Reklama

Żegnaj, Bohaterze narodowy!

2012-11-19 12:01

Bogdan Nowak
Edycja szczecińsko-kamieńska 43/2009

Zapis rozmowy przeprowadzonej z bp. Zbigniewem Kraszewskim w 2004 r., tuż przed jego śmiercią

Miałem okazję odwiedzić w Warszawie przed śmiercią bp. Zbigniewa Kraszewskiego (1922-2004), który był pierwszym i ostatnim biskupem na drodze kapłańskiej sługi Bożego ks. Jerzego Popiełuszki.

Bogdan Nowak: - Czy Ksiądz Biskup odwiedzał wtedy kleryków powołanych do wojska?

Bp Zbigniew Kraszewski: - Oczywiście. W roku 1967 byłem kilka razy w jednostce wojskowej w Bartoszycach, gdzie przebywali nasi alumni, również bohaterski Jerzy Popiełuszko. To on był przykładem dla kolegów, jak się zachowywać wobec jawnego prześladowania. To on napisał takie piękne słowa: „Jak słodko jest cierpieć, gdy się cierpi dla Chrystusa”. Był szykanowany przez oficerów i podoficerów wspomnianej jednostki.

- Sługa Boży Jerzy Popiełuszko był znany z odprawianych Mszy św. za Ojczyznę w okresie stanu wojennego…

- Msze św. błagalne w intencji Ojczyzny nieustannie zagrożonej były odprawiane co miesiąc w kościele pw. św. Stanisława Kostki na Żoliborzu. Ich inicjatorem był Prymas Tysiąclecia kard. Stefan Wyszyński, a wykonawcą proboszcz tej parafii ks. prał. Teofil Bogucki i ks. Jerzy Popiełuszko, który tam rezydował. Przypominam sobie niedzielę 26 kwietnia 1981 r., kiedy odprawiałem w tym kościele uroczystą Mszę św. i z balkonu świątyni wygłosiłem kazanie. Po Mszy św. poświęciłem nowy sztandar NSZZ „Solidarność” Huty Warszawa. Na uroczystość przybyło kilkanaście tysięcy ludzi. Nazajutrz odwiedziłem w towarzystwie Księdza Jerzego Hutę Warszawa, gdzie Najświętszą Ofiarę celebrował on sam.

- Za co komuniści prześladowali Księdza Jerzego?

- W styczniu 1984 r. pojechałem do Krynicy Górskiej i Zakopanego, gdzie w „Księżówce” spotkałem na krótkim wypoczynku ks. Popiełuszkę. On zapoznał mnie z sytuacją społeczno-polityczną kraju. Ksiądz Jerzy skorzystał wtedy z mojego biletu na Kasprowy Wierch, który mu ofiarowałem. Komuniści, jak się okazało, prześladowali ks. Popiełuszkę najbardziej za Msze św. za Ojczyznę, które odprawiane były w jego kościele w ostatnią niedzielę miesiąca. Nie podobały się im kazania, choć były pełne cytatów z wypowiedzi Ojca Świętego i Prymasa Tysiąclecia. W końcu stycznia poleciałem do Rzymu ze 150-osobową pielgrzymką, którą prowadził ks. Józef Hass. Rozmawiałem wtedy kilka razy z Janem Pawłem II, który pytał o Księdza Jerzego i jego kazania. Otrzymałem dla niego nie tylko papieskie błogosławieństwo, ale również czarny różaniec w czerwonym etui. 7 lutego po powrocie z Watykanu zdałem relację kard. Józefowi Glempowi z rozmowy z Ojcem Świętym. Potem Prymas wezwał do siebie ks. Popiełuszkę na rozmowę i podarował mu książkę z dedykacją.

- Ekscelencja był ostatnim biskupem, który wspólnie ze sługą Bożym ks. Jerzym Popiełuszką odprawił Najświętszą Ofiarę…

- W trzecią niedzielę września Ksiądz Jerzy wyjechał z pielgrzymką świata pracy na Jasną Górę. Do tronu Królowej Polski udały się rzesze Polaków, niosąc wszystkie swoje sprawy, cierpienia i łzy. To jest ciągle jedyne miejsce, gdzie czujemy się od wieków wolni, gdzie możemy wszystkie swoje troski oddać pod Jej przemożną opiekę. Tam doznajemy mocy i pocieszenia, otrzymujemy siły do dalszej pracy.
18 października 1984 r. o godz. 19 odprawiłem Mszę św. i wygłosiłem kazanie w kościele Sióstr Wizytek w Warszawie na Krakowskim Przedmieściu. Był to dzień św. Łukasza, patrona lekarzy i służby zdrowia, dlatego do Mszy św. asystowali mi ks. Jerzy Popiełuszko, duszpasterz pielęgniarek, oraz ks. prał. Zdzisław Król, ogólnopolski duszpasterz lekarzy. Po nabożeństwie siostry wizytki poczęstowały nas kolacją, podczas której rozmawialiśmy o sytuacji w Polsce, a przede wszystkim o nowych zagrożeniach wobec Kościoła i duchownych. Po kolacji pożegnałem się z siostrami i gośćmi, a szczególnie serdecznie z Księdzem Jerzym, któremu na koniec powiedziałem: „Żegnaj, Bohaterze narodowy!”. Nikt z nas nie przypuszczał, że będzie to nasze ostatnie spotkanie i pożegnanie. Byłem ostatnim biskupem, który widział żywego ks. Jerzego Popiełuszkę. Już następnego dnia w nocy do Kurii dotarła telefoniczna wiadomość, że Ksiądz Jerzy został porwany.

- Proszę odtworzyć tamto dramatyczne wydarzenie.

- Na wieść o uprowadzeniu ks. Jerzego Popiełuszki zadrżały serca. To tragiczne wydarzenie wstrząsnęło opinią publiczną w całej Polsce, szczególnie zaniepokoiło biskupów, duchowieństwo i wiernych archidiecezji warszawskiej. Od 20 października kościół pw. św. Stanisława na Żoliborzu był pełen wiernych, dzień i noc na modlitwie, we łzach, czuwali i błagali o rychły powrót tak drogiego sercom polskim kapłana. 24 października odprawiłem Mszę św. w intencji odnalezienia ks. Jerzego Popiełuszki i powiedziałem kazanie w żoliborskim kościele. Kierowca Księdza Jerzego uratował się cudem. Dzięki niemu nie doszło do sfałszowania wydarzeń, jakie wtedy, 19 października, miały miejsce. Czas oczekiwania na powrót Księdza w kościele św. Stanisława Kostki był wypełniony gorącą modlitwą wiernych. Wreszcie wieczorem 30 października dotarła wiadomość.
Po Mszy św. o godz. 19 ks. Andrzej Przekaziński łamiącym głosem oznajmił o wydobyciu ciała ks. Popiełuszki z wiślanej tamy we Włocławku. To, co się działo w tym ogromnym zgromadzeniu wiernych, trudno opisać. Księża modlili się słowami „jako i my odpuszczamy”, wypowiadane kilkakrotnie uspokoiły płaczących.
Gen. Czesław Kiszczak oznajmił w wystąpieniu telewizyjnym, że ks. Jerzego Popiełuszkę uprowadzili i zamordowali funkcjonariusze Ministerstwa Spraw Wewnętrznych, a więc jego podwładni. Po wydobyciu z zalewu wiślanego Ksiądz Jerzy był w sutannie, ręce i nogi miał skrępowane grubym powrozem. Był tak zmasakrowany, że trudno było go poznać, co stwierdził kilkakrotnie ks. Grzegorz Kalwarczyk. Ostatnie słowa modlitwy Księdza Jerzego wypowiedziane w Bydgoszczy 19 października brzmiały: „Módlmy się, byśmy byli wolni od lęku, zastraszenia, ale przede wszystkim od żądzy odwetu i przemocy”.
Ks. Grzegorz Kalwarczyk, mój najbliższy współpracownik w Warszawskiej Kurii Metropolitalnej, był wydelegowany do przewiezienia zwłok Sługi Bożego z Bydgoszczy. Już w godzinach wieczornych 2 listopada do kościoła pw. św. Stanisława Kostki została przywieziona trumna ze zwłokami ks. Jerzego Popiełuszki. Dziesiątki tysięcy wiernych oczekiwało na tę chwilę. Przy biciu dzwonów trumna została wniesiona do kościoła, a o godz. 19 została odprawiona uroczysta Msza św., gdzie w koncelebrze brało udział dwudziestu kapłanów, a kazanie wygłosił ks. prof. Mieczysław Nowak. Nazajutrz od bardzo wczesnych godzin rannych do żoliborskiego kościoła ciągnęły nieprzerwanie tłumy wiernych z całej Polski. O godz. 6 rano przed głównym wejściem do kościoła na katafalku okrytym biało-czerwonym sztandarem została ustawiona trumna, na której położono biało-czerwoną wiązankę. Msza św. pogrzebowa rozpoczęła się o godz. 11. Głównym celebransem pogrzebu był prymas kard. Józef Glemp, który wygłosił kazanie. Udział w koncelebrze Mszy św. brali udział biskupi, licznie przybyli księża, a także ks. prał. Teofil Bogucki, proboszcz żoliborskiej parafii. Brałem udział w tym pogrzebie. Odczuwałem ogrom modlitwy i bólu ludu Bożego po stracie Księdza Jerzego oraz przerażającą ciszę protestu zgromadzonych wiernych, których było około pół miliona.

Apokalipsa kresowego świata

2019-09-10 12:59

Rozmawia Sławomir Błaut
Niedziela Ogólnopolska 37/2019, str. 28-29

O sowieckiej agresji na Rzeczpospolitą we wrześniu 1939 r. i dziedzictwie utraconych Kresów z prof. Stanisławem Sławomirem Nicieją – długoletnim rektorem Uniwersytetu Opolskiego, kierownikiem Katedry Historii Kultury i Biografistyki na Wydziale Nauk Społecznych tej uczelni, autorem wielotomowego cyklu pt. „Kresowa Atlantyda” – rozmawia Sławomir Błaut

NAC
Kolumny piechoty sowieckiej wkraczające do Polski 17 września 1939 r

SŁAWOMIR BŁAUT: – 17 września 1939 r. to czarna karta w historii Polski. Jak zapamiętali ten dzień świadkowie, których Pan Profesor poznał w trakcie pisania historii Kresów?

PROF. STANISŁAW SŁAWOMIR NICIEJA: – To jeden z najtragiczniejszych momentów w naszej historii. Sowieci zagarnęli połowę terytorium II Rzeczypospolitej. Straciliśmy wielkie centra kulturowe – Lwów, Wilno, Grodno, Stanisławów, Krzemieniec, Drohobycz – że wymienię tylko te najważniejsze spośród 200 miast, które zostały odcięte od Polski i w brutalny sposób po 1945 r. zdepolonizowane.
Największym zaskoczeniem było to, że przywódcy II Rzeczypospolitej nie przewidzieli, iż Stalin porozumie się z Hitlerem i wbije Polsce walczącej z Niemcami nóż w plecy. Założeniem strategii polskiego dowództwa było bronić się przed armiami niemieckimi i – w oczekiwaniu na pomoc aliantów – wycofywać się stopniowo w kierunku granicy polsko-rumuńskiej. Gdy 17 września 1939 r. Sowieci przekroczyli granicę Polski, główne siły i polskie naczelne dowództwo były w okolicach Stanisławowa, Kołomyi i Zaleszczyk, na tzw. przedmościu rumuńskim. Tam miał być główny bastion obrony.
Wycofującemu się wojsku towarzyszyły nieprzebrane tłumy cywilnych uciekinierów z zachodniej Polski. Kiedy Sowieci niespodziewanie uderzyli, powstała panika: nie wiedziano, co robić. Głównodowodzący marszałek Edward Śmigły-Rydz podjął dość nieprzemyślaną decyzję, nakazując traktować Sowietów jako domniemanych sojuszników, i polecił unikać starcia zbrojnego z nimi. Decyzja ta miała fatalne skutki, gdyż nasze wojska zaprzestały obrony tak ważnych garnizonów, jak choćby Grodno, Łuck, Stanisławów czy Tarnopol. Ułatwiło to Sowietom szybkie zajęcie połowy terytorium Polski i wyłapanie dużej części oficerów, których później wymordowano m.in. w Katyniu, Miednoje i Bykowni.
Pyta Pan o zachowanie ludności cywilnej. To był dla niej straszliwy szok. W historię Polski wpisały się wówczas dramatycznie trzy mosty graniczne, które prowadziły do Rumunii: w Zaleszczykach, Kutach i Śniatynie. W kierunku tych mostów ciągnęły drogami od strony Lwowa, Tarnopola i Stanisławowa do granicy rumuńskiej fale uciekinierów, szukających ratunku przed wrogimi armiami. Na tych drogach rozgrywały się dantejskie sceny. Obok tłumów przerażonych ludzi jadących furmankami przemykały eleganckie limuzyny ministrów, dyplomatów, artystów, kupców. Im bliżej mostów granicznych, tym częściej na poboczach mnożyły się porzucone z braku paliwa różne pojazdy mechaniczne. Nad głowami uciekinierów szarżowali lotnicy Luftwaffe, którzy bezlitośnie bombardowali oszołomionych sytuacją nieszczęśników. A przy granicy zaczął się rozgrywać dodatkowy dramat. Ludzie nie wiedzieli, czy przejść granicę, czy cofnąć się w kierunku swoich domów. Była to prawdziwa apokalipsa.
Wśród setek relacji, które zebrałem, są opowieści wstrząsające. Zygmunt Wasilewski, który dotarł do granicy polsko-rumuńskiej, wspominał: „Okropny moment. Nie wiem, czy uda mi się kiedyś wymazać go z pamięci. Wszyscy mieliśmy łzy w oczach. Niektórzy całowali biało-czerwoną barierę graniczną, inni ziemię lub budkę strażnika. Kilku żołnierzy szlochało głośno, kilku się modliło, klęcząc. Każdy prawie zabierał coś na pamiątkę. Jeden zeskrobywał scyzorykiem trochę biało-czerwonej farby ze słupa granicznego. Drugi zawiązał w chusteczkę garść ziemi, trzeci zerwał liść z drzewa i włożył do książeczki wojskowej. Wszyscy, oglądając się wciąż, przeszliśmy granicę. Bezpośrednio po tych strasznych chwilach nastąpiło przygnębiające rozbrojenie. Byliśmy upokorzeni. Rumuńscy żandarmi kazali nam złożyć broń w przydrożnym rowie. Do końca życia będę pamiętał trzask rzucanej broni na stos”. Takich opowieści mam w swym archiwum kilkaset. Wiele z nich wykorzystałem w swoich publikacjach. Granice polsko-rumuńską i polsko-węgierską przekroczyło we wrześniu 1939 r. ok. 300 tys. Polaków.

– Stalin spowodował, że przedwojenne polskie Kresy zniknęły niczym mityczna Atlantyda. Czy pisanie książek opowiadających o losach Kresowian traktuje Pan Profesor jako misję?

– Można tak powiedzieć. Utrata tych ziem wiązała się z unicestwieniem istniejących tam ogromnych enklaw polskiej kultury, nauki i gospodarki. Zniszczono sławne polskie uczelnie w Wilnie, we Lwowie i w Krzemieńcu, rozgrabiono polskie świątynie, zamki, pałace, muzea. Postanowiłem opisać potencjał intelektualny i gospodarczy tych ziem, bo to był ogromny dorobek polskiej myśli intelektualnej. Poszczególne miejscowości, z ich historią i materialnym dorobkiem, opisuję od 10 lat w oparciu o dokumentację. W każdym tomie „Kresowej Atlantydy” są fotografie – ok. 300 – i historia 5-6 najważniejszych miejscowości w danym regionie. Dotychczas udokumentowałem ok. 70 miejscowości, które straciliśmy na Kresach. O ich historii nie wolno nam zapomnieć.

– We wstępie do X tomu „Kresowej Atlantydy” napisał Pan Profesor, że historii Polski nie można zamykać w granicach obecnego państwa polskiego.

– Tak, bo Polska jest państwem, które w swej ponadtysiącletniej historii miało pulsujące granice. Jej terytorium w różnych wiekach miało różne kształty – raz było większe, raz mniejsze. Polska nie miała ciągle tych samych granic i tych samych miast w swoich granicach. Był czas, gdy państwo polskie miało granice nad Dniestrem, Niemnem, Horyniem czy Czeremoszem. Byliśmy tam przez setki lat i zostawiliśmy trwałe ślady naszej obecności. Nie można więc pisać o dziejach Polski bez historii Lwowa, Wilna, Grodna czy Stanisławowa. Wielu wybitnych Polaków – Mickiewicz, Słowacki, Fredro, Zapolska i inni – urodziło się poza granicami dzisiejszego państwa polskiego. Pominięcie tych historii byłoby niczym innym jak amputacją połowy mózgu.

– „Cechą społeczeństw wykształconych jest chęć ucieczki od anonimowości” – kolejne stwierdzenie Pana Profesora odnosi się do zainteresowania przeszłością. Czy Polacy sięgają dziś do dziedzictwa Kresów?

– Po zniesieniu w Polsce cenzury ukazały się setki, a nawet tysiące wydawnictw – wspomnień, pamiętników, relacji – właśnie o Kresach. I tam znajdujemy dziesiątki tysięcy opowieści o indywidualnych losach ludzi, którzy doświadczyli niezwykłych przeżyć. Uczestniczę w setkach spotkań autorskich przy okazji ukazywania się moich kolejnych tomów „Kresowej Atlantydy” i widzę niesłabnące zainteresowanie tą tematyką.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Historia pół żartem i na serio

2019-09-17 14:04

Sławomir Błaut

W częstochowskim Parku Staszica i na Jasnej Górze 14 września można było podziwiać barwne mundury rekonstruktorów historycznych z Garnizonu Fortecy Częstochowskiej. Ich „piknik” był związany z konferencją „Twierdze osiemnastowiecznej Europy”

Łukasz Cholewiński

Wspomniana konferencja naukowa to impreza cykliczna, organizowana od 2015 r. Jej organizatorzy – Instytut Historii Uniwersytetu Humanistyczno-Przyrodniczego im. J. Długosza w Częstochowie, Polskie Towarzystwo Historyczne Oddział w Częstochowie oraz Stowarzyszenie Garnizon Fortecy Częstochowskiej – prezentują w ten sposób szerszemu gronu zainteresowanych m.in. architekturę militarną twierdz, ich uzbrojenie, udział w wojnach, a także przekazują dorobek piśmiennictwa dotyczący tematu – obraz twierdz epoki nowożytnej w pamiętnikach, pracach historycznych i literaturze pięknej. Jednocześnie zamiarem organizatorów jest rozbudzenie wśród młodzieży zainteresowania historią. Na pewno najciekawsze są prezentacje dawnych mundurów i broni, a uzupełnieniem – eksponowane w gablotach sali wystawowej Biblioteki Głównej UJD kopie planów osiemnastowiecznych twierdz.

Łukasz Cholewiński

W dniach 13-14 września miała miejsce trzecia odsłona projektu „Twierdze osiemnastowiecznej Europy”. W pierwszym dniu prelegenci przedstawili podczas konferencji naukowej na UJD temat: „Rola fortyfikacji w systemach obronnych państw”, a w drugim rekonstruktorzy pokazali w Parku im. S. Staszica m.in. musztrę, osiemnastowieczne uniformy piechoty oraz broń palną z tamtego okresu (można je zobaczyć na zdjęciu). Z parku żołnierze przemaszerowali na Jasną Górę, gdzie odwiedzili m.in. Arsenał, Salę Rycerską i słynną Bibliotekę Jasnogórską, w której zgromadzone są cenne starodruki.

Stowarzyszenie zrzeszające pasjonatów historii XVIII wieku – Garnizon Fortecy Częstochowskiej – prezentuje wiernie odtworzone ubiór, uzbrojenie i oporządzenie żołnierzy z połowy XVIII wieku stacjonujących na Jasnej Górze.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem