Reklama

Reżyser niecenzuralny

2013-12-10 13:35

Mateusz Wyrwich
Niedziela Ogólnopolska 50/2013, str. 36-37

Mateusz Wyrwich

Idąc do liceum plastycznego w Warszawie, świat widział kolorami. Podobnie, kiedy został studentem warszawskiej Akademii Sztuk Pięknych. Być może miało na to wpływ wydarzenie z wczesnego dzieciństwa: jest rok 1943. Ma trzy lata. Stoi w oknie mieszkania rodziców na rogu Marszałkowskiej i Królewskiej. Kilkadziesiąt metrów dalej widzi płonący budynek w różnokolorowej ścianie ognia. Nie może oderwać wzroku. Scena jest tak piękna, a zarazem tragiczna, że trzyma chłopca jak w potrzasku.

Ten obraz jednoczesnego piękna i tragizmu jest dominujący w całej twórczości Antoniego Krauzego, artysty wychowanego w atmosferze polskiego patriotyzmu, choć pradziadek ze strony ojca pochodził z zaboru pruskiego, a matka ojca była Rosjanką.

Chłopiec wychowywał się z licznym rodzeństwem. Jednak obie siostry już nie żyją. Jedna zginęła w wieku jedenastu lat, zraniona odłamkami podczas Powstania Warszawskiego. Druga, najmłodsza z rodzeństwa, przed kilkunastu laty. Do dziś żyje najstarszy brat Janusz i dwaj młodsi – Maciej i Andrzej. Ten ostatni jest znanym rysownikiem.

Reklama

Będzie komunizm

Świadomość młodego chłopaka kształtowali rodzice, stryj Robert Krauze z Batalionu Parasol (pseudonim „Żak”) i Radio Wolna Europa. Wiadomości kulturalne ze świata, a także gust artystyczny kształtował zaś pod wpływem programów Mariana Hemara. I tak atmosfera przedwojennej Polski i heroizmu czasu wojny stawały się naturalnymi składnikami dnia codziennego. – Ważnym czynnikiem była też nauka w liceum plastycznym – wspomina Antoni Krauze. – Uczyły się tam dzieci komunistycznej nomenklatury, ale też przedwojennej inteligencji i arystokracji. Atmosfera, w porównaniu z innymi szkołami, w tamtym czasie była zdecydowanie mniej totalitarna. Dojrzewałem z pełną świadomością, że sytuacja polityczna nie zmieni się za naszego życia. Będę żył w komunizmie.

Czas nadziei

Objęcie w kraju władzy przez polskie skrzydło PZPR i nominacja Gomułki na pierwszego sekretarza partii wstrzymały terror przeciwko Polakom. Antoni Krauze w końcu lat pięćdziesiątych zaczął publikować wiersze. Zdał na Akademię Sztuk Pięknych i związał się ze środowiskiem dwutygodnika „Współczesność”, gdzie prym wiódł jego poetycki autorytet – Stanisław Grochowiak. – We „Współczesności” poznałem Mirona Białoszewskiego, Zbigniewa Herberta, Ernesta Brylla, Marka Nowakowskiego oraz wielu innych poetów i pisarzy. Grochowiak był postacią numer jeden „Współczesności” i wielkim autorytetem tamtego pokolenia. I tak wszedłem w środowisko literackie, które stało się dla mnie kolejną szkołą patrzenia na świat – mówi.

Jednak samej Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie, gdzie studiował przez cztery lata, Antoni Krauze nie wpisuje jako ważnego miejsca w swoim życiorysie. Niebagatelnym miejscem w dojrzewaniu artysty stał się natomiast Studencki Teatr Satyryków – scena krystalizowania osobowości. Nowego spojrzenia na peerelowskie otoczenie. Z próbą odpowiedzi na pytanie: jednostka czy masy kreatorami rzeczywistości? Podpatrując w teatrze opowiadanie obrazami, Antoni Krauze postanowił rysować filmową rzeczywistością. Inspiracją dla Krauzego było przede wszystkim nowe kino włoskie i skandynawskie: Antonioni, Fellini, Visconti, Bergman.

Zamykanie kariery na półce

Studia w łódzkiej Państwowej Wyższej Szkole Teatralnej i Filmowej, które skończył w drugiej połowie lat sześćdziesiątych, nieco rozczarowały Antoniego Krauzego. Jak dziś mówi, miał trochę żalu do losu, że spóźnił się o jakieś cztery lata. – Odnosiłem wrażenie, że najlepszy czas szkoły już minął, a była nim druga połowa lat pięćdziesiątych – wyjaśnia reżyser. – Ja zaś skończyłem PWSTiF już w czasie małej stabilizacji gomułkowskiej.

Po szkole Antoni Krauze trafił do znakomitego zespołu filmowego „Tor”, kierowanego wówczas przez Stanisława Różewicza. Doskonale zadebiutował, choć nie filmem kinowym, a telewizyjnym. Jego „Monidło” dziś jest klasyką polskiej filmografii. Wielokrotnie nagradzane, stało się obrazem otwierającym artyście drogę do kariery, a także do późniejszego debiutu kinowego. Film „Meta” artysta zrealizował na podstawie opowiadania Marka Nowakowskiego. – Odbywała się projekcja. Wiceprezes telewizji i szef cenzury podczas projekcji świetnie się bawili. Śmiali się. A ja tymczasem myślałem: dlaczego zaproszono mnie, skoro mój film tak im się podoba – mówi Antoni Krauze. – Kiedy skończył się seans i zapalono światło, wszystko się wyjaśniło. Towarzysz Stefański, wiceprezes telewizji, powiedział do szefa cenzury, ni to pytając, ni to stwierdzając: „No, jak towarzyszu dyrektorze, prawda, że nie możemy puścić tego filmu?”. I tak mi cenzura zamknęła „Metę” na dziesięć lat, co praktycznie zamykało moją dalszą karierę zawodową.

W tamtym okresie w ten sposób eliminowano wielu początkujących, nieposłusznych władzy reżyserów. Również dla Krauzego zaczęły się kłopoty. Pozwolono mu wprawdzie zrobić „Palec Boży”, ale film uznano na kolaudacji za nieudany i otrzymał najniższą ocenę. Za młodym reżyserem ujęła się dopiero Wanda Jakubowska, osoba niezwykle wpływowa w najwyższych gremiach PZPR, uchodząca za bardzo pryncypialną komunistkę z dużymi wpływami w Moskwie. – Uratowała mój debiut kinowy, do dzisiaj nie wiem, dlaczego – wspomina Antoni Krauze. – Niemal zupełnie nie znaliśmy się, bo w szkole filmowej nie miałem z nią żadnych zajęć. Z własnej inicjatywy stanęła w mojej obronie, co będę pamiętał do końca życia. Oczywiście, miałem jakieś wsparcie ze strony szefa zespołu Stanisława Różewicza, ale ono dużo mniej znaczyło w porównaniu z poparciem Jakubowskiej.

Kolejne szanse Antoniego Krauzego

Antoni Krauze dostał więc „kolejną szansę” i scenariusz od swoich szefów. Chodziło o przeniesienie na ekran prozy partyjnego pisarza Zbigniewa Safjana. Krauzemu miało to pomóc w powrocie do kina. Film „Strach” nawet się podobał. Ale – jak mówi reżyser – nie był tym, czego oczekiwano. Krauze bowiem z przeciętnego kryminału Safjana wyreżyserował obraz „niepryncypialny ideologicznie”, jak napisał cenzor. Mimo, że ekranizacja otrzymała nagrodę za reżyserię w San Sebastian, wyprodukowano nawet kopie kinowe – do szerokiej dystrybucji filmu jednak nie dopuszczono. I tak kolejny obraz Krauzego trafił na półki. Wówczas poradzono mu, aby zrealizował serial telewizyjny. W tamtym czasie współpraca z telewizją była traktowana przez środowisko jako coś gorszego. Wyreżyserowanie zaś serialu uważano za… „produkcję” pozaartystyczną.

Mimo to Antoni Krauze przystąpił do realizacji 7-odcinkowego serialu „Zaklęty dwór” XIX-wiecznego pisarza Walerego Łozińskiego. Opowieść dotyczyła przygotowań do bliżej nieokreślonej rewolucji. Temat powieści Łozińskiego w XIX wieku od razu skazywał ją na ingerencję cenzury – pod zaborem austriackim. Ponad wiek później film Krauzego został skazany na ingerencję cenzury – pod zaborem sowieckim. – Koledzy uważali, że zszedłem na manowce, ale serial bardzo mi pomógł – mówi reżyser. – Cieszyłem się tym filmem, bo nie wypadłem z zawodu.

Cieszyli się także widzowie, bo w serialu Krauzego dopatrywali się aluzji do Polski lat siedemdziesiątych XX wieku. Jednocześnie dzięki temu obrazowi Antoni Krauze dostawał „kolejne szanse”. Reżyserował więc dalsze obrazy filmowe, nagradzane na krajowych i międzynarodowych festiwalach: „Party przy świecach” – jedyną komedię, jaką stworzył Krauze; film „Podróż do Arabii” i wreszcie – „Prognozę pogody”, nagrodzoną w 1987 r. dwoma prestiżowymi statuetkami w San Remo: Grand Prix oraz nagrodą specjalną jury młodzieżowego.

A jeśli prawda okaże się prawdą…?

Medale i wyróżnienia przyniosły artyście wiele radości, ale – jak podkreśla reżyser – największą „nagrodą” był wybór Karola Wojtyły na papieża. Niebawem doszła i druga – powstanie „Solidarności”. – Wybór Jana Pawła II stał się powodem mojego powrotu do Kościoła – opowiada reżyser. – Zbyt wcześnie podjąłem samodzielne życie i wcześnie odstąpiłem od życia religijnego, choć moja rodzina była bardzo wierząca. Wybór Jana Pawła II był dla mnie nieprawdopodobnym wydarzeniem, Polak – jedną z największych osobistości na świecie… niezwykłe. Do dziś nie mam żadnych wątpliwości, że modlitwa Jana Pawła II do Ducha Świętego na placu Zwycięstwa w Warszawie to był początek wszystkiego, co dobre dla Polski. Nie byłoby przecież „Solidarności” bez działania Ducha Świętego. Nie byłoby naszej odwagi. W komunizmie w każdej chwili każdy człowiek mógł zostać aresztowany, zabity. A myśmy już wtedy przestali się tego bać. Myśmy z tego drwili. Skąd ta odwaga, której dzisiaj nie ma? Ludzie boją się podejmować decyzji przeciwnych rządowi. Może odeszli od wiary?

Pracuję od dwóch lat nad filmem „Smoleńsk”. Spotykam się z ludźmi, którzy się wszystkiego boją. Oni się boją nawet prawdy… Czy nam wtedy, w latach siedemdziesiątych, osiemdziesiątych, przyszło do głowy, że nie chcemy poznać prawdy? Nie! Pewien szanowany przeze mnie aktor powiedział mi niedawno, że on się boi wystąpić w filmie „Smoleńsk”, bo może się okazać, że zamach to prawda. I co wtedy...? Sądziłem, że immanentną cechą każdego człowieka jest chęć poznania prawdy. Że jest ona nam potrzebna jak powietrze do życia. Okazuje się jednak, że dzisiaj, mimo iż nic wielkiego nikomu nie grozi, poza utratą jakichś apanaży, zerwaniem kontaktów z innymi ludźmi, to ludzie rezygnują z prawdy. Do dzisiaj mi się to w głowie nie mieści. A przecież prawda to jest podstawowa wartość w życiu człowieka.

Pasmo udręk

Mimo wszystkich wcześniejszych przeciwności – Antoni Krauze, wchodząc w koniec XX wieku, kiedy Polska pozbywała się komunizmu – miał opinię doświadczonego i uznanego reżysera. Początkowo w niekomunistycznej już Polsce postanowił skupić się głównie na realizacji filmu dokumentalnego. Dopiero przypadek sprawił, że na rok przed czterdziestoleciem zbrodni komunistycznej na Wybrzeżu i Pomorzu zdecydował się na realizację filmu fabularnego „Czarny czwartek. Janek Wiśniewski padł”. Przez lata bowiem nosił w sobie chęć zrealizowania filmu o tym, co się stało w grudniu 1970 r. Nie mógł jednak znaleźć producenta. – Może dwa lata przed realizacją filmu fabularnego „Czarny czwartek...” zadzwonił do mnie Mirek Piepka, w roku siedemdziesiątym 16-latek, obecnie dziennikarz i producent filmowy. Zaproponował, abym pomógł mu w zrobieniu rekonstruowanego dokumentu o 1970 r. Ze swoim kolegą Michałem Pruskim, też dziennikarzem, zrobili bardzo dobrą dokumentację – opowiada Antoni Krauze o genezie powstania filmu. – Zasugerowałem więc, by zrobić film fabularny. Szybko znaleźliśmy sponsorów. Ludzi nam pomocnych, którzy przychodzili nie tylko z opowieściami, ale też z rekwizytami tamtego czasu. Bardzo nam pomogły władze Gdyni. Budżet jednak mieliśmy „z dnia na dzień”. Dystansowały się od naszej produkcji władze państwowe. Ciągle gdzieś z ich kręgów bądź „okolic władzy” dostawaliśmy sygnały, że film jest niepotrzebny, bo „po co rozdrapywać rany” itp. Wprawdzie później władze państwowe były na premierze filmu, ale miałem wrażenie, że raczej z obowiązku. Słowem – robiono wokół naszej realizacji nieprzyjazną atmosferę. Choć Polski Instytut Sztuki Filmowej przyznał nam dotacje, to pieniądze otrzymaliśmy dopiero po zakończeniu zdjęć.

Zło nazwać złem

Decyzję o opisaniu największej narodowej traumy – Smoleńska – Antoni Krauze podjął niemal natychmiast, kiedy tylko pojawiła się taka możliwość. Jego zdaniem, to, co się stało w Smoleńsku, jest konsekwencją nierozliczonej zbrodni z grudnia 1970 r. – Dziś praca nad realizacją filmu to jedno wielkie pasmo trudności, udręk, jakie spotykamy ze strony władz państwowych czy samorządowych – mówi Antoni Krauze. – Pracując nad filmem, nie wiem, czy Polska jest dzisiaj wolna, czy nie... Obecne lata przypominają mi lata stalinowskie. Oczywiście, żeby nie było nieporozumień, w wielokrotnie zminimalizowanej formie. Ale uważam, że obecnie władza terroryzuje ludzi psychicznie. Szczególnie tych, którzy myślą inaczej niż ona. Jeszcze przed dwoma laty myślałem, że jest to powtórka z Gierka. Nie, to terror przypominający czasy stalinowskie. Czy dzisiaj Polska jest wolna? Cały czas nie jestem pewien, czy tak... Śpiewam w kościele z innymi: „Ojczyznę wolną racz nam zwrócić, Panie…”. A jaki jest dzisiaj nasz kraj? To przecież Polska nierozliczonych zbrodni i różnego rodzaju współczesnych przestępstw, które wymagają rozliczenia. Jeżeli więc przyszłe pokolenia chcą, żeby Polska zmieniła się w wolną, lepszą, to muszą rozliczyć zbrodnie. Tu już nie chodzi o to, by tych starych komunistów sadzać do więzienia, ale żeby sąd powiedział, że to była zbrodnia i powinna być kara. Bo nie może być tak, że ludzie dokonują strasznych zbrodni i w ogóle nawet nie usłyszą od nikogo, że dokonali zbrodni i są za nią odpowiedzialni. Zło trzeba nazwać złem, bo bez tego nie ma życia. A my mamy Polskę nierozliczoną. Żyjemy jako naród – w kłamstwie. I w ten sposób możemy niszczyć tych, którzy służą prawdzie. A to jest zbrodnia. Tak dalece zaakceptowaliśmy tę sytuację, że nie interesuje nas już dzisiaj prawda. Dramatem naszego społeczeństwa jest to, że nie chcemy wiedzieć, jak naprawdę było ze Smoleńskiem.

* * *

Dziś Antoni Krauze pracuje nad filmem „Smoleńsk”
Autor kilkudziesięciu filmów dokumentalnych i kilkunastu fabularnych. Kilka z nich uhonorowano najwyższymi laurami na festiwalach, m.in. w San Remo, San Sebastian. Przed dwoma laty otrzymał w Montrealu niezwykle prestiżową nagrodę FIPRESCI, przyznaną przez krytyków filmowych za film „Czarny czwartek. Janek Wiśniewski padł”. Dziś pracuje nad filmem „Smoleńsk”

Tagi:
film Smoleńsk

USA: kasowy sukces antyaborcyjnego filmu „Nieplanowane”

2019-08-19 12:50

rk (KAI) / Los Angeles

„Unplanned”(Nieplanowane) – film o nawróconej aborcjonistce Abby Johnson, która niegdyś kierowała jedną z największych amerykańskich klinik aborcyjnych, bije rekordy popularności w USA. Mimo nieprzychylnego nastawienia dystrybutorów i wielu krytyków filmowych, pełnometrażowa produkcja okazała się nie tylko hitem kasowym, lecz tytuł ten już w pierwszym tygodniu sprzedaży zajmuje pierwsze miejsce wśród filmów DVD oferowanych przez sklep Amazon.

unplannedfilm.com

W filmie, który w Polsce zobaczyć będzie można w kinach jesienią tego roku, występuje Ashley Bratcher w roli szefowej teksańskiej filii aborcyjnego giganta Planned Parenthood. Produkcja kosztowała 6 mln dolarów, a po 19 tygodniach wyświetlania jej w 1500 kinach w USA zarobiła prawie 19 mln dolarów. Dochodzą do tego nieobjęte statystyką zyski z pokazów za granicą.

Tymczasem sukces kinowy przełożył się także na sprzedaż filmu w formie DVD. Od ubiegłego tygodnia, kiedy ukazał się w formie wideo, dotąd sprzedano około 225 tys. jego kopii. Można go nabyć też na dysku Blu-ray oraz obejrzeć za pomocą streamingu na Amazon Prime Video.

Film pokazywany jest też w kinach Kanady, Wielkiej Brytanii, Filipin oraz krajach latynoamerykańskich. Planowana jest jego dystrybucja w Pakistanie.

Wyświetlanie film niejednokrotnie napotykało na trudności. Największą miało być przyznanie kategorii „R” – stosowanej wobec filmów z obrazami przemocy i seksu – przez stowarzyszenie filmowców Motion Picture Association of America.

Opisana w filmie i książce historia Abby Johnson dowodzi, iż liczne czuwania modlitewne obrońców życia przed klinikami aborcyjnymi mają olbrzymi sens. Bohaterka przeszła niemal wszystkie szczeble kariery w największej proaborcyjnej organizacji na świecie. W pewnym momencie zrezygnowała z pracy i stała się gorącą obrończynią życia. Przełom nastąpił w chwili, gdy na obrazach ultrasonograficznych zobaczyła, jak nienarodzone trzynastotygodniowe dziecko broni się przed aborcją. „Widziałam, jak to dziecko walczyło o życie” – wspominała Johnson, dziś członkini grupy „Koalicja dla Życia”. Johnson zaapelowała do działaczy pro-life, by się nie poddawali, i zawsze byli tak obecni, żeby mogło to „odmienić serca zwolenników aborcji”.

Autorka w swej książce opowiada także o osobistej tragedii, gdy, mimo stosowania środków antykoncepcyjnych, dwukrotnie poddała się aborcji, zabijając swoje nienarodzone dzieci. Organizacja Planned Parenthood bezskutecznie próbowała sądownie zabronić swej byłej pracownicy mówienia o swoich doświadczeniach na stanowisku dyrektorskim.

Johnosn założyła organizację „And Then There Were None” (I nie było już nikogo). Pomaga też byłym pracownikom klinik aborcyjnych w trudnym procesie przejścia z pracy dla „przemysłu aborcyjnego” do normalnego funkcjonowania na co dzień. Ci, którzy zdecydują się odejść z pracy w klinikach aborcyjnych, otrzymują pomoc prawną i finansową. Osobom takim zapewniona jest także duchowa opieka ze strony kapłanów, pastorów czy duchownych różnych wyznań i religii.

Reżyserami i autorami scenariusza są Cary Solomon i Chuck Konzelman.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Lech Dokowicz podczas spotkania „Polska pod Krzyżem”: Polacy, nawróćcie się, póki jest czas!

2019-09-14 14:43

ks. an / Włocławek (KAI)

"Polacy, nawróćcie się, póki jest czas!” – zaapelował dziś Lech Dokowicz, jeden z organizatorów odbywającego się we Włocławku spotkania ewangelizacyjnego „Polska pod Krzyżem”. Wygłosił on konferencję pt. „Odrzucenie Krzyża i walka duchowa w współczesnym świecie”.

Archiwum Lecha Dokowicza
Żyjemy w czasach, w których większość ludzi rodzi się dla piekła, a nie dla nieba – mówi Lech Dokowicz

Dokowicz przytoczył świadectwo swojego życia wspominając, że przez 20 lat pędził los emigranta. „Przebywałem w Stanach Zjednoczonych w środowisku filmowców. Poddany byłem inicjacji satanistycznej, zły duch dawał mi obietnice, co mogę zyskać, jeśli opowiem się za nim. Ale moja matka modliła się 17 lat o moje nawrócenie i w jeden dzień przeżyłem nawrócenie, przyjęła mnie wspólnota Kościoła katolickiego, poczułem moc modlitwy, bo modlili się za mnie nieznani ludzie” – rozpoczął swoją konferencję Dokowicz.

Wskazywał, że nie ma ważniejszego pytania niż to, gdzie trafimy po śmierci: do życia wiecznego czy do wiecznego potępienia. Opowiadając o pracy nad poszczególnymi filmami, mówił o wezwaniu, jakie Bóg stawia wobec człowieka. „Nakręciłem pierwszy film o prześladowaniu chrześcijan w krajach muzułmańskich. Jaką łaską jest, że każdego dnia możemy pójść do kościoła, każdego dnia możemy poprosić kapłana o spowiedź, każdego dnia karmić się Ciałem Pańskim. Wielu z nas tego nie docenia, bo ta ziemia utkana jest krzyżami, kapliczkami, świątyniami” – mówił współorganizator wydarzenia.

Lech Dokowicz nawiązał też do kryzysu, jaki przeżywa Kościół w związku z czynami pedofilskimi, jakich dopuścili się niektórzy duchowni. „Trzeba to wypalić, ale trzeba też zrozumieć, ze zły duch chce oddzielić ludzi od kapłanów, to jest wojna przeciw kapłanom, bo jak ludzie odwrócą się od kapłanów, to nie ma sakramentów. Dlatego musimy otoczyć modlitwą kapłanów, stanąć przy nich. To jest zadanie dla nas świeckich” – apelował Dokowicz.

Organizator "Polski pod Krzyżem" mówił też o ochronie życia. „Pojechaliśmy do Holandii i chcieliśmy rozmawiać z lekarzami, którzy zabijają ludzi starszych. Naszym celem był tzw. ojciec chrzestny eutanazji. Pracował na oddziale noworodków, jak rodziło się chore dziecko, sam podejmował decyzję o jego życiu lub śmierci. Okazało się, że w domu tego człowieka odbywały się satanistyczne rytuały, cały dom pełen był satanistycznych obrazów. On do końca nie zrozumiał, kim jesteśmy, wypowiedział zdania, dzięki którym wielu zrozumiało czym jest eutanazja. To jest ciemność, to jest coś, co sprawia, że w momencie odchodzenia ze świata, gdy człowiek mógłby odjąć decyzję o powrocie do Boga, nie daje się na to szansy” – wyjaśniał prelegent.

Jako receptę na walkę ze złem Dokowicz podał modlitwę. „Dlaczego się nie modlisz, dlaczego modlitwa nie jest na pierwszym miejscu?” - pytał prelegent wskazując, że obrońcy życia w Ameryce całą dobę modlą się. "Po 10 latach pracy przed klinikami w USA, w stanie Nowy Jork zamknięto połowę klinik aborcyjnych i uratowano życie wieczne wielu osób - wskazywał.

„Co mówi nam Pan Bóg? Nasze działania muszą wypływać z doświadczenia modlitwy, z kolan, musimy pełnić Jego wolę, a nie realizować swoją” – mówił Dokowicz. „Wielu myśli o grzechach przeciwko życiu. Zabijanie nienarodzonych jest w oczach Boga tak potworne, że woła o pomstę do nieba, a to znaczy, że nie będzie pokoju w żadnym narodzie, dopóki będą trwały takie czyny. Jeśli znajdą się ludzie, którzy zniosą te przepisy o aborcji, Bóg pobłogosławi tak, że będziemy płakać ze szczęścia. Ustanawiający prawa aborcyjne mają krew na rękach i stoją nad przepaścią piekła” – podkreślił prelegent.

„Po 1989 r. wielu Polaków porzuciło życie duchowe, przestali modlić się z dziećmi przy ich łóżeczkach, wybrali materializm. Jeżeli dzieci nie są tak wychowywane, nie ma przekazu wiary w domach, żeby ochronić ich przed pokusami, to dzieje się to, co widzimy. Ludzie zaczęli traktować grzech jako zabawę, przyjemność, nic groźnego. Potrzeba więc nawrócenia. Polacy, nawróćcie się, póki jest czas!” – apelował Dokowicz. Zachęcał do zawierzenia się Maryi i stanięcia pod krzyżem. „Będziemy patrzeć w stronę krzyża Pana przez pryzmat życia, by zanieść to, co trudne, ale też i prosić, żeby móc zmartwychwstać”.

Organizator spotkania podziękował Panu Bogu za to, że po „wielkiej pokucie” i „różańcu do granic”, pomimo trudności doszło do spotkania we Włocławku. Za decyzję wsparcia i organizacji wydarzenia podziękował też biskupowi włocławskiemu Wiesławowi Meringowi.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Święty Krzyż: XX Świętokrzyski Rajd Pielgrzymkowy

2019-09-23 19:34

Apis / Sandomierz (KAI)

Do sanktuarium Relikwii Drzewa Krzyża Świętego piętnastoma trasami wyruszy w sobotę 28 września z wielu zakątków regionu świętokrzyskiego jubileuszowy XX Świętokrzyski Rajd Pielgrzymkowy. Będzie mu przyświecało hasło: „Krzyż Twój to moja Arka”.

larahcv/pixabay.com

Świętokrzyski Rajd Pielgrzymkowy jest to największa w Polsce jednodniowa impreza turystyki pieszej organizowana przez duchowieństwo diecezji kieleckiej i Oddział Świętokrzyski PTTK. W rajdzie wezmą udział duchowni i młodzież z diecezji: kieleckiej, sandomierskiej i radomskiej. Patronują mu ordynariusze diecezjalni: bp Krzysztof Nitkiewicz, bp Jan Piotrowski i bp Henryk Tomasik.

Grupy pielgrzymów prowadzić będą przewodnicy świętokrzyscy PTTK z Kielc, Ostrowca Świętokrzyskiego, Sandomierza, Starachowic i Radomia. Zmierzać będą pieszo do sanktuarium Relikwii Drzewa Krzyża Świętego na 12 trasach o różnym stopniu trudności i długości od 2, 5 km aż do 40 km, które wytyczyli świętokrzyscy przewodnicy.

Szlaki mają swoje nazwy: „Puszczańska” (18 km ze Świętej Katarzyny przez Łysicę), „Rudna” (15 km z Łagowa), „Widokowa” (10 km z Nowego Skoszyna), „Zbójecka” (10 km z Bielin), „Tatarska” (13 km z Dębna), „Jeleniowska” (15 km z Piórkowa), „Romańska” (9 km z Grzegorzowic), „Przygody” (18 km ze Świętej Katarzyny śladem kolejki wąskotorowej), „Akademicka” (12,5 km z Chybic), „Benedyktyńska” (7 km z Huty Nowej), „Rodzinna” (2,5 km z parkingu w Hucie Szklanej) i „Mocarny szlak” (40 km z Kielc).

Eucharystia sprawowana na Świętym Krzyżu będzie dziękczynieniem za Świętego Jana Pawła II - Honorowego Przewodnika Świętokrzyskiego. Pielgrzymi będą się modlić także o błogosławieństwo Boże dla: Ojca Świętego Franciszka, uczestników rajdu i ich rodzin diecezji - kieleckiej, sandomierskiej i radomskiej oraz przewodników świętokrzyskich PTTK.

Podczas rajdu zostaną wręczone odznaki „Korony Gór Świętokrzyskich” i odznaczenia PTTK.

Celem rajdu pielgrzymkowego jest m.in.: oddanie czci Relikwii Drzewa Krzyża Świętego, a także promowanie piękna przyrody, historii i dziedzictwa kulturowego Gór Świętokrzyskich i Regionu oraz popularyzacja świętokrzyskiego sanktuarium, jako Pomnika Historii oraz uczczenie 25. rocznicy powstania Koła Przewodników Świętokrzyskich PTTK „Bartek” .

Organizatorami są: Oddział Świętokrzyski PTTK w Kielcach, Diecezja Kielecka oraz Zgromadzenie Misjonarzy Oblatów Maryi Niepokalanej na Świętym Krzyżu.

Zapisy uczestnictwa w rajdzie, przyjmowane są do 25 września. Zgłoszenia można dokonać za pomocą elektronicznego formularza na stronie internetowej www.rajd.pttkkielce.pl, na której znajduje się także regulamin imprezy.

Inicjatorem Świętokrzyskiego Rajdu Pielgrzymkowego był ordynariusz diecezji kieleckiej bp Kazimierz Ryczan. W pierwszym, zorganizowanym w 2000 r. wzięło udział ponad tysiąc osób. W następnym roku do rajdu dołączyli pielgrzymi z diecezji sandomierskiej, a w 2002 r. z radomskiej.

Święty Krzyż to najstarsze polskie sanktuarium. Przechowywane są w nim relikwie Drzewa Krzyża Świętego. Opactwo benedyktyńskie założone zostało z inicjatywy Bolesława Chrobrego w 1006 r. Obecnie opiekę nad nim sprawuje Zgromadzenie Misjonarzy Oblatów Maryi Niepokalanej.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem