wspomnienie Matki Bożej z Guadalupe • 12 grudnia

Z Meksyku do Żychlina

Parafia przy ul. Sosnowej w Żychlinie nieopodal Konina ma patronów z dalekiego kraju: Najświętszą Maryję Pannę z Guadalupe i św. Jana Diego. Parafii pod takim wezwaniem jest w Polsce zaledwie kilka, stąd ciekawość, dlaczego w Żychlinie właśnie takie wezwanie parafii zostało wybrane i jak bardzo wierni czują się związani z patronami z Meksyku

Zobacz

„Niedziela" dla środowiska

Pierwsza taka konferencja na świecie

Pełna sala plenarna Sejmu, setki zaproszonych gości i naukowcy z różnych stron świata – tak wyglądała konferencja naukowa pt. „Zrównoważony rozwój w świetle encykliki Laudato Si’”.

Zobacz
Wiele stron internetowych, wykorzystuje pliki cookies (ciasteczka). Służą one m.in. do tego, by zagłosować w sondzie. Nowe przepisy zobowiązują nas do poinformowania o tym. Dalsze korzystanie z naszych stron bez zmiany ustawień przeglądarki będzie oznaczało, że zgadzasz się na ich wykorzystywanie.
Aby dowiedzieć się więcej, przeczytaj o Polityce plików cookies.
Zamknij

Reklama

Miejsca, w których żyje pamięć

2012-11-09 14:36

Rafał Staszewski

Cmentarz legionistów w Górach Pęchowskich

Polub nas na Facebooku!

Wojenne mogiły, żołnierskie nekropolie, monumenty upamiętniające najważniejsze dla Ojczyzny i narodu wydarzenia - ziemia sandomierska usiana jest nimi gęsto. Oto kilka miejsc, które szczególnie warto przypomnieć w Święto Niepodległości.

Góry Pęchowskie

Znajduje się tu jeden z największych i najważniejszych w naszym regionie cmentarzy z czasów I wojny światowej, na którym pogrzebanych zostało ponad stu żołnierzy Józefa Piłsudskiego, poległych latem 1915 r. w wielotygodniowych bojach, które do historii przeszły jako Bitwa pod Konarami. Była ona jednym z najkrwawszych i najbardziej znaczących epizodów na szlaku bojowym I Brygady Legionów. Walki toczyły się na rozległym terenie, który usiany był gęsto grobami podkomendnych przyszłego Marszałka.

Jesienią 1929 r. prezydent RP Ignacy Mościcki odsłonił w Górach Pęchowskich pomnik upamiętniający tych, którzy zginęli w walkach o wolną Polskę.

Reklama

W sąsiedztwie obelisku powstał cmentarz, na który stopniowo zaczęto przenosić szczątki legionistów z terenu całej Sandomierszczyzny. Ekshumacje trwały wiele miesięcy. Pogrzebano tu m.in. 17-letniego Wincentego Borończyka, ucznia gimnazjum w Wadowicach, który na wojnę wyruszył prosto ze szkolnej ławy i był jednym z najmłodszych żołnierzy Piłsudskiego. Wśród spoczywających na cmentarzu są jeszcze m.in: Eugeniusz Radliński (wybuch wojny zastał go na brazylijskiej prowincji, gdzie pracował jako nauczyciel. Stamtąd, pokonując niezliczone trudności przedostał się do Polski i wstąpił w szeregi Legionów), ppor. Tadeusz Dąbrowski, por. Mieczysław Kwieciński, ppor. Feliks Nitecki (przyjechał ze Stanów Zjednoczonych, by wziąć udział w walce o wolną Polskę), por. Sarmat Mikołaj Szyszłowski (malarz, jeden ze zdolniejszych uczniów Józefa Mehoffera) oraz kpt. Kazimierz Herwin-Piątek - dowódca I Kompani Kadrowej.

Po II wojnie światowej nekropolia w Górach Pęchowskich została zniszczona, dopiero w latach 90. XX wieku udało się ją odrestaurować.

Modliborzyce

Parafialny cmentarz w tej niewielkiej, podopatowskiej miejscowości jest miejscem pochówku ppłk. Antoniego Jabłońskiego, dowódcy 11. Pułku Ułanów, bohatera walk o niepodległość, poległego podczas wojny polsko-bolszewickiej.

Antoni, pierworodny syn Zdzisława i Marii ze Szczawińskich, urodził się w majątku Usarzów w 1896 r. Z działalnością konspiracyjną zetknął się po raz pierwszy jako uczeń radomskiej Szkoły Handlowej, do której uczęszczać zaczął w wieku 12 lat. Podczas studiów we Lwowie wstąpił do Związku Strzeleckiego. Zaliczył kurs, a potem szkołę oficerską. Latem 1914 r. przyjechał na wakacje do rodzinnego Usarzowa. Któregoś dnia do dworku Jabłońskich zawitał Władysław Belina-Prażmowski. Z gospodarzami znał się dobrze, pochodził bowiem z nieodległego Ruszkowca. Prażmowski zabrał młodego Antoniego do Krakowa, gdzie na polecenie Piłsudskiego zorganizował konny patrol, który zasłynął potem jako „Siódemka Beliny” - zalążek, a jednocześnie trzon późniejszej kawalerii odrodzonej Rzeczypospolitej. W jej składzie znalazł się również młody Jabłoński.

1 stycznia 1915 r. Antoni awansował na podporucznika. Gdy w listopadzie 1918 r. otrzymał polecenie zorganizowania szwadronu kadrowego wojsk polskich w Jędrzejowie i objęcia nad nim dowództwa, jego rodzice sprzedali część ziemi, aby za uzyskane pieniądze wyekwipować oddział. W marcu następnego roku z oddziału tego powstał 11. Pułk Ułanów, na którego czele stanął mjr. Mariusz Zaruski. Jabłoński już w stopniu rotmistrza został jego zastępcą.

Podczas wojny polsko-bolszewickiej awansowany na majora kawalerzysta z Usarzowa jako dowódca 11. Pułku przez cały czas operował na pierwszej linii walk. Najcięższą bitwę jego żołnierze stoczyli 1 sierpnia 1920 roku pod Mikołajowem, gromiąc Rosjan i zdobywając miasteczko. 12 października, podczas szarży pod Nową Sieniawką, Jabłoński otrzymał postrzał w kręgosłup. Rana okazała się śmiertelna. Zmarł wkrótce potem we lwowskim szpitalu.

W ostatnim pożegnaniu bohaterskiego ułana, Józefa Piłsudskiego reprezentował jego adiutant Bolesław Wieniawa-Długoszowski. Na przysłanym wieńcu, naczelny wódz napisał tylko jedno zdanie „Mojemu ukochanemu chłopcu”, a pogrążonej w bólu matce Antoniego Jabłońskiego Marszałek kazał powtórzyć słowa: „Pani straciła syna, ja następcę”.

Byszówka

W tej niewielkiej wiosce koło Klimontowa, pod koniec wojny działał okryty ponurą sławą obóz NKWD, nazywany nie bez przyczyny „Małym Katyniem”. Są przesłanki, które pozwalają przypuszczać, że sowieci zamordowali tu kilkaset osób.

Po obozie nie ma dziś śladu. Opuszczając to miejsce w styczniu 1945 r. kaci zadbali o to, by zatrzeć ślady swoich zbrodni. Ziemianki, w których przetrzymywano więźniów zostały wysadzone granatami.

O Byszówce zrobiło się głośno dzięki Skarbimirowi Sosze, który w czasie okupacji był żołnierzem oddziału leśnego „Majka” wchodzącego w skład zgrupowania „Ojca Jana”, a działającego głównie w rejonie Nisko-Stalowa Wola-Rudnik. Po wojnie Sochę dwukrotnie aresztowało UB. Przeszedł brutalne śledztwo i skazany został na 12 lat więzienia. Wyszedł na wolność w wyniku amnestii przed końcem wyroku. Mieszkając w Łodzi zajmował się przez długie lata tropieniem zbrodni popełnionych przez NKWD na żołnierzach Armii Krajowej. Próbował wyjaśnić okoliczności śmierci swojego brata ppor. Tadeusza Sochy ps. „Brzoza”, „Karol”, „Paprocki” - ostatniego szefa Kedywu w obwodzie Nisko-Stalowa Wola.

Tadeusz Socha został aresztowany 29 października 1944 r. Trafił do tzw. bunkrów w Rudniku - prowizorycznego więzienia na placu, gdzie dawniej odbywały się targi końskie.

Część uwięzionych tam osób, w tym m.in. ppor. Sochę, a także ppor. rez. Stanisława Urbana ps. „Bauer” - adiutanta Komendanta Obwodu AK Nisko, Mariana Dziubińskiego ps. „Wilczur” - szefa łączności Obwodu, Franciszka Gołębiowskiego - żołnierza placówki AK w Rudniku, Zenona Lewandowskiego - gajowego z Dolin k. Rudnika oraz Zenona Wołcza ps. „Wilk” - zastępcę komendanta Obwodu z ramienia Batalionów Chłopskich, pod koniec 1944 r. wywieziono nocą w nieznanym kierunku. Dzięki ustaleniom Skarbimira Sochy wiadomo niemal na pewno, że wszyscy trafili do Byszówki, gdzie zostali zamordowani. NKWD nie oszczędziło nawet Zenona Wołcza, który w śledztwie poszedł na współpracę z sowietami.

Po upadku komunizmu, przez parę lat prowadzone było śledztwo w sprawie mordów popełnionych w Byszówce. Zdaniem Skarbimira Sochy we wsi działała komórka likwidacyjna stacjonującej w Rudniku 25 dywizji NKWD. Świadkowie wydarzeń sprzed lat, których przesłuchano w trakcie śledztwa dotyczącego działalności obozu, opowiadali zgodnie, że niemal codziennie widzieli jak wieczorem uzbrojeni konwojenci wyprowadzali z bunkrów po 4-5 osób i prowadzili w kierunku pobliskiego lasu. Potem słychać było strzały, a w końcu enkawudyści wracali sami.

W sierpniu 1991 r. i w maju 1992 r. rozpoczęto zakrojone na dużą skalę poszukiwania szczątków ofiar z obozu. Nie przyniosły one jednak rezultatu.

20 sierpnia 2004 r. śledztwo w sprawie zbrodni komunistycznych w Byszówce zostało umorzone „wobec niewykrycia sprawców przestępstwa”. Ustalenie danych osobowych któregokolwiek z funkcjonariuszy NKWD, działających bezpośrednio w obozie okazało się niemożliwe. Ich zwierzchnikiem był jednak niewątpliwie dowódca stacjonującej w Rudniku 25 dywizji gen. Popow.

Obecnie w miejscu dawnego obozu stoi krzyż z tablicą upamiętniającą pomordowanych.

Kiełczyna

Na cmentarzu parafialnym w tej miejscowości odnaleźć można ziemną mogiłkę, obramowaną niedawno betonową obwódką. Umieszczony na niej żelazny krzyż dźwiga pokaźnych rozmiarów tablicę z nazwiskiem ppłk. Władysława Eminowicza. Nie jest to jego prawdziwy grób, choć wszystko wskazuje na to, że spoczywa na tej właśnie nekropolii. Krzyż i tablicę postawił Marek Choina, znany z troski o należyte upamiętnianie miejsc i osób zasłużonych dla historii walk niepodległościowych. Eminowicz doskonale pasuje do tego grona. Był jednym z najbarwniejszych partyzantów Powstania Styczniowego, działającym nie tylko na ziemi sandomierskiej, ale także na Lubelszczyźnie i Podlasiu.

Początkowo walczył w grupie Mariana Langiewicza, potem został szefem sztabu w oddziale płk. Dionizego Czachowskiego. Brał udział w kilkunastu bitwach i potyczkach. 23 sierpnia 1863 r., dowodzony przez niego oddział powstańczy został rozbity przez Rosjan pod Wirem. Po tych wydarzeniach Eminowicz postawiony został przed sądem wojennym i niesłusznie zdegradowany ze stopnia podpułkownika do szeregowca. Rozgoryczony wyjechał do Wiednia, ale już w początkach 1864 r. powrócił do walki i brał udział w bitwie opatowskiej, w trakcie której został ciężko ranny.

Przewieziono go do majątku Jawornickich w Kiełczynie. Wezwany ze Staszowa lekarz opatrzył ranę, która z pozoru nie wydawała się groźna. Rekonwalescent nie miał jednak odpowiednich warunków, by należycie się kurować. Jaworniccy obawiali się, że u nich w pierwszej kolejności Rosjanie szukać mogą ukrywających się powstańców. Postanowili przewieźć rannego Eminowicza do niedalekiego majątku Dobra pod Staszowem, należącego do rodziny Russockich. Ta potajemna podróż zaszkodziła mu bardzo. Stan rannego pogorszył się. Zmarł 23 marca. „Za wzorowe znajdowanie się w służbie i okazaną waleczność w czasie bitwy opatowskiej” generał Hauke-Bosak przywrócił mu stopień podpułkownika. Nie doczekał jednak Eminowicz jego zatwierdzenia przez Rząd Narodowy. Stało się to dopiero 25 marca.

Z zapisków Wincentego Grabówki, uczestnika i kronikarza powstańczych bojów, wiadomo, że sławny podpułkownik spoczął w Kiełczynie obok dwóch swoich towarzyszy broni - Wielobyckiego i Lengsmitcha. Ten ostatni był Niemcem. Brał udział w kampanii Garibaldiego, a w późniejszym czasie był podkomendnym Eminowicza.

Edycja sandomierska 46/2012 , str. 4-5

E-mail:
Tel.: 505-288-398

Działy: Niedziela Sandomierska

Tagi: historia niepodległość

Tagi
Nasze serwisy
Polecamy
Zaprzyjaźnione strony
Najpopularniejsze
24h7 dni

Reklama

Edycja sandomierska

E-mail:
Tel.: 505-288-398

Lidia Dudkiewicz, Red. Naczelna

Papieskie przytulenie EDYTORIAL

Adwent to czas nadziei i łaski, czuwania i refleksji, ale także czas bliskiej już radości. Idźmy więc z radością na spotkanie z Panem! »
Abp Stanisław Budzik

Reklama

Fundacja NIEDZIELA. Instytut Mediów