Reklama

Powrót do przemysłu

2012-09-24 13:31

Bogusław Kowalski
Niedziela Ogólnopolska 39/2012, str. 32

JACEK RUTKOWSKI

Światowy kryzys ekonomiczny podważył dotychczasowe myślenie o tym, czym jest nowoczesna i dobrze rokująca gospodarka. Dominujące przekonanie, że przyszłość należy przede wszystkim do usług, zostało boleśnie zweryfikowane. Okazało się, że w trudnych czasach najlepiej radzą sobie ci, którzy produkują i eksportują. Przykład Chin i innych krajów rozwijających się jest tego najlepszym potwierdzeniem. Obserwując to i wyciągając wnioski, przywódcy USA, Wielkiej Brytanii, Francji oraz dotkniętych recesją Włoch, Hiszpanii i Grecji zaczęli mówić o reindustrializacji, czyli ponownym uprzemysłowieniu własnych gospodarek. Wzywają rodzime koncerny do powrotu z produkcją do ojczyzny.

Globalizacja, czyli produkcja za granicą

Zjawisko globalizacji, polegające na otwarciu granic dla swobodnego przepływu kapitału, wywołało poważne zmiany. W połączeniu z wprowadzaniem jednolitych podstawowych standardów gospodarowania spowodowało przenoszenie produkcji przemysłowej do tych rejonów świata, gdzie koszty pracy są najniższe. Duże przedsiębiorstwa z krajów rozwiniętych zostawiały u siebie jedynie najbardziej skomplikowane, wymagające wysokich kwalifikacji etapy wytwarzania. Resztę załatwiano rękami robotników z biedniejszych państw, najczęściej azjatyckich lub afrykańskich, którzy pracowali często za kilkakrotnie mniejsze pieniądze niż rodzimy pracownik. Tendencję tę wzmacniały coraz bardziej wyśrubowane normy w zakresie ochrony środowiska, wprowadzane pod presją opinii publicznej w USA i Unii Europejskiej. Zamożne społeczeństwa chcą żyć w zdrowym, czystym i ładnym otoczeniu. A masowa produkcja najczęściej jest brudna, hałaśliwa i przez to uciążliwa dla otoczenia. W krajach rozwijających się przymykano na to oczy i cieszono się, że powstają miejsca pracy, nawet jeśli przy okazji dochodziło do dewastacji środowiska.
Zmiany te zwiększyły zapotrzebowanie na usługi logistyczno-transportowe oraz podniosły obroty w handlu zagranicznym. Jego struktura obejmowała coraz rzadziej wymianę gotowych wyrobów, a coraz częściej - półproduktów i podzespołów potrzebnych do końcowego montażu. Skupienie się na poszukiwaniu nowych rozwiązań i tworzeniu coraz bardziej efektywnych technologii owocowało dynamicznym rozwojem w wielu dziedzinach. A to sprzyjało dalszym postępom globalizacji. Innowacyjność rzeczywiście nakręcała gospodarkę, stała się pożądaną cechą, na którą nastawiona została polityka wielu państw. Z reguły kosztem zwykłej, pracochłonnej i lekceważonej produkcji przemysłowej, którą można przerzucić i wykonać praktycznie w dowolnej części świata.

Reklama

Renesans protekcjonizmu

Tak było do kryzysu. Pokazał on, że ośrodki badawcze potrafiące ściągać najtęższe umysły z całego globu i towarzyszące im usługi bezpośrednio nie generują zbyt wielu miejsc pracy. Kraje, które na rozwój i badania wydają bardzo dużo, jak USA, Wielka Brytania, Francja, Irlandia, Włochy i Hiszpania, mają poważne problemy. Okazało się, że oprócz zaawansowanych technologicznie produktów, które są drogie i przez to dostępne tylko dla wąskich grup społecznych, potrzebna jest też masowa i tania produkcja, która da pracę także niezbyt wykwalifikowanym pracownikom. A tych przecież także w państwach rozwiniętych nie brakuje.
Apele polityków to jak na razie puste deklaracje. Nie wiadomo, na czym konkretnie miałby polegać proces ponownego uprzemysłowienia i czy zjawiska związane z globalizacją da się odwrócić. Ale jest to wyraźny sygnał, że w obliczu 20-30-procentowego bezrobocia trzeba sięgać po rozwiązania zmieniające fundamenty obecnego systemu. Dotychczasowe hasło, że najlepszą polityką przemysłową jest brak takiej polityki, nie sprawdza się. Powrót pewnych form protekcjonizmu państwowego jest nieuchronny. Trzeba dążyć do oparcia gospodarki na wytwarzaniu realnych dóbr, a usługi mogą tylko rozwijać się w oparciu o taki fundament.
Te wskazówki dotyczą również Polski. Cieszmy się, że jeszcze mamy w ręku tak silne podmioty, jak KGHM, Orlen, PZU, PKO, PKP Cargo, które są liderami nie tylko w kraju, ale także w Europie Środkowej. Ale tylko dwa pierwsze wytwarzają dobra materialne, pozostałe to sfera usług. A np. tworząca wiele miejsc pracy i nakręcająca koniunkturę branża budowlana pogrąża się w coraz większym kryzysie. Jego kolejną odsłoną są zerwane kontrakty na budowę odcinków autostrad A4 na Podkarpaciu i A1 na Kujawach oraz ogłoszenie upadłości przez Przedsiębiorstwo Napraw Infrastruktury, jednego z liderów w budownictwie kolejowym. Konieczna jest świadoma wieloletnia polityka rządu, ukierunkowana na wspieranie silnych polskich przedsiębiorstw, ale też ułatwiająca rozwój średnich i małych podmiotów. I to przede wszystkim o charakterze przemysłowym. Potrzebne są odpowiednie regulacje prawne nastawione na rynek wewnętrzny, szczególnie dotyczące podatków, oraz promowanie naszych produktów na rynkach zagranicznych.

* * *

Bogusław Kowalski
Publicysta i polityk specjalizujący się w polityce gospodarczej, wiceminister transportu w latach 2006-2007, poseł na Sejm RP w latach 2007-2011

Tagi:
polityka gospodarka

Reklama

Złote kurki z gazem

2018-12-11 12:41

Wiesława Lewandowska
Niedziela Ogólnopolska 50/2018, str. 12-13

Historia jak z literatury gatunku political fiction, ale to nie fikcja, lecz do bólu realna polityka. Są w niej sprzedajni, lub tylko nieroztropni, politycy wysokich szczebli, zachodni biznesmeni i rosyjscy oligarchowie, szczwani lobbyści, szpiedzy oraz bardzo wpływowi dobrzy koledzy z KGB i Stasi

Wojciech Boguszewski

Schyłek lat 90. ubiegłego wieku, rosyjska wojna w Czeczenii przeradza się w zbrodnię wymykającą się regułom gry wojennej, rosyjskich żołnierzy osobiście zagrzewa do boju nowy przywódca narodu – Władimir Władimirowicz Putin.

Putin jeszcze długo będzie w Czeczenii robił, co mu się podoba, a najbardziej zagorzali zachodni krytycy rosyjskiego bestialstwa w Czeczenii – kanclerz Niemiec Gerhard Schröder oraz premier Finlandii Paavo Lipponen – osobiście i szybko przyczyniają się do ocieplenia stosunków z Rosją; w 2000 r. Putin gości w Niemczech, a w 2001 – w Finlandii, gdzie jest przyjmowany, jakby nic złego się nie działo.

Gdy wkrótce pojawia się pomysł zbudowania Gazociągu Północnego na dnie Bałtyku, obydwaj panowie – Schröder i Lipponen – będą już wysoko opłacanymi lobbystami tego kontrowersyjnego przedsięwzięcia.

Metody łamania przeciwników

W 2006 r. powstaje spółka AG Nord Stream z siedzibą w Szwajcarii – jest to konsorcjum niemieckich spółek E.ON i BASF oraz rosyjskiego Gazpromu – a jej dyrektorem generalnym zostaje na całe 10 lat niejaki Matthias Warnig, związany z Gazpromem, z Bankiem Rosija. Nie jest tajemnicą, że w latach 1974-89

Warnig był funkcjonariuszem Stasi, policji bezpieczeństwa NRD. Wówczas to w Dreźnie współpracował z Putinem, który w drezdeńskiej placówce KGB był oficerem wywiadu. Dziwnym zbiegiem okoliczności obaj panowie podjęli niezwykle sprawną współpracę przy projekcie Nord Stream.

Początkowo był to pomysł budzący wiele sprzeciwów oraz wątpliwości, ale wkrótce wszystko zaczęło iść jak po maśle. Jens Hovsgaard w książce pt. „Szpiedzy, których przyniosło ocieplenie” stawia tezę, że to właśnie dzięki doświadczeniom wyniesionym z komunistycznych służb – dzięki przemyślnie przebiegłym działaniom – Putinowi i jego przyjaciołom z dawnych lat udało się przełamać największe opory wobec Nord Stream.

Najważniejsza była akceptacja Berlina, jako że rurociąg ma przebiegać przez wody terytorialne Rosji i Niemiec. Z kanclerzem Schröderem nie było kłopotu, wszak już od dawna był przyjacielem Putina.

Umowa między Rosją a Niemcami została podpisana 2 tygodnie przed niemieckimi wyborami parlamentarnymi we wrześniu 2005 r., po których Schröder przestał być kanclerzem. Wkrótce objął niezwykle lukratywne stanowisko przewodniczącego rady nadzorczej konsorcjum powołanego do budowy gazociągu. Mimo pewnych dyskusji, wątpliwości i niesmaku, który pozostał po przejściu czołowego niemieckiego polityka na pozycję lobbysty, ideę budowy gazociągu po dnie Bałtyku poparła także jego następczyni – kanclerz Angela Merkel.

Od Wyborgu w obwodzie kaliningradzkim do Lubomina w Niemczech w dnie Bałtyku wyryto więc rów o długości 1222 km, w którym ułożono gazociąg. Prace trwały od 2010 do 2012 r.

Jako że tylko odcinki końcowe przebiegają przez wody terytorialne Rosji i Niemiec, a większość gazociągu musi być położona w strefach ekonomicznych Finlandii, Szwecji i Danii, spółka Nord Stream musiała uzyskać zgodę tych trzech krajów. Odpowiednie podchody polityczno-biznesowe prowadzono przez kilka lat. Znamienne jest to, że z góry założono, iż z Polską, Litwą, Łotwą i Estonią tego rodzaju uzgodnienia byłyby niemożliwe, więc ominięto wody terytorialne tych krajów.

Caryca Dagmara wraca do Petersburga

Danii bardzo zależy na ociepleniu nie najlepszych od 2002 r. – po zgodzie duńskich władz na organizację Kongresu Czeczeńskiego w Kopenhadze, co zaowocowało wezwaniem Putina do bojkotu przez Rosjan wszystkiego, co duńskie – stosunków z Rosją, łakomie patrzy na nieprzebrane możliwości eksportu duńskich towarów do tego ciągle wygłodniałego kraju.

W 2003 r. podczas kolejnej konferencji Unia-Rosja duński premier Anders Fogh Rasmussen przekazuje prezydentowi Putinowi specjalny podarunek – duńska firma odrestauruje dziedziniec Pałacu Zimowego według szkiców carycy Dagmary, Dunki z pochodzenia, która była żoną cara Aleksandra III.

Caryca Dagmara, która żyła w XIX wieku, ma do odegrania znaczącą rolę w przełamywaniu lodów między Rosją i Danią w XXI wieku, a zwłaszcza wpłynie na powodzenie projektu Nord Stream. Dagmara zmarła w 1928 r. w Danii i tam została pochowana, teraz – podkreśla Putin – na specjalne życzenie narodu rosyjskiego odbędzie się ponowny pochówek carycy w petersburskiej katedrze Piotra i Pawła. Uroczystość odbywa się w 2006 r., jej koszty ponoszą Duńczycy.

Jednak do ponownego otwarcia się Rosji na Danię dochodzi dopiero, gdy rząd Larsa Lokke Rasmussena udziela zgody na przeprowadzenie gazociągu Nord Stream przez duńskie wody terytorialne. Ożywia się handel rosyjsko-duński, wielki biznes się cieszy, jest obietnica wielkich dostaw rosyjskiego gazu – miliard metrów sześciennych rocznie przez 20 lat – jednak niektórzy duńscy politycy przypominają swym entuzjastycznie nastawionym kolegom, że Rosja używa energii jako broni, że w każdej chwili może zakręcić kurki, jak to niedawno było na Ukrainie.

Dania udziela swej zgody jako pierwsza i w gruncie rzeczy bez debaty publicznej, w cieniu gabinetów politycznych i dyskretnego lobbingu. W tej sprawie w Finlandii dochodzi do pięciu wielkich debat publicznych, a w Szwecji odbywają się trzy takie debaty oraz otwarta debata parlamentarna.

Największe dyskusje Nord Stream budzi w Szwecji, gdzie pada więcej pytań o wpływ gazociągu na ekosystem Bałtyku, o niebezpieczeństwa związane z toksycznymi pozostałościami po II wojnie światowej. Ostatecz-

nie jednak kończy się na podpisaniu zgody, do czego walnie przyczynia się minister spraw zagranicznych Carl Bild, który wcześniej przez wiele lat zasiadał w zarządzie wielkiej spółki naftowej i zachował sporą część jej akcji.

W Finlandii podobną rolę odgrywa wpływowy Paavo Lipponen, dawny premier tego kraju, obecnie suto opłacany przez Gazprom lobbysta Nord Stream.

Jak Klondike

Wydaje się, że zainteresowani widzą tylko korzyści. Przymykają oko na to, że wszelkie badania środowiskowe, ocena ewentualnych niebezpieczeństw prowadzone są jednostronnie przez Rosję lub pod jej kontrolą (m.in. duńska firma, u której zamówiono tego rodzaju badania, jest związana interesami z Gazpromem).

Do dziś nie wiadomo, czy i jak usunięto z dna Bałtyku wojenne pozostałości broni chemicznej i biologicznej. Nie oszacowano szkód poczynionych przez budowę gazociągu środowisku naturalnemu wód i dna Bałtyku. Wystarczyło zapewnienie Rosji, że wszystko odbyło się bez przeszkód, że dochowano szczególnej staranności, bo przecież w budowie uczestniczyła znakomita Flota Bałtycka, a bezzałogowe batyskafy układały instalacje. A i sama Rosja nie przedstawiła ekspertyz dotyczących rosyjskich wód terytorialnych.

Mimo szumu wywołanego przez media, mimo pytań o korupcyjne podłoże, o brak rzetelnych analiz przyrodniczo-środowiskowych, o geopolityczne konsekwencje gazociągu Dania, Finlandia i Szwecja właściwie bez większych problemów podejmują decyzję umożliwiającą Putinowi ekspansję na Zachód.

Rosyjski przywódca dobrze wie, jak się dziś zdobywa Zachód. Wie, że w istocie przy podejmowaniu pozytywnej decyzji o przeprowadzeniu Nord Stream wszystkich zaślepia to, iż – jak mówi jeden z zainteresowanych zachodnich potentatów biznesowych – Rosja jest jak Klondike.

Jednym z założeń prezydentury Putina jest postawienie rosyjskiej gospodarki na nogi, co, jego zdaniem, będzie możliwe tylko przy potraktowaniu ogromnych rosyjskich złóż ropy naftowej i gazu ziemnego jako podstawowego narzędzia polityki nie tylko gospodarczej, ale przede wszystkim zagranicznej.

Z pewnością sam Władimir Władimirowicz i jego najbliższe otoczenie nie posiadają się z radości. A Europa Zachodnia – zdaniem jej czołowych polityków – nie ma powodu do jakichkolwiek obaw, bo za pomocą Nord Stream z Rosją połączył ją dozgonnie obopólny złoty interes. Wierzy, że będzie miała dużo taniego gazu i że nikt nigdy nie zakręci tych złotych kurków z gazem.

Gorączka gazu

Nie minęło pięć lat od uroczystego odkręcenia wielkiego kurka z gazem w niemieckim Lubominie, a już pojawia się ciąg dalszy – Putin swoimi sposobami przekonuje zachodnich polityków, że budowa Nord Stream 2 to po prostu konieczność. Ten gazociąg ma biec równolegle do poprzedniego. Budowa ma być zakończona już w 2019 r.

Historia się powtarza. Tym razem jednak Zachód otrząsa się błyskawicznie z oburzenia na Rosję, decyzja o nowym gazowym układzie z Rosją zapada już w niespełna dwa lata po aneksji Krymu. Bo tu nie chodzi o politykę, lecz o czysty biznes – zapewniają czołowi europejscy politycy.

Przed budową Nord Stream trudnością polityczną była sprawa Czeczenii; wielu zachodnich polityków jeszcze wtedy uważało, że nie godzi się robić interesów z kimś, kto dopuszcza się masowej zbrodni na ludności cywilnej. Dziś to brzmi jak bajka dla grzecznych dzieci.

Tym razem sprawy toczą się szybciej, choć według podobnego scenariusza. Zgody poszczególnych krajów są wydawane niemal automatycznie, a szwedzki rząd tłumaczy tę obecną uległość tym, że prawo krajowe i międzynarodowe nie daje mu możliwości odrzucenia takiego wniosku.

Podczas gdy kraje zachodnie są pewne, że robią złoty interes, uzależniając się w ogromnym stopniu od dostaw rosyjskiego gazu, Polska, kraje bałtyckie i Ukraina mogą się obawiać najgorszego. Rosja już zapowiada, że tranzyt przez Ukrainę może być utrzymany pod warunkiem zawarcia nowego, korzystniejszego dla niej kontraktu. Jednakże w skrajnym przypadku już w 2019 r. może nawet zaprzestać przesyłania gazu rurociągiem ukraińskim, bo przecież Europa Zachodnia będzie dostatecznie zaopatrzona drogą bałtycką.

A może będzie realizowany jeszcze gorszy scenariusz – ostrzega zachodnich kolegów premier Mateusz Morawiecki podczas hamburskiej konferencji nt. przyszłości stosunków transatlantyckich – bo „jeżeli okaże się, że ukraiński system przesyłu gazu jest już niepotrzebny, to co powstrzyma Putina przed wmaszerowaniem do Kijowa? (...) Teraz jest zależny od przesyłu gazu przez Ukrainę i musi się liczyć z ogromnymi reperkusjami skutków takiej decyzji, bo ten przesył to główne źródło zasilania rosyjskiego budżetu. Jeżeli powstanie Nord Stream 2, nie będzie już od tego zależny”. Europa Zachodnia ani polskich obaw, ani polskich przestróg nie traktuje serio. A tymczasem słowa przestrogi polskiego premiera już się sprawdzają, bo oto Rosja zablokowała ukraińskie porty w Mariupolu i Biedriańsku na Morzu Azowskim. Nasuwa się pytanie, czy Bałtyk nie podzieli kiedyś losu Morza Azowskiego...

Wokół Nord Stream 2 toczy się wielka gra energetyczno-geopolityczna, w której Rosja – być może tylko tymczasowo – gra w jednym zespole z upojonymi zwycięstwem krajami Europy zachodniej. Po stronie polskiej i ukraińskiej do tej gry włączają się Stany Zjednoczone, które nie wykluczają możliwości podjęcia działań zmierzających do powstrzymania lub „podminowania” budowy Nord Stream 2. Amerykański sekretarz stanu Mike Pompeo zadeklarował w Brukseli współpracę z Kijowem w tej sprawie. Oświadczył, że Stany Zjednoczone, w przeciwieństwie do krajów zachodnioeuropejskich, „nigdy nie zaakceptują aneksji Krymu przez Federację Rosyjską”. Ponadto zagroził dalszymi sankcjami wobec Rosji.

Tymczasem na wodach terytorialnych Niemiec i Finlandii trwa układanie nowych rur. Ułożono już pierwsze 100 km, o czym z wielką satysfakcją poinformował w październiku br. rzecznik Nord Stream 2.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Trzy rady na Wielki Post: nie osądzać, nie potępiać, przebaczać

2019-03-18 12:50

st (KAI) / Watykan

Na konieczność naśladowania Pana Jezusa i Jego miłosierdzia każdego dnia wskazał Papież podczas porannej Eucharystii w Domu Świętej Marty. W swojej homilii Ojciec Święty odniósł się do wskazań czytanego dziś fragmentu Ewangelii (Łk 6,36-38), gdzie mowa między innymi: „Nie sądźcie, a nie będziecie sądzeni; nie potępiajcie, a nie będziecie potępieni; odpuszczajcie, a będzie wam odpuszczone”. Podkreślił, że Boże miłosierdzie może nam przebaczyć nawet najokropniejsze czyny.

Grzegorz Gałązka

Franciszek przypomniał historię wdowy, która przyszła oskarżać się do św. Jana Marii Vianneya, bo jej mąż popełnił samobójstwo rzucając się z mostu. Proboszcz z Ars przypomniał jej, że między mostem, a rzeką jest Boże miłosierdzie, aż do ostatniej chwili. Podkreślił, że Pan Jezus daje nam trzy rady, zwłaszcza na Wielki Post: po pierwsze nie sądzić. Przypomniał, że bardzo często grzeszymy obmową. Druga rada Jezusa to potępiać i wreszcie przebaczać, chociaż jest to tak trudne. Papież przypomniał w tym kontekście, że od tego, jak przebaczamy zależy, jak nam będą wybaczone nasze grzechy przez Boga.

Ojciec Święty zachęcił by uczyć się mądrości wielkoduszności, będącej sposobem na wyrzeczenie się „paplaniny”, w której „nieustannie osądzamy, nieustannie potępiamy i niemal nigdy nie wybaczamy”.

„Pan nas naucza: dawajcie. Dawajcie, a będzie wam dane: bądźcie szczodrzy w dawaniu. Nie bądźcie ludźmi o «wężu w kieszeni»; bądźcie hojni w dawaniu ubogim, potrzebującym, a także dawaniu wielu rzeczy: dawaniu rad, dawaniu ludziom uśmiechów. Zawsze dawajcie. «Dawajcie, a będzie wam dane: miarą dobrą, natłoczoną, utrzęsioną i opływającą wsypią w zanadrze wasze. Odmierzą wam bowiem taką miarą, jaką wy mierzycie», bo Pan będzie hojny: my damy jedno, a On nam odpłaci stokrotnie więcej, niż to, co dajemy. Taka postawa umacnia wyrzeczenie się sądzenia, potępiania a także wybaczanie. Ważna jest jałmużna, ale nie tylko jałmużna materialna, lecz także jałmużna duchowa; spędzanie czasu z kimś potrzebującym, odwiedzanie osoby niepełnosprawnej, uśmiechanie się”.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Papież po raz pierwszy złoży wizytę władzom miejskim Rzymu

2019-03-19 13:48

ts (KAI) / Rzym

Papież Franciszek po raz pierwszy złoży wizytę władzom miejskim Rzymu. W czasie dwugodzinnej wizyty 26 marca na Kwirynale planowane jest też przemówienie papieża do władz Wiecznego Miasta, poinformowało Biuro Prasowe Stolicy Apostolskiej. Ponadto papież zwróci się z krótkim przemówieniem do mieszkańców miasta oraz do pracowników administracji miejskiej i ich rodzin, wpisze się też do złotej księgi Rzymu.

Grzegorz Gałązka

Według ogłoszonego dziś programu papież rozpocznie swoją wizytę na Kwirynale o godz. 10.30 rozmową za zamkniętymi drzwiami z panią burmistrz Rzymu Virginią Raggi. Po jej zakończeniu przywita się z zastępcą burmistrza, przewodniczącym Rady Miejskiej oraz kierownictwem administracji miejskiej. Franciszek przekaże im książkę „Ripensare il futuro” (Przemyśleć na nowo przyszłość), zawierającą jego przemówienia na temat Europy.

Przewidziana jest także przywitanie z radnymi miejskimi i przewodniczącymi władz 15 dzielnic Rzymu, po czym papież wygłosi przemówienie do władz Wiecznego Miasta. Na zakończenie burmistrz Raggi ogłosi nowy program stypendialny i nada Sali Pamięci na Kapitolu nazwę „Laudato si’” - encykliki papieskiej z 2015 r.

W południe, z loży Pałacu Senatorów na Kapitolu, Franciszek skieruje pozdrowienia do mieszkańców Rzymu, po czym w jednej z sal przemówi do pracowników i ich rodzin. Wyjazd do Watykanu planowany jest na godz. 12.30.

Franciszek jest czwartym papieżem, który odwiedzi władze miejskie Rzymu. Jako pierwszy uczynił to w 1966 r. św. Paweł VI. Kolejnym papieżem odwiedzającym Kapitol był św. Jan Paweł II w 1998 r., a w 2009 r. – Benedykt XVI.

40-letnia Virginia Raggi jest pierwszą kobietą na stanowisku burmistrza Rzymu. Wielokrotnie już spotkała się z papieżem w Watykanie i podczas uroczystości w mieście. Jest członkiem Ruchu Pięciu Gwiazd.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem