Reklama

Ucho

2013-03-25 12:11

Aleksandra Polewska
Niedziela Ogólnopolska 13/2013, str. 48-49

ALEKSANDRA POLEWSKA

Malchus miał największe uszy w całej Jerozolimie i jakby tego było mało, najbardziej odstające w całym owym niezwykłym mieście. Kiedy był małym chłopcem, dzieci naśmiewały się z nich bezlitośnie. Chichocząc, opowiadały sobie, że rodzice Malchusa musieli poszerzyć drzwi wejściowe do domu, bo inaczej ich syn nie mógłby ani z niego wyjść, ani do niego wejść, gdyż jego imponujące uszy całkowicie by mu to uniemożliwiły. Albo że chłopiec sypia pośrodku trzyosobowego łóżka, po którego lewej stronie nocą spoczywa jego lewe ucho, a po prawej - prawe. Dowcipów, jakie opowiadano o uszach naszego bohatera, nikt nie był w stanie policzyć, nikt również nie zdołał nigdy zliczyć łez, które wylał chłopiec, cierpiąc z powodu dokuczliwych rówieśników. Pewnego dnia jednak Malchus stwierdził, że dość już się napłakał i że więcej nie pozwoli na to, by się naśmiewano z jego uszu. Odtąd każdy, kto choćby zbyt długo przyglądał się jego uszom, w najlepszym wypadku obrywał od Malchusa porządnego kopniaka. A jeśli komuś przychodziło do głowy nazwać chłopca Uszatkiem albo Wielkim Motylem, który w upalny dzień może wachlować innych własnymi uszami i w ten sposób zarabiać na życie - obrywał tak bardzo, jak mógłby oberwać od całej bandy miejscowych łobuzów.

Lata mijały, Malchus rósł i stawał się z każdym rokiem silniejszy, a mieszkańcy Jerozolimy przestali z czasem mówić o nim jako o właścicielu największych uszu w Świętym Mieście, a zaczęli nazywać go Najtwardszą Pięścią Jeruzalem. Ponieważ nasz bohater nauczył się w dzieciństwie świetnie bić i nie tylko nikogo się nie bał, ale potrafił wzbudzać w innych przerażenie groźnymi minami, jakie robił, gdy tylko osiągnął dorosłość został strażnikiem świątyni jerozolimskiej.

Tajemnicze pojmanie

Pewnego wiosennego czwartku nasz osiłek przejrzał się w tafli wody, popatrzył na swoje wciąż odstające uszy i zrozumiał, że gdyby nie one, nie byłby tym, kim jest. - Gdybym urodził się z normalnymi uszami i dzieci nie dokuczałyby mi z ich powodu, nigdy nie nauczyłbym się bronić, nie nauczyłbym się zadawać celnych ciosów, nigdy nie stałbym się tak silny. Gdybym miał zwyczajne uszy, byłbym dziś może ostatnim fajtłapą, który drżałby na widok swojego cienia. A tak boją się mnie dziś nawet rzymscy żołnierze! - Malchus uśmiechnął się szeroko do swojego odbicia w wodzie. Po raz pierwszy przyjrzał się swym uszom z sympatią. - Lubię was - rzekł, zerkając raz na lewe, raz na prawe ucho. - Trochę przez was pocierpiałem, ale gdyby nie wy, byłbym dziś kompletnym ciamajdą!

Reklama

I wtedy właśnie podszedł do Malchusa przełożony strażników świątyni. - Dziś wieczorem - powiedział - będziesz nam bardzo potrzebny. Musimy pojmać pewnego bardzo groźnego przestępcę. Malchus spojrzał na swojego szefa nieco zdziwiony. - Dlaczego akurat wieczorem? - zapytał. - Przecież kiedy mamy kogoś aresztować i doprowadzić do więzienia, robimy to w ciągu dnia. Przełożony spojrzał na niego poważnie i rzekł ściszonym głosem: - To bardzo groźny przestępca i jego pojmanie musi się odbyć w całkowitej dyskrecji. Dlatego pójdziemy po niego po zmroku.

Po zachodzie słońca Malchus wraz z innymi strażnikami ruszył w kierunku ogrodu Getsemani, bowiem - według tajnego informatora o imieniu Judasz - właśnie tam przebywać miał człowiek, którego mieli pojmać. W drodze do Getsemani Judasz wyjaśnił strażnikom, że wskaże im przestępcę, całując go w policzek na powitanie. Chwilę później w jednej z grot ogrodu Malchus zobaczył grupkę mężczyzn, którzy wcale nie wyglądali na bandytów. Judasz ruszył ku jednemu z nich i przywitał się, całując go w policzek. Dla Malchusa był to znak, że bezzwłocznie ma dopaść wskazanego człowieka i natychmiast go obezwładnić. I rzeczywiście, błyskawicznie ruszył ku niemu, ale gdy zobaczył jego twarz, zamarł w bezruchu.

To musi być jakaś straszna pomyłka

Stał przed nim sam Jezus z Nazaretu, o którym mówiono w Jerozolimie, że jest wielkim prorokiem. Niektórzy szeptali nawet, że to sam Syn Boży, sam Mesjasz, którego Bóg obiecał zesłać. Jezus był najlepszym człowiekiem, jakiego Malchus kiedykolwiek widział. Mało tego, był tym, który uzdrowił z ciężkiej choroby jego sąsiada. Z całą pewnością nie był groźnym przestępcą. - To musi być jakaś straszna pomyłka - szepnął do swojego przełożonego. - Ten Nazarejczyk muchy by nie skrzywdził! Szef strażników świątyni rzucił Malchusowi nieznoszące sprzeciwu spojrzenie i syknął: - Natychmiast masz go pojmać! - A więc to jakiś spisek! - odparował Malchus, patrząc odważnie w oczy przełożonego. Sekundę później spojrzał na Jezusa i zrobiło mu się potwornie wstyd, że przyszedł po Niego z grubym, twardym drągiem w dłoni, którym zwykł okładać aresztowanych przez siebie łotrów. A Jezus patrzył na niego tak, jak gdyby czytał w jego myślach. Jakby mówił: „Nie wiń się, Malchusie, znam twoje serce i wiem, że nie chcesz zrobić mi krzywdy”. Siłaczowi nagle przyszło do głowy, że owego legendarnego już drąga mógłby użyć w zupełnie inny niż dotychczas sposób. Mógłby ocalić Jezusa, mógłby rzucić się na strażników, a niewinnemu Nazarejczykowi kazać uciekać. Z pewnością dałby sobie radę. Był przecież niczym utalentowany gladiator. Jego gorączkowe rozmyślania przerwał trzask wyciąganego z pochwy miecza i świst rozcinanego tuż przy swojej głowie powietrza. Sekundę później poczuł straszny ból ucha.

Cud

Gwałtownie uniósł do niego dłoń i z przerażeniem odkrył, że jego ucho zostało odcięte. Zupełnie osłupiał. Nie rozumiał, co się dzieje. Stał przed nim potężnie zbudowany brodacz, a jego oczy przypominały dwa płomienie gniewu. Musiał być przyjacielem Jezusa i najwyraźniej był też jego obrońcą. Zrobił to, nad czym Malchus zbyt długo się zastanawiał. Gdyby nie owo odcięte ucho, Malchus pomógłby teraz brodaczowi oswobodzić Jezusa, ale rana okropnie krwawiła i sam potrzebował natychmiastowej pomocy. Jezus spojrzał na walecznego przyjaciela z lekkim wyrzutem. Wcale nie zamierzał bronić się ani uciekać. - Schowaj miecz do pochwy, Piotrze - rzucił, ruszając w kierunku Malchusa. - Nie wiesz, że kto mieczem wojuje, od miecza ginie? - Nim skończył wypowiadać te słowa, podniósł z ziemi odcięte ucho i przyłożył je do rany. Ból natychmiast ustąpił, a Malchusa ogarnął nieznany mu dotąd pokój. Po krótkiej chwili Jezus zdjął rękę z jego skroni, a po ranie nie było śladu. Zupełnie jakby Piotr nigdy nie dotknął Malchusa swym mieczem. Malchus był pewien, że żołnierze rzymscy, widząc ów cud, natychmiast uwolnią Nazarejczyka, przekonani, że Jego aresztowanie to jakieś straszliwe nieporozumienie. Ale nic podobnego nie nastąpiło, popchnęli Jezusa brutalnie, a szef strażników świątyni zagroził Malchusowi, że jeśli komukolwiek piśnie choćby słowo o cudzie, zostanie natychmiast wtrącony do więzienia.

Malchus nie mógł pogodzić się z aresztowaniem niezwykłego Nazarejczyka. Gdy odstawiono Jezusa do celi, nie poszedł do domu, tylko wrócił do ogrodu Getsemani, gdzie pośród rozłożystych drzew oliwnych dostrzegł zarys czyjejś postaci. - To pewnie któryś z uczniów Jezusa - pomyślał Malchus i ruszył ku owej tajemniczej postaci. Ona jednak, dostrzegłszy go, zaczęła znikać. - Zaczekaj! - prosił. - Jesteś Jego uczniem, prawda? - Jestem aniołem - usłyszał w odpowiedzi. - Zstąpiłem z nieba, by Go pocieszać, kiedy się tu modlił. - A czy możesz pocieszyć także mnie? - Malchus spojrzał błagalnie na anioła. - Przecież to aresztowanie jest takie niesprawiedliwe, sam przyłożyłem do niego rękę, a teraz nie wiem, co robić! Zwłaszcza że Jezus przywrócił mi moje odcięte ucho! Ale anioł popatrzył tylko smutno na Malchusa i rozpłynął się w nocnym powietrzu.

Droga na Golgotę

W piątek rano Jezusa przesłuchiwano, biczowano, upleciono dla Niego koronę z gałęzi cierniowych i wciśnięto Mu na głowę. Malchus obserwował to wszystko z rozdartym sercem. Nie mógł sobie wybaczyć, że poprzedniego wieczoru zamiast bronić i uwolnić Nazarejczyka, wziął udział w Jego aresztowaniu. Obiecał sobie, że jak tylko Jezus zostanie uwolniony, on porzuci służbę w straży świątyni i do końca swego życia będzie towarzyszył Cudotwórcy, który uleczył jego ucho, zostanie Jego dożywotnim, osobistym ochroniarzem. Wszystko wskazywało na to, że Jezus zostanie uwolniony. Malchus wiedział, że pojmano i ubiczowano Nazarejczyka z powodu zawiści niechętnych Mu dostojników żydowskich. Kiedy dowiedział się, że namiestnik cesarski Piłat z Pontu pozwolił na to, by lud Jerozolimy zdecydował o losie Jezusa, był niemal pewien, że wszystko dobrze się skończy, bo przecież mieszkańcy miasta wiedzieli, że Jezus to człowiek Boży, i nigdy nie przyszłoby im do głowy skazywać Go na więzienie czy śmierć krzyżową. Tymczasem kilkanaście minut później okazało się, że Malchus okrutnie się pomylił. Jego ziomkowie nieoczekiwanie dla niego zażądali uwolnienia niejakiego Barabasza, a dla Jezusa wybrali karę ukrzyżowania. Malchus był zupełnie załamany. Jedyne, co mógł zrobić dla Jezusa, to towarzyszyć Mu w drodze na Golgotę, gdzie miał zostać przybity do krzyża.

Anioł szepce do ucha

W nocy z soboty na niedzielę nasz strażnik świątynny został wezwany do pomocy przy aresztowaniu bandy groźnych rozbójników. Gdy już wszystkich rzezimieszków pojmano, związano i prowadzono w kierunku więzienia, zaczynało świtać, a wtedy nieoczekiwanie na drodze pojawiła się znana Malchusowi z ogrodu Getsemani charakterystyczna postać anioła. Ujrzeli ją wszyscy: i strażnicy, i ich pomocnicy, i aresztowani przestępcy. I wszyscy strwożyli się na jego widok. Anioł tymczasem spokojnie wszedł między nich, podszedł do Malchusa i zapytał z tajemniczym uśmiechem: - Czy nadal chcesz, bym cię pocieszył? Pytany kiwnął twierdząco głową, bo od dnia ukrzyżowania niezwykłego Nazarejczyka był przygnębiony jak nigdy wcześniej. Anioł zbliżył usta do jego ucha, tego, które uleczył Jezus, coś szepnął i zaraz zniknął. - Co on ci powiedział? - chciał wiedzieć przełożony strażników świątyni. - Że Jezus żyje, że właśnie wyszedł z grobu, do którego Go złożono! - Malchus nie dowierzał własnym słowom, ale w jego oczach rozbłysła ogromna radość. Tymczasem jego szef rozgniewał się nie na żarty, chwycił Malchusa za gardło i patrząc mu z wściekłością w oczy, wycedził przez zaciśnięte zęby, że jeśli komukolwiek opowie o pojawieniu się anioła, nie tylko zostanie wtrącony do więzienia, ale do końca życia z niego nie wyjdzie. Tyle że Malchus ani trochę się już tym nie przejął. Gdy rozbójników zamknięto w celi, ruszył dziarskim krokiem do miasta na poszukiwanie uczniów Zmartwychwstałego, postanowił bowiem jak najszybciej przyłączyć się do ich grona.

Dk. Sadowski: diakonat stały to moje powołanie

2019-08-16 13:38

Maria Czerska / Warszawa (KAI)

„Jestem diakonem i jestem szczęśliwy” – deklaruje niezmiennie dk. Bogdan Sadowski, pierwszy diakon stały w archidiecezji warszawskiej i trzeci w Polsce. Wyświęcony został dziesięć lat temu, 9 sierpnia 2009 r. W rozmowie z KAI dk. Sadowski opowiada o tym, czym jest diakonat stały i o swoim doświadczeniu na tej drodze.

Al. Daniel Rynkiewicz

Maria Czerska (KAI): Księże diakonie? Panie diakonie?

Dk. Bogdan Sadowski: Najlepiej po prostu „diakonie”. Tak jest najbezpieczniej. Zadawać pytania można w formie: „Czy diakon uważa, że…?”.

- A zatem - napisał diakon pięć lat temu, po pięciu latach od święceń „Jestem diakonem i jestem z tego powodu szczęśliwy”. Czy nadal?

- Tak! To jest moja droga – marzenie życia. Zawsze byłem blisko ołtarza i w zasadzie zawsze myślałem o tym, by być duchownym. Poważnie rozważałem pójście do seminarium. Zawarłem nawet prywatną „umowę” z Panem Bogiem, że o ile nikogo nie poznam do zakończenia studiów, to wstępuję. Sprawa wydawała się oczywista, bo nie miałem zamiaru nikogo szukać. A jednak poznałem moją żonę i to w okolicznościach, które nie mogły być przypadkowe… Jesteśmy razem już czterdzieści lat. Jeszcze w czasie studiów dowiedziałem się, że Sobór Watykański II przywrócił diakonat stały i że pod koniec lat 70. pierwsi diakoni wyświęceni zostali w Niemczech. Zaraz napisałem list do nowo mianowanego arcybiskupa warszawskiego, Józefa Glempa – mam na to świadków! – że gdyby taka możliwość pojawiła się również w Polsce, proszę, by wzięto pod uwagę moją kandydaturę. Czekałem ok. trzydziestu lat, ale się doczekałem! Wyświęcony zostałem 9 sierpnia w Magdalence przez abp. Kazimierza Nycza na pierwszego diakona stałego archidiecezji i metropolii warszawskiej. Byłem trzeci w Polsce.

- Kto to jest diakon stały?

- Przede wszystkim poprzez święcenia staje się osobą duchowną. Diakonat to pierwszy stopień sakramentu święceń. Warto podkreślić, że w Kościele katolickim, mówiąc poprawnie, jest sakrament święceń, który obejmuje 3 stopnie: diakonat, prezbiterat i episkopat (biskupstwo). Diakonów można podzielić na żonatych i celibatariuszy. Nieżonaci kandydaci na diakonów w momencie święceń zobowiązują się do życia w celibacie. Mogą oczywiście być diakonami stałymi, ale w Polsce najczęściej jest to diakonat przejściowy, po którym następują święcenia kapłańskie.
Diakon stały musi mieć wykształcenie teologiczne i odpowiednie przygotowanie duchowe. W przypadku żonatych mężczyzn wymagany jest wiek minimum trzydzieści pięć lat, pięć lat stażu małżeńskiego i pisemna zgoda małżonki. Jesteśmy trochę na granicy „świata duchownych” i „świata świeckich”. Prowadzimy normalne życie, mamy dzieci, chodzimy do pracy i jednocześnie pełnimy posługę przy ołtarzu.

- Co tak naprawdę robi diakon stały?

- Najważniejsze jest asystowanie prezbiterowi (szczególnie biskupowi) w celebracjach Eucharystii. Diakon nie może oczywiście odprawiać Mszy św., to zarezerwowane jest dla kapłanów. Nie może też słuchać spowiedzi i udzielać sakramentu namaszczenia chorych. Może natomiast odprawiać nabożeństwa, błogosławić małżeństwa, głosić kazania, udzielać Komunii świętej i chrztów oraz prowadzić pogrzeby – tym się właśnie zajmuję.
Rozpocząłem swoją posługę w parafii w Magdalence. Tam byłem zaangażowany m.in. w prowadzenie grup, rekolekcji, głoszenie konferencji przed ślubem, czy przed chrztem, itp. Następnie przeniosłem się do parafii Matki Bożej Różańcowej w Piasecznie (uzyskując nota bene pierwszy w historii Kościoła w Polsce dekret biskupi przenoszący diakona stałego z parafii do parafii). Tam oprócz szeregu innych zaangażowań bardzo często pomagałem przy celebracji chrztu św. Tych chrztów było w Piasecznie bardzo dużo – bywało i kilkanaście na jednej Mszy św. Teraz posługuję w parafii Opatrzności Bożej w warszawskim Wilanowie. Z uwagi na specyfikę tego miejsca wizyty duszpasterskie trwają tam cały rok i wraz z kapłanami z tej parafii chodzę po domach. Zapukałem już do ok. 6 tys. mieszkań. Przyjęto mnie mniej więcej w 1/3, odbyłem więc ok. 2 tys. rozmów.

- Jakie znaczenie ma to, że „po kolędzie” chodzi diakon, a nie kapłan?

- Chodzę w stroju duchownym, w sutannie i z koloratką, więc ludzie widzą księdza. Nie muszę się tłumaczyć. Nikt nie myśli, że jestem świadkiem Jehowy. Wizyty są zresztą ogłaszane i zapowiadane w parafii. W większości przypadków spotykam się z ogromną życzliwością i te rozmowy są dla mnie bardzo miłe.
Przeważają ludzie młodzi, często przyjezdni. Zachowują pewną obrzędowość katolicką, mają w domu święte obrazy, ale żyją bardzo często bez sakramentów, bez ślubu i to im w większym stopniu nie przeszkadza. Ta wiara nie bardzo przekłada się na relację osobową z Bogiem, na życiowe wybory.
Wizyta jest okazją do rozpoczęcia głębszej rozmowy i o dziwo – taka rozmowa jest chętnie podejmowana. Ma to ogromny sens, bo w bardzo wielu przypadkach ludzie zupełnie nie wiedza, że mogą dążyć do uregulowania swojej sytuacji, np. stwierdzenia nieważności poprzedniego, zawartego w Kościele małżeństwa, nawet w okolicznościach, gdy małżeństwo to wydaje się ewidentnie nieważnie zawarte.
Czasem potrzebna jest też pewna zachęta, gdy ludzie żyją bez ślubu, nie mając żadnych przeszkód do przyjęcia sakramentu. Wielką radością są dla mnie sytuacje – wiem o dwóch takich przypadkach – gdy rozmowa ze mną stała się taką pozytywną inspiracją. Byłem na jednym z tych ślubów.

- Parafianie nie dowiadują się, że odwiedził ich diakon stały?

- Ależ tak, często mówię o tym! Zwykle zaczyna się od zagadkowych spojrzeń na moją obrączkę. Wyjaśniam wtedy, że mam żonę i święcenia diakonatu i że jest taka możliwość w Kościele katolickim. To zwykle spotyka się z bardzo pozytywnym przyjęciem, czasem wręcz z entuzjazmem. No i zaczynają się narzekania na celibat. A ja – to nawet trochę zabawne – występuję jako obrońca celibatu. Mówię, że to jest wybór. Nikt nikogo do tego nie zmusza. Ale taka droga ma ogromną wartość, ogromny sens. Natomiast mój przykład pokazuje, że Kościół stwarza przestrzeń dla duchowego zaangażowania żonatych mężczyzn.

- Co na to wszystko żona?

- Kiedy zdarza jej się narzekać na jakieś kolejne moje zadania związane z diakonatem, mówię: „Kochanie, sama na to wyraziłaś zgodę, mam to na piśmie”. A poważnie – to nigdy nie był między nami problem. Ja „zawsze” byłem ministrantem, lektorem. Od czasów narzeczeńskich rzadko kiedy na Mszy św. siedzieliśmy razem w ławce. Nie zostałbym zresztą dopuszczony do święceń, gdyby żona nie wyraziła na nie pisemnej zgody, ze świadomością wszystkich tego konsekwencji.
Diakonat to radość nie tylko dla mnie, ale i dla całej rodziny. Przewodniczę wielu uroczystościom religijnym w rodzinie. Sam ochrzciłem wszystkich pięciu moich wnuczków.

- Jak świętował diakon swoją rocznicę?

- Byłem na Mszy św. odprawianej w mojej intencji w Świątyni Opatrzności Bożej.
rozmawiała Maria Czerska
Bogdan Sadowski – ur. 1956 r., absolwent historii sztuki kościelnej na Akademii Teologii Katolickiej w Warszawie, dziennikarz i publicysta, wieloletni pracownik TVP i TV Puls, redaktor naczelny polskiej edycji MAGNIFICAT; od 2004 członek Zespołu KEP ds. Transmisji Mszy św. w Telewizji; pierwszy diakon stały w archidiecezji warszawskiej.
***
Historia diakonatu stałego, jako posługi o charakterze sakramentalnym mężczyzn żonatych lub zobowiązujących się do życia w celibacie sięga czasów apostolskich. Do V w. w Kościele zachodnim diakonat był instytucją kwitnącą, a jego rolę i pozycję potwierdzały liczne sobory oraz praktyka kościelna. W następnych wiekach, z różnych powodów, diakonat zanikł, stając się jedynie stopniem przejściowym do kapłaństwa. W XVI w. Sobór Trydencki dążył do wskrzeszenia tego urzędu, lecz nie powziął żadnych konkretnych uchwał w tej sprawie.
Ostatecznie posługa ta przywrócona została przez Sobór Watykański II w Konstytucji dogmatycznej o Kościele „Lumen Gentium”. Wskazania Soboru wypełnił Paweł VI ogłaszając 18 kwietnia 1967 r. motu proprio "Sacrum diaconatus ordinem" z ogólnymi normami przywrócenia diakonatu stałego.
Pierwszych pięciu żonatych mężczyzn wyświęcono na diakonów w 1968 r. w katedrze w Kolonii. Diakonat stały jest dziś integralną częścią Kościołów katolickich wszystkich kontynentów i odgrywa w nich znaczącą rolę, szczególnie w Ameryce Północnej i Europie Zachodniej. Obecnie na świecie posługuje ponad 45 tys. stałych diakonów w 129 krajach. W Europie Środkowo-Wschodniej, w tym także w Polsce, posługa diakona stałego była jednak do niedawna prawie nieznana. Pierwszy diakon stały, Andrzej Chita, wyświęcony został w 1993 r. w diecezji przemyskiej (obecnie archidiecezji przemysko – warszawskiej) obrządku bizantyjsko – ukraińskiego. Polscy biskupi wprowadzili diakonat stały w Kościele rzymskokatolickim w 2001 r. Pierwsze święcenia odbyły się w 2008 r.
Do dziś w Polsce wyświęcono w Polsce 33 stałych diakonów rzymskokatolickich, 29 żonatych i 4 celibatariuszy, w tym 2 zakonników, którzy podjęli posługę poza granicami Polski. Pozostali wyświęceni zostali w diecezjach: opolskiej, ełckiej, katowickiej, szczecińsko – kamieńskiej, warszawskiej, gliwickiej, toruńskiej i pelplińskiej.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Archidiecezja poznańska pomaga mieszkańcom Madagaskaru

2019-08-18 19:39

ks. ds / Poznań (KAI)

W Befasie na Madagaskarze odbyły się 17 i 18 sierpnia uroczystości dziękczynne za zbudowanie kościoła, szkoły i przychodni zdrowia – daru dla mieszkańców Madagaskaru z okazji jubileuszu 1050-lecia archidiecezji poznańskiej. „Dziękuję za pomoc w budowie kościoła, szkoły i przychodni, ale jeszcze bardziej dziękuję wam za to, że przybyliście tutaj, aby być z nami” – mówił do polskiej delegacji bp Marie Fabien Raharilamboniaina OCD.

fotolia.com

W uroczystościach w Befasie na Madagaskarze wzięli udział delegat abp. Stanisława Gądeckiego ds. misji ks. Dawid Stelmach, o. Wiesław Chojnowski z prokury misyjnej zgromadzenia Oblatów Maryi Niepokalanej, lekarz Jacek Jarosz, wiceprezes fundacji pomocy humanitarnej Redemptoris Missio i wolontariuszka fundacji, położna Sara Suchowiak.

Goście z Polski zostali wprowadzeni do parafii św. Teresy od Dzieciątka Jezus w Befasy w diecezji Morondava w uroczystym orszaku przez miejscowych parafian od granic miasteczka aż do kościoła.

18 sierpnia odbyła się Msza św. pod przewodnictwem o. Francisa Donatien Randriamalala, wikariusza generalnego diecezji Morondova. Podczas Eucharystii dziękowano za wkład archidiecezji poznańskiej w sfinansowanie budowy kościoła parafialnego w Befasy. Poświęcono m.in. pamiątkową tablicę z drewna palisandrowego zawierającą napis: „Podziękowanie dla archidiecezji poznańskiej za zbudowanie kościoła w Befasy na Madagaskarze, lata 2018-2019”.

Podczas uroczystości poświęcono także i dokonano otwarcia przychodni zdrowia „Chata Medyka” im. dr Wandy Błeńskiej, zbudowanej przez Fundację Redemptoris Missio przy wsparciu Fundacji dla Afryki i Caritas Polska. Przychodnia będzie służyć wszystkim mieszkańcom Befasy bez względu na wyznanie.

„Radość była przeogromna, pięknie pomalowani i ubrani Malgasze z wojowniczego plemienia Sakalava ze śpiewem na ustach czekali na nas już na progu wioski. Przeprowadzili nas sypiąc kwiaty i klaszcząc. Nigdy nie przeżyłam czegoś podobnego” – mówi o uroczystościach Sara Suchowiak.

„Gdy pierwszy raz myślałam o misjach medycznych, marzyłam, że będzie to właśnie na Madagaskarze. Udało się. Kraj przepiękny, ubogi, jednak nadrabia to malowniczymi krajobrazami, pracowitymi i życzliwymi ludźmi oraz atmosferą, w której pomimo wielu braków czujemy się świetnie” – relacjonuje swoje wrażenia wolontariuszka Redemptoris Missio.

Budowa kościoła i szkoły na Madagaskarze jest wotum wdzięczności archidiecezji poznańskiej za jubileusz 1050-lecia biskupstwa w Poznaniu. Misja w Befasy jest jednym z miejsc, które archidiecezja poznańska objęła swym patronatem. Archidiecezja wspiera też m.in. misje w Kibeho w Rwandzie, w Puerto Libertad w Argentynie i w Managua na Kubie.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem