Reklama

Wywiady

Na fali arabskiej wiosny

WIESŁAWA LEWANDOWSKA: - Świat z niepokojem patrzy dziś na to, co się dzieje w rozdartej wewnętrzną wojną Syrii. Co tak naprawdę leży u źródeł nasilających się od pewnego czasu konfliktów w krajach arabskich: wielka polityka, wielka ekonomia, wielkie problemy społeczne czy - jak chętnie tłumaczy Zachód - religijny fundamentalizm?

DR JAN BURY: - To, co się dzieje na Bliskim Wschodzie, nie wynika wyłącznie z uwarunkowań lokalnych, lecz przede wszystkim z tego, że w regionie toczy się rywalizacja mocarstw, rozpoczęta w okresie zimnej wojny, której wcale nie przerwał upadek Związku Radzieckiego. I właśnie w tej rywalizacji mocarstw - USA, Rosji, Chin - należy upatrywać źródeł bieżących problemów. Po upadku Związku Radzieckiego Stany Zjednoczone za prezydentury Billa Clintona wyraźnie zaczęły dążyć do hegemonii gospodarczej w tym rejonie i rozpoczęły eliminację państw tzw. bloku oporu, czyli Iranu, Syrii i Północnego Sudanu, z którymi powiązane są grupy o charakterze terrorystycznym - Hamas i Dżihad w Palestynie, Hezbollah w Libanie. Na przestrzeni ostatnich dwóch lat obserwowaliśmy taką eliminację jednego z państw bloku oporu - Libii płk. Muammara Kaddafiego, która została rozbita właśnie za sprawą interwencjonizmu USA i NATO, i z której usunięto wpływy gospodarcze Chin i Rosji.

- Syria staje się teraz kolejnym celem w „bloku oporu”?

- To, co dziś obserwujemy w przypadku Syrii, to droga do rozbicia wpływów Rosji i Chin na Bliskim Wschodzie. Jeżeli Stany Zjednoczone i ich sojusznicy rozprawią się z Syrią, to następnym celem ich działań będzie Iran. Sudan prawdopodobnie samoczynnie przestanie się liczyć, pomimo że tam stacjonują nawet Chińczycy i ich wpływy są tam dość znaczące.

Reklama

- Czy można dziś zakładać, że konflikt syryjski będzie przebiegał według wcześniejszych scenariuszy, czyli tak jak w Iraku i Libii?

- W Syrii, jak w każdym tego typu współczesnym konflikcie, interwencja zbrojna państw wymaga bezwzględnie zgody Rady Bezpieczeństwa ONZ. Dzisiaj jest oczywiste, że atak koalicji amerykańsko-brytyjsko-australijsko-polskiej na Irak w 2003 r. był nielegalny z punktu widzenia prawa międzynarodowego. Natomiast w przypadku Libii Amerykanom, Francuzom i Brytyjczykom udało się zdobyć zgodę Rady Bezpieczeństwa ONZ - Rosja i Chiny nie zawetowały rezolucji, która dawała pole do użycia siły przeciwko Libii w 2011 r. Uderzenie na Syrię, moim zdaniem, to czyste szaleństwo; USA starają się zdobyć jakieś uzasadnienie agresji, np. że reżim Asada użył przeciw obywatelom gazów trujących, co jest wątpliwe.

- ONZ badał, czy doszło do użycia gazów trujących, ale nie to, kto ich użył.

- Stany Zjednoczone chciały storpedować tę misję ONZ; Waszyngton naciskał na ONZ, by wycofał inspektorów, ale Sekretarz Generalny ONZ nie zgodził się. W końcu prezydent Barack Obama oświadcza, jeszcze przed publikacją raportu inspektorów ONZ, że broni chemicznej z całą pewnością użył reżim Asada, a nie opozycja.

- Można powiedzieć, że powtarza się iracka historia z bronią masowego rażenia...

- Dokładnie tak. Uzasadnieniem wojny w Iraku było właśnie posiadanie broni masowej zagłady, podczas gdy okazało się, że tej broni nigdy tam nie znaleziono. Dziś bardzo wątpliwe wydają się oskarżenia, że to reżim Asada użył broni chemicznej. Mogło jej użyć któreś z rebelianckich ugrupowań.

Reklama

- W takiej sytuacji amerykańskie uderzenie w armię Asada niejako chroni właściwych winowajców... Czy zatem taka interwencja uspokoi sytuację w Syrii?

- Podobna interwencja w Iraku nie przyniosła niczego konstruktywnego; panuje tam chaos, a zamachy terrorystyczne są na porządku dziennym, prawa człowieka są łamane masowo, podobnie jest z prawami kobiet, mniejszości etnicznych i religijnych. Tak samo jest w Libii, gdzie również panuje chaos, nie ma żadnej władzy centralnej, która kontrolowałaby sytuację. Widać najwyraźniej, że interwencje Zachodu w świecie muzułmańskim nie przyniosły tam niczego konstruktywnego.

- Stąd wniosek, że jedynie obalone niedemokratyczne dyktatury były gwarantem spokoju na Bliskim Wschodzie...

- Nie zawsze, ale mają one tam pewną pozytywną stronę. Kraje Bliskiego Wschodu to istne wieże Babel, mieszka w nich wiele grup etnicznych i religijnych, które są często ze sobą skłócone (np. wieczny konflikt między sunnitami i szyitami). Trzeba przyznać, że dyktatury stabilizowały te kraje siłą, trzymając obywateli w ryzach i zapobiegając wszelkim konfliktom etnicznym i religijnym.

- Dlaczego Zachód najwyraźniej mniej chętnie interesuje się obecną dyktaturą wojskową w Egipcie? Czy tylko dlatego, że nie użyto tam broni chemicznej?

- Istotnie, zastanawiające jest, dlaczego Zachód nie chce interweniować w Egipcie, skoro tamtejsza armia krwawo rozprawia się z protestami społecznymi. Wyjaśnienie jest proste - tam reżimowe władze wojskowe - po usunięciu prezydenta Muhammada Mursiego, który był pierwszym demokratycznie wybranym prezydentem Egiptu - realizują politykę prozachodnią. Podobnie jest w Turcji.

- Zachód nie lubił Mursiego z powodów religijnych, bo Egipt Mursiego to rządy Bractwa Muzułmańskiego...

- Bractwo jest rzeczywiście ugrupowaniem religijnym i to fundamentalistycznym, a mimo to od początku (czyli od 1928-29) było wspierane przez władze brytyjskie, które wówczas kontrolowały Egipt. Chodziło o to, żeby je wykorzystać do realizacji polityki Zachodu. W okresie zimnej wojny Bractwo starało się obalić pierwszego prezydenta Egiptu - płk. Nasera. Ostatnio uaktywniło się w ramach Arabskiej Wiosny (2011) - wystąpień społecznych, które doprowadziły do wielkich zmian politycznych w wielu krajach arabskich. W efekcie wystawiło swojego kandydata na stanowisko prezydenta Egiptu - Muhammada Mursiego, który w ubiegłym roku wygrał wybory i do lipca 2013 r. był prezydentem Egiptu aż do momentu usunięcia go od władzy przez wojsko.

- Dlaczego demokratycznie wybrany prezydent Mursi w końcu jednak musiał przegrać?

- Trzeba przyznać, że popełnił wiele błędów, które skrzętnie wykorzystano przeciw niemu. Obiecał, że przez pierwsze 100 dni swojej prezydentury naprawi to, co wynikało z zaniedbań z okresu zimnej wojny i prezydentury swego poprzednika, dyktatora Mubaraka. Chciał poprawić byt najbiedniejszych ludzi, ale okazało się to niewykonalne. Nagle wzrosły koszty utrzymania, co jest charakterystyczne dla doby globalizacji i wynika z myśli neoliberalnej, która zdominowała cały świat. Wzrosły ceny paliw, koszty życia, żywności, prądu. Egipcjanie zaczęli więc protestować, co zostało skwapliwie wykorzystane przez armię. Wojsko dokonało zamachu stanu, odsunęło prezydenta, który rzekomo sprzeniewierzał się konstytucji, łamał prawo. Na fali niezadowolenia społecznego głównodowodzący egipskiej armii, gen. Sisi, po rozmowie z Chuckiem Hagelem, sekretarzem obrony USA, zdecydował o aresztowaniu Mursiego, co jest znamienne.

- Można powiedzieć, że w krajach bliskowschodnich mamy do czynienia raczej z protestami społecznymi, powstaniami ludowymi niż z budzeniem się religijnych fundamentalizmów - czym straszą media zachodnie - które chciałyby zawojować cały świat?

- Media Zachodu demonizują wszystkie muzułmańskie ruchy i partie religijne. Tymczasem większość z nich to przede wszystkim ruchy społeczne. I naprawdę nie są to fundamentaliści, którym tylko chodzi o wprowadzanie szariatu. Zachód jest wrogi wszelkim organizacjom, które dążą do uniezależnienia państw arabskich od zachodnich wpływów gospodarczych. Mursi chciał realizować własną narodową linię w gospodarce uniezależniającą Egipt. Niestety, Zachód mu to skutecznie zablokował.

- Mówiło się, że Mursi podzielił społeczeństwo egipskie na pół...

- A moim zdaniem, starał się raczej scalać cały kraj, jednoczyć, chociaż dobrze wiedział, że sam może liczyć na poparcie religijnej części, czyli połowy społeczeństwa. Natomiast liberałowie i lewicowa opozycja oraz chrześcijanie (których jest w Egipcie ok. 9 proc.) opowiedzieli się przeciwko Mursiemu, czyli za wojskiem. Na tym polega źródło obecnego egipskiego problemu.

- Wydaje się, że w Syrii te podziały są nieco bardziej skomplikowane. I dlatego - tłumaczą nam media - tamtejszy konflikt jest tak długotrwały i krwawy.

- Ten konflikt trwa tam tak długo i jest tak krwawy dlatego, że mamy do czynienia ze wspieraniem z zewnątrz bojówek biorących w nim udział.

- Kim są i o co walczą syryjscy rebelianci?

- To są bojówki różnego charakteru, tworzące tzw. Wolną Armię Syryjską, składającą się z dezerterów z armii syryjskiej, z byłych więźniów, ludzi, którzy sprzeciwiali się reżimowi Baszszara al-Asada. Z tą Wolną Armią powiązane są też grupy ekstremistyczne, czyli np. odłam Al-Kaidy, tzw. Front al-Nusra (zwycięstwa). To jest bardzo niebezpieczna grupa z tego powodu, że wcześniej jej bojówkarze walczyli m.in. w Libii, wprawiali się w boju także w Iraku. Wewnętrzna sytuacja w Syrii jest bardzo skomplikowana i dynamiczna, ponieważ trwa tam nieustannie przepływ środków, broni, przeróżnych materiałów dla tych właśnie grup bojowych.

- Skąd pochodzi to wsparcie?

- Władze syryjskie i prezydent Asad jasno mówią, że na liście podejrzanych jest przede wszystkim Turcja. Do 2011 r. Turcja i Syria pozostawały w bardzo zażyłych stosunkach, natomiast później Turcja premiera Erdogana wypowiadała się już bardzo negatywnie o Syrii, a Erdogan mówił otwarcie, że Asada trzeba odsunąć od władzy.

- Dlaczego?

- To wynika ze sporu wewnątrz islamu między dominującymi, radykalnymi i ortodoksyjnymi sunnitami - którzy przeważają w całym świecie arabskim; Turcy to, oczywiście, sunnici - a islamskimi grupami mniejszościowymi, takimi jak np. szyici, którzy mieszkają głównie w Iranie, Iraku, Libanie i Jemenie, zaś w Syrii stanowią mniejszość, za to rządzą krajem, ponieważ prezydent Asad jest właśnie szyitą (alawitą). Dlatego też Syria korzysta ze wsparcia Iranu. Poza więzami religijnymi Damaszek i Teheran łączy sojusz militarny, a zatem każdy atak na Syrię jest odbierany przez Iran jako atak na jego terytorium.

- Czy można spekulować, że odpowiednio rozniecone animozje między odłamami islamu prowadzą do konfliktów wewnątrz państw arabskich, a te z kolei prowokują interwencję Zachodu w imię bezpieczeństwa świata?

- Tak, choć brzmi to nieco spiskowo, to - moim zdaniem - przykład syryjski doskonale ilustruje taki właśnie scenariusz. Dlatego syryjskie bojówki są sponsorowane nie tylko przez Turcję i bogate kraje znad Zatoki Perskiej (których przywódcy nie lubią szyitów z Iranu i Syrii). Na liście podejrzanych są też Stany Zjednoczone, które oficjalnie wspierają, w tym militarnie, syryjską opozycję. CNN w grudniu 2012 r. ujawniła, że USA szkolą bojówkarzy radykalnego Frontu al-Nusra na terytorium Turcji i Jordanii. Przez Jordanię i prawdopodobnie przez Irak przechodzi część transportów dla bojówek.

- Zaangażowanie Stanów Zjednoczonych w konflikt syryjski jest - jak mówi prezydent Obama - podyktowane obowiązkiem uchronienia świata przed użyciem broni chemicznej i przed dyktatorami takimi, jak Baszszar al-Asad. A w istocie chodzi o to, że Syria pozostaje przyczółkiem Rosji?

- Nie ma co do tego wątpliwości. Stany Zjednoczone i ich sojusznicy - Wielka Brytania, Francja, Turcja, Arabia Saudyjska, Katar - starają się wyeliminować legalne władze w Syrii, rozbić to, co zbudował klan Asadów od 1970 r. W swej historii Syria balansowała na granicy relacji pomiędzy Wschodem i Zachodem. W okresie zimnej wojny była państwem satelickim Związku Radzieckiego, natomiast później się uniezależniła; brała nawet udział w operacji „Pustynna Burza” przeciwko Irakowi. Uczestniczyła też w globalnej wojnie z terroryzmem; jej służby specjalne przesłuchiwały domniemanych terrorystów z Al-Kaidy. Po 2006 r. sytuacja radykalnie się zmieniła; narastała demonizacja Syrii.

- Jaki był jej cel?

- Chodziło o to, by wcześniej czy później zmienić władzę w Syrii. Jak ujawnił gen. Wesley Clark, już we wrześniu 2001 r. rząd USA planował uderzenie na siedem państw Bliskiego Wschodu do 2006 r., w tym na Iran, Irak, Syrię, Sudan, Libię i Liban. Jak widać, do tej pory nie zrealizował jeszcze wszystkich tych gróźb, ale realizuje je stopniowo. Miały już miejsce uderzenia na Irak i Afganistan, a także na Libię za pośrednictwem NATO. Od pewnego już czasu Stany Zjednoczone angażują się też w operację przeciwko Syrii poprzez zupełnie otwarte wspieranie Wolnej Armii Syryjskiej oraz bojówek Frontu al-Nusra (przez zaopatrywanie ich w broń).

- USA wspierają terroryzm?!

- Tak! I mało tego, można powiedzieć nawet, że Stany Zjednoczone i Al-Kaida dzisiaj to sojusznicy. Tak wyglądają stosunki międzynarodowe. Bojówki, które wykorzystano w Libii do obalenia płk. Kaddafiego z Libijskiej Muzułmańskiej Grupy Zbrojnej, zostały opłacone do walki z Kaddafim, a teraz ci sami bojówkarze są opłacani, żeby walczyli z prezydentem Asadem w Syrii.

- Można więc mówić nie tyle o źródłach religijnych konfliktów - prowadzących do terroryzmu - ile o ich instrumentalizacji przez światowe mocarstwa w celu osiągnięcia pożądanych korzyści?

- Jak najbardziej. Dr Paul Craig Roberts, były minister w administracji Reagana, mówi wprost, że działania Zachodu, w tym działania USA na Bliskim Wschodzie, to nic innego, jak operacje wymierzone przeciwko Rosji i przeciwko Chinom. A najlepszym tego przykładem jest operacja libijska z 2011 r.: w jej następstwie bowiem interesy chińskie zostały wyeliminowane z północnej Afryki. Dzisiaj Chiny są aktywne wyłącznie w Afryce subsaharyjskiej, czyli w tzw. Czarnej Afryce. Podobnie było tam z interesami rosyjskimi; Rosja miała w Libii podpisane ogromne kontrakty i, niestety, z ich realizacji nic nie wyszło... Rosja więc praktycznie utrzymuje jeszcze swoje przyczółki w Algierii oraz w Syrii i Iranie.

- Można zatem powiedzieć, że taka sponsorowana wojna religijna toczy się na dole, a na górze towarzyszy jej wojna o wpływy, która jest również dość skomplikowana?

- Tak. Dzisiejsza sytuacja w Syrii jest o tyle skomplikowana, że Stany Zjednoczone starają się doprowadzić do odsunięcia prezydenta Asada, który trwa głównie dzięki poparciu Rosji i Chin w ONZ i dzięki bezpośredniemu wsparciu ze strony Iranu. Iran zaś uczyni wszystko, żeby Syria Asada nie upadła, bo będzie następny w kolejce. Zachód zaś dąży do całkowitej hegemonii i sądzę, że wywołuje to wielki alarm w Moskwie i Pekinie. Większy niż kiedykolwiek wcześniej.

- Jak można ocenić obecne wpływy i pozycję Rosji w tym rejonie, szczególnie w Syrii?

- Rosja ma oczywiście swoje interesy w Syrii, wynikające jeszcze ze spuścizny po zimnej wojnie. Posiada bazę morską w mieście Tartus, która gwarantuje Flocie Czarnomorskiej możliwość operowania we wschodniej części Morza Śródziemnego. W ten sposób może utrzymywać swoją mocarstwową pozycję w tym regionie. Tymczasem USA chciałyby całkowicie kontrolować Morze Śródziemne. Chcą więc doprowadzić do usunięcia rosyjskiej bazy morskiej z Tartusu. Rosja dostrzega już, że sytuacja jest bardzo dramatyczna; prezydent Putin zapowiedział, że dostarczy najnowocześniejszą broń do Syrii, aby mogła się obronić. Nie wiemy, czy obiecane przez Putina zestawy przeciwlotnicze S-300 dotarły już do Syrii, prezydent Asad nie chce się jasno wypowiadać na ten temat.

- Czy zgadza się Pan z diagnozą, że to, co dzieje się od pewnego czasu na Bliskim Wschodzie, może być zarzewiem większej wojny w regionie, a może nawet na skalę światową?

- Analizując sytuację w kontekście wcześniejszych interwencji w Iraku i Libii, można się spodziewać, iż interwencja w Syrii może oznaczać już poważniejsze naruszenie interesów mocarstw w tym rejonie; Rosja i Chiny mogą poczuć się ostatecznie i definitywnie zagrożone. W związku z tym, że Zachód będzie systematycznie dążył do eliminacji sympatyków Rosji i Chin, a ostatecznie władz w Moskwie i Pekinie, mocarstwa te, niejako przyparte do muru, mogą zagrozić użyciem broni nuklearnej, a nawet mogą jej użyć...

- O każdym konflikcie na Bliskim Wschodzie zawsze mówiło się, że chodzi tylko o dostęp do złóż ropy naftowej.

- Wydaje się, że obecnie ma to mniejsze znaczenie, niemniej mówi się już, że korporacje naftowe już dzielą się ponoć łupami w Syrii, dzielą pola roponośne. Sprawa jest jednak znacznie bardziej złożona i niebezpieczna.

- Także z powodu odradzającego się islamu i rozwijającego się muzułmańskiego terroryzmu, którym jesteśmy wciąż straszeni? Może naprawdę powinniśmy być wdzięczni Stanom Zjednoczonym, które pełnią rolę policjanta chroniącego świat?

- Moim zdaniem, zupełnie nie! Sytuacja jest tak pogmatwana dlatego, że z jednej strony mamy rzeczywiście odrodzenie islamu, a nawet fundamentalizmu muzułmańskiego, który ma na celu uniezależnienie się krajów arabskich od Zachodu. A z drugiej strony następuje radykalizacja muzułmanów właśnie wskutek działań Zachodu. Obawiam się, że to właśnie ten „dobrotliwy” interwencjonizm Stanów Zjednoczonych w ostatnich latach coraz bardziej radykalizuje muzułmanów w całym regionie Bliskiego Wschodu, a wydaje się całkiem możliwe, że Zachód będzie dążył później do skanalizowania agresji muzułmanów przeciwko Rosji i przeciwko Chinom. Taką tezę wysunął właśnie dr Paul Craig Roberts, bardzo dobrze znający realia polityki Waszyngtonu.

- Radykalizacja politycznych ugrupowań muzułmańskich i ekspansja islamu pozostaje jednak faktem. Nienawiść do Zachodu także narasta.

- Ta radykalizacja islamu jest, niestety, w głównej mierze właśnie następstwem polityki Zachodu. Gdy Zachód mówi o demokracji i potrzebie poszanowania praw człowieka, a wspiera niedemokratyczne dyktatury (m.in. Egipt), czyli prowadzi politykę podwójnych standardów, to jeszcze bardziej złości to muzułmanów. Widzą swoją bezsilność i wrogo nastawiają się do całej kultury Zachodu. Gdy walczą np. z Izraelem, to głównie dlatego, że są wrogo nastawieni do Stanów Zjednoczonych... To w Stanach Zjednoczonych upatrują źródła niemal wszystkich swoich problemów i krzywd, których na co dzień doznają ze strony swoich lokalnych dyktatur. Społeczeństwa arabskie zaczęły się buntować już wiele lat wcześniej, ale dopiero w 2011 r. udało im się skutecznie doprowadzić do obalenia dyktatur wspieranych przez Zachód, w związku ze słabością Zachodu wywołaną kryzysem ekonomicznym.

- Swym rozmachem to właśnie Arabska Wiosna 2011 wywołała spory strach Zachodu przed muzułmańskim fundamentalizmem.

- To był ruch nie tyle religijny, ile typowo społeczny, choć Zachód stara się pokazywać Arabską Wiosnę jako ruch z silną „odnogą” religijną, która rzeczywiście może prowadzić do powstawania jakichś form fundamentalizmu muzułmańskiego...

- Jaki jest w obecnych konfliktach udział poważnych religijnych - uznawanych za radykalne i terrorystyczne - ugrupowań, takich jak Hezbollah?

- Libański Hezbollah to inaczej Partia Boga, która ma swoją reprezentację w parlamencie, ma swoich ministrów w Libanie i są z nią luźno powiązane bojówki, które dobrze pamiętamy ze zbrojnego oporu wobec izraelskiej okupacji południowego Libanu w latach 1978 - 2000. Hezbollah jest dziś wspierany przez Syrię oraz oczywiście przez Iran. Istnieje uzasadnione ryzyko, że w razie zewnętrznej interwencji w Syrii Hezbollah może zacząć atakować terytorium Izraela rakietami, podobnie jak to uczynił latem 2006 r.; północ Izraela była wtedy ostrzeliwana właśnie przez Hezbollah. Jest duże ryzyko, że to się powtórzy.

- Dlaczego miałoby się to powtórzyć?

- Jeżeli Hezbollah zacznie taki ostrzał, to tylko i wyłącznie na polecenie Teheranu. Po to, żeby zdestabilizować sytuację, wciągnąć Izrael w asymetryczny konflikt, którego ten nie będzie w stanie wygrać.

- Dlaczego?

- Paradoksalnie dlatego, że Izrael nie będzie walczył z regularną armią Libanu, tylko z bojówkami luźno wspieranymi przez Liban i Syrię. Takie bojówki mogą zadać dość duże straty materialne, mogą bez trudu sparaliżować gospodarkę Izraela.

- Jak to możliwe, skoro Izrael zapowiada, że jest w stanie obronić się nawet przed atakiem armii syryjskiej?

- Przewagą różnego rodzaju muzułmańskich bojówek jest to, że działają w sposób niekonwencjonalny i posługują się prostymi sposobami walki; nie boją się wielkich armii i potrafią omijać supernowoczesne systemy obronne. Bojówki samego Hezbollahu liczą ok. 2 tys. bojowników i ok. 10 tys. sympatyków, którzy też mogą stawić się pod bronią. To naprawdę duża, wciąż rosnąca i dobrze zmotywowana do walki siła, ciesząca się - co niezwykle ważne - społeczną sympatią i poparciem.

- Może więc jednak nie na darmo zachodnie media straszą, że społeczeństwa krajów arabskich niebezpiecznie się radykalizują?

- Obserwując stronę polityczną świata muzułmańskiego, nie mogę powiedzieć, żeby większość tamtejszych społeczeństw opowiadała się za radykalizacją życia politycznego. Raczej nie. Przez lata rządziły tam przecież świeckie dyktatury, które choć w jakiś sposób odwoływały się do islamu, to praktycznie nie miały z nim nic wspólnego. Saddam Husajn lubił pić alkohol, co było powszechnie znane... Wydaje się nawet, że radykalizacja życia politycznego ku religijności, ku czystemu islamowi, nie jest tam mile widziana i nie jest pożądana ani wyczekiwana przez społeczeństwa poszczególnych krajów. Co najwyżej te najbiedniejsze grupy liczą na pomoc Bractwa Muzułmańskiego czy Hezbollahu. A to są ruchy społeczno-religijne utrzymujące szpitale, szkoły, oferujące opiekę społeczną, a więc dają wszystko to, czego najbiedniejszym nie potrafi dać państwo. Stąd bierze się poparcie społeczne dla nich.

- I można by sądzić, że to właśnie w ten sposób - na fali biedy - w krajach arabskich odradza się radykalny islam, który ma zagrozić kulturze Zachodu?

- Ten najbardziej radykalny islam - trzeba to podkreślać - jest sztucznie wytwarzany wskutek interwencjonizmu Zachodu. Front al-Nusra powiązany z Al-Kaidą, odwołujący się do czystego islamu i chcący odtworzyć na Bliskim Wschodzie religijne państwo muzułmańskie, jest obecnie wspierany przez Stany Zjednoczone.

* * *

Dr Jan Bury, arabista. Ukończył Uniwersytet Warszawski. Obecnie adiunkt w Instytucie Prawa Międzynarodowego, Unii Europejskiej i Stosunków Międzynarodowych Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie

2013-09-09 15:52

Oceń: 0 0

Reklama

Wybrane dla Ciebie

Premier Szydło podpisała rozporządzenie ws. minimalnego wynagrodzenia

[ TEMATY ]

polityka

premier

Artur Stelmasiak

Premier Beata Szydło poinformowała na swoim profilu na Twitterze, że podpisała rozporządzenie Rady Ministrów ws. wysokości minimalnego wynagrodzenia za pracę w 2017 roku.

Od początku przyszłego roku płaca minimalna wyniesie 2 tys. zł.

CZYTAJ DALEJ

Paryż: większość Francuzów nie wierzy w Boga

2021-09-23 18:41

[ TEMATY ]

wiara

Bóg

Francja

Moyan_Brenn / Foter.com / CC BY

Sondaż przeprowadzony przez Instytut Badania Opinii i Marketingu (Ifop), a opublikowany 23 września ukazuje, że Francuzi nie tylko coraz mniej wierzą w Boga, ale także w dużej mierze nie interesują się religią i nadają jej mniejszą wiarygodność w debacie publicznej – podaje portal tygodnika Famille chrétienne.

Sondaż przeprowadzono pod koniec sierpnia w reprezentatywnej grupie 1 018 osób w wieku ponad 18 lat. Wynika z niego, że Francuzi są mniej religijni i mniej lubią dyskusje na tematy religijne. Jako ludzie wierzący deklaruje się jedynie 49 proc. mieszkańców Francji, podczas gdy w roku 2004, było to 55 proc. Wiara w Boga jest znacznie powszechniejsza wśród osób w wieku 65 lat i starszych (58 proc. wierzy w Boga), a najmniej wśród osób w wieku 35-49 lat (45 proc. wierzących).

CZYTAJ DALEJ

Abp Marek Jędraszewski do pracowników Szpitala im. J. Dietla: Włączacie się w Ewangelię cierpienia

2021-09-25 12:02

Flickr/Archidiecezja Krakowska

– Także wy, włączyliście się w tę – przekazywaną z pokolenia na pokolenie – Ewangelię cierpienia po to, żeby służyć ludziom, którzy niekiedy z lękiem i obawą przekraczają mury szpitala szukając dla siebie zdrowia, umocnienia, nadziei na przeżycie – mówił abp Marek Jędraszewski w czasie Mszą św. w katedrze wawelskiej sprawowanej w intencji pacjentów i pracowników Szpitala Specjalistycznego im. Józefa Dietla w Krakowie w 40-lecie jego istnienia.

W czasie homilii arcybiskup zauważył, że Apostołowie nie zrozumieli zapowiedzi paschy Chrystusa. – Bali się pytać o cierpienie, o krzyż – mówił metropolita krakowski i dodawał, że krzyż i cierpienie od początku wpisały się w przepowiadanie Kościoła. Odwołując się do św. Pawła, który mówił, że „w swoim ciele dopełnia braki udręk Chrystusa, dla dobra Jego Ciała, którym jest Kościół” (Kol 1, 24) wskazał, że cierpienia mają sens, mogą przyczynić się dla dobra Kościoła. Arcybiskup zaznaczył, że mogą one być przyjmowane dobrowolnie, zwłaszcza wtedy, gdy łączy się je z cierpieniami Chrystusa.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję