Reklama

Uzurpatorzy szczęścia

2013-05-20 15:07

Iwona Galińska
Niedziela Ogólnopolska 21/2013, str. 36-37

Magdalena Niebudek

Gdy ustawa o zapobieganiu przemocy w rodzinie wchodziła w życie, budziła już wiele kontrowersji. Obawiano się, że przemoc zagrozi... rodzicom, którzy będą musieli zmagać się z bezdusznością urzędników

Ustawa weszła w życie w lipcu 2005 r., a od 2010 r. obowiązuje jej nowelizacja. Ale zarówno pierwotna forma, jak i ta późniejsza są bardzo nieprecyzyjne. Pełno jest ogólników, które można przeróżnie zinterpretować. W ustawie czytamy o ochronie praw osób w rodzinach, w których dochodzi do „naruszenia ich godności, nietykalności cielesnej, wolności. (...) którzy doznali szkód na zdrowiu psychicznym i fizycznym”. Bardzo enigmatyczne są stwierdzenia, dotyczące zwłaszcza dzieci. Jak bowiem traktować zapis o naruszeniu godności i nietykalności cielesnej, gdy wymierzamy dziecku karę, dajemy mu klapsa, nie pozwolimy na niebezpieczną zabawę. - Mam kłopoty wychowawcze z 16-letnią córką - mówi Wanda, 48-letnia lekarka. - Ma na nią bardzo zły wpływ chłopak, z którym się spotyka. Staram się egzekwować godziny, o których powinna być w domu. Słyszę, że ograniczam jej wolność, a to jest sprzeczne z ustawą o przeciwdziałaniu przemocy w rodzinie. Córka przez Internet zapoznała się z treścią tej nieszczęsnej ustawy i teraz grozi mi, że wniesie na mnie skargę.

Wydawałoby się, że jest to sytuacja możliwa tylko w teatrzyku absurdu. Niestety, nie jest to odosobniony przypadek. Matka podczas awantury domowej pacnęła swoją 15-letnią córkę ścierką kuchenną. Na drugi dzień dziewczyna przyszła do szkolnego pedagoga i poskarżyła się na matkę. Rodzicielka musiała się długo tłumaczyć. Inna córka czuje się pokrzywdzona przez matkę, bo ta ma zastrzeżenia do jej bliskiej koleżanki i nie pozwala dziewczynie na wspólne wypady z przyjaciółką.

Te wszystkie problemy buntu nastolatek to jeszcze nic w porównaniu z dramatami małych dzieci odbieranych rodzicom.

Reklama

Dziecięce tragedie

Prawdziwy horror przeżywają rodzice, czy samotne matki, którzy z powodu enigmatycznych wyroków sądowych są pozbawiani praw rodzicielskich, a ich dzieci zostają umieszczone w placówkach opiekuńczych lub rodzinach zastępczych. W wielu przypadkach pracownik socjalny z policją odbiera dzieci z rodzinnego domu bez wyroku sądu. Dopiero później zapada wyrok, zgodny z poprzednimi działaniami urzędników. Dzieci przeżywają dramat w domach dziecka.

Wprawdzie w art.12a czytamy, że „w razie bezpośredniego zagrożenia życia lub zdrowia dziecka w związku z przemocą w rodzinie pracownik socjalny wykonujący obowiązki służbowe ma prawo odebrać dziecko z rodziny”, są jednak przypadki, gdy niczyje życie lub zdrowie nie jest zagrożone, a dzieci zostają pozbawione domu rodzinnego.

Najbardziej bulwersujące historie, które nagłośniły media, to historia małej Róży i trójki dzieci państwa Bajkowskich. W 2009 r. sąd w Szamotułach zabrał kilkumiesięczną Różę rodzinie Szwaków. Motywacja była absurdalna. W domu brud (niesprzątnięte ze stołu okruchy jedzenia) i ogólne nieradzenie sobie rodziców z problemami wychowawczymi. Dziecko umieszczono w rodzinie zastępczej. Pod naciskiem opinii publicznej wyrok sądu został, na szczęście, zmieniony i w blasku kamer telewizyjnych mała Róża znalazła się znów w swoim domu.

Historia rodziny Bajkowskich nie ma jeszcze finału. Trzech chłopców z niewyjaśnionych bliżej przyczyn nadal przebywa w domu dziecka. Rodzice sami zgłosili się po pomoc do krakowskiego Instytutu Psychologii. Chcieli rozwikłać kłopoty wychowawcze. Uczestniczyli w terapii, którą po pewnym czasie przerwali, uznając ją widocznie za nieskuteczną. Z tego powodu do sądu wpłynął wniosek o odebranie im dzieci. Sąd uznał, że „rodzice nie zabezpieczają potrzeb psychicznych dzieci” i w rodzinie „zaburzone są więzi emocjonalne”. Chłopcy zostali wywołani z lekcji i zabrani przez policję do placówki wychowawczej. Przebywają w niej już kilka miesięcy. Rodzice podobno karali chłopców, stawiając ich do kąta, wymierzając klapsy. Wymagali od nich również nadmiernej samodzielności (samotna podróż pociągiem z Krakowa do Łodzi). Dzieci były zadbane, dobrze wychowane, nie miały kłopotów z nauką. Nie umieszczono chłopców u babci, która zaoferowała pomoc. Mimo nagłośnienia sprawy i sprzeciwu opinii społecznej dzieci do tej pory są poza domem.

To dzięki tej bulwersującej sprawie ówczesny minister sprawiedliwości Jarosław Gowin przyrzekł nowelizację kodeksu rodzinnego i opiekuńczego. Art.111 ma być uzupełniony wpisem, że dziecko odbiera się rodzinie w ostateczności.

Te dwa przykłady nie obrazują skali problemu. Gdy ktoś zagłębi się w regionalne przekazy medialne, dostrzeże, jak częste są przypadki odbierania dzieci rodzinie przeważnie z bliżej niesprecyzowanych powodów. I tak w 2009 r. Sąd Okręgowy w Poznaniu odebrał rodzicom małą Różę. Kierował się „dobrem dziecka przy pasywności matki w sprawowaniu opieki rodzicielskiej oraz braku czasu u ojca dziecka”. Do tej pory rodzice Róży sprawowali opiekę nad trójką starszych dzieci i nikt im nie zarzucał zaniedbań wychowawczych.

W 2011 r. sąd w Łodzi odebrał dziecko 14-letniej dziewczynie, uzasadniając z bliżej nieumotywowanych powodów, że jest ona osobą zdemoralizowaną.

Pięć lat temu w Lublinie sąd pozbawił babcię opieki nad dwójką wnuków, których matka, chora na depresję, została ubezwłasnowolniona. Babcia utrzymywała dom ze skromnej renty, aby dorobić, jeździła ze swoim mężem po okolicznych wsiach, oferując towary na sprzedaż. Dzieci podczas ich nieobecności pozostawały pod opieką matki, która je bardzo kochała i nie zrobiłaby im krzywdy. Któregoś dnia do szkoły, w której uczył się starszy chłopiec, wkroczyła policja i zabrała dziecko do placówki opiekuńczej. Babcia, bojąc się, że młodszy wnuk również zostanie jej odebrany, ukrywała się z nim, jednocześnie śląc do organów rządowych i administracyjnych pisma z prośbą o odzyskanie opieki nad starszym wnukiem. Mijały lata. Młodszy wnuk z obawy przed domem dziecka nie został posłany do szkoły. Babcia odwiedzała regularnie starszego chłopca w bidulu. Widziała, że dziecko jest tam zastraszone, bite przez rówieśników, ale jej skargi pozostały bez echa. Po pięciu latach policja w końcu namierzyła babcię i podczas jej nieobecności w dramatycznych okolicznościach zabrała młodszego chłopca i jego pięcioletnią siostrę. Dzieci podobno uciekały pod spódnicę matki, czepiały się jej nóg. Krzyczały, błagały o pomoc. Zostały umieszczone w domu dziecka oddalonym od miejsca swojego zamieszkania o 50 km. Babcia stoczyła walkę z dyrektorem placówki o prawo do odwiedzin wnuków.

Widać, że prościej jest odebrać dzieci niż pomóc rodzinie. Gdzie byli pracownicy socjalni, kurator?

Podobnych przypadków jest wiele. W każdej takiej historii najbardziej poszkodowane są dzieci, przeżywające wielkie dramaty. W brutalny sposób zostały odłączone od rodziny, którą kochają, umieszczone w obcym, nieprzyjaznym środowisku. Przeżyły traumę, która może zaważyć na całym ich życiu.

Przykład z Zachodu

Praktyki odbierania dziecka najbliższym wywodzą się z krajów Europy Zachodniej i sięgają końca lat 70. ubiegłego wieku. W 1979 r. w Szwecji rządy partii socjalistycznej prawnie zakazały kary klapsów wymierzanej dzieciom. Obecnie w tym kraju często z błahych powodów odbiera się dzieci rodzicom. Szacuje się, że rocznie dochodzi do 20 tys. takich przypadków. Państwu Olssonom odebrano dzieci, bo mieli niski iloraz inteligencji. Okazało się, że mogli się pochwalić standardowym IQ. Olssonowie wygrali sprawę dopiero przed Europejskim Trybunałem Sprawiedliwości, a do tego czasu dzieci przebywały w rodzinie zastępczej. Podobnie dzieje się w Norwegii. Indyjskim rodzicom zabrano tam dwójkę dzieci, motywując decyzję nieprzestrzeganiem norm kulturowych. Dzieci były karmione rękami i spały z rodzicami w jednym łóżku. W Indiach takie zachowanie jest naturalne. W innej rodzinie, w której matka była Hinduską, policja wyciągnęła chłopca z samolotu. Rodzice chcieli odwiedzić rodzinę w Indiach. Dziecko trafiło do rodziny zastępczej. Sąd postanowił, że rodzice mogą przebywać z synem przez godzinę co piąty tydzień, pod nadzorem urzędników.

W tych krajach można złożyć donos do powołanych do tego władz, że w rodzinie dziecko jest smutne i nie chce się bawić z rówieśnikami. Z tego powodu Stowarzyszenie Rzecznika Praw w Rodzinie może odebrać rodzicom dziecko i umieścić je w rodzinie zastępczej. Swoją decyzję tłumaczy się naruszeniem praw dziecka. Często ten problem dotyczy rodzin emigracyjnych, które powinny dokładnie przeanalizować prawo rodzinne obowiązujące w danym kraju, aby wiedzieć, że to, co emigrantom wydaje się zgodne z prawem i kulturowo uzasadnione, w kraju, w którym obecnie mieszkają, jest niedopuszczalne. Tak też dzieje się w Austrii, Niemczech, Holandii, Wielkiej Brytanii. Trzeba przyznać, że na Wyspach Brytyjskich statystyki dla polskich rodzin są kompromitujące. Z powodu alkoholizmu i przemocy brytyjskie służby socjalne odbierają rodzicom ok. 100 polskich dzieci rocznie.

Polski paradoks

W Polsce wydaje się absurdem, że los maltretowanych dzieci mało obchodzi urzędników. Zatrważające są statystyki pobić, często ze skutkiem śmiertelnym, maleńkich, nawet kilkumiesięcznych dzieci. Żaden sąsiad nie złoży na maltretującą swoje dziecko rodzinę donosu, a pracownicy socjalni patologię odkrywają dopiero po dramatycznych skutkach. Dla takich rodzin jest pełna tolerancja, wynikająca głównie ze strachu przed agresywnym tatusiem czy pijaną mamusią. Urzędnicy boją się takie rodziny kontrolować, a statystyczne dane poprawiają szukaniem dziury w całym w rodzinach normalnych, które niczym poważniejszym swoim dzieciom nie zagrażają. Urzędnicy „wiedzą lepiej”, co dziecku potrzeba do szczęścia. Nie można przecież naruszać jego nietykalności cielesnej, wymierzając mu klapsa, ani ograniczać wolności, stawiając je do kąta. Musi zaznać „szczęścia” w domu dziecka czy rodzinie zastępczej. Nic ich nie powstrzyma w „uszczęśliwianiu” dzieci - ani widok brutalnej interwencji policji, ani obserwowanie wyobcowania i osamotnienia młodego człowieka w domu dziecka. To nic, że trauma może być tak bolesna, iż na długie lata pozostawi ślady w psychice. Organy państwowe wiedzą lepiej. Szkoda, że polskie władze swój zapał w niwelowaniu agresji w rodzinie nie kierują tam, gdzie rozgrywają się prawdziwe dramaty dziecięce, o których istnieniu dowiadujemy się dopiero z mediów.

Cóż, zdołaliśmy się już przyzwyczaić, że Polska to kraj absurdów. Tylko czy musimy je akceptować?

Tagi:
rodzina dzieci

Reklama

Rzeszów: 2,5 tys. osób uczestniczyło w Dniu Świętości Małżeństw i Rodzin

2019-06-24 08:35

tn / Rzeszów (KAI)

„Idźcie do Józefa” – pod takim hasłem odbył się zorganizowany po raz drugi w Rzeszowie „Dzień Świętości Małżeństw i Rodzin”. W niedzielę 23 czerwca po Mszy św. w kościele św. Jadwigi Królowej w Rzeszowie, 2,5 tys. osób przeszło w „Marszu dla Życia i Rodziny” do Parku Papieskiego, gdzie odbył się Piknik Rodzinny.

pixabay.com

Pierwszym punktem rzeszowskich obchodów „Dnia Świętości Małżeństw i Rodzin” była adoracja Najświętszego Sakramentu w kościele św. Jadwigi Królowej. O godz. 14.00 rozpoczęła się Msza św., której przewodniczył bp Jan Wątroba. W koncelebrze uczestniczył m.in. ks. Jan Kobak, dyrektor Wydziału Rodzinnego Kurii Diecezjalnej.

Po Mszy św. odbył się „Marsz dla Życia i Rodziny”, który w tym roku organizowany jest w ponad 150 miejscowościach w Polsce pod wspólnym hasłem „Seksedukacja to deprawacja”. Około dwa i pół tysiąca osób, bardzo często rodzin z dziećmi, przeszło ze śpiewem blisko dwukilometrową trasę przez al. Tadeusza Rejtana do Parku Papieskiego przy katedrze.

W Parku Papieskich, po błogosławieństwie bp. Jana Wątroby, rozpoczął się czas zabaw, konkursów i edukacji. Organizatorzy przygotowali ponad 30 stref, w których można się było bawić i uczyć. Większość z nich obejmowała rozrywkę dla dzieci. Były też strefy edukacyjne i modlitewne przygotowane przez liczne wspólnoty, stowarzyszenia, ruchy oraz poradnie rodzinne i małżeńskie.

Oprócz atrakcji czekających w różnych strefach, cały czas żyła parkowa scena, gdzie, m.in., grały zespoły: „Tylko Jezus” i „Overcome”.

O godz. 20.00 rozpoczęła się adoracja Najświętszego Sakramentu. Całość zakończyła się o godz. 21.00 Apelem Jasnogórskim i zawierzeniem rodzin Najświętszej Maryi Pannie.

Organizatorem „Dnia Świętości Małżeństw i Rodzin” było Duszpasterstwo Rodzin Diecezji Rzeszowskiej.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Zwłoki z bijącym sercem

Z doktorem nauk medycznych o. Jackiem Marią Norkowskim, dominikaninem, rozmawia Mateusz Wyrwich
Niedziela Ogólnopolska 24/2011, str. 14-15

AR

Mateusz Wyrwich: - W medycynie za moment śmierci niegdyś uznawano chwilę, kiedy doszło do „nieodwracalnej utraty czynności oddychania i zatrzymania akcji serca”, jak pisze Ojciec we wstępie do swojej książki. A dzisiaj?

Dr n. med. o. Jacek Maria Norkowski OP: - W części państw nadal uznawana jest tradycyjna definicja śmierci. W większości jednak przyjmuje się nową, neurologiczną definicję śmierci, opartą na koncepcji śmierci mózgowej. Podstawowym kryterium jest tu stwierdzenie głębokiej śpiączki i bezdechu. Do tego dochodzą jeszcze inne warunki, m.in.: znana jest przyczyna śpiączki; wystąpiło pierwotne lub wtórne uszkodzenie mózgu; wszelkie działania lekarskie zmierzające do ratowania pacjenta są bezowocne z uwagi na upływ czasu i zmiany, jakie zaszły w organizmie. Tak naprawdę jednak, odchodząc od klasycznych kryteriów, lekarz orzeka o śmierci na podstawie ustawy i przepisów. To one określają, co świadczy o śmierci pnia mózgu. Czyli - brak odruchów w obrębie głowy, takich jak: reakcja źrenicy na światło, odruch kaszlowy i wymiotny oraz oczno-mózgowy. Drugą natomiast próbą, jaką stosuje się w tym przypadku, jest badanie bezdechu. Decyzję zaś o tym, czy ktoś żyje, czy nie, podejmuje komisja, która składa się z trzech lekarzy.

- A zatem, paradoksalnie, można powiedzieć, że na podstawie ustawy i orzeczenia administracyjnego uznajemy kogoś za zmarłego, tymczasem ludzie ze śpiączki wychodzą. Według najnowszych badań, ok. 70 proc. chorych może być z niej wybudzanych przy zastosowaniu hipotermii. Natomiast kontrola bezdechu... może powodować u chorego śmierć.

- Właśnie, badanie bezdechu ma służyć postawieniu diagnozy, a tymczasem to badanie nie jest obojętne dla pacjenta. Wręcz przeciwnie - może być bardzo szkodliwe. Doprowadza bowiem do zapaści krążenia mózgowego. Może też spowodować zatrzymanie akcji serca. Ale przede wszystkim uszkadza mózg. Paradoksalnie więc, żeby stwierdzić uszkodzenie mózgu, de facto najpierw się go uszkadza, a później stwierdza, że... jest uszkodzony! Przy czym oficjalnie celem tego badania jest stwierdzenie, czy ten bezdech jest rzeczywisty. A więc: Czy chory będzie próbował oddychać? Czy będziemy widzieli jakieś skurcze mięśni klatki piersiowej i nadbrzusza, co by świadczyło o tym, że ośrodek oddechowy w mózgu działa? A jeśli działa, to uznajemy, że mózg nie jest martwy. Jeśli natomiast bezdechu nie ma, zakładamy, że mózg jest uszkodzony bądź martwy. Jednak w rzeczywistości ośrodek oddechowy nie działa wskutek niedokrwienia i wskutek niskiego poziomu hormonów tarczycy. A zatem to badanie, według wielu specjalistów, jest kompletnie niemiarodajne.

- Dlaczego więc staje się ono podstawą do przyjęcia, że człowiek nie żyje, mimo iż kryteria diagnostyczne są niemiarodajne i sama definicja jest podejrzana?

- Trudno powiedzieć. Bez wątpienia jednak znaczący jest kontekst powstawania tej definicji: pierwsza transplantacja, przeszczep serca, którego dokonał w 1967 r. Christiaan Barnard. Trzeba było zalegalizować śmierć dawcy serca. Wówczas to komisja na Harwardzie sporządziła raport tzw. „Ad hoc”, inaczej zwany „Raportem Harwardzkim”, w którym znajduje się jedno znamienne zdanie: „(...) Naszym zadaniem jest zdefiniowanie nieodwracalnej śpiączki jako śmierci człowieka”. Tymczasem jest to zdanie całkowicie nienaukowe, bo nie formułuje się tak zadań dla zespołu naukowego. Jest to natomiast zdanie świadczące o arbitralnym założeniu, że coś takiego jak „nieodwracalna śpiączka” można uznać za śmierć człowieka. To może być tylko postulatem, bo tak naprawdę nie wiemy, jaka ta śpiączka jest. Nieodwracalność nie jest kategorią empiryczną. W Japonii po społecznej dyskusji uznano, że jeśli ktoś nie ma pozytywnego wpisu do „Karty dawcy”, nie wolno u niego przeprowadzać badania bezdechu ani podejmować żadnych innych działań w kierunku stwierdzenia śmierci pnia mózgu.

- A jak ta sytuacja wygląda w Polsce?

- Uważam, że w Polsce powinna zostać wycofana domniemana zgoda na oddawanie organów. Należy ją zastąpić wyrażeniem na to zgody. Powinna być również, jak w Japonii, pytana o to rodzina. Tam, jeśli nie ma wyraźnej zgody rodziny, nie wolno przystępować do badania bezdechu, ponieważ to uszkadza mózg pacjenta. To jest taki program minimum. Tymczasem w Polsce, i nie tylko, badanie bezdechu robi się często bez zgody rodziny. Kontekst tego „badania” jest przy tym wyjątkowo ponury: ogromny nacisk na to, by zwiększać liczbę „pobrań” do transplantacji. Często wręcz stosuje się leki, które podwyższają ciśnienie i zmniejszają krzepliwość krwi, żeby polepszyć ukrwienie narządu, który chce się pobrać. Tymczasem leki te równocześnie powodują wzmożenie krwotoku do mózgu chorego, u którego istnieje podejrzenie krwotoku bądź nawet istnieje pewność, że ten krwotok ma miejsce.

- A zatem szkodzi się pacjentowi, a troszczy się o narządy dla biorcy. Inaczej mówiąc, mamy do czynienia z ustawowym zabijaniem człowieka?

- Można powiedzieć, że to, co komisja stwierdza, to niedokrwienie mózgu, a nie śmierć człowieka. A sama operacja pobrania narządu wiąże się już z odebraniem życia pacjentowi.

- Czyli dajemy życie jednemu za cenę odebrania życia innemu...? Istnieje opinia, że pojęcie śmierci mózgowej jako śmierci człowieka wprowadzano pod naciskiem transplantologów, bo jest to - mówiąc brutalnie - wielki biznes. Lecząc człowieka, np. robiąc mu dializę, można „stracić” kilkadziesiąt czy kilkaset tysięcy dolarów, a na jego śmierci można zarobić dwa miliony dolarów...

- To prawda, dializowanie kosztuje więcej niż zrobienie operacji przeszczepu. Dlatego też systemy ubezpieczeniowe również popierają przeszczepy z uwagi na cięcie kosztów. Oczywiście, wielu biorców twierdzi, że czuje się znacznie lepiej po przeszczepie nerki i nikt nie może negować, że tak może być. Niemniej jednak nie można tu wprost mówić o ratowaniu życia. To jest bardziej zmiana sposobu leczenia pacjenta.

- Istnieje wśród lekarzy pojęcie „zwłoki z bijącym sercem”. Co to brutalne pojęcie oznacza?

- Oficjalnie w dokumentach transplantatu mówi się, że z chwilą stwierdzenia śmierci mózgowej respirator wentyluje zwłoki. Krew ciągle jeszcze przepływa, serce człowieka bije. W tym czasie dwukrotnie zbiera się trzyosobowa komisja lekarska. I jeśli podpis zostanie złożony przez trzeciego lekarza z komisji, to w tym momencie... „umiera człowiek”. W sensie prawnym, bo w jego ciele nic się nie zmienia. Lecz w sensie prawnym ciało pacjenta, któremu przysługują wszystkie prawa obywatela, zmienia się w zwłoki, które są własnością państwa. Zwłoki z bijącym sercem.

- Z czego to wynika? Z upadku moralności?

- To czysty utylitaryzm. To jest myślenie, że z tego człowieka już pewnie nic nie będzie. Najwyżej będzie on gdzieś uciążliwym pacjentem w jakimś hospicjum, a tak to „pomożemy wielu potrzebującym ludziom”. I „przy okazji” pozbędziemy się kłopotów. Myślę, że jest to decydujący moment, na którym opiera się także zgoda społeczna na tę praktykę. Przy czym - u podstaw tej zgody często leży niewiedza. Ludzie nie wiedzą o tym, że ponad połowę pacjentów, u których stwierdza się śmierć pnia mózgu, można wyleczyć przy zastosowaniu hipotermii. Podam tu przykłady rzekomo beznadziejnych przypadków, gdzie stwierdzono śmierć mózgową, a ludzie żyją. Jak choćby u nas: dwudziestoletnia już Agnieszka Terlecka, której nie dawano szans na życie, a dzięki uporowi rodziców żyje i w zeszłym roku zdawała maturę. Lekarze stwierdzili śmierć pnia mózgu. Tymczasem jej ojciec zorientował się, że są jakieś szanse wyleczenia w klinice prof. Talara, i wymógł zmianę diagnozy. Któryś z lekarzy zmienił słowo „śmierć” pnia mózgu na słowo „stłuczenie” pnia mózgu. W związku z tym można było zabrać dziewczynę z tego szpitala i przewieźć do innego, bo zwłok nie wolno przewozić do innego szpitala. Zwłok z bijącym sercem również. Agnieszkę wybudzono po pięciu dniach, a z czasem całkowicie wróciła do zdrowia - do świata żywych. Inny przykład - to przypadek Zachariasza Danlopa z USA, który słyszał, jak komisja orzeka, że nie żyje. Zrządzeniem Bożej Opatrzności na jego „pogrzebie” było dwoje pielęgniarzy, jego kuzynostwo. Dokonali prostych badań dotykowych i stwierdzili, że „zmarły” żyje. Wymogli wycofanie „zwłok” z kolejki dawców. Danlop został wybudzony po kilku dniach, a po kilku miesiącach zrehabilitowany. Inny przypadek - Val Thomas z USA, której już miano pobierać narządy, a tymczasem ona się wybudziła i zaczęła mówić. Dziś robi się z nią wiele filmów dokumentalnych, no bo kiedy zwłoki... zaczęły mówić, to oczywiste, że robi się z nimi filmy...

- Śmierć mózgowa zatem ustawia człowieka w magazynie części zamiennych?

- Tak. Po to diagnozuje się śmierć mózgową, by człowiek stał się dawcą. Śmierć mózgową w Polsce diagnozuje się bardzo wcześnie, a oddech może wrócić czasami po kilku dniach. Dlatego tak szybkie diagnozowanie śmierci mózgowej jest niczym nieuzasadnione z punktu widzenia praw pacjenta. Nie wolno nie dać mu szansy na poprawę stanu zdrowia i od razu ogłaszać jego śmierć. Nie mówiąc już o tym, że to śmiercią w ogóle nie jest. Koncepcja śmierci mózgowej jest zupełnie nienaukowa i wyraźnie dopasowywana do transplantologii. Transplantolodzy żyją misją czy świadomością, że pomagają ludziom, ale nie lubią myśleć o tym, co się dzieje z dawcą. Jest całkiem spora grupa lekarzy, którzy uważają, że dawcy mogą odczuwać ból, chociaż nie na normalnym poziomie, i dlatego należy ich znieczulać. Inni twierdzą, że nie jest to konieczne, że wystarczy dać środki zwiotczające, które spowodują, że nie będzie skurczów mięśni. To jest konieczne „technicznie”, bo te „zwłoki” uciekłyby ze stołu. Taki człowiek bez znieczulenia wiłby się z bólu, kręcił. Jego reakcje byłyby tak silne, że nie można by było „spokojnie” pobierać jego narządów. Trzeba go więc sparaliżować, spowodować zwiotczenie jego mięśni... Moim zdaniem, takie pobieranie narządów to jest swoista eutanazja. W 2004 r. na Kongresie Lekarzy Katolickich w Rzymie papież Jan Paweł II podsumował dyskusję i powiedział, że człowiek nigdy nie staje się ani roślinką, ani zwierzęciem, że zawsze jest umiłowanym dzieckiem Bożym, na którym spoczywa wzrok jego Stwórcy.

O. Jacek Maria Norkowski OP jest autorem wyjątkowo ważnej książki „Medycyna na krawędzi. Ewolucja definicji śmierci człowieka w kontekście transplantacji narządów”. Ta niecodzienna książka ukazała się na rynku w ubiegłym miesiącu, lecz już teraz wiadomo, że może stać się początkiem ogólnonarodowej dyskusji na temat tego, czy państwo ma prawo decydować o naszej śmierci.
O. Jacek Maria Norkowski OP jest absolwentem Akademii Medycznej w Poznaniu. Po ukończeniu studiów medycznych wstąpił w 1982 r. do zakonu. W 1989 r. przyjął święcenia kapłańskie. W latach 90. odbył staż w centrum bioetycznym Pope John XXIII Medical-Moral Research and Education Center w Bostonie. Zaowocowało to dalszymi studiami podjętymi w Rzymie i zakończonymi na Uniwersytecie Angelicum obroną licencjatu poświęconego tematowi tzw. mózgowych kryteriów śmierci człowieka. Przed dwoma laty na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika w Toruniu obronił pracę doktorską z tego zakresu

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Kard. Kazimierz Nycz odprawił Mszę św. dla członków Zakonu Maltańskiego

2019-06-24 19:57

kos / Warszawa (KAI)

Mszą św. w katedrze polowej damy i kawalerowie Zakonu Maltańskiego uczcili w poniedziałek święto swego patrona – św. Jana Chrzciciela. Eucharystii przewodniczył kard. Kazimierz Nycz, metropolita warszawski. W czasie Eucharystii dziękowano m.in. za piętnaście lat służby ambasadorskiej Vincenzo Manno, ambasadora Zakonu Maltańskiego w Polsce, który kończy misję dyplomatyczną w naszym kraju.

Piotr Drzewiecki

– Gromadzimy się na modlitwie w intencji całego zakonu, w intencji realizacji wszystkich dzieł, którym damy i kawalerowie służą w swej odpowiedzialności, ale równocześnie modlimy się w intencji ambasadora Vincenzo Manno w 15 rocznicę jego posługi ambasadorskiej – powiedział kard. Nycz na początku Mszy św.

Homilię wygłosił bp Andrzej Dziuba, ordynariusz diecezji łowickiej. Hierarcha nawiązując do czytań z dnia mówił o powołaniu proroków Izajasza i św. Jana Chrzciciela oraz o charytatywnej działalności Zakonu Maltańskiego w Polsce oraz osobistej misji wieloletniego ambasadora Zakonu Vincenzo Manno. – Spoglądamy na cztery piękne powołania. Powołanie Izajasza, Jana Chrzciciela, Zakonu Maltańskiego i jednego z członków tego zakonu. To były piękne i owocne lata dla Zakonu Maltańskiego w Polsce – podkreślał.

Hierarcha życzył damom i kawalerom Zakonu Maltańskiego w Polsce, aby pamiętali o swej dewizie: Tuitio Fidei et obsequium pauperum (Obrona wiary i służba ubogim).

Eucharystię koncelebrowali ks. Aleksander Seniuk, rektor kościoła Sióstr Wizytek oraz ks. Jan Dohnalik, kanclerz Kurii Ordynariatu Polowego w Polsce. We Mszy św. uczestniczyło liczne grono dam i kawalerów maltańskich.

Po Komunii świętej Jerzy Baehr, prezydent Związku Polskich Kawalerów Maltańskich podziękował ambasadorowi Vincenzo Manno za jego działalność na rzecz rozwoju Zakonu w Polsce i dobrą współpracę z damami i kawalerami zakonu.

Biskup polowy uhonorował ambasadora Manno medalem „W służbie Bogu i Ojczyźnie”, ustanowionymi z okazji setnej rocznicy powołania Biskupstwa Polowego w Polsce.

Głos zabrał także ambasador Vincenzo Manno, który ze wzruszeniem mówił o pracy w naszym kraju. Jak podkreślił jest jedynym przedstawicielem korpusu dyplomatycznego w Polsce, którego służba trwa nieprzerwanie od czasów przywrócenia w Polsce urzędu prezydenta w 1989 r. Powiedział, że szczególne więzi łączyły go z prezydentem Lechem Kaczyńskim, podziękował też swoim współpracownikom, biskupowi polowemu za możliwość sprawowania w katedrze polowej Mszy św. w święto patronalne Zakonu oraz swojej małżonce Elżbiecie. Manno przywołał też kilka inicjatyw, które podjął jako ambasador Zakonu Maltańskiego m.in. wizytę prezydenta Kaczyńskiego na Malcie i zorganizowanie wystawy na Zamku Królewskim w Warszawie, poświęconej historii zakonu.

Zakon Maltański jest najstarszym zakonem rycerskim wywodzącym się ze wspólnoty mniszej, która w poł. XI wieku utworzyła w Jerozolimie szpital i przytułek dla pielgrzymów przybywających do Ziemi Świętej.

Pierwotnie wspólnotę rycerzy nazywano Rycerzami Św. Jana od imienia patrona - Św. Jana Jerozolimskiego (stąd joannici). Następne nazwy - Zakon Rodyjski, a potem Maltański - brały się od terytoriów, jakimi dysponowali w swojej historii. Pełna nazwa jest następująca: Suwerenny Wojskowy Zakon Szpitalników św. Jana z Jerozolimy, Rodos i Malty. Powszechnie używa się nazwy Zakon Maltański. Na czele Zakonu stoi książę i wielki mistrz. Obecnie władzę tymczasową pełni Giacomo Dalla Torre del Tempio di Sanguinetto.

Działalność szpitalnicza i dobroczynna na rzecz chorych wyróżnia działania Zakonu od początku jego istnienia, aż do czasów współczesnych. Tradycja szpitalnicza i rycerska ukształtowały charakter posługi Zakonu, której dewizą stały się słowa Tuitio fidei et obsequium pauperum (z łac. Obrona Wiary i Służba Ubogim). Realizowana jest ona przez charytatywną pracę kawalerów i dam zakonu w ramach pomocy humanitarnej, medycznej i innych działań społecznych. Zakon utrzymuje stosunki dyplomatyczne z państwami – obecnie jest ich ok. 110 i ma status stałego obserwatora przy 12 organizacjach międzynarodowych, m.in. ONZ, UNESCO, FAO.

Polska wznowiła po kilkudziesięciu latach przerwy stosunki dyplomatyczne z Zakonem 6 lipca 1990 r.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem