Reklama

Niedziela Rzeszowska

Rzeszowskie Betlejem

Kolędy, korony, dzieci, dorośli, Królowie, konie i wielbłąd. I wielka radość ze wspólnoty, jaką stworzyli uczestnicy drugiego już Orszaku Trzech Króli, który przeszedł ulicami Rzeszowa w święto Objawienia Pańskiego, 6 stycznia br. Ponad 10 tys. ludzi wzięło udział w „największych ulicznych jasełkach na świecie”, jak określane są Orszaki, dając tym samym świadectwo swojej wiary

Marsz rozpoczął z balkonu plebanii kościoła Świętego Krzyża biskup rzeszowski Jan Wątroba witając „wszystkie koronowane głowy”. – Każdy z nas zasługuje na to miano i te korony, bo „należy do królestwa Chrystusa” – mówił.

„Europejskim szlakiem wprost za Bożym znakiem!”, „Azja z tak daleka na zbawienie czeka!”, „Afryka bez trwogi szuka Bożej drogi!” – takimi hasłami wykrzykiwanymi przez poszczególne „dwory monarchów” zostali z kolei przywitani królowie. Na czele rycerstwa europejskiego jechał Kacper, na czele Afrykanów czarny jak smoła – Baltazar i witany największymi oklaskami – dosiadający wielbłąda wiodący Azjatów – Melchior. Ponad tysiąc wolontariuszy rozdawało korony i śpiewniki, w Orszaku nieśli sztandary i chorągwie. Po modlitwie „Anioł Pański” Orszak, będący symbolem wędrówki w poszukiwaniu Boga, wyruszył w swoistą podróż...

Od tej chwili ulice starego miasta przypominały wielką kolorową i rozśpiewaną rzekę ludzi. Całe rodziny prowadziły Trzech Króli do Betlejem, czyli na rzeszowski rynek, po drodze oglądając sceny z aniołami, diabłami, z Domu Heroda, walki dobra ze złem. Kolorowe świty monarchów tworzyło oraz grało w poszczególnych scenach ponad 900 artystów.

Reklama

– Dotarliście do celu, a przyprowadziła was tu Gwiazda Betlejemska – mówił do zebranych bp Jan Wątroba. – Bierzmy przykład z Trzech Mędrców, którzy wyruszyli do Betlejem szukać króla, a znaleźli w żłobie Dzieciątko i to Jemu się pokłonili. Podziwiamy Trzech Mędrców, ich pokorę i wiarę i pamiętamy, że w dzisiejszych czasach to nie gwiazda nas prowadzi, ale wiara. Pamiętajmy, że królowie, po spotkaniu z Jezusem, wrócili inną drogą... – przypomniał Biskup.

Na wypełnionym po brzegi rynku, gdzie na scenie przygotowano szopkę, Trzej Królowie złożyli dary. A potem już były wspólne kolędy, kolędy, kolędy...

Jeszcze długo po zakończonym Orszaku miasto mieniło się kolorami strojów i koron, wspomnieniami marszu i – nie da się ukryć – widoku sympatycznej wielbłądzicy Dżamiry, pozyskanej z tej okazji z warszawskiego cyrku Arena w drodze ogólnopolskiego plebiscytu.

Reklama

Wśród uczestników Orszaku byli m.in. marszałek województwa Władysław Ortyl, przewodniczący sejmiku Wojciech Buczak, wicewojewoda Alicja Wosik, wiceprezydenci Rzeszowa, parlamentarzyści, przedstawiciele samorządów.

2014-01-16 15:08

Oceń: 0 0

Reklama

Wybrane dla Ciebie

Pierwszy Orszak Trzech Króli we Lwowie.

[ TEMATY ]

Orszak Trzech Króli

Lwów

ks.Grzegorz Draus

Parafia św. Jana Pawła II przeprowadziła w niedzielę 9 lutego pierwszy u Lwowie Orszak Trzech Króli. Młodzież z Liceum Plastycznego z Lublina, pod kierownictwem katechety Waldemara Dziaczkowskiego uczyła parafian jak może wyglądać Orszak i pomogła w jego piewszym poprowadzeniu.

Po południowej Mszy uczestnicy w kolorowych koronach, z wielką gwiazdą i misternie wykonanymi feretronami z wyobrażeniem Aniołów, w barwnych jasełkowych strojach przeszli od kaplicy do placu pomiędzy blokami osiedla "Kwitka -1". Tam już czekały całe rodziny mieszkańców wczesniej zaproszonych przez kierownictwo osiedla. Brzmiały dynamiczne kolędy ukraińskie, polskie, hiszpańskie, angielskie, włoskie. Dzieci otrzymały koroby a rodziny publikacje parafialne z propozycjami świętowania Bożego Narodzenia i kolędami.

Była to nie pierwsze spotkanie parafii z mieszkańcami najbliższego do kaplicy osiedla. Sama kolęda ze strony parafii odbywa się na nim zgodnie z najdawniejszą tradycją - kolędnicy przychodzą do każdego domu.

Po Orzaku najmłodsi wykonawcy świętowali w pobliskim McDonaldzie.

CZYTAJ DALEJ

Zakaz procesji z Najświętszym Sakramentem

2020-03-30 13:14

pixabay/A.Bugała

- Agnieszka Bugała: - Odkąd trwa pandemia koronawirusa każdego niemal dnia słyszymy o nietypowych procesjach kapłanów z Najświętszym Sakramentem – na Słowacji odbył się nawet specjalny lot z relikwiami Krwi Chrystusa, a u nas lot nad miastem z Najświętszym Sakramentem. Jakie jest oficjalne stanowisko Kościoła w tej sprawie?

- Ks. Rafał Kowalski: - Człowiek potrzebuje znaków, by wyrażać coś czego nie da się uchwycić zmysłami. Z takich znaków składa się liturgia, ale też z takich znaków składa się nasze życie codzienne. Takim znakiem np. jest obrączka, którą noszą mąż i żona. Dla nich to nie jest zwyczajny kawałek metalu. Ona coś wyraża i jest warta o wiele więcej niż kruszec, z którego się składa. Zwracam na to uwagę dlatego, że patrząc na ten sam znak różni ludzie będą dostrzegać coś innego.

Procesje eucharystyczne są takim znakiem. Dla katolików uczestnictwo w procesji w uroczystość Bożego Ciała jest świadectwem wiary w rzeczywistą obecność Pana Jezusa w Najświętszym Sakramencie, jest publicznym przyznaniem się do Chrystusa, ale także zaproszeniem Boga do tego, aby wchodził w nasze życie codziennie, swoistego rodzaju otwieraniem Bogu drzwi do naszej codzienności. Proszę jednak zauważyć jak mocno kładziemy nacisk w katechezie czy w homiliach na to, by ludzie mieli świadomość w czym uczestniczą. Każdy znak bowiem może zostać „spłaszczony” do wymiaru czysto zewnętrznego. Procesje Bożego Ciała można sprowadzić do sypania kwiatków i wówczas przestaje ona być znakiem. Zewnętrzne wykonywanie pewnych czynności, bez świadomości dlaczego to robię oraz bez mojego wewnętrznego przeżycia jest, niestety, zabobonem.

- W dekrecie abp Kupnego z dnia 27 marca dotyczącym posługi duszpasterskiej w czasie epidemii czytamy, że „nie wolno urządzać żadnych procesji z Najświętszym Sakramentem, relikwiami, świętymi obrazami i figurami – także wtedy, kiedy bierze w nich udział tylko sam kapłan". Czy procesje są zarezerwowane tylko do wyznaczonych w kalendarzu dni, np. uroczystości Bożego Ciała?

- Oczywiście, procesje nie są zarezerwowane jedynie do uroczystości Bożego Ciała. Możemy powiedzieć o dużej ilości procesji, jakie mogą być przygotowane i przeżywane w naszych wspólnotach. Na zakończenie Wigilii Paschalnej przewidziana jest procesja rezurekcyjna. Są parafie, gdzie w dzień uroczystości odpustowych organizuje się procesje. Są takie miejsca w Polsce, gdzie odbywają się modlitwy o urodzaje połączone z procesją na pola, na których rolnicy pracują. W uroczystość Wszystkich Świętych odbywają się procesje na cmentarzach. Żebyśmy jednak mogli mówić o znaku, czy o przeżyciu religijnym potrzebnych jest kilka elementów: moje wewnętrzne nastawienie, świadomość tego, co przeżywam, intencja z jaką to robię i wyrażenie tego w formie zewnętrznej. Jeśli skupimy się jedynie na formie zewnętrznej istnieje uzasadniona obawa, że znak zostanie potraktowany jak magia, a Najświętszy Sakrament czy relikwie, albo obrazy świętych, jak amulet, których nie zaszkodzi użyć, bo dzięki nim zapewnimy sobie obłaskawienie Pana Boga. Na tym polega myślenie magiczne, które z wiarą ma niewiele wspólnego, że ja poprzez swoje działanie mogę wpływać na aktywność sił wyższych. Ja, poprzez zaklęcia czy gesty, panuję nad bóstwem i mogę mu wyznaczać kierunki interwencji. Wiara zaś oddaje wszystko w ręce Boga. Wiara sprawia, że ufam Jemu i proszę, aby Jego wola spełniła się w moim życiu.

- Ale zalecenie dotyczy również samotnych procesji kapłanów ze względu na stan epidemii, bez udziału wiernych. Trudno uznać, że kapłani traktują monstrancję z Najświętszym Sakramentem jak amulet…

- Nie oceniam ani wiary, ani intencji duchownych podejmujących tego typu inicjatywy. Nie mam wglądu w ich sumienie. Oni sami i Pan Bóg wiedzą najlepiej dlaczego to robią. Tego typu akcje duszpasterskie powinny jednak zostać poprzedzone solidną katechezą, tak, by wierni mieli świadomość, dlaczego księża inicjują tego rodzaju działania. Obserwujemy natomiast przerost zewnętrznych wyrazów bez pogłębienia wewnętrznego. To widać np. w tytułach prasowych, w których mogliśmy przeczytać, że „ksiądz walczył z wirusem, latając samolotem z Najświętszym Sakramentem”, albo „przeganiał wirusa chodząc z monstrancją po wiosce”. To znaczy, że znaki te zostały odebrane jako działanie magiczne, zresztą z kiepskim skutkiem, bo wirus dalej działa i sytuacja zamiast się poprawić, jest gorsza. Widać jak potrzebna jest solidna katecheza, jednak dziś niestety trudno się na niej skupić. I zamiast pogłębiać wiarę ludzi i ich ufność w Bożą obecność oraz Bożą dobroć, umacniamy ich w myśleniu magicznym. Jakkolwiek rozumiem duchownych, którym wiara podpowiada tego rodzaju inicjatywy, to jednak rozumiem tych, którzy z obawy, żeby ich działanie nie zostało odebrane jako atrakcyjny event o charakterze religijnopodobnym, organizują adorację Najświętszego Sakramentu w ciszy, w kościołach, otwierają je na cały dzień, by wierni, kiedy tego potrzebują, mogli przyjść na osobistą modlitwę. Pomijam już fakt, iż procesje eucharystyczne organizowane w uroczystość Bożego Ciała mają piękną oprawę, nie idziemy z czymś, ale z Kimś, Kogo uważamy za Boga, Stwórcę i Pana. Kiedy oglądałem niektóre filmy z tych „epidemicznych procesji” miałem wrażenie, że sami duchowni nie bardzo pamiętali z Kim wyszli na ulice. Nieśli Najświętszy Sakrament bez welonów, w nakryciu głowy. To mi się kłóci z wiarą w rzeczywistą obecność Pana Jezusa.

- Ale czy nagłówki z Gazety Wyborczej komentujące inicjatywy duszpasterzy, często trudne, zwłaszcza teraz, gdy nowe ograniczenia praktycznie uniemożliwiają czynny udział wiernych w liturgii, powinniśmy traktować jako papierek lakmusowy co do braku rozumienia ludzi wierzących czym jest Eucharystia?

- Nie dzielę ludzi na czytających „Gazetę Wyborczą” i „Niedzielę”, oglądających TVN i TVP czy słuchających Radia Zet i Radia Rodzina. Źle by było, gdybyśmy kiedykolwiek zastosowali takie kryteria w podejściu do człowieka. Pan Bóg nas, duchownych, nie będzie pytał, czy przyprowadziliśmy do niego czytelników takiego czy innego medium, tylko czy otworzyliśmy drogę do Niego ludziom, których postawił na naszej drodze. Dlatego tego rodzaju nagłówki (wcale nie złośliwe, a wręcz przeciwnie – prezentowały one bowiem te działania jako coś niekonwencjonalnego) pokazują, że jest spora grupa ludzi, która nie rozumie znaku, spłaszcza go, sprowadza do zabobonu lub katolickiego eventu, a na pewno nie widzi w nim żywego Jezusa. Dla mnie, jako chrześcijanina, jest to sygnał, że znak został źle zinterpretowany. Nauki o komunikacji zaś mówią, że jeśli mój komunikat został źle odebrany przez osobę, do której go kierowałem, to ostatecznie problem leży po mojej stronie, bo to mnie powinno zależeć na tym, aby człowiek zinterpretował znak zgodnie z moją intencją. To tak, jakby Pani Redaktor przetłumaczyła naszą rozmowę np. na język włoski, a później mówiła: „niech się czytelnicy uczą włoskiego, jak chcą zrozumieć o czym do nich piszę”. Poza tym, nie ukrywajmy, wielu wierzących tak właśnie odbierało te procesje: jako walkę duchownych z epidemią. I jak teraz zinterpretować to, że liczba chorych się podwoiła oraz przybyło ludzi, którzy zmarli na skutek wirusa? Duchowni byli nieskuteczni? Ich modlitwy nic nie dały? A może Pan Bóg, którego wzywali, jest za słaby wobec wirusa? Trzeba być bardzo ostrożnym, bo może się okazać, że nie tylko dajemy powód do wyśmiania naszej posługi, ale także możemy wiernym przekazać niewłaściwą naukę.

- Wrocław w swej historii ma jednak taki niezwykły epizod, dziś może powiedzielibyśmy: event – przekaz mówi, że Czesław, błogosławiony patron miasta, w 1241 r. wybiegł na mury miejskie z Najświętszym Sakramentem i w ten sposób odparł najazd Mongołów. Był to akt desperacji, czy wielkiej wiary dominikanina?

- Proszę mnie zwolnić z oceny działania bł. Czesława. Jestem za mały, by pozwolić sobie na recenzowanie działań świętych. Wiem jedno, że każdy z nich działał w określonych warunkach, w pewnej kulturze. Czas, w którym żyli charakteryzował się konkretnym rozwojem nauki i wiedzy. Warto to podkreślić, bo często jako przykłady podawani są święci sprzed kilkuset lat. Można zapytać jak wówczas wyglądała mikrobiologia i co wiedziano na temat wirusów. Nie mam wątpliwości, że stan wiedzy do jakiej doszedł ludzki rozum to także dar od Pana Boga. On pozwolił człowiekowi odkryć prawa rządzące światem, rzeczywistość niedostępną dla nas gołym okiem. Ten geniusz ludzkiego rozumu to coś, co dostaliśmy od Boga, a niestety, wielu chciałoby go dziś wyrzucić i powiedzieć: „nie potrzebujemy tego”, „będziemy działali metodami, które nam się wydają skuteczniejsze”. Czas epidemii, chyba jak żaden inny, potwierdza to, o czym pisał św. Jan Paweł II, że duch ludzki wznosi się na dwóch skrzydłach: wiary i rozumu. I na tym skończę, żeby nie powiedzieć za dużo…

CZYTAJ DALEJ

Szkoła w czasie pandemii

2020-03-31 12:16

Arch. ks. Jerzego Babiaka

Z ks. Jerzym Babiakiem, dyrektorem Zespołu Szkół Salezjańskich Salez we Wrocławiu rozmawia Agnieszka Bugała

- Agnieszka Bugała - Księże, sytuacja, w której z powodu koronawirusa znajduje się cały świat jest wyjątkowa. W każdej dziedzinie życia pojawiły się zmiany, ale szczególnie mocno dotyczą one funkcjonowania szkoły. Dzieci i młodzież, ale też nauczyciele biorą udział w wielkim eksperymencie uczenia się przez internet. Jakie kroki podjął Ksiądz, jako Dyrektor Zespołu Szkół, w tym trudnym czasie?

- Ks. Jerzy Babiak - Informacja o zamknięciu szkół była wielkim zaskoczeniem dla nas wszystkich. To oczywiste, że nikt nie spodziewał się takiej sytuacji. Jednak dla mnie, jako dyrektora bardzo dużego zespołu - bo przecież prowadzimy przedszkole, szkołę podstawową, liceum i technikum, w sumie mamy pod opieką ponad 600 dzieci i młodzieży – poza zaskoczeniem nie wywołało to przygnębienia, albo rezygnacji, raczej szybką refleksję: to jest wyzwanie, dzieci i młodzież, będą potrzebować naszego wsparcia. Od razu 11 marca, gdy ta informacja została uprawomocniona, wystosowałem list do rodziców i uczniów nakreślając w nim jak będzie zorganizowana nasza współpraca. Zakomunikowałem, że od 16 marca rozpoczynamy edukację - uczniowie zostają w domach, ale nauka trwa. Jeszcze w niedzielę wieczorem, a więc już 15 marca, pojawiły się materiały do pracy edukacyjnej.

- Dużo mówi się o zawieszaniu się dzienników elektronicznych, przeciążeniu platform edukacyjnych – w jaki sposób poradził sobie Salez?

- Podejrzewaliśmy, że tak może się stać, dlatego wybraliśmy inne rozwiązania, nie korzystamy ani z dziennika Librus, ani Vulcan. Te pierwsze dni były bardzo intensywne i trudne, musieliśmy odbyć wiele godzin konsultacji na temat wyboru narzędzi do uczenia, sposobu porozumiewania się z rodzicami i uczniami, wreszcie metod weryfikowania pracy uczniów. Konstrukcja sposobu uczenia w nowej sytuacji musiała być jasna i czytelna – tego byłem od początku pewien. Ważna była też swoboda pozostawiona nauczycielom i przyjemność, radość, którą mieli z tego czerpać uczniowie. Zaproponowałem konkretne normy, które porządkują naszą zdalną edukację. Głównym narzędziem są tzw. padlety. Tam nauczyciele umieszczają zagadnienia na lekcje i materiały dodatkowe – filmy, quizy. Najpierw przez kilka dni spływały przygotowywane przez nauczycieli padltey, a potem wielką pracę wykonał nasz informatyk, który wszystkie przygotowane materiały zaimportował na strony internetowe, aby wszystko było gotowe i czekało na uczniów. Rodzice i uczniowie zostali po raz kolejny poinformowani, że 16 marca startujemy.

- Taka forma prowadzenia szkoły wymaga zupełnie innych narzędzi – to eksperyment, nie bał się Ksiądz?

- Dla mnie było to nie tylko wyzwanie, ale inspiracja, mobilizacja energii. Od początku byłem też pewien, że najważniejsza w tym, co robimy, jest życzliwość, wyrozumiałość i empatia. Prosiłem też o to naszych nauczycieli. Jesteśmy świadomi, że całodniowy pobyt w domu z dziećmi, równolegle wykonywanie przez rodziców obowiązków zawodowych i obowiązek szkolny jest dla rodzin ogromnym wyzwaniem, dlatego staramy się zapewniać wsparcie tak duże, na jakie w tych warunkach możemy sobie pozwolić. Nauka powinna być przyjemna, miła i sprawiająca uczniom radość. To, co na co dzień jest fundamentem atmosfery Salezu, przenieśliśmy do internetu.

W tej strategii ważny jest dla mnie kontakt z rodzicami, dlatego już w pierwszym dniu przygotowaliśmy ankietę, którą rodzice bardzo szybko wypełnili, a wśród odpowiedzi – w skali szkolnej – wystawili nam wysokie oceny, piątki i szóstki. To była bardzo ważna informacja.

- Czy ankieta sprawdziła też jak w nowej sytuacji radzą sobie uczniowie?

- Oczywiście, pytamy też o samopoczucie dzieci. Na końcu pierwszego tygodnia wszyscy pracowali z entuzjazmem, tylko pojedyncze osoby zgłaszały trudności wywołane izolacją. W ankiecie na koniec tygodnia padło też pytanie o dostępność do urządzeń typu komputer, tablet, czy smartfon i tylko dwie osoby z całego Zespołu Szkół odpowiedziały, że nie mają dostępu. Jednak w naszych warunkach to nie jest problem, stworzyliśmy możliwość wypożyczenia sprzętu dla tych, którzy nie maja go w domu. Feedback w tej rzeczywistości jest dla mnie kluczowy – musimy wiedzieć co poprawić.

Powołaliśmy też grupę wspierającą, pedagoga i psychologa dla osób, które mogą mieć kłopot w odnalezieniu się w tej rzeczywistości.

- Wróćmy do kwestii technicznych - skoro nie korzystacie z dzienników elektronicznych w jaki sposób uczycie tak dużą grupę uczniów?

- Stworzyliśmy autonomiczną bazę dla edukacji i tam się poruszamy. Mamy autorskie adresy mailowe, serwer i strony internetowe, oraz mechanizmy, które uporządkowały pracę klas. Także padlety, o których już mówiłem – tam nauczyciele dowolnie modyfikują scenariusze lekcji. To są scenariusze step by step, czyli uczniowie krok po kroku są wprowadzani w temat nowych zagadnień realizowanych na lekcjach. Wyzwaniem jest ocenianie postępów uczniów – dla klas 8 i maturalnych wybraliśmy klasyczny sposób oceniania, pozostałych uczniów weryfikujemy proponując im do wykonania projekty, które przygotowują w dłuższym czasie. W wypadku ocen najniższych nie wpisujemy ich do dziennika, ale kontaktujemy się z rodzicami, prosimy o sprawdzenie powodów niedotrzymania terminu przesłania projektu i ustalamy nowy termin.

Wyjątkową grupą są klasy egzaminacyjne – maturzyści i ósmoklasiści. Ci uczniowie korzystają z lekcji online na Webexie – wymagało to szkoleń dla nauczycieli. Uczniowie mają lekcje w czasie rzeczywistym, mogą zadawać pytania, itd. Jeśli sytuacja epidemiczna wydłuży się w czasie, podejmiemy próbę prowadzenia lekcji w tej formie również dla pozostałych klas.

- E-edukacja to także wyzwanie dla nauczycieli…

- To prawda, ale to, co jest bezcenne i udaje się w Salezie, to współpraca z nauczycielami. Mimo zmiany warunków rady pedagogiczne wciąż się odbywają, mój kontakt z nauczycielami nie ucierpiał. Od początku, wspólnie, potraktowaliśmy tę sytuację jako wyzwanie, któremu musimy sprostać i zanim jeszcze ministerstwo i samorządy zaczęły mówić o edukacji e-learningowej, my już działaliśmy. Jesteśmy na etapie szlifowania takiej formy edukacji, ale zależy nam, by poza realizowaniem podstawy programowej w domu, w czasie kwarantanny, nasi podopieczni mogli czuć się spełnionymi jako uczniowie.

Dla nas, jako szkoły katolickiej, bardzo ważne jest też, abyśmy nie zatracili wiary w obecność Pana Boga, stąd już od 16 marca, kiedy rozpoczęliśmy e-learningowy Salez, codziennie odbywają się poranne apele ewangeliczne, które o 7.45 transmitujemy na fanpage’u Salezu na Facebooku a także nasze codzienne modlitwy. Przenieśliśmy początek dnia, który na co dzień obowiązuje w szkole, do internetu, abyśmy wszyscy mogli czuć, że szkoła działa, że jesteśmy razem.

- 26 marca wypadał termin wystawienie ocen proponowanych na zakończenie roku szkolnego dla maturzystów, a rada klasyfikacyjna dla klas trzecich wypada 20 kwietnia 2020 r. Jak szkoła poradzi sobie z tymi zobowiązaniami?

- Pracujemy online, klasyfikacyjna rada pedagogiczna również odbędzie się online. Uczniowie, którzy mieli wcześniej zaległości i przed ogłoszeniem stanu epidemicznego nie zdążyli ich nadrobić, otrzymali szansę poprawy, konsultują z nauczycielami problem przez telefon. Oceny zostały wystawione zgodnie z kalendarzem, który to porządkuje.

Maturzystów wspieramy szczególnie – to jest nasza grupa uprzywilejowana, stoją przed egzaminem, który ma realny wpływ na ich dalsze życie. Pozostaję z nimi w stałym kontakcie, również telefonicznym. W tej chwili nie ma żadnych niepokojących sygnałów, pracują spokojnie, są zadowoleni z zaproponowanych przez nas form edukacji online.

- Mówił Ksiądz o Waszym fanpage’u na Facebooku, tam rzeczywiście dużo się dzieje, ale mamy do czynienia z paradoksem – do niedawna szukaliśmy sposobów, aby odciągnąć dzieci i młodzież od internetu, a teraz jest to przestrzeń, w której nie tylko wymieniamy najważniejsze informacje, ale to tam toczy się życie, skomplikowane w czasie izolacji…

- Sytuacja jest wyjątkowa nie tylko dla nas, dorosłych, dla dzieci także. Mamy świadomość, że to jest czas, w którym łatwo popaść w nudę, a nuda jest dla dzieci stanem bardzo niebezpiecznym, dlatego od chwili zamknięcia szkół ogłaszamy wiele konkursów, aby aktywizować, stymulować i zachęcać do podejmowania nowych wyzwań. I w tym właśnie bardzo pomocny jest nasz fanpage.

- Salez postawił na konkursy!

- Był już konkurs na fraszkę, na plakat, na kolaż pt. „Zatrzymać koronawirusa”. Ogłosiliśmy też konkurs pt. „Zaraź nas swoim talentem”, który polega na tym, że uczniowie pokazują, najczęściej kręcąc krótkie filmiki, co potrafią zrobić i tu przykład – gimnastyka na szarfach w domu – film zrobił na nas ogromne wrażenie. Trwają konkursy na czytelnictwo – robimy zdjęcia tych książek, które czytamy i dzielimy się nimi w galerii.

Dla uczniów klas 1-3 zaproponowaliśmy konkurs pt. „Obudzimy wiosnę”. To konkurs recytatorski, który przeprowadzimy w taki sposób, że uczniowie, w przebraniach będą recytować wiersze, a rodzice zarejestrują występ robiąc filmik.

Rzeczywiście, przestrzenią życia szkoły jest teraz nasz fanpage – uważam, że to bardzo ważne, abyśmy się widzieli i wspierali. Nie wiemy, jak ten czas długo potrwa, ale ważne jest, abyśmy się wspierali, ufali Panu Bogu i słuchali służb epidemiologicznych, które nakazują nam zostawanie w domach. Salez jest obecny w domach – o tym piszą i uczniowie i rodzice. Za to dziękuję. Wielkim skarbem jest nasza codzienna modlitwa i świadomość, że mimo tego, co się dzieje, prowadzi nas żywa obecność Jezusa Chrystusa, który jest naszą drogą, a Duch Święty rozświetla i zachęca do nauki. To jest czas przewartościowania – ważny, cenny. Widzimy też wartość wspólnoty Kościoła, której przecież jesteśmy częścią. Modlimy się i pracujemy, nie marnujemy czasu. Ufnie patrzymy przyszłość, która zawsze jest w Bożych rękach.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję