Reklama

Sposób na przeżycie - bycie katolikiem

2013-03-28 12:00

Z Dariuszem Kowalskim rozmawia Edyta Hartman
Edycja podlaska 13/2013, str. 6-7

Barbara Wesołowska-Kowalska

EDYTA HARTMAN: - Urodził się Pan w Siemiatyczach na Podlasiu. To bardzo religijny region Polski, mający szczęście do charyzmatycznych kapłanów. Czy w „podlaskiej” młodości spotkał Pan wyjątkowo ważnego dla siebie księdza, który wywarł wpływ na Pańskie życie?

DARIUSZ KOWALSKI: - Kimś wyjątkowym był dla mnie ks. prał. Józef Horodeński, proboszcz parafii siemiatyckiej (wówczas była tylko jedna - pw. Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny) do 1986 r. Więzień sowieckich łagrów, skazany na śmierć z zamianą na 25 lat obozu za działalność apostolską w Kobryniu. My, ministranci, niewiele znaliśmy szczegółów z jego biografii, czasem w kazaniu wspominał coś o Workucie... Nie to było jednak najważniejsze. Dla mnie, młodego chłopca będącego blisko ołtarza, było coś uderzającego w sposobie, w jaki Ksiądz Dziekan (tak się wówczas mówiło, kiedy zostałem ministrantem, nie był jeszcze prałatem) sprawował Eucharystię. To wyjątkowe skupienie modlitewne, pokój, namaszczenie, powiedziałbym nawet: rodzaj czułości widocznej w jego ruchach, postawie; to było coś, co emanowało ze środka, z wnętrza, nie były to wystudiowane gesty. To budziło szacunek, było autentyczne, pociągało. Wielu spotkałem w tamtym czasie wspaniałych kapłanów, miałem z nimi nawet lepszy kontakt, wszyscy po trosze jakoś mnie kształtowali, jednak ks. Józefa wspominam w sposób szczególny. Służąc do Mszy św. Księdzu Dziekanowi, nie miało się wątpliwości, że bierze się udział w dotykaniu Tajemnicy. Było to więc jakieś szczególne doświadczenie Eucharystii, a więc samej istoty życia Kościoła. Tak to widzę z perspektywy czasu, chociaż wtedy nie byłem pewnie tego w pełni świadomy. Poza tym Ksiądz Proboszcz żył bardzo skromnie, pamiętam, jak wyglądał jego pokój na plebanii - urządzony bardzo prosto, wręcz surowo - tylko niezbędne sprzęty, żadnego nadmiaru, żadnych „wygód”. Cieszę się, że kilka lat temu ukazała się książka Przemysława Murawskiego o ks. Horodeńskim.

- No więc mały Darek był blisko Kościoła...

- No tak, choćby „siłą rzeczy”, jako ministrant. Byłem też zaangażowany w Ruch Światło-Życie, organizowaliśmy spotkania, jeździliśmy na wakacyjne rekolekcje, także jako animatorzy - najchętniej w góry! Miałem nawet szczęście spotkać w Rzymie sługę Bożego ks. Franciszka Blachnickiego... Poza szkołą moim środowiskiem było środowisko ludzi, dla których wiara była czymś ważnym. Tym żyłem, podobnie jak zaangażowaniem w teatr amatorski.

- Dzisiaj Pan również otwarcie przyznaje się do wiary, Boga, co zapewne nie jest łatwe w Pana środowisku, tak mało przecież, być może krzywdząco, kojarzącym się z wartościami katolickimi. Jak to jest być praktykującym katolikiem wśród aktorów?

- No chyba tak, jak to w ogóle jest być praktykującym katolikiem. No właśnie, zapytajmy, co to znaczy „być praktykującym katolikiem”? Czy można być „niepraktykującym” katolikiem? Czy jeśli się nie praktykuje, to w ogóle jest się katolikiem? A jeśli się „praktykuje”, to co? Co się praktykuje? Czy praktykuje się swoje praktyki, pielęgnując swój obraz Pana Boga? Czy też świadomie uczestniczy się we wspólnocie Kościoła, idąc tam po to, żeby spotkać się z żywym Jezusem, otwierając się na to, co On głosi; czy praktykuje się czynną miłość? Bycie praktykującym katolikiem, a raczej po prostu: bycie katolikiem to jest dla mnie ciągła walka. Ze sobą. Ze swoją pychą, lenistwem, lękiem, ze złudnym poczuciem bycia kimś wyjątkowym, jakie może dawać sytuacja bycia oklaskiwanym przez ludzi. Walka o to, żeby nie pomylić podziwu z miłością, nie dać się uwieść, oślepić blaskiem reflektorów. Walka o czas dla najbliższych, walka o czas na modlitwę, na spotkanie z prawdziwą Miłością, która jedynie jest w stanie przemienić życie, dać radość z każdej przeżywanej chwili, Miłością, która pozwala poznać prawdę o sobie, która też zachęca do podjęcia wysiłku pracy nad sobą, daje poczucie sensu. To jest po prostu walka o życie, o mądrość. O każdy milimetr pokonany na drodze do jej zdobycia. Nie chodzi tu o mądrość świata. Logika świata mówi: „pchaj się na świecznik”, „zrób sobie dobrze”, „wdepcz w ziemię konkurenta”, Mądrość mówi: „nie szukaj chwały za wszelka cenę, szukaj prawdy”. Mądrość każe iść za Miłością. Logika świata każe koncentrować się na sobie, ale kiedy zbliżam się do Miłości, nagle zaczynam dostrzegać wokół siebie innych ludzi. Tylko najpierw trzeba samemu doświadczyć miłości, bycia kochanym, wyjątkowym, potrzebnym. Zbliżyć się do Miłości Osobowej, do Boga, dać się Mu porwać, doświadczyć tej jedynej prawdziwej Miłości. Wszyscy pragną miłości. Aktorzy tak samo! To jest największe pragnienie człowieka. Chcemy być kochani. Wołamy: „zwróćcie na mnie uwagę, jestem ważny!”. Aktorzy to tacy sami ludzie jak wszyscy inni, ale oprócz tego zmuszeni do handlowania na co dzień swoimi emocjami, do burzenia wewnętrznego ładu dla potrzeb budowania kolejnej postaci. To nie ułatwia wewnętrznego scalenia, nie sprzyja harmonii, uporządkowaniu życia duchowego, co jest warunkiem osiągnięcia wewnętrznego pokoju. Bez wiary to jest bardzo trudne, dla mnie - niemożliwe. Bo tylko Jezus daje prawdziwy pokój. Być więc praktykującym katolikiem wśród aktorów to dla mnie jedyny sposób na przeżycie! Myślę zresztą, że to jedyny sposób na przeżycie w każdych warunkach.

- Czy zawsze wiara była ważna w Pana życiu, czy może miało miejsce, jak to często bywa, spektakularne nawrócenie, np. związane z jakimiś wydarzeniami w Pańskim życiu? Kiedy nastąpił ten moment zatrzymania, zastanowienia?

- Wiara była zawsze dla mnie ważna, zawsze wierzyłem w Boga, ale co z tego…? Nie wierzyłem Bogu, nie powierzałem życia w Jego ręce, najważniejsze były moje plany. A co to jest? Bałwochwalstwo, stawianie siebie na piedestale, na pierwszym miejscu. Egoizm, który chyba szczególnie dał o sobie znać w małżeństwie, gdzie przejawiał się w rozumieniu związku nie jako dawanie siebie, ale jako posiadanie drugiej osoby. To doprowadziło do kryzysu, zawsze prowadzi. Zaczęliśmy szukać pomocy, znaleźliśmy ją oczywiście u kapłana. Nie u psychologa, choć też próbowaliśmy. To też biedacy, spragnieni miłości, posiadający pewną wiedzę przekazaną im przez innych spragnionych miłości biedaków, więc mogą pomóc tylko do pewnego stopnia. A kapłan niesie miłość, przekazuje żywego Boga mocą namaszczenia. Przez niego działa sam najlepszy Lekarz, jedyny prawdziwy Uzdrowiciel osoby ludzkiej. Ksiądz też jest spragnionym miłości biedakiem, ale ma moc, która nie pochodzi od niego. Może wiele zdziałać, jeśli sam jest wierzący. Taki właśnie kapłan pomodlił się z nami i powiedział nam, żebyśmy oddali swoje życie Jezusowi, żebyśmy podziękowali z góry za wszystko, co On dla nas przygotował. Jeśli istnieją genialne recepty, ta właśnie jest taka. Niezawodna. Nie mówię: łatwa do wypełnienia, ale na pewno - niezawodna! Zaufać. To był ten zwrot. Ważny rok. W tym samym roku pojechaliśmy na rekolekcje z dietą oczyszczającą do klasztoru w Bąblinie. Chciałem schudnąć i oczyścić organizm, a wyszło z tego oczyszczenie duszy. Został bowiem spełniony ważny warunek - pustynia. Odcięcie od świata. Żadnego radia, telewizji, gazet. A Bóg mówi w ciszy. I zaczęło się odkrywanie wiary na nowo, „powrót do pierwotnej miłości”, jak mówi Biblia. Odkrycie Boga na nowo. Spotkanie z Nim zawsze ma miejsce na pustyni. On czeka w ciszy, w czasie, który przeznaczam tylko dla Niego.

- Co daje Panu wiara, kim jest dla Pana Bóg?

- Jest Ojcem. Kochającym, miłosiernym. Tatusiem. Nie pluszowym misiem, przytulanką, ale Ojcem, który wychowuje, więc czasem doświadcza, dla mojego dobra. Czasem karci. Stawia granice, żebym nie spadł w przepaść. W przepaść pychy, egoizmu, grzechu. Wiara daje mi siłę, pozwala dziękować za wszystko, a przede wszystkim żyć w perspektywie wieczności - daje wiec rzecz najniezbędniejszą: poczucie sensu życia! I wreszcie wiara rodzi zawierzenie, zaufanie, jest wtedy jak trzymanie za rękę potężnego Ojca, daje absolutne poczucie bezpieczeństwa.

- Co jest marzeniem Dariusza Kowalskiego, człowieka, a co aktora?

- Ponieważ jako aktor również jestem człowiekiem, chciałbym grać w takich przedstawieniach czy filmach, które sam chciałbym oglądać (śmiech). No i podróże! Wsiąść i jechać przed siebie, oczywiście z rodziną, tam, gdzie jest pięknie, gdzie jeszcze nie byłem, i wrócić za rok.

- Jako aktor specjalizuje się Pan w graniu czarnych charakterów. Majstersztykiem w Pana wykonaniu jest postać Janusza Tracza z „Plebanii”. Jakiś czas temu znajoma oznajmiła mi z wielkim zdziwieniem: „Widziałam na Jasnej Górze Tracza!”. Czy nie jest trochę tak, że ludzie odbierają Pana w kontekście granych postaci?

- Zwykle jestem utożsamiany z postacią z serialu „Plebania”, a ponieważ większość ludzi nie zna mnie z innych ról, ta postać ma dla nich po prostu moją twarz i tyle. Trudno się dziwić… (śmiech). Ale zdarzało mi się grać kobietę, kiedyś grałem nawet kurę - to była chyba najtrudniejsza rola. Marzyłem wtedy o Hamlecie, a tu - kura. Samo życie! (śmiech).

- Obecnie przeżywamy w Kościele Rok Wiary. Co możemy według Pana zrobić, by jeszcze bardziej być ludźmi wiary?

- Wiara rodzi się ze słuchania. Słuchać, co Kościół ma do powiedzenia, słuchać Papieża Franciszka! Św. Franciszek biegał po Asyżu i wołał, że Miłość nie jest kochana…. A przede wszystkim - słuchać Słowa Bożego, napełniać się nim, pożerać. Zaglądać do Biblii, codziennie. Zajadać się nią. „Zjedz ten zwój” - powiedział Pan do Ezechiela (Ez 3, 1). Budować w ten sposób relację z Bogiem, który chce uczestniczyć w naszym życiu, chce przez swoje Słowo mówić nam, co mamy robić, mówić nam o swojej miłości.
No i - być bardziej ludźmi modlitwy. Nie tylko pacierza, kiedy to człowiek mówi, a Bóg słucha. Wychodzić na pustynię, choćby na 15 minut, żeby samemu posłuchać, żeby usłyszeć.

- W jednym z wywiadów czytałam, że w młodości chciał Pan zostać księdzem. Ostatecznie zwyciężyła miłość do aktorstwa. Zapytam trochę przekornie: nie żałuje Pan swojej decyzji?

- „Nie wspominajcie wydarzeń minionych, nie roztrząsajcie w myśli dawnych rzeczy” - mówi Biblia (Iz 43, 18). Św. Paweł w Liście do Filipian pisze, że zapominając o tym, co jest za nim, zwraca się ku temu, co jest przed nim i biegnie ku mecie… (zob. Flp 3, 13-14).
Gdybym nawet chciał żałować, to patrząc na swoją rodzinę - nie mógłbym! (śmiech).

- Co jest najważniejsze w życiu Dariusza Kowalskiego, co Panu daje siłę?

- Miłość.

- A teraz zapytam w imieniu Czytelników „Niedzieli Podlaskiej”. Chętnie wraca Pan w rodzinne strony?

- Oczywiście, tam czuję się naprawdę u siebie, naprawdę dobrze. No bo jak można czuć się źle na Podlasiu? Tym bardziej że tam ciągle mieszka moja mama, tam jest grób mego ojca… Kiedy gdziekolwiek mówię, że pochodzę z Podlasia, od razu słyszę przychylne opinie na temat życzliwości mieszkańców, dobre wspomnienia z pobytu na podlaskiej ziemi. A sam - kiedy przejeżdżam most na Bugu - od razu czuję się lepiej!

Tagi:
katolicy aktor

Reklama

O teologii teatru w gminie Lubin

2018-04-04 10:33

Marek Perzyński
Edycja legnicka 14/2018, str. VI-VII

Karczowiska w gminie Lubin przeżywają boom demograficzny, kończą budować kaplicę mszalną, mają pięciu mistrzów sportu, ale wizyta gościa z tytułem mistrza mowy polskiej to wydarzenie niecodzienne

Marek Perzyński
Zainteresowanie spotkaniem z mistrzem mowy polskiej Dariuszem Bereskim i dyrektorem Teatru Polskiego Cezarym Morawskim było spore,

Przyjechał 17 marca i mówił m.in. o poezji Karola Wojtyły, który po wyborze na Stolicę Piotrową, jako Jan Paweł II, potrafił wznieść swój naród na wyżyny ducha.

Dariusz Bereski, aktor Teatru Polskiego, ów mistrz, zna w „Tryptyku rzymskim” Karola Wojtyły każde słowo. Gdy Jan Paweł II umierał, był aktorem Teatru im. Horzycy w Toruniu.

– Teatr nie grał, ale dyrektor wiedział, że musimy włączyć się w narodowe przeżywanie tego, co się wtedy działo, choć sam osobiście był daleki od Kościoła. „Tryptyk rzymski” pozwolił wielu osobom odczuć bliskość z Janem Pawłem II. Prezentowałem go potem wielokrotnie, niebawem uczynię to ponownie w Teatrze Polskim we Wrocławiu, z okazji Święta Teatru – mówi aktor.

Na początku było Słowo

Karol Wojtyła, wielki humanista, chciał, by powstała teologia teatru, słowo miało dla niego wymiar mistyczny. Oto sama Biblia podaje, że „Na początku było słowo, a słowo było u Boga”. Zainteresowanie Wojtyły teatrem wynikało więc z potrzeby ducha, aktorstwo traktował jak misję, zamierzał zająć się nim zawodowo. Pisał wiersze. Bereski, aktor i poeta, jest w tym bliski Wojtyle.

– W teatrze jestem sobą, ale schowany za maską, zaś w poezji się nie schowam, bo sam jestem podmiotem lirycznym – mówił na spotkaniu z mieszkańcami Karczowisk.

Jako „podmiot liryczny” zachwycił. Dowcip, twarz niczym z portretów z czasów wojny 30-letniej (XVII wiek) i głos, który ze zwykłego słowa czyni dzieło sztuki – on cały jest teatralny. Mówi szczerze, że teatr bez widza nie ma sensu. Poza sceną jednak nie gra, jest prawdziwy, ma w sobie zwykłą ludzką wrażliwość. W świecie teatru nie jest to postawa oczywista i częsta.

Dyrektor teatru po słowie z dyrektor Dubińską

Bereski nie był jedyną gwiazdą spotkania z mieszkańcami Karczowisk. Dyrektor Teatru Polskiego we Wrocławiu Cezary Morawski występuje na teatralnych deskach, reżyseruje, zagrał główną rolę w filmie-pomniku polskiej kinematografii „Akcja pod Arsenałem”, ale popularność przyniosła mu rola w serialu „M jak miłość”. Jest umówiony z Magdaleną Dubińską, dyrektorką Ośrodka Kultury Gminy Lubin, że aktorzy Teatru Polskiego poprowadzą w tej gminie warsztaty edukacyjne.

– Teatr Polski we Wrocławiu jest instytucją samorządową województwa dolnośląskiego, zatem obszar jego działania jest szerszy niż Wrocław i w misji ma wpisaną też działalność edukacyjną, stąd nasza obecność w Państwa gminie – tłumaczył. – Zapraszamy do Wrocławia, do teatru, gdzie pokażemy go nawet od kulis.

Oni już wiedzą, że teatr to nie tylko rozrywka

Bakcyl teatru już w gminie Lubin zagościł, mnóstwo osób obejrzało „Kordiana” w Teatrze Polskim. To rozrywka szlachetna, więc cieszy, że na widowni przeważała młodzież. Teatr porusza, bywa znakiem sprzeciwu, niesie go wielka literatura, jest ostoją poprawnej polszczyzny i dostarcza rozrywki. Owszem, bywa, że brakuje czasu na tego typu doznania, ale nie skorzystać z takiej oferty, gdy się pojawia, to grzech zaniedbania.

Kilka osób na spotkanie z mistrzem mowy polskiej i dyrektorem Teatru Polskiego we Wrocławiu przyjechało do gminy Lubin z... Wrocławia. To młodzi ludzie, którzy pochodzą z gminy Lubin i obecnie mieszkają czasowo we Wrocławiu. Interesują się teatrem, ale we Wrocławiu łatwiej spotkać się ze świętym niż dyrektorem Teatru Polskiego, człowiekiem bardzo zajętym. Kieruje instytucją, która zatrudnia na etacie 160 osób, ma 3 sceny i ogromne potrzeby finansowe. Zarządzanie taką instytucją to dopiero sztuka.

Karczowiska: było 15, jest 150 numerów

Od 2011 r. sołtysem Karczowisk jest Dariusz Sędzikowski, przewodniczący Związku Zawodowego Pracowników Przemysłu Miedziowego w oddziale Zakładów Wzbogacaniu Rud. To dzięki jego kontaktom rozpoczęła się w 2018 r. współpraca gminy Lubin z Teatrem Polskim we Wrocławiu.

Karczowiska przeżywają renesans od czasu, gdy z Polski wycofano wojsko sowieckie stacjonujące też w gminie Lubin i uchylono zakaz stawiania nowych domów, bo zrezygnowano z planów eksploatacji złóż węgla. W latach 70. XX wieku liczyły ok. 15 budynków, obecnie – już 150. Nic dziwnego, to wieś atrakcyjnie położona: w środku lasu i do tego doskonale skomunikowana – niedaleko stąd do Lubina i Legnicy. Integracji mieszkańców sprzyjają festyny rodzinne, organizowane m.in. celem zbiórki funduszy na dokończenie budowy i wyposażenie kaplicy mszalnej. Kościół parafialny jest w Zimnej Wodzie, nie jest więc to sytuacja komfortowa dla ludzi starszych. Ponadto kościół to miejsce naturalnej integracji społeczności lokalnej.

Na spotkaniu z Teatrem Polskim gości podejmował m.in. radny gminy wiejskiej Lubin Marcin Nyklewicz. Spotkanie zorganizowano w Raszówce, bo w Karczowiskach nie ma jeszcze odpowiedniej sali.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Marta i Maria w nas

2019-07-16 11:47

O. Krzysztof Osuch SJ
Niedziela Ogólnopolska 29/2019, str. 31

Graziako
„Jezus w domu Marty i Marii” – Otto Lessing (XIX wiek)

Wszystko, co Jezus mówi, czyni i kim jest – jest na wagę złota. Maria dobrze o tym wie, dlatego siada u stóp Mistrza i rozkoszuje się smakiem „najlepszej cząstki”. Jest szczęśliwa, a ponadto zasługuje sobie na wiekopomną pochwałę Jezusa. Marta chce usłużyć Gościowi inaczej. Od razu zabiera się za przygotowanie posiłku. Niestety, jej gest czynnej miłości okazuje się wybrakowany. Wzbierają w niej negatywne uczucia i osądy. Dała im upust, wypowiadając swe rozżalenie: „Panie, czy Ci to obojętne, że moja siostra zostawiła mnie samą przy usługiwaniu? Powiedz jej, żeby mi pomogła”. Oto, rzec można, „pokrzywdzona” i lepiej wiedząca ujawnia pretensje wobec nie tylko swej siostry, ale i Mistrza.

Jezus, pełen miłości i wdzięczności wobec Marty, nie może jej nie ostrzec: „Marto, Marto, martwisz się i niepokoisz o wiele, a potrzeba mało albo tylko jednego. Maria obrała najlepszą cząstkę, której nie będzie pozbawiona”. Powiedziane jasno, zdecydowanie i delikatnie. Miliony wierzących będą przez wieki, dziś także, wnikać w znaczenie tych słów Jezusa, Oblubieńca dusz. W każdym z nas są wrażliwość i pragnienia Marii... Ale pełno też w nas Marty. My wszyscy – tak wprawni w uwijaniu się „około rozmaitych posług”, a tak powolni, by usiąść „u nóg Pana” – powinniśmy zrewidować nasze priorytety.

Czy my – poddawani dyktatowi antropocentrycznej cywilizacji i bezkrytycznie zafascynowani jej produktami – mamy jeszcze szczere przekonanie, że Jezus i oblubieńcza wzajemność, do której niezmiennie nas zaprasza, to skarb nieoceniony, jedyny? On naprawdę zasługuje (my też), byśmy codziennie rezerwowali czas na spotkania z Nim. Łagodnie i zdecydowanie przenośmy uwagę z absorbujących zmartwień i niepokojów oraz z ulotnych fascynacji i często zbędnych zaangażowań – na Pana Jezusa. Tylko „u nóg Pana”, kontemplując na modlitwie Osobę Jezusa, poznajemy i smakujemy życie prawdziwe, spełniające. Naprawdę „potrzeba (...) tylko jednego”. Jak w Eucharystii, w której Boskie Osoby obdarowują nas „najlepszą cząstką”.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Odnaleziono miejsce urodzenia św. Piotra Apostoła?

2019-07-20 20:00

ts (KAI) / Nowy Jork

Podczas prac wykopaliskowych w Al-Araj nad Jeziorem Galilejskim na północy Izraela archeolodzy odkryli prawdopodobne miejsce narodzin św. Piotra. Tezę, że Al-Araj to antyczne miasta Betsaida i Julias, a zatem miejsce narodzin apostołów Piotra, Filipa i Andrzeja, potwierdza znalezienie dużego kościoła bizantyjskiego obok pozostałości osiedla z czasów rzymskich. Poinformował o tym nowojorski ośrodek Center for the Study of Ancient Judaism and Christian Origins" (CSAJCO ) uczestniczący w pracach wykopaliskowych.

Israel_photo_gallery / Foter / CC BY-SA

Zdaniem naukowców tego centrum oraz izraelskiego Kinneret Academic College, odkryta świątynia w Al-Araj może być tym samym kościołem, który na swoich rysunkach utrwalił biskup Willibald z Eichstätt, gdy w 725 roku po Chrystusie przybył nad Jezioro Galilejskie. Biskup udający się z Kafarnaum do Kursi zanotował, że był to kościół wzniesiony nad miejscem zamieszkania Piotra i Andrzeja.

"Odsłonięty teraz kościół jest jedyną dotąd odnalezioną świątynią między obiema miejscowościami" - powiedział w rozmowie z izraelską gazetą „Haaretz” szef ekipy archeologów Mordechai Aviam z Kinneret Academic College. Dodał, że kościół został odkryty w pobliżu osiedla z czasów rzymskich, dlatego pasuje do opisu Betsaidy przez historyka Józefa Flawiusza. Nie ma powodów do kwestionowania tego przekazu historycznego - twierdzą archeolodzy.

Do tej pory naukowcy odkopali południowe pomieszczenia kościoła należącego do kompleksu klasztornego. Odkryto m.in. mozaiki podłogowe, szklane kamienie mozaikowe oraz części marmurowego ogrodzenia chóru. Te znaleziska świadczą o wielkości i bogatym wyposażeniu świątyni.

Wykopaliska ukazały ponadto, że antyczna wioska żydowska zajmowała większą powierzchnię niż dotychczas sądzono. Archeolodzy znaleźli też pozostałości rzymskiego domu prywatnego z I-III w. Badania geologiczne wskazują, że liczne domy rozpadły się na skutek erozji spowodowanej przez rzekę Jordan.

Podczas wcześniejszych wykopalisk archeolodzy odkryli m.in. 300-kilogramowy blok bazaltu z trzema wydrążonymi pojemnikami. Zdaniem naukowców, mógł to być relikwiarz świętych apostołów Piotra, Andrzeja i Filipa.

Izraelscy archeolodzy twierdzą, że wykopaliska w Al-Araj to antyczne miasta Betsaida i Julias, a zatem miejsce urodzenia św. Piotra Apostoła, natomiast miasto zidentyfikowane w 1989 r. przez archeologów z uniwersytetu w Hajfie jako biblijna Betsaida, to dzisiejsze Et-Tell położone o dwa kilometry dalej na północ.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem