Reklama

Proces toruński - przemilczane pytania

2012-10-22 14:03

Ks. Antoni Poniński
Niedziela Ogólnopolska 44/2012, str. 14-17


„Koniec procesu. Ale czy koniec sprawy?” Tymi słowami zakończyłem relację z 40-dniowego toruńskiego procesu sprawców porwania i śmierci ks. Jerzego Popiełuszki. Cenzor skrócił ją o całość drugiego zdania...

Tak niewinne zapytanie zawierało aż tak zbrodniczy potencjał. To pobudzało ciekawość, co tak naprawdę znajduje się w kilkunastu tomach akt śledztwa, oprócz serwowanych nam fragmentów. Pozostawała tylko wyobraźnia, gdyż wtedy - w 1985 r. - nikt nie marzył, aby kiedykolwiek można było zaspokoić ciekawość, uzyskawszy do nich dostęp. Nic więc dziwnego, że było dla mnie wielkim przeżyciem, kiedy po ponad dwudziestu latach w czytelni IPN-u mogłem je wszystkie przestudiować.
Po ich lekturze dojmującym odczuciem jest przeświadczenie, że proces miał zawczasu wytyczoną logikę i zakres, a opinia publiczna dostała niezweryfikowany obraz porwania i zabójstwa księdza - taki, jaki przedstawili sami oskarżeni. Obraz ten powstał z niedoróbek śledztwa, ale i pominięcia przez sąd niektórych jego ustaleń, zupełnie odmiennie przedstawiających przebieg zdarzeń z tamtej październikowej nocy 1984 r. Ta lektura wyjaśniła też, dlaczego, posługując się różnymi sztuczkami, sąd nie chciał wezwać na przesłuchanie niektórych osób.

Co poprzedziło zbrodnię?

Jak zatem wyglądał obraz porwania i zamordowania ks. Jerzego Popiełuszki przedstawiony przez sprawców? Trzech oficerów Służby Bezpieczeństwa, zajmujących się w Ministerstwie Spraw Wewnętrznych sprawami Kościoła katolickiego, sfrustrowanych dotychczasowymi nieudanymi działaniami, które miały przerwać duszpasterską działalność ks. Jerzego Popiełuszki, postanowiło rozwiązać to po swojemu. Nie udała się próba spowodowania wypadku drogowego 13 października 1984 r. przez rzut kamieniem w przednią szybę samochodu, którym ksiądz wracał z Gdańska do Warszawy. W następnym tygodniu, 19 października, pojechali do Bydgoszczy, gdzie w kościele Świętych Polskich Braci Męczenników ksiądz odprawiał wieczorne nabożeństwo różańcowe. Kiedy ok. 21.30 wiozący go Waldemar Chrostowski wyruszył w drogę powrotną, pojechali za nimi. W miejscowości Górsk z wyprzedzającego ich samochodu Waldemar Chmielewski, ubrany na tę okazję w mundur milicyjny, dał znak świetlny, aby się zatrzymali. Kierowca samochodu księdza zatrzymał go tak, że znaleźli się kilka metrów przed samochodem zatrzymujących. Najpierw, pod pozorem kontroli trzeźwości, sprowadzony został do samochodu porywaczy kierowca. Tam założono mu kajdanki na ręce, a siedzącemu za kierownicą Leszkowi Pękali kazano go pilnować. Dwóch porywaczy - Grzegorz Piotrowski i Waldemar Chmielewski - poszło następnie do samochodu po pasażera, ks. Popiełuszkę. Wszyscy trzej porywacze, jak również siedzący już w ich samochodzie Waldemar Chrostowski, zgodnie zeznawali, że wysiadający z oporami z pojazdu ksiądz został przyprowadzony na wysokość bagażnika samochodu porywaczy i, już tylko według zeznań porywaczy, został pobity, a nieprzytomnego związano i wrzucono do bagażnika samochodu. W ciągu trwającej, według nich, 3-, 4-minutowej akcji nie mijał ich żaden samochód. Dopiero po włożeniu księdza do bagażnika zobaczyli światła samochodu zbliżającego się od strony Bydgoszczy, czyli jadącego w tym samym kierunku. To sprawiło, że odjeżdżali z miejsca porwania w przyśpieszonym tempie. Po kilku kilometrach jazdy w miejscowości Przysiek, po wyprzedzeniu przez porywaczy fiata 126p, Waldemar Chrostowski wyskoczył z samochodu. Ci pojechali dalej. Chrostowski próbował zatrzymać dopiero co wyprzedzonego fiacika, ale jadący nim nie zatrzymali się. Pobiegł do oświetlonego pobliskiego zabudowania, którym okazał się hotel pracowniczy. Recepcjonistka wezwała pogotowie ratunkowe, które, na prośbę Chrostowskiego, zawiozło go najpierw pod plebanię kościoła Mariackiego w Toruniu. Tamtejszy proboszcz, po wysłuchaniu jego relacji, namówił go, aby pojechał do szpitala. Karetka zawiozła go do szpitala, ale wkrótce pojawił się tam prokurator i nakazał przewiezienie go do kliniki milicyjnej. W rzeczywistości okazało się, że został przewieziony do budynku toruńskiej komendy milicji. Podczas przesłuchań odtworzył przedstawiony wyżej przebieg zatrzymania samochodu i swojej ucieczki.

Co zeznali sprawcy?

Dalsze wydarzenia i działania porywaczy po ucieczce Chrostowskiego znane są tylko z ich własnych, zresztą zgodnych, zeznań. Siedzący na tylnym siedzeniu Piotrowski miał zauważyć przez tylną szybę, że znajdujący się w bagażniku ksiądz wypycha pokrywę bagażnika. W dodatku jakiś nienaturalny dźwięk spowodował, że kierowca skonstatował, iż samochód uległ uszkodzeniu, bo nie mógł utrzymać dotychczasowej prędkości. Zatrzymali się zatem na parkingu, jeszcze na prawym brzegu Wisły, w pobliżu toruńskiego mostu drogowego i hotelu „Kosmos”, aby zaradzić obydwu problemom. Doszli do wniosku, że wyciekła część oleju. Kiedy kierowca otworzył bagażnik, ksiądz miał wyskoczyć z niego i próbować ucieczki. Dopadnięty przez porywaczy, został na nowo skatowany, związany i ponownie wrzucony do bagażnika. Przejechali mostem i skierowali się na drogę prowadzącą do Włocławka. Przy wyjeździe z miasta zatrzymali się w pobliżu stacji benzynowej i jeden z nich poszedł dokupić oleju, a pozostali starali się nie dopuścić, aby ksiądz, który widocznie znowu odzyskał przytomność i siły, wypchnął pokrywę bagażnika. Ujechali więc kawałek, skręcili do lasu, zbili kapłana, jeszcze dokładniej go skrępowali i - jak sami przyznali - nieprzytomnego wepchnęli do bagażnika. Po kilkunastu kilometrach znowu spostrzegli, że ksiądz wypycha pokrywę. Wjechali w głąb lasu, wyjęli go, dodali kilka ciosów drewnianą pałką, w usta wcisnęli knebel i przymocowali go plastrami. Na koniec, odtwarzając dokładnie sposób stosowany przez mafię włoską, do podkurczonych nóg ofiary przywiązali worek z kamieniami, a podtrzymujące je sznury poprowadzili wokół gardła, aby każdy ruch wyprostowujący nogi zaciskał sznur na gardle i dusił księdza. Kiedy dojechali do Włocławka, dwukrotnie natknęli się na posterunki milicji drogowej. Za każdym razem, pokazując przez szybę specjalną przepustkę, byli przepuszczani bez zatrzymywania się i kontroli. Najpierw skierowali się w stronę Płocka, ale zaraz zawrócili i ponownie, mijając bez zatrzymania ten sam patrol drogowy, wjechali na tamę. Dojechali do końca, wyjęli obciążonego workiem z kamieniami księdza i wrzucili do Wisły. Według nich, była dokładnie północ. Przez Lipno wrócili do Warszawy.

Reklama

Co wynika z akt?

Pozwoliłem sobie przypomnieć tę funkcjonującą od czasu rozprawy toruńskiej wersję wydarzeń, aby na jej tle, odwołując się do stwierdzeń znalezionych w aktach śledztwa, ukazać różnice przez sąd pominięte milczeniem.
Jednymi z pierwszych, którzy zetknęli się z tą sprawą, byli lekarz, sanitariusz i kierowca - obsada karetki pogotowia. Wszyscy trzej panowie zgodnie zeznali, że kiedy wieźli Waldemara Chrostowskiego do Torunia, to mówił im, że jadąc z księdzem, w światłach swego samochodu zauważył na poboczu stojącego funkcjonariusza ruchu drogowego, który latarką dawał mu znak zatrzymania. Obok funkcjonariusza stał samochód - fiat 125p i dwie osoby ubrane po cywilnemu. Sam Chrostowski dwie godziny później w zeznaniach na komendzie toruńskiej relacjonował, iż samochód jechał za nimi. Czy to, co zeznała załoga karetki, było tylko przejęzyczeniem Chrostowskiego, czy oni trzej źle zapamiętali jego pierwszą chronologicznie relację z porwania? O tę zasadniczą sprzeczność sąd nie pytał Chrostowskiego ani nie wezwał na rozprawę załogi karetki.
Kiedy, po zawiadomieniu przez ks. Nowakowskiego, milicja drogowa odnalazła samochód, którym podróżował ks. Popiełuszko, dyżurny komendy toruńskiej skierował tam milicjanta z psem tropiącym. Milicjant dotarł tam o 23.40, czyli w niecałe dwie godziny po porwaniu. Przewodnik powtórzył później ze trzy, cztery razy: pies zawsze dochodził do tego samego miejsca, zaczynał krążyć wkoło. Doświadczenie i logika podpowiadały przewodnikowi, że w miejscu, w którym pies tracił ślad księdza, mógł stać inny samochód. Pozostają więc w całkowitej sprzeczności zeznania zarówno trójki oskarżonych, jak i Waldemara Chrostowskiego. Wszyscy oni bowiem zgodnie twierdzili, że ksiądz prowadzony był do samochodu porywaczy, stojącego za samochodem, z którego go wyprowadzono, czyli w kierunku przeciwnym do wskazanego przez psa. Komu wierzyć - bezstronnemu psu czy ludziom uczestniczącym w całym zdarzeniu? Sąd nie zajmował się takimi problemami. Prawdopodobnie uznał za najprawdziwszą tę wersję, którą kilkanaście godzin po porwaniu przesłano zdumiewającym w swej treści szyfrogramem z komendy toruńskiej do Biura Śledczego MSW: „Użyty na miejscu pozostawienia samochodu marki Volkswagen pies tropiący nie podjął śladu”. W tymże szyfrogramie zasygnalizowano - i nigdy już potem - wspomnianą wyżej sprzeczność zeznań Chrostowskiego i załogi karetki.
Był też ciąg dalszy historii z psami. Już w Warszawie przewodnik z Komendy Głównej użył dwóch psów do stwierdzenia, czy i gdzie w samochodzie porywaczy zachowały się ślady obecności porwanych. W pierwszej części eksperymentu obydwa psy nie wskazywały obecności Chrostowskiego w tym samochodzie. W powtórzonym po godzinie eksperymencie pierwszy pies zasygnalizował bardzo wyraźnie, że zapach pochodzący z ubrania Chrostowskiego odnalazł od razu i zdecydowanie na tylnym siedzeniu, za miejscem kierowcy. Drugi pies znowu niczego nie znalazł.
Kolejny etap poszukiwań dotyczył zapachu z marynarki znalezionej w samochodzie porwanych. Z kontekstu zeznań śledczych wynikało, że była to marynarka księdza. Obydwa psy nie znalazły zapachu księdza w bagażniku (gdzie miał przebywać co najmniej dwie godziny). Natomiast jeden z nich na swój sposób zasygnalizował obecność tego zapachu na… przednim siedzeniu. Czy rację miały psy, czy może pięciodniowy odstęp od wydarzeń z tamtej dramatycznej nocy zatarł ślady, czy może… Sąd w ogóle nie zastanawiał się nad tym.

Niemi i milczący świadkowie

Pytania mnożą się po przeczytaniu zeznań jak dotąd jedynych świadków części wydarzeń tamtego wieczoru na szosie toruńskiej. Ci dwaj mężczyźni wracali małym fiatem z Bydgoszczy do Torunia. W okolicach Górska jeden z nich, pasażer, dostrzegł dwa samochody - jasnego dużego fiata z literami KZC i przed nim zielonego volkswagena z pierwszą literą rejestracji - W. Samochody były nieoświetlone, nie widział nikogo w nich ani obok nich. Za kilka minut to właśnie ich wyprzedzał duży jasny fiat. Kiedy był już przed nimi, zauważyli snop iskier, podobny do tego, jaki pojawia się przy wyrzuconym papierosie. Fiatem przez moment jakby zarzuciło, a kiedy już zniknął im z zasięgu świateł, z przydrożnego rowu wyszedł człowiek, który próbował ich zatrzymać. Jeden ze świadków, nawet po ponad dwudziestu latach od tamtego wydarzenia, twierdzi, że człowiek próbujący ich zatrzymać ręce miał jakby czymś związane. Całe to zeznanie stoi jednak w sprzeczności z zeznaniami i oskarżonych, i Waldemara Chrostowskiego, którzy ani słowem nie wspominali, że opuścili samochód (chyba że się w nim kryli, widząc światła nadjeżdżającego samochodu - ale dlaczego?) i że kiedy jeszcze byli na miejscu porwania, mijał ich jakiś samochód. Sąd podczas rozprawy nie przychylił się do wniosku oskarżycieli posiłkowych, aby wezwać tych świadków, uznając, że ich zeznania niczego do sprawy nie wniosą.
Sąd przemilczał również zawartą w aktach notatkę służbową oficera MO, który opisał w dniu 25 października znalezienie różańca w pobliżu mostu toruńskiego i pobliskich ruin tzw. Zamku Dybowskiego. Jego drewniane paciorki były wytarte od używania. Leżał na ścieżce, a obok widoczne były ślady opon samochodowych. Według notatki, leżał tam od niedawna, gdyż części metalowe, mimo wilgoci, nie były zaśniedziałe. Znalezisko to, udokumentowane fotografiami, zostało już w czasie śledztwa uznane za powiązane z osobą księdza, skoro odnotowano je w aktach, ale nie doczekało się żadnych dalszych dochodzeń ani nie było wyjaśniane w sądzie. Przez dwadzieścia lat różaniec ten znajdował się w aktach śledztwa i ponownie został „odnaleziony” przez pracownika bydgoskiego IPN-u, przygotowującego w 2004 r. rocznicową publikację. Prawdopodobieństwo, że należał do ks. Popiełuszki, zwiększa fakt, iż wśród przedmiotów znalezionych w sutannie - a według zeznań kierowcy, po wyjeździe z Bydgoszczy ksiądz odmawiał Różaniec - nie znaleziono żadnego innego. Jeżeli był to różaniec księdza, to po raz kolejny oskarżeni, którzy w tej sprawie byli jednocześnie dla siebie świadkami, nie powiedzieli prawdy. W ich zeznaniach nie ma ani słowa o zjeździe pod dopiero co przejechany most, a sporo miejsca zajmowały opisy tego, co robili z księdzem przed przejechaniem tego mostu. Zapomnieli, że tam byli, czy może już nie oni tam przeładowywali księdza do innego samochodu? Zastanawiająca jest obojętność organów śledczych wobec tego znaleziska i przejście sądu do porządku dziennego nad tym tajemniczym faktem. Dodatkowe znaki zapytania wobec tego znaleziska rodzą dziennikarskie ustalenia, poczynione co prawda dopiero dwadzieścia lat później, lecz wskazujące, że oficer MO nadzorujący te poszukiwania dostał wtedy od komendanta wojewódzkiego nie nagrodę, ale naganę za niekompetencję.
I na koniec szczególnie intrygująca zagadka milczenia sądu. W aktach śledztwa znajduje się zeznanie młodej wówczas pracownicy ministerstwa, z którą Grzegorz Piotrowski spotkał się w kawiarni Wilanowskiej dwa dni po porwaniu księdza. Podkreślając, że mówił jej prawdę o zniknięciu księdza, wyznał: „Maczałem w tym palce, ale ja tego nie zrobiłem. Gdybym jeszcze raz miał to zrobić, na pewno już bym się tego nie podjął”, dodając dalej mgliste słowa o ludziach z wyższych szczebli, którzy najpierw namawiają, a potem odcinają się od wszystkiego. Po 1990 r., w ramach przesłuchań związanych z tzw. procesem generałów, okazało się, że ta pani była z osądzoną trójką podczas pierwszej próby zamachu na księdza - spowodowania wypadku samochodu, którym jechał z Gdańska do Warszawy. O jej przesłuchanie przed sądem kilkakrotnie wnioskowali oskarżyciele posiłkowi, ale nigdy przed sądem nie stanęła. Na każdy wyznaczony termin dosyłała zaświadczenie, że jest chora.

Zwycięstwo ks. Jerzego

Nie rozwijam wątku, który w ostatnich latach przewijał się na różnych łamach - pytania o to, kiedy faktycznie ksiądz zakończył życie, a kiedy jego ciało zostało faktycznie zatopione w nurtach Wisły. Wątpliwości zrodziły zeznania nurków, którzy jako pierwsi, pięć dni po porwaniu księdza, penetrowali dno rzeki w pobliżu tamy. Wtedy ciała nie znaleziono, co ekipie znającej doskonale to miejsce dawało pewność, że go tam nie ma. Po następnych pięciu dniach, w tym samym miejscu, co prawda przez innych nurków, ciało ks. Jerzego zostało znalezione. Ale jednocześnie, według ich doświadczeń z podobnymi sytuacjami, stan przedmiotów znalezionych w kieszeniach księdza sugerował, że ciało nie leżało w wodzie całe dziesięć dni i nocy. Stąd zrodziły się domysły, że może ksiądz został zabity później, aniżeli podawała oficjalna wersja. Z tym nie zgadzają się jednak wyniki sekcji, wskazujące, że niestrawiony jeszcze pokarm był taki sam, jak spożywany podczas kolacji w Bydgoszczy. Nie ma natomiast jednoznacznej odpowiedzi na pytanie o dokładny czas pozostawania ciała w Wiśle, w miejscu, w którym je znaleziono.
To prawda, że zarówno brak odpowiedzi na te pytania, jak i ewentualna, nawet drastycznie inna, prawda o przebiegu wydarzeń tamtej nocy nie wpłynęła na ostateczny finał. Ks. Popiełuszko zginął jako męczennik systemu komunistycznego; z nienawiści tego systemu do wszelkiej działalności Kościoła i ludzi Kościoła. Tego nie zmienią nawet najbardziej bulwersujące ustalenia czy - ciągle przecież jeszcze możliwe - szczere wyznania sprawców i współpracujących z nimi. I tych bezpośrednich, i tych, którzy nadal pozostają w cieniu. Z tego punktu widzenia może nawet należałoby przyjąć, że to już koniec sprawy, dać sobie spokój i nie powracać do pytań, na które już niemal trzy dekady i tak nie ma odpowiedzi. Tym bardziej że na zupełnie innej płaszczyźnie sprawa tak dramatycznie zaczęta dwadzieścia osiem lat temu na szosie pod Toruniem przynosi teraz zaskakujące, nie do przewidzenia wtedy, rozwiązania. Przede wszystkim - nowy błogosławiony, o którym wielu może powiedzieć: znałem go, widziałem go, słyszałem go. Niewielu pokoleniom to się zdarza. Ale także i to - jestem wewnętrznie przekonany - że to jemu zawdzięczamy fakt, iż jedna z głównych, choć pozostających w cieniu, postaci z galerii odpowiedzialnych za śmierć ks. Jerzego - generał P. przed śmiercią pojednał się sakramentalnie z Panem Bogiem. Jeśli dla pozostałych miałby nastąpić podobny finał, to cóż wobec takich cudów znaczą wszystkie te przypomniane czy spóźnione pytania?

Tagi:
bł. Jerzy Popiełuszko błogosławiony

Bł. ks. Jerzy uczy nas chrześcijańskiej tożsamości

2018-04-24 07:27

Łukasz Krzysztofka

Łukasz Krzysztofka

W sanktuarium bł. ks. Jerzego Popiełuszki, w dzień jego imienin, na warszawskim Żoliborzu modlono się o rychłą kanonizację Kapelana „Solidarności”.

Koncelebrowanej Mszy św. przewodniczył i homilię wygłosił proboszcz parafii św. Stanisława Kostki i kustosz sanktuarium ks. dr Marcin Brzeziński. W Eucharystii uczestniczyła rodzina bł. ks. Jerzego, jego bliscy, przyjaciele, hutnicy z Huty Warszawa i setki wiernych.

W homilii, nawiązując do obchodzonej tego dnia uroczystości św. Wojciecha, głównego patrona Polski, ks. Brzeziński przypomniał, że św. Wojciech rzucił ziarno ewangeliczne w polską ziemię ponad tysiąc lat temu i stał się jednym z pierwszych męczenników, którzy na naszej ziemi wyznali wiarę w Chrystusa Zbawiciela. - Wojciech złożył ofiarę życia, bo wiedział, ze ziarno musi obumrzeć, że życie z Chrystusem zmartwychwstałym jest stokroć cenniejsze niż choćby najdłuższe życie na ziemi – mówił.

Ks. Brzeziński podkreślił, że swoistym domknięciem klamry, spinającej ponad tysiącletnie dzieje chrześcijaństwa w Polsce od czasów św. Wojciecha, jest bł. ks. Jerzy Popiełuszko. Jego życie było odpowiedzią na ziarno, rzucone w polską ziemię przez św. Wojciecha. - Na drugim biegunie naszych dziejów, pod koniec XX wieku inny męczennik zostaje wrzucony, jak ziarno w polską ziemię, w nurty królowej rzek – Wisły. To ks. Jerzy Popiełuszko. Jego życie jest jakąś odpowiedzią współczesnych czasów na Wojciechowy zasiew. Już nie z obcej, ale z naszej, polskiej krwi rodzi się świadek miłości Chrystusa, który nie znał słowa nienawiść, nie znał uczucia zawiści – zauważył.

Kustosz żoliborskiego sanktuarium zwrócił uwagę, że bł. ks. Popiełuszko szedł przez swoje krótkie kapłańskie życie z przesłaniem św. Pawła „Zło dobrem zwyciężaj” i podobnie, jak św. Wojciech, szukał służby dla Kościoła i Chrystusa. – Zginął, podobnie jak św. Wojciech – w piątek i w ten symboliczny sposób jednoczył się z umierającym na krzyżu Chrystusem – zauważył kaznodzieja.

Zobacz zdjęcia: Imieniny bł. Księdza Jerzego

Podkreślił, że w obu tych świętych biografiach tym, co uderza jest konsekwencja podjętych zadań, posłuszeństwo Bogu wyrażanemu poprzez decyzje przełożonych i odwaga bycie wiernym Ewangelii mimo wszystkich niesprzyjających okoliczności. - Obaj zapłacili za to najwyższa cenę. Można powiedzieć, wybrali zjednoczenie z umęczonym Jezusem, zaakceptowali swoją osobistą ofiarę, pozwolili na to, by stali się zasiewem nowej mocy – Bożej chwały.

Ks. Brzeziński zaznaczył, że w wyjątkowym roku 100-lecia odzyskania przez Polskę niepodległości można i trzeba pytać samych siebie, jakie są w nas owoce ziaren życia św. Wojciecha, bł. ks. Jerzego Popiełuszki i innych świętych, jakich wydała polska ziemia. - Trzeba pytać, czy w ogóle we mnie jest ta chrześcijańska tożsamość na miarę św. Wojciecha, bł. ks. Jerzego, na miarę każdego uznanego przez Kościół świętego? Czy jest we mnie ten heroizm wybrania Jezusa Chrystusa w każdych okolicznościach i we wszystkim? – pytał proboszcz parafii św. Stanisława Kostki.

Kaznodzieja zwrócił uwagę, że ważne jest czy w przyszłości będą chrześcijanie żyjący Ewangelią, a nie pozorem tradycji, przyzwyczajeń, rutyny. - O to dziś pyta nas św. Wojciech, bł. ks. Jerzy. Czy ofiara ich życia jest przez nas dziś rozumnie i w wolnej woli wybrana, przyjęta i zrozumiana? Ofiara ich życia nie może pójść na marne. Ich świętość nie może być tylko aureolą na obrazku. Ma być przykładem do podjęcia przez każdego z nas w tych, a nie innych okolicznościach historii świata – powiedział ks. Brzeziński i dodał, że nie mamy innej drogi prócz drogi świętości, której uczą nas św. Wojciech i bł. ks. Jerzy.

Pod koniec Mszy św. krótkimi wspomnieniami związanymi z błogosławionym Męczennikiem podzielili się jego bliscy i przyjaciele. Po Eucharystii odmówiono litanię do bł. ks. Jerzego. Była też możliwość oddanie czci jego relikwiom.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Franciszek: chrześcijańskie świadectwo to czynienie tego, czego chce Duch Święty

2018-05-23 10:58

tłum. st (KAI) / Watykan

„Świadectwo chrześcijańskie polega na czynieniu wyłącznie tego i tego wszystkiego, czego wymaga od nas Duch Chrystusa, udzielając nam sił, aby to wypełnić” – powiedział Ojciec Święty podczas dzisiejszej audiencji ogólnej. Papież podjął nowy cykl katechez poświęconych omówieniu sakramentu bierzmowania. Jego słów na placu św. Piotra wysłuchało dziś około 15 tys. wiernych.

Grzegorz Gałązka

Oto tekst papieskiej katechezy w tłumaczeniu na język polski:

Drodzy bracia i siostry, dzień dobry!

Po katechezach na temat chrztu, dni następujące po uroczystości Pięćdziesiątnicy zachęcają nas do refleksji nad świadectwem, jakie Duch Święty wzbudza w ochrzczonych, wprawiając ich życie w ruch, otwierając je na dobro innych. Jezus powierzył swoim uczniom wspaniałą misję: „Wy jesteście solą dla ziemi, wy jesteście światłem świata” (por. Mt 5,13-16). Są to obrazy, które każą pomyśleć o naszym zachowaniu, ponieważ zarówno niedobór jak i nadmiar soli sprawiają, że jedzenie jest niesmaczne, podobnie jak zarówno brak, czy też nadmiar światła uniemożliwiają widzenie. Tylko Duch Chrystusa może nas naprawdę uczynić solą, która nadaje smak i zachowuje od zepsucia oraz światłem rozjaśniającym świat! I to jest dar, który otrzymujemy w Sakramencie Bierzmowania, na którym razem z wami pragnę się zatrzymać i zastanowić. Nazywa się on „bierzmowaniem” (confirmatio), ponieważ utwierdza chrzest i umacnia jego łaskę (por. Katechizm Kościoła Katolickiego, 1289); oraz „chryzmacją”, ponieważ otrzymujemy Ducha poprzez namaszczenie „krzyżmem” - olejem zmieszanym z balsamem konsekrowanym przez biskupa. Termin ten odwołuje do „Chrystusa”, namaszczonego Duchem Świętym.

Odrodzenie się do życia Bożego w chrzcie św. jest pierwszym krokiem. Następnie trzeba zachowywać się jak dzieci Boże, to znaczy upodobnić się do Chrystusa działającego w Kościele świętym, angażuje się w jego misję w świecie. Zapewnia to namaszczenie Ducha Świętego: „Bez Twojego tchnienia nie ma nic w człowieku” (por. sekwencja uroczystości Zesłania Ducha Świętego). Tak jak całe życie Jezusa było ożywione przez Ducha, podobnie też życie Kościoła i każdego z jego członków toczy się pod przewodnictwem tego samego Ducha.

Jezus poczęty przez Dziewicę za sprawą Ducha Świętego rozpoczął swoją misję po tym, jak wyszedłszy z wód Jordanu został namaszczony przez Ducha, który zstąpił i spoczął na Nim (por. Mk 1,10; J 1, 32). Wyraźnie to stwierdza w synagodze w Nazarecie, jakże pięknie Jezus ukazuje siebie – to jakby dokument tożsamości w synagodze w Nazarecie: „Duch Pański spoczywa na Mnie, ponieważ Mnie namaścił i posłał Mnie, abym ubogim niósł dobrą nowinę” (Łk 4,18). Jezus przestawia siebie w synagodze swojego miasteczka jako ten, który został namaszczony Duchem Świętym.

Jezus jest pełen Ducha Świętego i jest źródłem Ducha obiecanego przez Ojca (J 15,26; Łk 24,49; Dz 1,8; 2,33). Istotnie, wieczorem dnia Paschy Zmartwychwstały tchnął na uczniów i powiedział im: „Przyjmijcie Ducha Świętego” (J 20, 22); a w dniu Pięćdziesiątnicy moc Ducha zstąpiła na Apostołów w formie nadzwyczajnej (por. Dz 2, 1-4), tak jak to znamy.

„Tchnienie” Chrystusa zmartwychwstałego napełnia życiem płuca Kościoła; i rzeczywiście usta uczniów „napełnione Duchem Świętym” otwierają się, by głosić wszystkim wielkie dzieła Boga (por. Dz 2,1-11).

Pięćdziesiątnica jest dla Kościoła tym, czym dla Chrystusa było namaszczenie Duchem otrzymane w Jordanie, mianowicie bodźcem misyjnym, aby ofiarować swe życie dla uświęcenia ludzi, na chwałę Boga. O ile w każdym sakramencie działa Duch Święty, to dzieje się tak zwłaszcza w bierzmowaniu, że „wierni otrzymują Dar samego Ducha Świętego” (PAWEŁ VI, Konst. ap. Divinae consortium naturae o sakramencie bierzmowania).

W chwili namaszczenia biskup mówi: „Przyjmij znamię daru Ducha Świętego”. To wielki dar który znajduje się w głębi naszej duszy, prowadzi nas, abyśmy stali się dobrą solą i właściwym światłem.

Jeśli w chrzcie Duch Święty zanurza nas w Chrystusa, to w bierzmowaniu Chrystus napełnia nas swoim Duchem, konsekrując nas na swoich świadków, uczestników tego samego źródła życia i misji, zgodnie z planem Ojca Niebieskiego. Świadectwo złożone przez bierzmowanych ukazuje przyjęcie Ducha Świętego i uległość wobec Jego twórczego natchnienia. Jak można zobaczyć, że otrzymaliśmy Dar Ducha? Jeśli wypełniamy dzieła Ducha, jeśli wypowiadamy słowa jakich nauczył nas Duch Święty (por. 1 Kor 2,13). Świadectwo chrześcijańskie polega na czynieniu wyłącznie tego i tego wszystkiego, czego wymaga od nas Duch Chrystusa, udzielając nam sił, aby to wypełnić.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Moje pismo Tęcza - 5/6 2018

Watykan: papież założył kaftan huculski

2018-05-23 15:59

kg (KAI) / Watykan

Franciszek pozdrowił i złożył gratulacje czołowemu huculskiemu kapłanowi greckokatolickiemu z ukraińskiej Bukowiny ks. Walerijowi Syrotiukowi z okazji 25-lecia jego pożycia małżeńskiego. Duchowny wraz ze swą żoną byli 23 maja na audiencji ogólnej w Watykanie a po jej zakończeniu podeszli do papieża, krótko z nim porozmawiali, po czym podarowali mu kaftan ludowy i czapeczkę, tzw. keptar. Poinformował o tym na swej stronie w Facebooku zakonnik o. Teodor Dutczak.

Grzegorz Gałązka

Ks. Syrotiuk jest znany na Bukowinie nie tylko z działalności i posługi duchownej, ale też jako poeta, kompozytor щкфя scenarzysta filmowy i radiowy. Po audiencji podszedł wraz z żoną do Ojca Święty, wręczając mu ludowe okrycie, zwane "kresanią", która jest rodzajem kaftana i czapeczkę - keptar. Oba te przedmioty są bogato zdobione motywami ludowymi. Papież założył na ramiona "kresanię" i tak niecodziennie ubrany pozował do wspólnego zdjęcia z kapłanem i jego małżonką.

"Nasz papież jest rzeczywiście prostym i kochającym człowiekiem. Trzeba go zaprosić na Bukowinę" - powiedział później ks. Syrotiuk, a jego słowa przytoczył w Facebooku o. Dutczak.

Ks. Syrotiuk ma 49 lat, ukończył technikum budowlane w Czerniowcach. Podczas odbywania służby wojskowej w Armii Sowieckiej w latach 1987-89 w Rydze zetknął się z niepodległościowymi dążeniami Łotyszy i po raz pierwszy uświadomił sobie fakt wieloletniego zniewolenia przez władze sowieckie wolnych narodów, m.in. bałtyckich, dowiedział się o zniszczeniu Ukraińskiego Kościoła Greckokatolickiego i o męczeństwie swego narodu. Przypadkowe spotkanie "podziemnego" wówczas biskupa Pawła Wasyłyka uświadomiło w nim powołanie duchowne i w 1995 przyjął święcenia kapłańskie. W latach 1997-2001 studiował na KUL-u i tam w 2006 uzyskał licencjat z teologii.

Równolegle do swej posługi duszpasterskiej zajmuje się też działalnością literacką jako poeta i scenarzystą, a także komponuje utwory muzyczne o tematyce religijnej. Za osiągnięcia na tym polu zdobył wiele nagród ogólnokrajowych i lokalnych. Od lipca 1999 nosi tytuł protoprezbitera mitrofornego i ma prawo nosić mitrę i krzyż napierśny (pektorał). Jest członkiem Ukraińskiego Naukowego Towarzystwa Teologicznego.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

Wiele stron internetowych, wykorzystuje pliki cookies (ciasteczka). Służą one m.in. do tego, by zagłosować w sondzie. Nowe przepisy zobowiązują nas do poinformowania o tym. Dalsze korzystanie z naszych stron bez zmiany ustawień przeglądarki będzie oznaczało, że zgadzasz się na ich wykorzystywanie.
Aby dowiedzieć się więcej, przeczytaj o Polityce plików cookies.

Rozumiem