańskie o niej pamięta. I Polska pamięta!

Czynimy to w niedzielę Gaudete, kiedy – jak mówiłem – w Kościele Świętym rozbrzmiewa przykazanie radości: Radujcie się zawsze! Radujcie się w Panu! W radość tego dnia, włączamy naszą modlitewną pamięć, nasze wspomnienie tamtej tragedii. Kierujemy je ku Jezusowemu Sercu. Otwartemu dla tych, których do końca umiłował. O każdej porze. Na każdej stacji liturgicznego roku. Serce Jezusa – źródło wszelkiej pociechy. Sprawiedliwości i miłości skarbnica. Hojne dla wszystkich, którzy Go wzywają. Gorejące ognisko miłości – przywołuję wezwania litanii do Najświętszego Serca Pana Jezusa. Serce niezmierzonego miłosierdzia! Ku Niemu kierujemy naszą modlitwę w intencji tych, którzy 48 lat temu oddali życie: „za chleb i wolność i nową Polskę”.

Umiłowani! „Co mamy czynić? Takie pytanie – utrwalone w Łukaszowej Ewangelii zadawali św. Janowi Chrzcicielowi przychodzący po chrzest nad Jordan. Możemy i my je postawić wobec Chrystusa Eucharystycznego. Możemy też sami spróbować na nie odpowiedzieć.

Cóż więc mamy czynić z tą bolesną, krwawą, tragiczną datą w kalendarzu polskiej historii – tragedią Grudnia 1970 roku? Mamy się modlić o życie wieczne dla jej ofiar. O wieniec sprawiedliwości. O radość nieba. O godne miejsce w społeczności zbawionych.

O tragedii Grudnia 1970 roku mamy pamiętać. To nasz obowiązek. Chrześcijański i narodowy. Obowiązek wobec teraźniejszości i przyszłości. Wobec współczesnych, wobec pokoleń, które po nas przyjdą.

Nie trzeba wam, Bracia i Siostry, uczestnicy dorocznych uroczystości ku czci Ofiar Grudnia 1970 roku, przypominać jak brzemienne znaczenie ma to tragiczne wydarzenie dla powojennej historii naszej Ojczyzny.

W roku, który mija, do wielu zdarzeń polskiej historii, do postaw i czynów ludzi przykładaliśmy miarę stulecia odzyskania niepodległości. Miarę tego nieśmiertelnego nurtu, co biegł przez czas niewoli narodowej, aby w listopadzie 1918 roku rozbłysnąć jutrzenką wolności. Nurtu, który jednoczył tak wiele polskich serc. Szli ku Niepodległej przodkowie nasi drogami walki, modlitwy, edukacji, rozpłomienianego z pokolenia na pokolenie narodowego ducha. Szli z wiarą, że z ich trudu i znoju Polska powstanie, by żyć. Zawierzali Bożej Opatrzności pragnienie, że przyjdzie Polska w Imię Pana. I przyszła – w listopadowy dzień, przed stu laty. „Dał nam Bóg na nowo ziemię wielką bogatą i piękną i wzywa nas, byśmy się co prędzej jęli duchowej budowy naszej Ojczyzny” – apelowali Biskupi Polski Odrodzonej, w swym pierwszym pasterskim orędziu w grudniu 1918 roku. Wiemy, jak krótko, ledwie jedno pokolenie, Niepodległa istniała w swym realnym terytorialnym kształcie.

Ale przecież tego nieśmiertelnego nurtu wolności, niepodległości, tego podejmowanego przez polskie pokolenia dzieła jej duchowej budowy, o którym pisali Biskupi Odrodzonej Ojczyzny, nie zmogła agresja na Polską niepodległość pogańskich totalitaryzmów: niemieckiego narodowego socjalizmu i sowieckiego komunizmu. Nie zmogły okupacje: czerwona i brunatna, ani jałtańska zmowa, ani to, co stało się jej konsekwencją – kleszcze powojennego komunistycznego systemu.

Płynął przez polskie serca, nie pozwolił, aby zgasły w nich niepodległościowe ideały. Nurt nieśmiertelny. Obecny na drogach Kościoła i Narodu. Wytyczający szlak pokoleń ku Niepodległej. Od Żołnierzy Wyklętych – po pokolenie Solidarności.

Grudzień 1970 roku. Jedna z tych polskich stacji na drodze ku wolności. Jedno z tych miejsc, gdzie to pragnienie, łączyło się z ofiarą krwi, rozlaną zbrodniczą ręką janczarów komunistycznego systemu.

Wtedy, na początku siódmej dekady ubiegłego wieku to był krzyk na trwogę. Usłyszany przez wielu. Alarmowy dzwon. Otworzył wielu oczy na istotę tamtego systemu, na kłamstwo i wiarołomstwo komunistycznej ideologii, którą wsączano na różne sposoby w tkankę narodu. Na strukturalne zło systemu, który zniewolił powojenną Polskę. Ukazał cynizm władzy, która mieniąc się przedstawicielem ludzi pracy, strzela do nich, jak to już miało miejsce w Poznaniu.

Już prawie pół wieku minęło od tej tragedii. Są dziś z nami członkowie rodzin, które wtedy straciły ojców, braci. Zawinili tym, że upomnieli się o swoje prawa. Zawinili tym, że jak każdego dnia wyruszyli do pracy, aby zarobić na chleb powszedni. A potem doszedł nowy wymiar bólu. Skryte nocne pogrzeby pod milicyjną kuratelą. Ostracyzm wobec rodzin poległych. Podejmowana w różny sposób walka ze społeczną pamięci o zbrodni, o ofiarach. Bolesna rana krwawiąca przez lata w tak wielu domach, w tak wielu rodzinach.

III. Pan da siłę swojemu ludowi (Ps, 29, 11) Dziś patrząc z perspektywy lat, które nadeszły, mamy pewność, że nie była to ofiara nadaremna. Wicher Solidarności, który w sierpniu 1980 roku ogarnął Polskę, pamiętał o tamtej ofierze Grudnia 70, włączył ją do swego etosu i ideowego fundamentu.

Przywrócenie do pracy ludzi zwolnionych po strajkach w 1970 roku znalazło się wśród postulatów Międzyzakładowego Komitetu Strajkowego z 17 sierpnia 1980 roku, zostało ujęte w porozumieniach sierpniowych. W 10 rocznicę Grudnia 1970 roku na placu przed Stocznią Gdańska stanęły Trzy Krzyże Gdańskie – Pomnik Poległych Stoczniowców. „Pan da siłę swojemu ludowi, Pan da swojemu ludowi błogosławieństwo pokoju” (Ps, 29, 11) Ileż człowieczych oczu odczytywało przez 38 lat te słowa Psalmu 29. Słowa ufności, zawierzenia, także prośby polskich pokoleń, ku Bogu kierowanych.

Grudzień 1970. Stacja na polskich drogach ku wolności. Tkwi w niej bolesny cierń. Bo przecież nie udało się tej tragedii do końca wyjaśnić. Rozliczyć. Wskazać tych, którzy byli sprawcami zbrodni. Dotrzeć do sedna tamtych decyzji, działań, rozkazów. Nie udało się rozplątać i pokonać splotu tych mrocznych sił, co potrafią zaciemniać drogę do prawdy, mataczyć, zacierać ślady, unikać odpowiedzialności.

W rocznicę wprowadzenia stanu wojennego, podczas apelu pamięci, przypominano nazwiska jego ofiar. Jakże wielu z nich zginęło z rąk nieznanych sprawców. Do dziś nierozpoznanych. Nie osądzonych. Księża: Niedzielak, Zych, Suchowolec, mój podlaski rodak, wychowanek tak jak i ja Arcybiskupiego Seminarium Duchownego w Białymstoku. I tylu innych.

Wciąż trzeba nam o tym pamiętać. Dążyć do tego, aby prawdę o tamtym czasie utrwalać. Jej nierozpoznane załomy odkrywać. Protestować przeciwko jej wypaczaniu, relatywizowaniu, wręcz jej infantylizacji. Już nie raz słyszałem, że 13 grudnia 1981 roku, najmocniej kojarzy się z nieobecnością tego dnia programu Teleranek.

Z Warszawy, ze stołecznego ratusza, 13 grudnia dobiegła porażającą informacja o przekreśleniu decyzji – mimo apelu weteranów walk o Niepodległą – o dekomunizacji patronów warszawskich ulic. Mają zniknąć – nadane w ich miejsce – imiona bohaterów polskiej wolności wśród nich prezydenta Lecha Kaczyńskiego, Danuty Siedzikówny Inki, Anny Walentynowicz. Porażające świadectwo skamieniałych serc, znak hańby, atrofii sumień, tych, którzy taką decyzje zaakceptowali. Mówię o tym z największym bólem.

Umiłowani! Ale dziś w tym dniu pamięci o ofiarach Grudnia 1970, trzeba nam dziękować tym, którzy są stróżami pamięci, stróżami prawdy. Kilka dni temu, w historycznej sali BHP Stoczni Gdańskiej, obchodziliśmy jubileusz 25 lecia Stowarzyszenia Godność, skupiającego działaczy niepodległościowych, ludzi Solidarności. To dzięki nim w przestrzeni publicznej Trójmiasta w formie tablic, pomników utrwalony został m.in. św. Jan Paweł II, prezydent Ronald Regan, Józef Piłsudski, Anna Walentynowicz. Postacie, które zajęły trwałe miejsce w polskiej historii i naszych gdańskich sercach. Dlatego dziś Kapituła odznaczyła pierścieniem „Inki” Prezesa Stowarzyszenia Godność, Pana Czesława Nowaka.

Znakiem tej pamięci, drogowskazem na dalszą dobrą drogę, będzie też sztandar, który poświecę. Sztandar wspólnoty internowanych w obozie w Strzebielinku, gdańskich i pomorskich działaczy Solidarności. Znak ich wspólnoty. Niech im przewodzi w ich służbie ideałom, za które niegdyś byli represjonowani.

Umiłowani! Czas już kończyć. W Bursztynowym Ołtarzu Ojczyzny poświecę jego kolejny element. Pierwsze kłosy pszeniczne Symbol Eucharystii. Także symbol żyznej polskiej ziemi. Użyźniała ją krew bohaterów polskiej wolności. Pośród nich bohaterów Grudnia 1970. Nieście ich pamięć drogami polskiej ojczyzny. Zapraszajcie ich do duchowej obecności przy wigilijnym stole.

Drogami Adwentu idźmy na spotkanie „w mizernej cichej stajence lichej” Bożego Syna „co się narodził tej nocy by nas wyrwać z czarta mocy”. „Oto Bóg jest moim zbawieniem! Jemu zaufam i bać się nie będę” (Ps 12, 2). Amen.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Moje pismo Tęcza - 7/8 2018

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem