Reklama

Jest życie po śmierci i kiedyś się spotkamy...

2012-11-19 12:01

Andrzej Tarwid
Edycja warszawska 43/2009

Agata Błądzińska i Alina Szczepańska pracują w warszawskich hospicjach. Błądzińska jest pielęgniarką w hospicjum domowym w Błoniu. Szczepańska to wolontariuszka w placówce mieszczącej się przy ul. Tykocińskiej na Pradze.
Obie panie poprosiliśmy, aby opowiedziały Czytelnikom „Niedzieli” o swojej pracy, wizytach w mieszkaniach pacjentów terminalnie chorych. A także o tym, czy praca z osobami umierającymi zmieniła ich stosunek do życia i śmierci.

Droga do hispicjum

Agata Błądzińska: O pracy w hospicjum powiedziały mi koleżanki, kiedy postanowiłam wrócić do zawodu pielęgniarki - po urlopie wychowawczym i pracy w pomocy społecznej. Wtedy słowo „hospicjum” kojarzyło mi się stereotypowo, dlatego wahałam się z podjęciem decyzji. Myślałam, że sobie nie poradzę. Spotkałam się z kierownictwem placówki. To od niego dowiedziałam się, na czym ta praca polega, ale także: czego mogę oczekiwać i co będę musiała z siebie dać. Wówczas podjęłam decyzję, że zacznę pracę jako pielęgniarka w hospicjum. I dzisiaj myślę, że to jest praca dla mnie. Mimo że trudna, wymaga pełnego zaangażowania, a przede wszystkim wrażliwości i zrozumienia drugiej, chorej osoby.

Alina Szczepańska: Kilka lat temu umarł mój ojciec, a niedługo potem teściowa. Oboje chorowali na raka, a ja się nimi opiekowałam. Po ich śmierci poczułam, że muszę zaangażować się w pomoc innym chorym. To była wewnętrzna potrzeba, głos sumienia. Jednak nie poszłam od razu do hospicjum, bo wkrótce sama poważnie zachorowałam. Kiedy wyzdrowiałam, poczułam jeszcze większą potrzebę, aby zostać wolontariuszką w hospicjum.

Pierwsza wizyta

Agata Błądzińska: Jest to zwykle wejście lekarsko-pielęgniarskie. Naszym celem jest ulżenie pacjentowi w cierpieniu. Jeśli pacjent jest przytomny, to rozmawiamy z nim i odpowiadamy na wszystkie jego pytania - jego i rodziny. Ale zawsze to chory wyznacza granice tego, co chce wiedzieć. Pielęgniarka czy lekarz muszą zawsze o tym pamiętać, by nie odebrać pacjentowi nadziei.
Są pacjenci, którzy mają świadomość umierania. W takich sytuacjach nie tylko zajmuję się stroną medyczną wizyty, lecz zawsze rozmawiam o wierze. Mówię, że Pan Bóg daje nam czas na przyjemności i przykrości, ale także czas na odchodzenie. I właśnie hospicjum domowe to czas na przygotowanie się do odejścia, które przecież czeka każdego.

Alina Szczepańska: Moja pomoc sprowadza się głównie do rozmowy, do zadbania o higienę osobistą chorego oraz podania mu lekarstw. Przed każdą wizytą modlę się. Proszę Ducha Świętego, aby dał mi spokój wewnętrzny, żebym nie reagowała nerwowo, jak ktoś krzyczy. Proszę o siłę, aby tę nerwową atmosferę przeczekać. A potem staram się wysłuchać chorego, podnieść na duchu i wytłumaczyć, że razem sobie poradzimy.
Od pierwszej wizyty nawiązuje się też specyficzna więź między mną a chorym i jego rodziną. Czasami są to bardzo trudne relacje, które jednak z czasem przeradzają się w przyjaźń.

Czy to jeszcze długo potrwa?

Agata Błądzińska: W tej pracy nie ma łatwych sytuacji, bo zawsze spotykamy się z bólem i cierpieniem konkretnego człowieka. Niemniej zawsze trudno jest, kiedy chory lub jego rodzina pytają: Czy to jeszcze długo potrwa? Odpowiadam wówczas, że nie wiem. Że jestem tak samo bezradna jak oni. A moje zadanie to zrobić wszystko, co w naszej ludzkiej mocy, żeby chory jak najmniej cierpiał.
Jestem wierząca, dlatego zawsze zapewniam chorych o swojej modlitwie w ich intencji.

Alina Szczepańska: Kiedy chory jest z rodziną, to jej członkowie bardzo często są załamani zbliżającą się śmiercią. Czasami między nimi jest wiele napięć. Moja rola polega na tym, aby dać im otuchę, pocieszyć. Ale nie robię tego dlatego, że tak powinnam. Moje postępowanie wynika z przekonania i doświadczenia. Mówię rodzinie, że nic jeszcze nie jest pewne. Że wiele sytuacji trudnych może się odwrócić, czego niejednokrotnie doświadczyłam.
Przypominam im także, że jest życie po śmierci i kiedyś się spotkamy.

Agata Błądzińska: Czasami pacjentom ktoś w szpitalu powie, że będzie żył tyle i tyle. To podwójny błąd. Po pierwsze dlatego, że odbiera nadzieję. Po drugie, nikt nie wie, ile czasu chory będzie żył. Raz jednej chorej powiedziano, że umrze najpóźniej za dwa tygodnie. Tymczasem żyła jeszcze ponad półtora roku.

Eutanazja, czyli zauważcie mnie

Alina Szczepańska: Kiedy dużo się mówiło w mediach o eutanazji, jeden z pacjentów powiedział mi, że on też chciałby odejść. Zapytałam go, czy naprawdę chciałby, żebym teraz zadzwoniła po lekarza i za pół godziny już by go nie było. Wówczas on przerażony odpowiedział: „Nie!”.
Sądzę, że o eutanazję proszą osoby nie do końca świadome konsekwencji tej decyzji, czasami cierpiące na depresję. Najczęściej jednak są to osoby bardzo starające się zwrócić na siebie czyjąś uwagę. Czasami chcą skupić na sobie uwagę najbliższych, by usłyszeć ich sprzeciw wobec eutanazji i dzięki temu poczuć się kochanymi i potrzebnymi.

Agata Błądzińska: Zazwyczaj jest tak, że w rodzinach, w których nie ma dobrych relacji, chory chce umrzeć, ponieważ nie chce być obciążeniem dla rodziny. Niestety, jeśli tak myśli, a rodzina nie potrafi go przekonać, że jest inaczej, to zwykle szybko umiera. Natomiast tam, gdzie relacje rodzinne są dobre, najbliżsi są blisko siebie, otaczają się wzajemną miłością, to odejście chorego odbywa się w zupełnie innej atmosferze.
W innej atmosferze odbywa się też odchodzenie ludzi wierzących niż niewierzących.

Alina Szczepańska: Ludzie wierzący pragną oczyścić się z grzechów. A kiedy się wyspowiadają, to zawierzają swoje dalsze losy Bożej Opatrzności.

Agata Błądzińska: Kiedyś jeden z pacjentów powiedział mi, że już umiera. A ja nie widzieć czemu powiedziałam: skoro tak, to trzeba się wyspowiadać. I zaraz ugryzłam się w język, bo wiedziałam, że nie był w kościele od kilkudziesięciu lat. Wówczas on mnie zaskoczył i zapytał, czy mogę mu to załatwić. Trzeba było stanąć na głowie, żeby sprowadzić księdza, bo była już noc. Ale udało się. Po sakramencie spowiedzi ten zmaltretowany chorobą człowiek wyglądał, jakby był jednym z najszczęśliwszych ludzi na świecie.


Takie chwile dają mi siłę do działania, do walki o człowieka.

Towarzyszenie choremu

Alina Szczepańska: Człowiek umierający boi się nieznanego. Jeśli jest przy nim blisko druga osoba, to czuje się wtedy bezpieczny. Dlatego jak kończę wizytę, to moi podopieczni zawsze pytają, czy przyjdę następnym razem. I wiem, że nie mogę ich zawieść.

Agata Błądzińska: Pracownik hospicjum musi być jak niezawodny towarzysz. Tak więc, jeśli się umawiam na kolejne spotkanie, to na pewno jestem. Nie mówię, o której godzinie będę na pewno, bo każda wizyta może się wydłużyć. Jednak zawsze przychodzę, nawet późno w nocy. Postępuję po prostu tak, jakbym chciała, aby postępowano ze mną, gdybym była chora.

Będę to pamiętać

Alina Szczepańska: Wiara bardzo pomaga w trudnych chwilach choroby. Część osób, którymi się opiekowałam, odrzucała Boga. Mówili, że nie ma Boga, a my, wierzący, jesteśmy dewotami. Z czasem jednak prosili, aby przyszedł do nich kapłan. Pamiętam mężczyznę, który przyznał, że od 30 lat nie chodził do kościoła i nie przyjmował sakramentów. A teraz czuł, że odchodzi, i bardzo się bał. Zaproponowałam, aby się wyspowiadał. On nie chciał, bał się księdza, tego, że zacznie na niego krzyczeć. Mimo wszystko udało mi się go namówić do wizyty kapłana. Po spowiedzi zapytałam, jak się czuje, a on powiedział słowa, które pamiętam do dziś: „Teraz już mogę spokojnie umrzeć. Wierzą, że za jakiś czas zobaczymy się na tamtym świecie”.

Agata Błądzińska: Często doświadczam tego, że ludzie, którzy mają szczególny kult maryjny, odchodzą w święta maryjne lub ich wigilie. Dla mnie osobiście są to małe cuda. Niedawno jedna z moich pacjentek zmarła kilka minut po godz. 24 w pierwszy piątek miesiąca. Kobieta ta przez kilkadziesiąt lat nie opuściła Mszy św. sprawowanej w pierwszy piątek miesiąca.

Siła modlitwy

Alina Szczepańska: Rodziny czasem proszą o modlitwę w intencji chorych, ale jak nawet tego nie robią, to i tak modlę się każdego dnia za pacjentów. W październiku podczas modlitwy różańcowej polecam Maryi tych wszystkich, którzy odeszli. Nasze hospicjum organizuje też Msze św. za zmarłych. Biorą w nich udział pracownicy placówki, ale także rodziny, których najbliżsi odeszli.

Agata Błądzińska: Niektórzy się ze mnie podśmiewają, lecz ja głęboko wierzę w siłę modlitwy. Dlatego kiedy znajduję wolną chwilę, wchodzę do kościoła i modlę się za siebie, rodzinę i pacjentów.

Życie i śmierć

Alina Szczepańska: Boję się własnej śmierci. Wiem, że ona jest nieunikniona, dlatego staram się być na nią przygotowana.

Agata Błądzińska: Ta praca zmienia spojrzenie na życie, na to, co jest ważne, a czym nie warto zaprzątać sobie głowy. Wiem więc, że nie mogę marnować żadnej chwili w moim życiu na rzeczy, które są ulotnym blichtrem.
Oczywiście, że mając małe dzieci, chciałabym je wychować. Doczekać tego, jak dorosną i założą własne rodziny. Wiem jednak, że śmierć może przyjść w każdej chwili. Dlatego często przystępuję do sakramentów, aby być przygotowaną na spotkanie z Panem Bogiem.

Reklama

Nowy blask Pana Jezusa

2019-08-21 11:25

Łukasz Krzysztofka
Edycja warszawska 34/2019, str. 4

Jest nie tylko wyjątkowym zabytkiem, ale przede wszystkim obiektem otaczanym kultem wiernych. Cudowny krucyfiks z warszawskiej archikatedry właśnie poddawany jest konserwacji

Łukasz Krzysztofka
Każdy odwiedzający Muzeum AW może podpatrywać przez szybę, jak przebiega konserwacja

Prace w Muzeum Archidiecezji Warszawskiej potrwają do końca października. Każdy odwiedzający Muzeum może podpatrywać przez szybę, jak przebiega konserwacja. A w kaplicy Baryczków w archikatedrze, w miejscu, gdzie znajdował się krucyfiks, obecnie oglądać można jego wierną kopię w postaci dużego cyfrowego zdjęcia.

W Warszawie już prawie pięćset lat

Rzeźba przestawiająca Chrystusa Ukrzyżowanego wykonana została z drewna w pierwszych dekadach XVI wieku w Norymberdze. Do Warszawy trafiła w 1525 r. za sprawą kupca i radcy miejskiego Jerzego Baryczki. Gdy w 1602 r., podczas huraganu, zawaliła się wieża kolegiaty, niszcząc sklepienia i wiele obiektów wyposażenia kościelnego, wizerunek Chrystusa pozostał nienaruszony. Wówczas uznano zdarzenie to za cud.

Z krucyfiksem związana jest znana legenda, która mówi, że wkrótce po umieszczeniu krzyża w katedrze na rzeźbie zaczęły rosnąć włosy. Gdy urosły tak, że zasłoniły twarz Chrystusowi, postanowiono je przystrzyc. A ponieważ wciąż odrastały, obcinały je co roku w Wielki Piątek cnotliwe panny. Obcięte włosy miały mieć moc leczniczą. Lecz gdy postrzyżyn dokonała prawnuczka Baryczki, która popełniła grzech cudzołóstwa włosy przestały rosnąć. – Włosy na rzeźbie Jezusa nie są włosami ludzkimi, tylko zostały dodane przypuszczalnie po zakończeniu wojny, ponieważ zapewne spaliły się w czasie pożaru. Prawdopodobnie są to włosie końskie. Niestety, w tamtych czasach nie było żadnej dostępności do peruk – rozwiewa legendę prof. Maria Lubryczyńska z Wydziału Konserwacji Dzieł Sztuki Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie.

W czasie Powstania Warszawskiego katedra została niemal doszczętnie zburzona przez hitlerowców. Walące się mury pogrzebały większość pomników nagrobnych i epitafiów. Kaplica z krucyfiksem ocalała od zniszczenia. 16 sierpnia 1944 r. krzyż został wyniesiony z katedry przez kapelana AK ks. Wacława Karłowicza. – To jak został uratowany krucyfiks, uznajemy za cudowne wydarzenie w aspekcie naszej wiary. Ślady tych doświadczeń powstańczych na krucyfiksie są bardzo widoczne. Tak jak cierpiała Warszawa i jej mieszkańcy w czasie powstania, tak również cierpiał Chrystus, który później wrócił do katedry – zauważa ks. prał. Bogdan Bartołd, proboszcz archikatedry.

Niezbędna konserwacja

Po zakończeniu wojny krucyfiks został umieszczony w obecnym kościele seminaryjnym. Trzy lata później był uroczyście przeniesiony do dźwiganej z ruin katedry. Towarzyszyło temu wielkie zainteresowanie, były tłumy wiernych. – Szczycimy się tym, że przy tym cudownym krucyfiksie modlili się w czasie I pielgrzymki do Polski i podczas kolejnych św. Jan Paweł II, potem w 2006 r. również papież Benedykt XVI – podkreśla ks. Bartołd.

Ostatnia konserwacja krucyfiksu miała miejsce w 1958 r. Utrwalono wtedy m.in. odpadającą polichromię i odkażono ją środkami owadobójczymi, usunięto brud i ślady opalenizny, uzupełniono złoto na perizonium oraz włosy w peruce. Pokryto także pastą woskowo-żywiczną całą figurę i wypolerowano. Krucyfiks nie był dotąd przedmiotem badań naukowych. Jest na terenie Polski jednym z nielicznych cennych zabytków sakralnych dotąd nieopracowanych. Wymaga podjęcia prac konserwatorskich. – Na uszach Chrystusa widoczne są ślady nadpalenia polichromii i obecnie jest ona ciemno brązowa. Zły stan zachowania włosów nie pozwala na ich regenerację. Konieczne będzie wykonanie nowej peruki – mówi prof. Lubryczyńska.

Zdjęcie rzeźby z krzyża pozwoliło też na ocenę stanu zachowania polichromii na szyi i ramionach Chrystusa. Okazało się, że zniszczenia, a zwłaszcza nadpalenia powierzchni są bardzo rozległe. Przed przystąpieniem do konserwacji wykonane będą badania specjalistyczne, m.in. fotografie w świetle rozproszonym i podczerwieni, rentgenogramy, badania mikroskopowe i mikrotechniczne. Po zakończeniu prac konserwatorskich, przed uroczystym przeniesieniem krucyfiksu do archikatedry, będzie można podziwiać go przez pewien czas w Muzeum Archidiecezji Warszawskiej.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Wielka pielgrzymka tarnowska

2019-08-25 21:19

BPJG

37. Piesza Pielgrzymka Tarnowska dotarła niedzielnym popołudniem, 25 sierpnia przed jasnogórski Szczyt. W tym roku pielgrzymowało w niej aż 8 tys. 130 pątników - to najliczniejsza dziś grupa pielgrzymkowa, a całym sezonie druga co do wielkości (po Pielgrzymce Krakowskiej, liczącej 8 tys. 500 osób). Pielgrzymka Tarnowska pochwalić się może także większą niż w ubiegłym roku liczbą pielgrzymów - aż o tysiąc osób.

BPJG

W całej pielgrzymce szło aż 164 księży, 50 kleryków i 44 siostry zakonnych. Razem z pątnikami wędrował w tym roku bp Stanisław Salaterski, biskup pomocniczy diec. tarnowskiej. Ks. biskup, razem z ordynariuszem tarnowskim bpem Andrzejem Jeżem, wprowadzili całą pielgrzymkę na Jasną Górę. „Dziękujemy za każdą pielgrzymkę, pielgrzymów przybywa, ponad 8 tys., cieszy, że są to przede wszystkim bardzo młodzi ludzie - mówi bp Andrzej Jeż - W kontekście naszego 5. Synodu Diecezji Tarnowskiej koncentrowaliśmy się na znaczeniu Kościoła w naszym codziennym życiu i myślę, że te rekolekcje bardzo zmieniły spojrzenie na Kościół, zwłaszcza wśród młodych ludzi”.

„Chciałem podziękować im, ponieważ modlili się w intencji Kościoła lokalnego, diecezjalnego, w mojej także intencji. Chciałem prosić ich, żeby ta pielgrzymka przedłużała się w ich codziennym życiu, aby te wszystkie doświadczenia, które tutaj podjęli, Boże doświadczenie miłości, przedłużało się w ich codzienności, gdy wrócą do swoich zajęć, do swoich domów” – mówił bp Andrzej Jeż.

Hasłem rekolekcji w drodze były słowa: „Parafia wspólnotą uczniów Chrystusa”. „Hasło to także program związany w Synodem, który przeżywamy w naszej diecezji, i w ten sposób łącząc się w modlitwie, w rekolekcjach w drodze, chcieliśmy rozważać także nasze miejsce w parafii. Ale też na pielgrzymce staliśmy się taką wielką parafią wspólnoty pielgrzymów w liczbie 8 tys. 130” - mówi ks. Roman Majoch, kierownik trasy PP Tarnowskiej i rzecznik prasowy.

„Tegoroczne pielgrzymowanie upływało nam pod hasłem ‘Parafia wspólnotą uczniów Chrystusa’. Zastanawialiśmy się nad rolą każdego z nas we wspólnocie, jaką stanowi parafia. Każdy z nas starał się odpowiedzieć na pytanie, jakie jest jego zadanie w parafii, jak mógłby się bardziej zaangażować, ale przede wszystkim prosić o światło Ducha Świętego w tym natchnieniu, odszukiwaniu głębi wspólnoty z Chrystusem poprzez niedzielną Eucharystię - opowiada ks. Kamil Kopyt, wikariusz parafii św. Mateusza, Ewangelisty i Apostoła w Mielcu, przewodnik grupy 16. - Motywy pielgrzymowania są przeróżne, jedni proszą o zdrowie, inni o zdane egzaminy, jeszcze inni, aby Maryja rozwiązała ich problemy rodzinne, jeszcze inni proszą o uleczenie z chorób czy uzależnień, jeszcze inni proszą o wskazanie drogi życiowej, powołania życiowego, każdy z pielgrzymów idzie z inną intencją”.

Pielgrzymi pokonali ok. 236 km w dziewięć dni. Nad przebiegiem pielgrzymowania czuwał ks. Zbigniew Szostak, dyrektor Pielgrzymki Tarnowskiej. Najmłodsze dzieci na pielgrzymce miały 4 i 5 miesięcy, a najstarszy pątnik - 86 lat.

Podczas Pieszej Pielgrzymki Tarnowskiej na Jasną Górę cztery pary wypowiedziały sakramentalne „tak”. Ich gośćmi i świadkami były tysiące pielgrzymów. Dwa śluby odbyły się w Zabawie, gdzie znajduje się sanktuarium bł. Karoliny. Związek małżeński zawarli tam Krzysztof i Anna z grupy nr 14 oraz Kinga i Łukasz z grupy nr 19. Dwa śluby miały też miejsce w sanktuarium w Okulicach. Słowa przysięgi małżeńskiej wypowiedzieli tam Paweł i Małgorzata z grupy nr 7 oraz Adrian i Katarzyna z grupy nr 12. „Drugi dzień naszej pielgrzymki to taki szczególny znak, kiedy spoglądamy na rodzinę, i modlimy się za rodzinę, i w naszej wspólnocie jest takie wydarzenie, jak śluby na pielgrzymce. To są ci pielgrzymi, którzy poznali się na pielgrzymce, i chcieli wobec wszystkich pielgrzymów powiedzieć o swojej miłości” - opowiada ks. Roman Majoch.

Jedną z par, która wzięła sakrament małżeństwa drugiego dnia pielgrzymki, byli Katarzyna i Adrian z grupy 12: „Poznaliśmy się cztery lata temu na pielgrzymce, więc postanowiliśmy, że chcemy wrócić na trasę jako małżeństwo. Ślub na pielgrzymce przebiega bardzo tradycyjnie. Pogoda nam dopisywała, a z mężem u boku pielgrzymowało się zdecydowanie lepiej” – mówi Katarzyna.

„Pielgrzymowanie wciąga, droga do Matki Bożej, która nas później prowadzi przez cały rok, atmosfera, która jest na pielgrzymce jest niepowtarzalna i do tego chce się wrócić” – podkreśla Katarzyna. „Naszą główną intencją jest opieka nad naszym nowo zawartym małżeństwem” – dodaje Adrian.

W 37. Pieszej Pielgrzymce Tarnowskiej szło ok. 700 dzieci. „Jest to takim znakiem naszego pielgrzymowania, że w czasie każdej pielgrzymki mamy dość dużą ilość dzieci, które wędrują ze swoimi rodzicami. Więc to nie tylko dzieci, ale całe rodziny, które wędrują na Jasną Górę. I to jest też taki szczególny znak na dzisiejsze czasy – że te rekolekcje w drodze nie przeżywają tylko osoby dorosłe, czy młodzież, ale całe rodziny” - podkreśla ks. kierownik trasy.

Na szlaku Pieszej Pielgrzymki Tarnowskiej obecni byli także misjonarze diecezjalni i zakonni pracujący w Afryce, Ameryce Południowej i Rosji. Pielgrzymi także w tym roku materialnie wspierali misje. Pielgrzymów odwiedzał na trasie bp Mirosław Gucwa z Republiki Środkowoafrykańskiej, który modlił się szczególnie o pokój na świecie.

Jedną z intencji pielgrzymki była intencja wynagradzająca za zniewagi wobec Obrazu Matki Bożej jasnogórskiej, z tej okazji pielgrzymi nieśli cała drogę obraz Matki Bożej Jasnogórskiej: „Z tego, co się dzieje w Polsce, wiadomo jak pokazywany jest Obraz (Matki Bożej jasnogórskiej przyp. red.), więc my od samego Tarnowa niesiemy Ikonę Matki Bożej cały czas. Były modlitwy wynagradzające i przepraszające za to, co się dzieje” - opowiada Elżbieta Czernik, która pielgrzymuje 31. raz na Jasną Górę.

„Po raz pierwszy kiedy poszłam na pielgrzymkę i miałam okazję leżeć krzyżem przed Jasną Górą, to mnie urzekło, i od tej pory co roku wracam. Wydaje mi się, że to jest jakaś siła, która powraca co roku - opowiada Maria Barnaś, po raz 5. na pielgrzymce – Modlitwa jest czymś takim na pielgrzymim szlaku, dzięki czemu możemy się oderwać od rzeczywistości. Według mnie pielgrzymka jest czymś, co nas zamyka od tego świata zewnętrznego, czymś, co nam pozwala znaleźć swój środek”.

„Dużą motywacją dla mnie są pielgrzymi, którzy nie tylko w czasie pielgrzymki, ale przez cały rok się przygotowują, organizują, pytają kiedy, jak, spotkania, są motorem napędowym całej pielgrzymki – podkreśla ks. Kamil Kopyt – Zawsze, kiedy wchodzimy do Częstochowy i widzimy wieżę klasztorną, to nasza grupa oddaje pierwszy pokłon Maryi poprzez uklęknięcie, a tutaj to już tylko łzy, wzruszenie, radość, najbliżsi, którzy nas witają”.

Piesza Pielgrzymka Tarnowska składa się z dwóch części, które podążają co Częstochowy dwoma różnymi trasami. Trasy te niejednokrotnie się przecinają i pokrywają, mimo to w dość znaczący różnią się od siebie. W skład części „A” wchodzą grupy od 1 do 13. W skład części „B” wchodzą grupy od 14 do 25.

Jak co roku na trasie pielgrzymki towarzyszyło pątnikom diecezjalne Radio RDN Małopolska i Radio RDN Nowy Sącz.

Pielgrzymi z Tarnowa spotkali się na wspólnej Mszy św. o godz. 17.00 na jasnogórskim Szczycie. Eucharystii przewodniczył bp Andrzej Jeż, ordynariusz tarnowski, a koncelebrował bp Stanisław Salaterski, biskup pomocniczy, który wędrował pieszo, a w czasie pielgrzymki głosił nauki rekolekcyjne.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem