Reklama

Jan Paweł II

Kim była Emilia Wojtyłowa

„Nie przeżyje pani tego porodu, proszę dokonać aborcji” - te słowa usłyszała od swego lekarza Emilia Wojtyłowa, gdy się okazało, że spodziewa się dziecka. Mimo to zdecydowała się je urodzić. Żyła jeszcze dziewięć lat po narodzinach Karola - przyszłego papieża

Była jesień 1919 roku. Emilia wraz ze swym mężem Karolem Wojtyłą i synem Edmundem od sześciu lat mieszkała w Wadowicach, a od niecałego roku w wynajętym mieszkaniu przy ulicy Kościelnej. Była w siódmym niebie, gdy się dowiedziała, że spodziewa się kolejnego dziecka.

Długo na nie czekała. Syn Mundek miał już trzynaście lat. Córeczka Olga, którą urodziła przed trzema laty, żyła tylko 16 godzin. Emilia bardzo przeżyła jej śmierć. Zaczynała już się martwić, czy w ogóle będzie jeszcze mogła zajść w ciążę. Tym bardziej że kończyła trzydziesty szósty rok życia. A tak pragnęła, by Edmund miał rodzeństwo. W końcu jej nadzieje się spełniły. Wreszcie rodzina się powiększy. Była szczęśliwa.

Reklama

Ale idylla nie trwała długo.

Tak bardzo chciała żyć

Od lekarza, znanego ginekologa i położnika wadowickiego, usłyszała diagnozę, która brzmiała jak wyrok: ciąża jest zagrożona. Lekarz powiedział, że jej nie donosi i nie ma szans urodzić żywe dziecko. A jeśli dziecko się urodzi - to kosztem życia matki. Aby więc ratować siebie, powinna usunąć poczęte już dziecko - oznajmił jej stanowczo lekarz. „Nie przeżyje pani tego porodu, proszę dokonać aborcji” - tłumaczył.

Emilia była w szoku. Ma zabić dziecko, które nosi w sobie? Czy jej życie jest ważniejsze niż dziecka? Każde ma przecież taką samą wartość. I każde jest święte - wierzyła mocno. Ale była też świadoma, że jej życie też jest potrzebne. Miała przecież syna, Edmunda, który liczył dopiero trzynaście lat. To jeszcze dziecko. Jak sobie poradzi bez matki? Pamiętała, że tyle lat miała ona sama, gdy zmarła jej mama. Wiedziała, jak ciężko jest być półsierotą i za nic w świecie nie chciała narażać swojego dziecka na taki los. A co będzie, jeśli oboje, i ona, i dziecko, nie przeżyją porodu? Edmund nie będzie miał ani matki, ani rodzeństwa. No i co będzie z jej mężem? Miała zgotować mu los wdowca? Tyle wspólnych planów jeszcze mieli. Skończyła się wojna, Polska stała się niepodległa, jej syn Edmund po dwóch latach szkoły w Górnej Austrii był teraz z nią w domu, zdrowo rósł, dobrze się uczył. Mąż wynajął nowe, większe mieszkanie. Życie zaczynało się stabilizować.

Reklama

Emilia chciała żyć. Tak bardzo chciała żyć.

Na ich odpowiedzialność

Decyzję podjęła bardzo szybko. Już po pierwszej rozmowie z mężem nie miała wątpliwości: urodzi to dziecko! Przecież ono ma prawo żyć. Jak będzie trzeba, to ono da sobie radę, musi tylko mu to umożliwić. A cokolwiek się stanie, znaczy, że taka jest wola Boża.

Emilia pragnęła za wszelką cenę wypełnić swe przeznaczenie. W ten sposób pojmowała powołanie do bycia żoną i matką. Nie mogła teraz od tego uciec. Zrezygnować.

- Musiała być bardzo świadoma swej roli matki, niezwykle dojrzała, bo tylko taka osoba może powiedzieć: wolę umrzeć niż się pozbyć swojego dziecka - komentuje dziś psycholog Maria Król-Fijewska. Natomiast psycholog Anna Zabrodzka dodaje, że postępowanie Emilii Wojtyłowej świadczy też o jej ogromnej pokorze. - Nie jej plany były najważniejsze, cechowała ją zgoda na życie takie, jakie ono jest. Wiedziała, że nie od niej wszystko zależy. Miała jasno określony system wartości.

- Ciążę Emilii poprowadził inny lekarz, z wadowickich koszar, w których pracował jej mąż, podoficer Karol Wojtyła - relacjonuje historyk z Wadowic Michał Siwiec-Cielebon, który poznał tę historię od akuszerki przyjmującej poród Emilii. - Akuszerka mówiła mi, że Emilia Wojtyłowa była załamana, gdy lekarz zasugerował jej aborcję. W pełni zdawała sobie sprawę z zagrożenia życia swojego i dziecka, tym bardziej że diagnoza padła z ust najbardziej znanego wówczas położnika w Wadowicach. Ale szybko nabrała zaufania do lekarza, którego znalazł jej w swoim miejscu pracy mąż. Był to doktor Taub, który słynął ze skuteczności leczenia, nawet trudnych i beznadziejnych przypadków.

Doktor Taub był świadom, że utrzymanie przy życiu poczętego dziecka może skończyć się tragicznie. Ale nie nalegał na aborcję. Podjął się ryzyka poprowadzenia ciąży Emilii na wyraźną prośbę obojga małżonków. I na ich odpowiedzialność.

Niemożliwe stało się możliwe

Drugi syn Emilii urodził się 18 maja 1920 r. około godziny siedemnastej.

Tego dnia w Wadowicach było wyjątkowo gorąco jak na tę porę roku. Temperatura dochodziła nawet do trzydziestu stopni Celsjusza. Do tego było duszno. Emilia leżała na łóżku w swoim domu. Kiedy skurcze porodowe były coraz silniejsze, poprosiła położną, żeby otworzyła okna. Potrzebowała więcej powietrza. I więcej siły.

Gdy zbliżała się godzina siedemnasta, rozległo się bicie kościelnego dzwonu, a potem śpiew Litanii loretańskiej ku czci Najświętszej Maryi Panny. Mieszkańcy Wadowic, jak zawsze w maju o tej porze, uczestniczyli w nabożeństwie majowym.

Zbieg okoliczności? Zapowiedź cudu? Bo w tym właśnie momencie dziecko Emilii przychodziło na świat. Rodziła je, wsłuchując się w śpiew Litanii ku czci Matki Bożej. Jakby Ktoś w górze w tym porodzie pomagał.

Urodził się cudowny chłopczyk. A właściwie chłopak. Był bowiem wyjątkowo duży, silny, zdrowy. I głośno płakał, jakby chciał przekrzyczeć ludzi śpiewających Litanię w pobliskim kościele.

Gdy akuszerka położyła niemowlaka na piersiach matki, zobaczyła, że po policzkach Emilii płyną łzy, na twarzy zaś rysuje się szeroki uśmiech. Matka czuła radość, wzruszenie i szczęście, że zdarzył się cud. Bo i dziecko, i ona żyją. Do tego zamiast chuderlawego, słabego dzieciątka, którego się spodziewała, urodziła wielkiego, mocnego chłopca.

Papież znał tę historię

- Położna zapamiętała ten poród na całe życie! Drugiego tak niezwykłego, przy śpiewie Litanii loretańskiej, nigdy nie odbierała - opowiada Michał Siwiec-Cielebon.

- Ojciec Święty znał tę historię, rozmawiał bowiem kiedyś z tą akuszerką i wspominał później, że przychodził na świat przy śpiewie Litanii ku czci Matki Bożej - mówi kard. Stanisław Dziwisz.

Były też inne zbieżności. Sam Papież powiedział kiedyś w rocznicę swoich urodzin, gdy był w jednej z włoskich parafii: „Urodziłem się pomiędzy godziną siedemnastą a osiemnastą, czyli o tej samej godzinie, o której pięćdziesiąt osiem lat później zostałem wybrany na papieża”.

To dziecko będzie kimś wielkim

Po urodzeniu Karola Emilia sprawiała wrażenie jakby odżyła, odmłodniała, nabrała sił. Na jedynym zachowanym zdjęciu z kilkumiesięcznym synkiem wreszcie się uśmiecha. Trzyma go przed sobą, ubranego w białą sukieneczkę. Sama w ciemnej sukni, uczesana w kok, w uszach ma kolczyki. Zadbana, elegancka, radosna.

Niemal oszalała na punkcie tego dziecka - podkreślały sąsiadki Wojtyłów. Bez przerwy lulała go w domu w drewnianej kołysce, śpiewała mu do snu, nosiła go w poduszce, trzymała na kolanach. Nie mówiła na niego Karol, tylko zawsze - zdrobniale - Loluś, a gdy był starszy - najwyżej: Lolek. To było najbardziej oficjalne określenie syna.

Codzienna krzątanina przy dziecku najwyraźniej sprawiała jej przyjemność. Mimo że nie było jej łatwo. Warunki dość trudne: woda - w studni, musiała ją więc dźwigać wiadrami do domu na piętro. Aby wykąpać dziecko, musiała zagotować wodę i przelać ją do balii. Do gotowania służył piec, w którym trzeba było najpierw napalić. Pieluchy były wtedy z tetry, wymagały więc nieustannego prania i gotowania - a łazienki w domu przy Kościelnej nie było. Nie bardzo też Emilia miała gdzie suszyć bieliznę. Prasowała w kuchni na stole. Prozaiczne domowe czynności zajmowały jej wiele godzin, wyczerpywały i tak wątłe siły. Do tego dochodziły zakupy, przygotowywanie posiłków, sprzątanie.

- Pani Wojtyłowa znosiła wózek z dzieckiem na nasze podwórze - wspominała sąsiadka Helena Szczepańska. - Przed naszą kamienicą było trochę zieleni. Na środku stała studnia. Pani Wojtyłowa przywoziła dziecko, siadała przy tej studni, a ja wychodziłam na ganek. Często prosiła mnie, żebym zeszła i przypilnowała Lolusia, bo ona musi dopilnować obiadu albo wyjść po sprawunki. Wtedy schodziłam i woziłam jej synka.

W czerwcu 1920 r., kiedy skończył się rok szkolny, więcej czasu miał drugi syn Emilii, i to on wtedy jej pomagał przy Lolku, gdy mąż był w pracy.

- Przy znoszeniu wózka po tych stromych krętych schodach pomagał matce jej starszy syn, Edmund - opowiadała sąsiadka Helena Szczepańska. - Do tego jeszcze matka ciągle go posyłała po pieluszki, po ubranka. Biedny Mundek biegał wciąż na górę, nieraz było mi go nawet żal! Ja wtedy myślałam - cóż z tego dzidziusia wyrośnie! Skaczą koło niego jak koło królewicza.

Emilia kochała bardzo Karola, to było oczywiste. Tak cudownie urodzony, można powiedzieć - cudownie ocalony, darowany przez los i Boga, stał się teraz oczkiem w głowie matki.

- Pewnego razu rozmawiałam z panią Emilią, ta nachyliła się nad wózkiem, w którym leżał mały Lolek, i powiedziała: „To dziecko będzie kimś wielkim” - wspomniała Helena Szczepańska. Powiedziała to z takim wewnętrznym przejęciem, z taką pewnością, jakiej u nikogo nie spotkałam. Mam wrażenie, że to przekonanie pani Wojtyłowej podzielali jej mąż i starszy syn. Matczyna intuicja Emilii nie zawiodła.

Nauczył się cierpienia od matki

Tak naprawdę jednak od chwili tego porodu domowa codzienność Emilii bywała już bardzo różna. Bo coraz częściej zdarzały się takie dni, kiedy czuła się bardzo źle. Właściwie od urodzenia trzeciego dziecka nie było z nią dobrze, jej życie naznaczone było chorobami, coraz większym cierpieniem, nieustanną słabością.

Wiedziała jednak, że mąż musi pracować zawodowo, i organizowała zajęcia tak, by domownicy jak najmniej odczuwali jej niedyspozycję. Nie było tak, że dom był zaniedbany, że nie było ugotowanego obiadu, a dzieci pozostawione bez opieki.

- To potwierdza, że musiała być kobietą silną psychicznie i bardzo dobrze zorganizowaną - zaznacza psycholog Anna Zabrodzka. - Widać, że w każdej sytuacji przejawiała aktywność, co świadczy o tym, że nie popadała w depresję czy zniechęcenie - dodaje psycholog Ewa Osóbka-Zielińska.

Siłę dawała jej też wiara i modlitwa. Nikt nie pamiętał, by narzekała na swój los czy złorzeczyła. A kiedy było trzeba, umiała prosić o pomoc. W nagłych sytuacjach zwracała się nie tylko do Heleny Szczepańskiej, ale również do innej z sąsiadek - Zofii Pukło. Gdy Lolek już chodził, zabierała go do siebie do domu, a że sama miała małe dzieci, chłopiec mógł się tam z nimi spokojnie pobawić. Później, gdy stan zdrowia Emilii się stopniowo pogarszał, pani Pukłowa co niedziela, regularnie, zjawiała się zaraz po porannej Mszy św. w domu Wojtyłów, by dopilnować ich spraw domowych. Siłą rzeczy musiał się w nie angażować również mąż Emilii. A trzeba przyznać, że był niezwykle oddany żonie i dzieciom, praktycznie nigdzie nie chodził po pracy, każdą wolną chwilę spędzał w domu. Pomagał też w lekcjach Edmundowi, który uczył się już w gimnazjum.

Jak wspomina sąsiadka, Maria Janina Kaczorowa, już w roku 1927 choroba Emilii mocno dawała się we znaki: - To wyglądało na serce i jakiś reumatyzm. Martwiła się, że jest taka bezsilna. Pamiętam, że wywieziono panią Emilię na leczenie. Nie pamiętam dokąd. Cierpiała na bezwład nóg. I inne choroby. W Wadowicach ludzie mówili, że ma ona coś z kręgosłupem albo z wątrobą.

Inni sąsiedzi podzielali to przekonanie. Zapamiętali też, że w słoneczne dni mąż wynosił Emilię na leżaku na balkon. Zajęta była wtedy szyciem lub cerowaniem.

Taki obraz matki miał również jej syn, Jan Paweł II.

André Frossard zanotował: „Swoją matkę znał właściwie wyłącznie jako osobę chorą. (…) Jego wspomnienia o matce są dosyć mgliste; pamięta jednak, że było mu przykro, kiedy raz pojechała do Krakowa bez niego, pewnie po poradę lekarską”.

Marta Burghardt, autorka książki „Wadowickie korzenie Karola Wojtyły”: - Niezwykle wymowne są jego słowa, w których stwierdza, że nauczył się cierpienia od matki.

Na co jednak konkretnie chorowała Emilia i dlaczego tak bardzo cierpiała, nie wiadomo. Nie potrafi tego powiedzieć nawet nikt z jej rodziny.

- Nie zachowały się żadne przekazy na ten temat - wyjaśnia dzisiaj Maria Wiadrowska, prawnuczka siostry Emilii.

Podobną opinię wyrażają inni krewni wywodzący się z rodziny Kaczorowskich i z rodu Wojtyłów. O szczegółach choroby Emilii nigdzie nie ma śladu. Nie pozostała dokumentacja medyczna, nawet jedna recepta.

Przyjmowała życie, jakie jest

W roku 1927 było z nią już na tyle źle, że konsekwencje stały się poważne: jej mąż Karol postanowił przejść na wcześniejszą wojskową emeryturę. Musiał na stałe zaopiekować się żoną i siedmioletnim synem. Emilia nie była już w stanie prowadzić domu, nie mogła podołać najprostszym obowiązkom. Co więcej - sama zdana była na pomoc innych. Trudność sprawiały jej najbardziej prozaiczne czynności. Coraz więcej było takich dni, które musiała spędzać w łóżku, z dala od wszystkich spraw. Niekiedy nawet całymi tygodniami leżała w zamkniętym pokoju, do którego Lolek rzadko wówczas wchodził - matka nie chciała bowiem, aby patrzył na jej cierpienie.

Karol Wojtyła senior przejął więc zarządzanie gospodarstwem domowym. Robił zakupy, przygotowywał posiłki, zmywał naczynia, sprzątał mieszkanie, prał. W tym okresie przypomniał też sobie wyniesione z domu rodzinnego rzemiosło - krawiectwo. Odwiedzający Lolka koledzy często widywali jego ojca przy takich czynnościach, jak: szycie, przerabianie starych ubrań, cerowanie skarpetek. Znajdował też czas, żeby syna i jego kolegów wprowadzać w dzieje ojczyste, opowiadał im różne zdarzenia z historii Polski, uczył języka niemieckiego. I pływania - bo kochał sport. Niekiedy wędrował z Lolkiem i jego kolegami po górach. A gdy do domu przyjeżdżał Edmund (studiował już wtedy medycynę w Krakowie), dołączał do nich i on. Rozgrywał wtedy mecze piłki nożnej z młodszym bratem, chodził z nim na spacery nad Skawę albo grali razem w ping-ponga.

Emilia cieszyła się, że bracia mają ze sobą tak dobry kontakt. Mimo choroby nie zajmowała ich sobą, nie narzekała, chociaż jej starszy syn, znakomity student medycyny, interesował się zdrowiem matki i angażował w przebieg leczenia. Przeglądał lekarstwa, udzielał porad, konsultował się z lekarzami. Może to dawało jej nadzieję na wyzdrowienie?

Na ile mogła, włączała się w przygotowanie Lolka do Pierwszej Komunii Świętej. To ona uczyła go pierwszych modlitw, tłumaczyła, jak ważna w ludzkim życiu jest wiara. Matczynym okiem Emilia obserwowała religijne zainteresowania syna, widziała, jak bardzo pragnie on zostać ministrantem. Starała się podtrzymywać go w tej decyzji. Ale zarazem nie narzucała swojej wizji. Rozumiała, że to musi być jego wybór. Że każde z dzieci musi przeżyć własne życie według swojego zamysłu, a nie matki. Nawet gdyby miało tego później żałować.

Kiedy jednak dzień Pierwszej Komunii Świętej Lolka zbliżał się, na początku 1929 r., stan zdrowia Emilii pogorszył się już tak bardzo, że nie miała siły zajmować się synem. Nie mówiąc już o komunijnych zakupach dla niego: białej koszuli czy bucikach. Przeżywała to bardzo, niekiedy napomknęła którejś z sąsiadek, że przez chorobę zaniedbuje Lolusia. Ale - jak przy wielu okazjach podkreślały jej sąsiadki z tamtych lat - Emilia, z natury realistka, w każdej sytuacji umiała godzić się z wolą Bożą. Przyjmowała życie takie, jakie jest, bez buntu i złorzeczenia. To najważniejszy motyw wypowiedzi sąsiadek o pani Wojtyłowej.

„Czas ucieka, wieczność czeka”

W sobotę 13 kwietnia 1929 r. temperatura w Wadowicach wynosiła plus piętnaście stopni Celsjusza. Było bardzo ciepło, zważywszy, że w Niemczech odnotowano w tym samym czasie mrozy. Wiał wiatr północno-wschodni. W powietrzu czuć było już wiosnę. Zieleń zwiastowała powolne odradzanie się przyrody do życia, według stałego rytmu natury. Odwiecznego porządku rzeczy. Ale w domu Wojtyłów nikt tego nawet nie zauważył. W salonie, na łóżku, leżała cierpiąca Emilia. Było zimno. W powietrzu czuć było nadchodzący koniec. Bezpowrotne przemijanie życia. A panująca wokoło cisza zwiastowała przygotowanie do drogi. Najdłuższej. Najważniejszej. Na drugą stronę istnienia. Wszystko według stałego rytmu, odwiecznego, naturalnego porządku. Bo jeśli jest życie, to musi być i śmierć. Innej możliwości nie ma.

Przy chorej Emilii od rana czuwał mąż. Patrzył, jak żona słabła z godziny na godzinę. Ale wciąż była przytomna. Poprosiła go, by sprowadził do niej z parafii księdza z Komunią Świętą. Koniecznie chciała też przyjąć sakrament namaszczenia chorych.

Gdy kapłan zjawił się w domu, po odmówieniu modlitwy „Ojcze nasz” namaścił poświęconym olejem dłonie i czoło Emilii, a potem podał jej Komunię Świętą. Leżała zbolała, ale na jej twarzy pojawił się delikatny uśmiech. Jej oczy wyraźnie się ożywiły. Była spokojna, milcząca. Gasła, mając świadomość, że sakrament, który przyjęła, jednoczy z męką Chrystusa i przygotowuje na przejście do wieczności.

Czy bała się śmierci? Zapewne, jak każdy. Może tylko z tą różnicą, że śmierć była nieodłączną towarzyszką życia Emilii, przychodziła po jej bliskich, a teraz upomniała się o nią. Może więc zdążyła się do niej przyzwyczaić?

Ale czy można przywyknąć do śmierci?

Z całą pewnością natomiast, jak opowiadały sąsiadki, Emilia do końca ufała w Boże miłosierdzie i w Bożą opiekę. Nie miała wątpliwości, że „życie tylko zmienia się, ale się nie kończy”. Tyle razy słyszała te słowa na pogrzebach innych ludzi, a teraz odnosiła je do siebie.

I znów, tak jak bywało już w ważnych chwilach, tak teraz, gdy dobiegało końca jej ziemskie życie, patrzyła w okno, na zegar ze znamiennym napisem: „Czas ucieka, wieczność czeka”. Wieczność - stawała się tak bardzo realna. Była niemal na wyciągnięcie ręki.

Co Emilia mówiła przed śmiercią? - tego nie wiadomo. Dobrze, że mąż trwał z nią do samego końca. To on odprowadzał ją w tę najważniejszą podróż. Odchodziła, mając przy sobie kochaną osobę. Według starej tradycji odchodzenia. Nie za szpitalnym parawanem, ale w domu, wśród najbliższych.

Kres ziemskiego życia Emilii nastąpił 13 kwietnia 1929 r. Odeszła cicho, spokojnie, tak jak żyła.

Dlaczego ta śmierć nadeszła akurat teraz? Po co Panu Bogu była potrzebna w Niebie czterdziestopięcioletnia Emilia Wojtyłowa, skoro w domu w Wadowicach został jej dziewięcioletni synek, który tak bardzo potrzebował jeszcze matki?

Wtedy wydawało się to niepojęte. I nielogiczne. Dopiero z perspektywy niemal stu lat, kiedy to osierocone dziecko jest najbardziej znanym świętym na świecie, można dopatrywać się głębszego sensu tej - przedwczesnej niewątpliwie - śmierci. Choć po ludzku wciąż stanowi ona tajemnicę, wpisuje się w Boży plan wobec przyszłego papieża.

Więcej o Emilii Wojtyłowej czytaj w książce, która właśnie ukazała się w księgarniach pt: „Matka Papieża. Poruszająca opowieść o Emilii Wojtyłowej”. Patronat nad publikacją objęła „Niedziela”.

2013-09-30 14:34

Oceń: 0 0

Reklama

Wybrane dla Ciebie

Papież przez pryzmat Wadowic

2020-11-13 10:59

[ TEMATY ]

papież

wystawa

Wadowice

Monika Jaworska

Wystawa na skoczowskim rynku

Wystawa na skoczowskim rynku

W Cieszynie i Skoczowie z okazji 25. rocznicy wizyty św. Jana Pawła II na Kaplicówce oraz 100. rocznicy jego urodzin zorganizowano wystawy poświęcone Papieżowi.

Końcem października na skoczowskim rynku pojawiła się plenerowa wystawa papieska: „Urodziłem się w Wadowicach”, którą będzie można oglądać do 21 listopada.

Ekspozycja, składająca się z kilkunastu plansz, nawiązuje do motywu domu – ukazuje, jak ważny wpływ na życie i świętość Karola Wojtyły miało jego dzieciństwo i wzrastanie w szczęśliwej kochającej rodzinie, żyjącej w poszanowaniu chrześcijańskich wartości, co tym bardziej stało się aktualne w obecnej sytuacji, kiedy cywilizacja śmierci usiłuje zająć miejsce cywilizacji życia. Dobre wychowanie dzieci w domu Wojtyłów miało wpływ na dalsze życie i nauczanie Karola – przyszłego papieża. Na rynku skoczowskim w pobliżu wystawy gromadziła się młodzież w ramach Strajku Kobiet. Treści zawarte na planszach stanowią przeciwwagę dla niewłaściwego, momentami wręcz wulgarnego zachowywania się młodych ze strajku, i pomagają uwrażliwiać na piękno języka i wartość ludzkiego życia oraz wychowania w rodzinie wg wartości.

Drugą ekspozycję pt. „Jan Paweł II – człowiek i kultura” wystawiono w Cieszynie w Muzeum Śląska Cieszyńskiego. Przybliża również osobę Jana Pawła II przez pryzmat Wadowic. Ukazuje różne aspekty życia Papieża i jego zaangażowania na rzecz kultury i edukacji. Przypomina najważniejsze fragmenty przemówienia Papieża w siedzibie UNESCO.

Obie wystawy przygotowało Muzeum Dom Rodzinny Ojca Świętego Jana Pawła II w Wadowicach. Na ziemi cieszyńskiej pojawiły się staraniem Powiatu Cieszyńskiego przy współpracy z Parafialnym Muzeum św. Jana Sarkandra w Skoczowie i Muzeum Śląska Cieszyńskiego. Wystawom patronuje „Niedziela”.

O wystawach piszemy również w najnowszej Niedzieli na Podbeskidziu nr 46 na 15 listopada.

CZYTAJ DALEJ

Symbole i zwyczaje Adwentu

Niedziela podlaska 49/2002

[ TEMATY ]

adwent

Bożena Sztajner

Bóg w swojej wielkiej miłości do człowieka dał swego Jednorodzonego Syna, który przyszedł na świat by dokonać dzieła odkupienia ludzi. Jednak tę łaskę każdy z nas musi osobiście przyjąć. Zadaniem Kościoła jest przygotowanie ludzi na godne przyjęcie Chrystusa. Kościół czyni to, między innymi, poprzez ustanowienie roku liturgicznego. Adwent rozpoczyna nowy rok kościelny. Jest on pełnym tęsknoty oczekiwaniem na Boże Narodzenie, na przyjście Chrystusa. Adwent to okres oczyszczenia naszych serc i pogłębienia miłości i wdzięczności względem Pana Boga i Matki Najświętszej.

Wieniec adwentowy

W niektórych regionach naszego kraju przyjął się zwyczaj święcenia wieńca adwentowego. Wykonywany on jest z gałązek iglastych, ze świerku lub sosny. Następnie umieszczone są w nim cztery świece, które przypominają cztery niedziele adwentowe. Świece zapalane są podczas wspólnej modlitwy, Adwentowych spotkań lub posiłków. W pierwszym tygodniu adwentu zapala się jedną świecę, w drugim dwie, w trzecim trzy, a w czwartym wszystkie cztery. Wieniec wyobraża jedność rodziny, która duchowo przygotowuje się na przeżycie świąt Bożego Narodzenia.

Świeca roratnia

Świeca jest symbolem chrześcijanina. Wosk wyobraża ciało, knot - duszę, a płomień - światło Ducha Świętego płonące w duszy człowieka.
Świeca roratnia jest dodatkową świecą, którą zapalamy podczas Rorat. Jest ona symbolem Najświętszej Maryi Panny, która niesie ludziom Chrystusa - Światłość prawdziwą. W kościołach umieszcza się ją na prezbiterium obok ołtarza lub przy ołtarzu Matki Bożej. Biała lub niebieska kokarda, którą jest przepasana roratka mówi o niepokalanym poczęciu Najświętszej Maryi Panny. Zielona gałązka przypomina proroctwo: "Wyrośnie różdżka z pnia Jessego, wypuści się odrośl z jego korzeni. I spocznie na niej Duch Pański..." (Iz 11, 1-2). Ta starotestamentalna przepowiednia mówi o Maryi, na którą zstąpił Duch Święty i ukształtował w Niej ciało Jezusa Chrystusa. Jesse był ojcem Dawida, a z tego rodu pochodziła Matka Boża.

Roraty

W Adwencie Kościół czci Maryję poprzez Mszę św. zwaną Roratami. Nazwa ta pochodzi od pierwszych słów pieśni na wejście: Rorate coeli, desuper... (Niebiosa spuśćcie rosę...). Rosa z nieba wyobraża łaskę, którą przyniósł Zbawiciel. Jak niemożliwe jest życie na ziemi bez wody, tak niemożliwe jest życie i rozwój duchowy bez łaski. Msza św. roratnia odprawiana jest przed świtem jako znak, że na świecie panowały ciemności grzechu, zanim przyszedł Chrystus - Światłość prawdziwa. Na Roraty niektórzy przychodzą ze świecami, dzieci robią specjalne lampiony, by zaświecić je podczas Mszy św. i wędrować z tym światłem do domów.
Według podania zwyczaj odprawiania Rorat wprowadziła św. Kinga, żona Bolesława Wstydliwego. Stały się one jednym z bardziej ulubionych nabożeństw Polaków. Stare kroniki mówią, że w Katedrze na Wawelu, a później w Warszawie przed rozpoczęciem Mszy św. do ołtarza podchodził król. Niósł on pięknie ozdobioną świecę i umieszczał ją na lichtarzu, który stał pośrodku ołtarza Matki Bożej. Po nim przynosili świece przedstawiciele wszystkich stanów i zapalając je mówili: "Gotów jestem na sąd Boży". W ten sposób wyrażali oni swoją gotowość i oczekiwanie na przyjście Pana.

Adwentowe zwyczaje

Z czasem Adwentu wiąże się szereg zwyczajów. W lubelskiem, na Mazowszu i Podlasiu praktykuje się po wsiach grę na ligawkach smętnych melodii przed wschodem słońca. Ten zwyczaj gry na ligawkach związany jest z Roratami. Gra przypomina ludziom koniec świata, obwieszcza rychłe przyjście Syna Bożego i głos trąby św. Michała na Sąd Pański. Zwyczaj gry na ligawkach jest dość rozpowszechniony na terenach nadbużańskim. W niektórych regionach grano na tym instrumencie przez cały Adwent, co też niektórzy nazywali "otrembywaniem Adwentu". Gdy instrument ten stawiano nad rzeką, stawem, lub przy studni, wówczas była najlepsza słyszalność.
Ponad dwudziestoletnią tradycję mają Konkursy Gry na Instrumentach Pasterskich (w tym także na ligawkach) organizowane w pierwszą niedzielę Adwentu w Muzeum Rolnictwa im. ks. Krzysztofa Kluka w Ciechanowcu. W tym roku miała miejsce już XXII edycja tego konkursu.

CZYTAJ DALEJ

Niedzielski: o tym, którą szczepionkę otrzyma pacjent, będzie decydował lekarz

2020-11-24 20:57

[ TEMATY ]

szczepionka

Adam Niedzielski

PAP

Stosujemy kryterium bezpieczeństwa pacjenta. Żadna szczepionka, która nie będzie miała zatwierdzenia przez Europejską Agencję nie będzie w ogóle kupiona.

Natomiast, którą szczepionkę pacjent otrzyma, będzie decydował lekarz - powiedział we wtorek minister zdrowia Adam Niedzielski.

Wyjaśnił, że "każda ze szczepionek będzie miała troszeczkę inne wskazania dotyczące np. grupy wiekowej czy osób ze schorzeniami współistniejącymi".

Na antenie szef resortu zdrowia pytany był o notowany w ostatnich dniach spadek przypadków zakażeń. "Dziś liczba spadła do 10 tys. - to poziom niespotykany od dłuższego czasu" - przyznał minister Niedzielski.

Wyjaśnił, że ministerstwo przeszło na nowy system sprawozdawczy, który jest systemem sprawniejszym, bo podaje dane, które są wpisywane bezpośrednio przez laboratoria. Tymczasem wcześniej bazowaliśmy na systemie sprawozdawczym z sanepidu, czyli raportowaliśmy te wyniki, które z laboratoriów trafiły do sanepidów, a wiadomo, że jest opóźnienie w przepływie tej informacji, bo tam też są kwarantanny, tam też pracownicy chorowali" - powiedział Adam Niedzielski.

"Być może obecna redukcja liczby zachorowań wynika z tego, że przeskoczyliśmy pewien etap opóźnienia w sprawozdawczości informacyjnej. Ta, którą dziś pokazujemy, jest bliższa rzeczywistemu stanowi epidemii" - ocenił szef resortu zdrowia. Dodał, że opóźnienia mogły liczyć nawet kilka dni.

Minister zdrowia zwrócił uwagę, że w Polsce ilość badań świadczy o skali zachorowań. "Głównym elementem badania są zlecenia z POZ. Jeśli one maleją, to znaczy, że mniej pacjentów zgłasza się z objawami koronawirusa. W związku z tym, lekarze w ramach wywiadu epidemicznego, czy diagnozowania pacjenta - po prostu zlecają mniej zleceń na badania" - powiedział Niedzielski.

Pytany o wciąż wysoką śmiertelność, szef resortu zdrowia powiedział, że "podawane liczby są najbardziej zbliżone do rzeczywistości. Tu nie ma przestrzeni do jakiegokolwiek zniekształcenia systemem sprawozdawczym" - oświadczył minister. Wyjaśnił, że liczba zgonów odzwierciedla falę zachorowań sprzed dwóch tygodni, kiedy notowaliśmy ok. 25 tys. zachorowań. "Najpierw są zachorowania, później hospitalizacje, następnie intensywna terapia i w końcu może się pojawić problem zgonów" - powiedział Niedzielski.

Zwrócił również uwagę, że pacjenci zbyt późno zgłaszają się do lekarza, a wówczas dużo trudniej jest im efektywnie pomóc. "Często podanie osocza czy remdesiviru nie pomaga i pozostaje już tylko respirator i intensywna terapia" - zauważył minister.

Wspomniał jednocześnie o programie związanym z pulsoksymetrami. "Obecnie podłączonych pod nich jest ok. 400 osób. Żeby w odpowiednim momencie zawiadomić zespół ratownictwa medycznego i przekazać pacjenta do szpitala, zostało powołane specjalne centrum monitoringu" - powiedział Niedzielski.

Zapowiedział, że na początku przyszłego roku zaczną napływać szczepionki i rozpocznie się masowa akcja szczepień. "Kulminacja nastąpi pewnie w lutym-marcu, kiedy to szczepienie będzie powszechne wykonywane w społeczeństwie" - powiedział minister.

Zapytany, czy obywatele będą mogli sami wybrać sobie jedną z kilku szczepionek na koronawirusa, które pojawią się na rynku, szef resortu zdrowia odpowiedział, że decyzja będzie zależała od lekarza. "Stosujemy kryterium bezpieczeństwa pacjenta. Żadna szczepionka, która nie będzie miała zatwierdzenia przez Europejską Agencję nie będzie w ogóle kupiona. To jest warunek całej transakcji" - powiedział Niedzielski.

Podkreślił, że "każda szczepionka będzie gwarantowała ten sam poziom bezpieczeństwa". "Każda musi przejść te same fazy badań klinicznych, te same zapewnienia, muszą być przedstawione obiektywne wyniki badań poszczególnych faz, musi być również odpowiedni poziom populacji, testowany tą szczepionką" - wyjaśnił minister.

Powiedział, że to, czy ktoś otrzyma szczepionkę opartą na tradycyjnych technologiach czy nowoczesnych "będzie zależało w pierwszej kolejności od lekarza, który będzie decydował". "Każda ze szczepionek będzie miała troszeczkę inne wskazania dotyczące np. grupy wiekowej, osób ze schorzeniami współistniejącymi, bo w jednym przypadku dane choroby mogą być przeciwskazaniem, a w innym nie muszą" - wyjaśnił Niedzielski.(PAP)

Autor: Magdalena Gronek

mgw/ mhr/

CZYTAJ DALEJ
Przejdź teraz
REKLAMA: Artykuł wyświetli się za 15 sekund

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję