Reklama

Niedziela Sosnowiecka

Kalwaryjscy pielgrzymi na szlaku

Wrześniowe pielgrzymowanie parafii dekanatu olkuskiego do sanktuarium pasyjno-maryjnego w Kalwarii Zebrzydowskiej ma już 12-letnią tradycję. W tym roku w pielgrzymce uczestniczyło ok. 2 tys. osób. Do olkuskich pątników przyłączyli się parafianie wraz ze swoimi kapłanami z Dąbrowy Górniczej Strzemieszyc oraz Łaz. Pielgrzymkę rozpoczęła uroczysta Eucharystia pod przewodnictwem i z homilią Pasterza diecezji sosnowieckiej, biskupa Grzegorza Kaszaka

W homilii biskup Grzegorz Kaszak przypomniał, że Kalwaria Zebrzydowskiej jest szczególnym miejscem obecności Pani Przenajświętszej. - To miejsce jest dla nas znakiem, że Maryja chce być z nami i nas nie opuszcza w różnych sytuacjach naszego życia. Zarówno w tych bardzo trudnych, przykrych, gdy jest nam bardzo ciężko, a także i wtedy, gdy się cieszymy, radujemy. Ona jest po to, aby nas bronić i chronić przed licznymi niebezpieczeństwami, które nam grożą. Ale czy my Ją za to kochamy? Czy my naśladujemy Maryję po to, aby życie naszych rodzin, życie naszego narodu, życie całego świata było lepsze? - mówił Ksiądz Biskup.

- Kalwaryjskie dróżki są doskonałym miejscem zarówno na kontemplację i rozważania o tajemnicy Jezusa Chrystusie, jak i sposobnością do przemyśleń o codziennej świętości życia Maryi. - Życzę wam kochani pielgrzymi, aby ten pobyt tutaj - u Pani Przenajświętszej - był okazją także do tego, abyście zastanowili się nad waszym życiem - podkreślił Kaznodzieja. Biskup Grzegorz Kaszak podziękował pomysłodawcy i głównemu organizatorowi pielgrzymki dekanalnej, ks. prał. Henrykowi Januchcie oraz wszystkim kapłanom za wysiłek organizacyjny związany z przygotowaniem pątniczego szlaku oraz duchowe wsparcie pątników.

Utrudzeni, lecz szczęśliwi

Po Eucharystii i modlitwie przed cudownym obrazem Matki Bożej Kalwaryjskiej, pielgrzymi z błogosławieństwem Księdza Biskupa wyruszyli na kalwaryjskie dróżki, zatrzymując się przy każdej stacji na refleksji i rozważaniach. Przewodnikiem po maryjnych dróżkach był także Stanisław Klich, na co dzień kościelny w parafii pw. św. Maksymiliana Marii Kolbego w Olkuszu, który corocznie podczas Misterium Paschalnego wciela się w postać Bartłomieja Apostoła.

Reklama

Utrudzeni, zmęczeni, a jednocześnie szczęśliwi pielgrzymi po ponad pięciogodzinnej modlitewnej wędrówce wrócili na plac Rajski przed bazyliką. To tutaj po błogosławieństwie udzielonym przez ks. Henryka Chmiełę, proboszcza parafii pw. św. Maksymiliana w Olkuszu, oficjalnie zakończyła się 12. pielgrzymka dekanatu olkuskiego do Kalwarii Zebrzydowskiej.

Fenomen czeladzkiego pielgrzymowania

Przypomnijmy, że w sierpniu każdego roku na kilkudniową pielgrzymkę do bazyliki i klasztoru w Kalwarii Zebrzydowskiej wyruszają czeladzianie. - Fenomen tej pielgrzymki tkwi w ponad 150-letniej tradycji pielgrzymowania do tego świętego miejsca. Wiadomo także, że jest to jedna z najstarszych grup pielgrzymkowych udających się każdego roku w tym czasie do klasztoru Ojców Bernardynów - zaznacza proboszcz parafii pw. św. Stanisława Biskupa i Męczennika w Czeladzi, ks. kan. Jarosław Wolski. Historyczne wzmianki mówią o tym, że pielgrzymowanie czeladzian do Kalwarii Zebrzydowskiej rozpoczęło się już w 1850 r. Ówcześni pątnicy mieli olbrzymie trudności w organizowaniu pielgrzymek. Czeladź była wówczas pod zaborem rosyjskim, a Kalwaria Zebrzydowska leżała w Galicji. Jednak i w tej sytuacji potrafili stworzyć liczne kompanie pielgrzymkowe, których tradycja przetrwała do czasów współczesnych.

Za co lubimy Kalwarię?

Ojciec Święty Jan Paweł II przy różnych okazjach podkreślał swoje związki z sanktuarium pasyjno-maryjnym w Kalwarii Zebrzydowskiej, do którego pielgrzymował od dzieciństwa. W wystąpieniu do wiernych 20 sierpnia 1972 r. mówił: „Dlaczego my tak na tę Kalwarię wszyscy chętnie podążamy? I starzy i młodzi, i kapłani, i siostry zakonne, i cały lud Boży? Moi drodzy, odpowiedź na to jest prosta: pociąga nas tutaj Matka Boża. Ale odpowiedź na to jest zarazem i głęboka. Co nam się tutaj, na tej Kalwarii, odsłania? Co tu widzimy? - Widzimy, jak Matka Boża podąża za Chrystusem: taka jest treść Kalwarii - to jest jej treść szczególna. Są różne sanktuaria maryjne na całym świecie i na ziemi polskiej, ale w Kalwarii to nam się w szczególny sposób odsłania: jak Matka Boża podąża za Chrystusem. (...) Tutaj przełamujemy nieraz różnorodne przeszkody - wewnętrzne i zewnętrzne; tutaj odnajdujemy siebie w tym stanie, w którym chce nas mieć nasz Ojciec, to znaczy w stanie dzieci Boga, braci Chrystusa. A macierzyństwo Maryi bardzo nam w tym dopomaga”.

2013-10-02 09:18

Oceń: 0 0

Reklama

Wybrane dla Ciebie

Z Jasnej Góry

2020-06-03 08:44

Niedziela Ogólnopolska 23/2020, str. 9

[ TEMATY ]

pielgrzymka

debata jasnogórska

Nocne kołatanie

Krzysztof Świertok/BPJG

Pielgrzymka wdzięczności

Prezydent RP Andrzej Duda gościł w niedzielę, 24 maja br., na Jasnej Górze. Pan prezydent uczestniczył we Mszy św. w ramach 96. Ogólnopolskiej Pielgrzymki Służby Zdrowia. Przez swoją wizytę chciał wyrazić wdzięczność wszystkim pracownikom służby zdrowia za ich codzienną walkę z epidemią. Tego dnia przypadała 5. rocznica wyboru Andrzeja Dudy na urząd prezydenta RP, stąd wizycie towarzyszyły również intencje dziękczynne.

CZYTAJ DALEJ

USA: uczestnicy protestów zdewastowali nowojorską katedrę św. Patryka

2020-06-01 09:27

[ TEMATY ]

USA

Ks. Cezary Chwilczyński

Uczestnicy protestów, które wybuchły w USA po śmierci Afroamerykanina George’a Floyda, zbezcześcili katedrą św. Patryka na nowojorskim Manhattanie. Na ścianach i schodach tej jednej z najbardziej znanych świątyń amerykańskich wypisali sprayem wulgarne oraz wzywające do walki z rasizmem napisy.

Na jednej ze ścian katedry przy 51. Ulicy w Nowym Jorku czerwonymi wypisano czerwoną farbą wulgarne słowo, a obok wandale umieścili napis "BLM", odwołujący się do międzynarodowego ruchu „Black Lives Matter”, którego główną ideą jest przeciwstawianie się przemocy i niesprawiedliwości wobec społeczności Afroamerykanów. Na czarno wypisano też: „Bez sprawiedliwości nie ma pokoju”.

Gwałtowne protesty, podczas których doszło do starć z policją, podpaleń, rabunków, a także ataków na broniących swej własności ludzi i przypadkowych przechodniów, zdarzyły się w ciągu ostatnich kilku dni w 40 miastach USA. Powodem była śmierć 46-letniego czarnoskórego George’a Floyda, który zmarł 25 maja na skutek brutalnej interwencji policji w Minneapolis. Cały świat mógł zobaczyć w mediach zarejestrowaną na wideo scenę, gdy biały policjant przez kilka minut przyciska kolanem gardło zatrzymanego mężczyzny.

CZYTAJ DALEJ

Kard. Nycz z okazji 10-lecia beatyfikacji ks. Popiełuszki: Świat potrzebuje mocnych świadków wiary

2020-06-03 11:42

[ TEMATY ]

bł. Jerzy Popiełuszko

kard. Kaziemierz Nycz

bł. ks. Jerzy Popiełuszko

kard. Nycz

Archiwum

- Wbrew wszystkiemu, co możemy powiedzieć o współczesnym świecie czy o dzisiejszym człowieku, widoczne jest zapotrzebowanie na wyraźnych, mocnych świadków Ewangelii. A do takich należą męczennicy – mówi kard. Kazimierz Nycz w rozmowie z KAI z okazji 10-lecia beatyfikacji ks. Popiełuszki. Metropolita warszawski dodaje, że „ks. Popiełuszko pokazywał, że prawdę należy głosić zawsze z miłością. W jego słowach nie było nic, co by się kłóciło z zasadą miłości. I w tym była jego moc”.

Marcin Przeciszewski, KAI: W sobotę 6 czerwca minie 10 lat od beatyfikacji ks. Jerzego Popiełuszki na Placu Piłsudskiego w Warszawie. Jak Ksiądz Kardynał wspomina ten czas?

Kard. Kazimierz Nycz: Kilkanaście miesięcy przedtem zakończył się proces beatyfikacyjny księdza Jerzego. A skoro nie wymagał on cudu, to został sfinalizowany w momencie, kiedy zostało uznane jego męczeństwo. Przygotowania do beatyfikacji w Warszawie nie nastręczały wielkich trudności. Popularność ks. Jerzego Popiełuszki była ogromna - co było widać chociażby po ilości pielgrzymów przybywających do grobu męczennika w żoliborskim sanktuarium. Wiedziałem, że będą obecni na beatyfikacji ludzie z całej Polski, ci którzy przez prawie 30 lat przyjeżdżali do jego grobu. I tak się stało.

Mam w pamięci też inny kontekst tej beatyfikacji. Kilka miesięcy wcześniej 10 kwietnia 2010 r. miała miejsce katastrofa smoleńska. Plac Piłsudskiego, gdzie odbywały się uroczystości beatyfikacyjne ks. Jerzego, był tym samym miejscem, gdzie niewiele wcześniej sprawowana była Msza św. przy 96 trumnach ofiar smoleńskich. Tworzyło to szczególną atmosferę, która nadała większą głębię i powagę beatyfikacji męczennika. Owocem beatyfikacji, tak silnie przeżytej przez wiernych ze wszystkich stron Polski był rosnący kult nowego męczennika – w bardzo wielu miejscach, także za granicą.

Dziesięciolecie tej beatyfikacji, 6 czerwca obchodzimy też w szczególnym kontekście, jakim jest obecna epidemia. Nie są to oczywiście wydarzenia porównywalne. Ale z racji cierpienia i narastającego niepokoju, jesteśmy w momencie, który w jakimś sensie jest porównywalny z tamtym czasem.

Ważnym akcentem, który miał nastąpić dokładnie w 10-rocznicę beatyfikacji ks. Jerzego, jest beatyfikacja kard. Stefana Wyszyńskiego. Niestety jednak okazało się to niemożliwe.

KAI: Jednym ze współczesnych fenomenów – o którym Ksiądz Kardynał zresztą już wspomniał - jest kult bł. Jerzego Popiełuszki. Kult ten wciąż się rozwija i to nie tylko w Polsce. Jego relikwie wystawione są w 990 kościołach w Polsce oraz 448 za granicą - w 61 krajach świata. Od chwili beatyfikacji ks. Jerzego do żoliborskiego sanktuarium wpłynęło ok. 100 świadectw szczególnych łask doznanych za jego pośrednictwem. Jak można zinterpretować ten fenomen?

- Wbrew wszystkiemu, co możemy powiedzieć o współczesnym świecie czy o dzisiejszym człowieku, widoczne jest zapotrzebowanie na wyraźnych, mocnych świadków Ewangelii. A do takich należą męczennicy. Takim świadkiem wiary był też ks. Jerzy Popiełuszko, ze względu na to wszystko, co czynił, zwłaszcza w ostatnich pięciu latach życia. Zbiegły się one z okresem „Solidarności”, a jeszcze bardziej z okresem stanu wojennego.

Dzięki temu ks. Popiełuszko stał się człowiekiem znanym w Polsce i na świecie jako kapelan robotników i „Solidarności”, zwłaszcza w okresie prześladowań w stanie wojennym. Zresztą „Solidarność” uważa go za swego patrona. Wtedy gromadził robotników a także inne grupy społeczne i środowiska wokół Mszy za Ojczyznę, odprawianych w kościele św. Stanisława Kostki na Żoliborzu. I to spowodowało decyzję SB, która zakończyła się śmiercią męczeńską. Ks. Jerzy został zamordowany, gdyż komuniści chcieli się pozbyć tego świadka, chcieli pozbyć się księdza, który był niewygodny. Zbrodnia ta przed społeczeństwem była powoli odsłaniana przez komunę, na tyle ile ludziom udało się tę prawdę wydrzeć władzy. Początkowo wszystko chciano ukryć i zatrzeć ślady.

KAI: Dlaczego komuniści tak się go bali?

- Bali się go nie tylko dlatego, że był związany z „Solidarnością” czy mówił krytyczne wobec władzy kazania, bo takich księży było wielu. Ale zamordowano go dlatego, że mówił w taki właśnie sposób, będąc dla wszystkich świadkiem i wiary i świadkiem prawdy. U ludzi było wielkie zapotrzebowanie na takie świadectwo, będące wyznaniem wiary, ale i obroną godności człowieka. A prawda, która „w oczy kole” była dla władzy bardzo niewygodna. I to stało się głównym powodem męczeństwa.

Można zadać pytanie, co było niezwykłego w nauczaniu ks. Popiełuszki, że spotykało się ono z takim odzewem? Właściwie niewiele mówił od siebie, propagował nauczanie Jana Pawła II i kard. Stefana Wyszyńskiego. Aplikował to, co mówili ci dwaj wielcy Polacy XX wieku. Świadectwo ks. Jerzego realizowało się w wielu wymiarach: w obronie godności człowieka i ludzi, z którymi się spotykał, w przeciwstawianiu się wszelkiemu rodzajowi zemsty i – co najważniejsze – w praktycznym wcielaniu w życie ewangelicznej zasady: "Nie daj się zwyciężyć złu, zło dobrem zwyciężaj! Ks. Popiełuszko pokazywał, że prawdę należy głosić zawsze z miłością. W jego słowach nie było nic, co by się kłóciło z zasadą miłości. I w tym była jego moc.

Było to świadectwo, które stopniowo narastało, a jego zwieńczeniem było oddanie życia. A wszystko, co jest radykalnym świadectwem chrześcijańskim, ma charakter uniwersalny i może służyć za przykład do naśladowania, także w odmiennych warunkach, jakie mamy dziś.

KAI: A jakie było osobiste doświadczenie Księdza Kardynała, jeśli chodzi o kontakty z ks. Popiełuszką?

- Bezpośrednio słyszałem go tylko raz. Było to w Krakowie Mistrzejowicach, w parafii św. Maksymiliana, kiedy został tam zaproszony przez słynnego ks. Kazimierza Jancarza. Jako młody ksiądz miałem tam wykłady z katechetyki i zostałem na Mszę św., podczas której ks. Popiełuszko miał mówić kazanie. Pierwsza rzecz jaka mnie zaskoczyła - a było tam kilkudziesięciu księży w koncelebrze - to trudność jaką miałem, by dojrzeć w wśród nich naszego gościa. Szukałem oczyma ks. Jerzego, którego znałem już z Wolnej Europy, a wyobrażałem go sobie jako jakiegoś mocarza. Tymczasem zobaczyłem prostego, szczuplutkiego księdza, urzekającego swą nieśmiałością. Mogłoby się wydawać, że to nie ten Popiełuszko, którego komuniści uważali za niebezpiecznego wroga ustroju, który tak ostro atakuje ich z ambony. A tymczasem jego kazanie było bardzo proste, nadzwyczaj spokojne, składające się właściwie z mądrze dobranych cytatów z kard. Wyszyńskiego i Jana Pawła II oraz cytatów z dokumentów społecznych Kościoła. Zdumiewające było, jak bardzo ludzie pragnęli takiego właśnie prostego, stonowanego słowa, które ukazywało samą istotę Ewangelii.

Dlatego później, w procesie beatyfikacyjnym, nie było jakiegoś większego problemu z udowodnieniem, że było to męczeństwo za wiarę, męczeństwo w obronie godności człowieka, męczeństwo w imię prawdy, którą głosił, a nie zabójstwo z powodów politycznych, którego nie należy kwalifikować jako „męczeństwo za wiarę”.

KAI: Aczkolwiek wiemy, że w Kongregacji ds. Kanonizacyjnych były dyskusje na ten temat…

- Owszem, dyskusja była z dwóch powodów. Niektórzy chcieli z niego zrobić działacza politycznego czy wręcz rewolucjonistę, który poniósł śmierć w imię walki. Ale to zupełnie do ks. Jerzego nie pasowało. Argumenty te szybko zostały oddalone.

KAI: W 10. rocznicę beatyfikacji warto zadać pytanie, czego dziś patronem winien być ks. Jerzy Popiełuszko. Czy możemy go nazwać „Patronem polskiej wolności”, o którą się upominał, w której odzyskanie tak się angażował?

- Na pewno jest patronem polskiej wolności, ale powinniśmy unikać pewnych uproszczeń. Nie umniejszając w niczym jego zasług, trzeba przypomnieć, że takich ludzi, którzy cierpieli czy nawet oddali życie dla odzyskania wolności w Polsce i w Europie środkowo-wschodniej, było wielu. Dlatego, kiedy w Muzeum Jana Pawła II i kard. Wyszyńskiego odsłanialiśmy niedawno mały fragment Muru Berlińskiego, to podkreśliłem, że ten mur stał się pewnym symbolem kończącym proces, który się rozpoczął znacznie wcześniej, a uczestniczyło w nim bardzo wielu ludzi. Wśród nich kard. Stefan Wyszyński, Jan Paweł II, wielu zamęczonych kapłanów i świeckich – nie tylko z Polski ale całego naszego regionu Europy. W procesie, który doprowadził do odzyskania wolności uczestniczył także prezydent Ronald Reagan i na swój sposób nawet Michaił Gorbaczow. Ten ostatni w tym kontekście został wymieniony przez Benedykta XVI w jego liście na 100-lecie urodzin św. Jana Pawła II. W tym szeregu trzeba dojrzeć także bardzo wielu polskich duchownych, a wśród nich najbardziej znanym był ks. Jerzy Popiełuszko. I jeśli spojrzymy na niego w tym szerokim kontekście, to na pewno możemy go nazwać jednym z patronów naszej wolności.

KAI: Ks. Kardynał powiedział kiedyś, że „męczennicy są Kościołowi potrzebni, gdyż są świadkami, że miłość jest mocniejsza niż nienawiść. Bardzo nam tego dzisiaj potrzeba: w relacjach z ludźmi, ale także w wymiarze społecznym i narodowym”. Proszę o komentarz do tych słów, w kontekście dzisiejszej Polski. Jak dziś winniśmy budować tę „solidarność”, za którą oddał życie ks. Jerzy?

- Były takie próby, żeby oficjalnie ogłosić ks. Popiełuszkę patronem NSZZ „Solidarność”. Jestem przekonany, że jest on patronem uniwersalnym, dla nas wszystkich, trudno więc by był patronem jakiegoś partykularnego środowiska. Ks. Jerzy miał w sobie zdolność łączenia ludzi i łączenia różnych środowisk. Powinien być patronem tej solidarności przez małe „s”. Solidarności, tak jak ją definiował Jan Paweł II, przypominając, że „nie może być walka silniejsza od solidarności” oraz wyjaśniając, że „solidarność — to znaczy: jeden i drugi, a skoro brzemię, to brzemię niesione razem, we wspólnocie”. Mówił o tym w Gdańsku na Zaspie podczas pielgrzymki z 1987 r.

Tej solidarności przez małe „s” bardzo potrzebujemy dziś w Polsce. I to nie tylko w czasie pandemii, choć pandemia pewne rzeczy odsłoniła. Odsłoniła potrzebę solidarności międzysąsiedzkiej, solidarności z górnikami, czy między ludźmi a lekarzami, której czasem brakuje. Potrzeba solidarności w rodzinach, gdyż wspólne przebywanie przez 3 miesiące, z dziećmi czy z osobami starszymi od rana do wieczora, nie zawsze było łatwe i pokazało często jak płytkie są nasze międzyludzkie relacje.

KAI: Jedną z najbardziej charakterystycznych cech ks. Jerzego była odwaga. Dziś totalitaryzmu już nie ma. Jak ta cnota winna być realizowana dziś, w przestrzeni społeczeństwa demokratycznego i pluralistycznego?

- Z pewnością ks. Jerzy jest patronem głoszenia i bronienia trudnej prawdy. Choć dziś nie trzeba oddawać życia, to głoszenie prawdy, wciąż wymaga dużej odwagi. Ludziom często brakuje odwagi, by nie ulec żadnej poprawności: kulturowej, politycznej czy środowiskowej. Odwagi potrzeba by powiedzieć to, co się powinno powiedzieć w zgodzie z sumieniem. A dotyczy to każdego człowieka, nas wszystkich, a też i Kościoła.

KAI: Tajemnicą życia tego kapłana była rzadka u duchownych otwartość na ludzi zagubionych, poszukujących czy niewierzących. Oni wszyscy do niego lgnęli, a podejmując z nim współpracę, nierzadko się nawracali. Czy można o ks. Jerzym mówić jako o prekursorze nowej ewangelizacji?

- Jeśli ludzie dostrzegą w kapłanie mądre otwarcie na to, co Pan Jezus mówi w słowach: „Posyłam Was, idźcie więc i nauczajcie wszystkie narody!”, które się powtarza przy każdych święceniach kapłańskich, jeśli ludzie odkryją to otwarcie i dobroć księdza, to będą do niego przychodzić.

Kiedy zobaczą kapłana, który nie zaczyna on od etykietowania kogokolwiek czy od dzielenia na dobrych i złych, tylko każdego jest gotów wysłuchać i pomóc, to będzie się on cieszyć szacunkiem. I bł. ks. Popiełuszko był takim właśnie księdzem. Można o nim powiedzieć, że swą postawą, swoim sposobem działania, jakby trochę wyprzedzał papieża Franciszka.

KAI: Widać to było wyraźnie, że wokół kościoła św. Stanisława gromadzili się ludzie dosłownie ze wszystkich środowisk, a nie tylko robotnicy czy działacze podziemnej Solidarności.

- Tak, w tym miejscu ks. Popiełuszko doskonale się odnalazł. Jako duszpasterz robotników i warszawskiej inteligencji skupionej wokół kościoła św. Stanisława Kostki na Żoliborzu okazał się osobowością tak niezwykłą, że wkrótce stał się żywym znakiem nadziei dla milionów, spragnionych wówczas prawdy, wolności, moralnej jasności oraz zwyczajnego szacunku dla człowieka.

KAI: Kapłani czy kurialiści często nie cenili go, uważali, że wcale nie jest wybitny a robi z siebie gwiazdę, itd.

- To jest obecne w każdym środowisku, kapłańskim może też. Wchodzi tu w grę zazdrość, niechęć dlatego, że ktoś jest popularny. W takiej sytuacji łatwo jest wylać przysłowiowe „dziecko z kąpielą”. Jego życie w diecezji, we własnym kapłańskim środowisku, bynajmniej nie było usłane różami.

KAI: A jak Ksiądz Kardynał postrzega postawę kard. Józefa Glempa wobec ks. Jerzego?

- Miałem dziesiątki rozmów z Księdzem Prymasem o ks. Jerzym, zarówno przed, w trakcie jak i po beatyfikacji. Podziwiałem Prymasa za to, że jego pogląd na ks. Popiełuszkę ewoluował. Początkowo mocno ulegał jego krytykom, obecnym z Kurii, ale to się zmieniło. Nie mam żadnych wątpliwości, że kard. Glemp faktycznie chciał go chronić, a próba posłania ks. Jerzego na studia do Rzymu nie była próbą pozbycia się problemu. Bo rzeczywiście ks. Jerzy stwarzał – jeśli tak można powiedzieć - problemy, które rzutowały na rozmowy z ówczesnymi władzami. Ale ze strony kard. Glempa nie był to motyw, by się go pozbyć i zmusić do wyjazdu za granicę. Prymas doceniał to, co ks. Jerzy robił i starał się go w tym wspierać, jednocześnie zdając sobie sprawę z grożącego mu niebezpieczeństwa. Opowiadam się za tezą, że Prymas chciał go bronić, proponując wyjazd na studia. Tak się czasem robi, dla czyjegoś dobra. A faktycznie śmierć mu groziła. A był to casus niektórych świeckich, którzy ginęli w niewyjaśnionych okolicznościach, czy innych kapłanów, którzy zostali w tych latach zamordowani. Nie były to żarty, ale poważne zagrożenie, które prymas Glemp doskonale wyczuwał. Chciał więc coś zrobić, żeby go ochronić.

Ale nie było to proste, gdyż ks. Jerzy zdecydowany by iść na całość i nie myślał zrezygnować. Stanowczo więc odmówił wyjazdu. Podobną determinację ks. Jerzy wykazywał nie tylko w tym przypadku. Nie posłuchał nawet w przeddzień wyjazdu do Bydgoszczy, który zakończył się porwaniem, kiedy przyjaciele ostrzegali go przez niebezpieczeństwem. Przez całe lata ta cała sprawa dla prymasa Glempa była bolesna i wracał do niej. Mówił o tym już na pogrzebie ks. Jerzego. O swoich wyrzutach sumienia w związku z tym , że nie udało się uratować ks. Jerzego mówił w trakcie słynnego rachunku sumienia, jakiego dokonał na Placu teatralnym w Warszawie w 2000 r. Mówił też o tym wypowiadając się do filmu o Księdzu Jerzym.

KAI: A co z procesem kanonizacyjnym ks. Jerzego Popiełuszki, który rozpoczął się w 2013 r. we Francji w oparciu o domniemany cud? W 2015 roku zakończył się etap diecezjalny w diecezji Créteil, a sprawa została przekazana do Kongregacji. Co się z nią tam dzieje? W jaki sposób Archidiecezja Warszawska uczestniczy w jego przebiegu?

- Proces diecezjalny rzeczywiście zakończył się we Francji i dotyczył osoby z chorobą nowotworową, rzekomo uzdrowionej w 2013 r. za wstawiennictwem błogosławionego Jerzego. Materiały procesu zostały posłane do rzymskiej Kongregacji Spraw Kanonizacyjnych. Tam lekarze powołani przez Kongregację oceniają wstępnie wartość przedstawionego materiału diecezjalnego. Po pozytywnej ocenie rusza proces cudu. Problem w tym, że na styku pięciu lat zmarł mężczyzna, którego dotyczył proces. I tu jest problem. A skoro uzdrowienie dotyczyło choroby nowotworowej, to w takich wypadkach żelazną regułą Stolicy Apostolskiej jest karencja trwająca co najmniej pięć lat i dopiero po jej upływie można mówić o pewnym, a nie domniemanym uzdrowieniu. Zostawiam to Panu Bogu i samemu błogosławionemu.

KAI: W najbliższą niedzielę 7 czerwca miała się odbyć beatyfikacja kard. Stefana Wyszyńskiego, ale przeszkodziła jej pandemia. Na jak długo została odłożona?

- Nie ogłaszam na razie terminu, żeby nie mącić ludziom w głowach, gdyż może nastąpić nawrót pandemii. Nie chcę, aby kolejne przenosiny terminu dewaluowały znaczenie tej uroczystości. Powtórzyć mogę to, co powiedziałem w katedrze z okazji 39. rocznicy śmierci Prymasa Wyszyńskiego i w tym jest zawarte moje życzenie. Powiedziałem, że chciałbym abyśmy za rok, czyli w 2021 r. znaleźli się u grobu Prymasa i mogli powiedzieć: „Błogosławiony kardynale Stefanie”.

Wierzę, że ta pandemia ustąpi, i że w najdalszej perspektywie może być to rok oczekiwania. Wedle tego najdalszego z możliwych scenariusza beatyfikacja odbyłaby się w okolicy 40. rocznicy śmierci i 120 rocznicy urodzin Prymasa. Te dwie rocznice dają nam czas na poważne duchowe i merytoryczne przygotowania.

Nie mam też żadnych wątpliwości, że ludzie chcą masowo przyjechać na tę beatyfikację. Potwierdziły to sondaże, jakie jeszcze przed wybuchem epidemii przeprowadziliśmy w wielu diecezjach. Jestem pewien, że kiedy będzie możliwe duże zgromadzenie z tej okazji na Placu Piłsudskiego w Warszawie, to przybędą ludzie z całej Polski. A beatyfikacja powinna odbyć się w tym miejscu, a nie żadnym innym czy w jakiejś świątyni, gdyż tam miała miejsce msza z Janem Pawłem II podczas jego pierwszej pielgrzymki a później pogrzeb kard. Wyszyńskiego. Wciąż mamy to w oczach. Nawet pomijając argument, że kard. Wyszyński zasługuje na taką uroczystość, to nie chcę, abyśmy wszystko sprowadzali do wirtualnej rzeczywistości. Temu jestem zdecydowanie przeciwny.

Jeśli zorganizowanie beatyfikacji w takim kształcie na Placu Piłsudskiego okaże się możliwe wczesną jesienią, to się nie zawaham. Ale jeśli nie będzie to możliwe, wówczas beatyfikacja odbędzie się wiosną. Ale na razie podawać terminu nie chcę. Były próby pewnego nacisku na mnie, abym urządził beatyfikację w katedrze czy świątyni Bożej Opatrzności wraz z transmisją, ale jestem temu przeciwny. Nie wyobrażam sobie beatyfikacji Prymasa Tysiąclecia przy kilkudziesięciu czy nawet kilkuset osobach. Beatyfikacja winna być okazją do masowej manifestacji wiary, na czym kard, Wyszyńskiemu zawsze bardzo zależało. Tak powinno być i ufajmy, że tak będzie.

KAI: Dziękuję za rozmowę.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Najczęściej czytane

Wspierają nas

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję