Reklama

Przyroda – wymierny dowód na istnienie Boga

2014-04-03 12:21

Jadwiga Ostromecka
Edycja podlaska 14/2014, str. 6-7

Jadwiga Ostromecka

JADWIGA OSTROMECKA: – Czy od początku swojej edukacji wiedział Pan, że zostanie leśnikiem?

ROBERT PŁOCKI: – Nie. Moje życie miało potoczyć się inaczej, miałem zostać inżynierem mechanikiem. Ukończyłem liceum ogólnokształcące, potem trzy lata studiowałem na Politechnice Warszawskiej. Ostatecznie w 1989 r. ukończyłem Wydział Leśny w SGGW.

– Skąd wzięła się ta pasja?

– Myślę, że narodziła się już w dzieciństwie za sprawą mojego taty. Jest on ekonomistą, a poza tym wędkarzem i grzybiarzem. Pamiętam z dzieciństwa, że mnóstwo czasu spędzaliśmy nad jeziorami, w leśniczówkach. Ojciec miał zwyczaj każdego roku wywożenia mnie i mamy (ku jej wielkiemu zadowoleniu) w absolutnie odludne leśne miejsca – głównie na Mazury. Od dzieciństwa interesowało mnie to, po czym w lesie stąpam, jakie są gatunki drzew... Jednak dopiero na Wydziale Leśnym profesjonalnie nauczono mnie odkrywania tajemnic przyrody.

– Wydaje mi się, że w ogóle ludzie lasu są pozytywni.

– Bo wie Pani, my, leśnicy, trochę zakręceni jesteśmy. Na własny użytek ukułem sobie taką teorię, że człowiek szlachetnieje i delikatnieje, jak obcuje na co dzień z czymś tak pięknym jak przyroda. Dla mnie przyroda to jest coś wyjątkowego, to wymierny dowód na istnienie Boga. A leśna przyroda jest potężna, bardziej widzialna, chociaż niekoniecznie bogata. Najbogatsze są ekosystemy wodne. Ale to w lesie człowiek odpoczywa psychicznie. Te kształty, barwy zmieniające się w różnych porach roku, ta cisza, klimatyczność lasu, zwłaszcza borów.

– Jak wygląda praca leśnika „od podszewki”?

– Dzisiejsze leśnictwo to najnowocześniejsza technologia, informatyka, geomatyka, genetyka, potem w formie raportów dają bieżącą informację. Praca leśnika to nieustanne monitorowanie lasu. Zajmujemy się też mierzeniem naszych zasobów, inwentaryzowaniem roślin i zwierząt, bo dobre rozpoznanie daje dużo informacji, które uwzględniamy przy prowadzeniu gospodarki leśnej. Musi być ona oparta na zasadach równoważenia interesów ochrony przyrody i potrzeb człowieka oraz dobrym gospodarowaniu zasobami naturalnymi. Jeśli gdzieś lokalizujemy jakieś zabiegi, kryterium jest zawsze to samo – dobro lasu, przyrody. Z raportu o stanie lasów bezsprzecznie wynika, że jest on coraz bogatszy, piękniejszy, zasobniejszy. Pozyskujemy tylko część przyrostu rocznego drewna (ok. 60%). Mówiąc o działalności gospodarczej, podkreślić należy, że jesteśmy jednym z większych pracodawców na tym terenie. Wprawdzie bezpośrednio zatrudniamy tylko 36 osób, ale do tego dochodzą dziesiątki firm współpracujących oraz setki nabywców drewna i setki rodzin zaopatrujących się w opał.

– Nadleśnictwo Sokołów angażuje się też w różnorodne działania edukacyjne…

– Edukacja leśna to jedna z podstawowych funkcji w pozaprodukcyjnym obszarze naszych działań. Przynosi efekty, co cieszy, tym bardziej że jesteśmy małym nadleśnictwem. Uczymy prawdziwego postrzegania pracy leśnika i spraw związanych z drewnem. Drewno to ważny naturalny i odtwarzalny surowiec. Czerpiemy z natury, nie szkodząc jej. Trzeba o tym opowiedzieć. Stąd organizujemy corocznie wiele konkursów, akcji, imprez. Są też programy wieloletnie. Rozpoczęliśmy w ubiegłym roku cykl działań edukacyjnych poświęconych poszczególnym gatunkom drzew leśnych – każdy rok innemu. Ten program to nasz pomysł, chociaż nie ukrywam, że inspiracją były doświadczenia z mojego pobytu w Hesji w Niemczech przed dwoma laty.
Mamy też nasze patronackie Miejskie Przedszkole nr 4 w Sokołowie Podlaskim „Leśna Kraina”. Jestem pełen podziwu i uznania dla działań niezwykle kreatywnych nauczycielek, które mają mnóstwo pomysłów i organizują fantastyczne przedsięwzięcia, angażując w nie rodziców.

– Realizacja różnych przedsięwzięć kosztuje. Skąd środki?

– Pozyskujemy fundusze zewnętrze, bo lasy nie do końca są w stanie wszystkiemu finansowo sprostać. Wszyscy nasi pracownicy dużo z siebie dają i to przynosi efekty.

– Co myślą nasi sokołowscy leśnicy na temat zmiany ustawy o lasach, uchwalonej w ekspresowym tempie i podpisanej przez prezydenta 12 lutego? Opozycja uważa, że nowelizacja ustawy jest niczym innym „jak skokiem na kasę” Lasów Państwowych, co w przyszłości może doprowadzić do poważnych kłopotów i w dalszej perspektywie – prywatyzacji.

– Trudno jest być adwokatem we własnej sprawie. Sytuacja jest złożona. W Nadleśnictwie Sokołów z pewnością zostanie ograniczony w proces inwestycyjny. Realizowaliśmy z dość dużym rozmachem i sukcesem inwestycje drogowe, do czego jesteśmy przygotowani logistycznie i organizacyjnie. Te drogi budujemy nie tylko w lasach, one często prowadzą do wsi, umożliwiają wygodne dojazdy do pól, a często też do lasów prywatnych. Przykład – droga do pięknie położonej w sercu ceranowskiego lasu miejscowości Garnek. W tym roku ukończyliśmy podobną inwestycję drogową na terenie gminy Bielany. Dobre drogi zapewniają też właściwą ochronę przeciwpożarową. Drogi były finansowane z funduszu leśnego, służącemu wyrównywaniu różnic i niedoborów w nadleśnictwach biedniejszych. Bez tego funduszu Nadleśnictwa Sokołów nie byłoby stać na tyle inwestycji. Realizowaliśmy unijne projekty małej retencji wody, prowadziliśmy działania służące ochronie ekosystemów leśnych, błotnych, różnorodne przedsięwzięcia. Na przykład w dużym zakresie zastępujemy policję i państwową straż pożarną, a infrastruktura dotycząca ochrony przeciwpożarowej w Nadleśnictwie Sokołów ma wartość kilku milionów złotych. Poza tym strażnicy leśni, zajmując się przestępstwami i wykroczeniami leśnymi, wyręczają policję. Duże środki finansowe angażujemy też w ochronę przyrody.
Pamiętajmy też, że lasy są otwarte dla społeczeństwa. Dla nas to oczywiste, ale zupełnie inaczej jest w innych krajach, gdzie lasy stanowią własność prywatną. W Polsce jest takie poczucie, że to nasz las. A to może się zmienić. Boję się i nie jestem w tym odosobniony, że te pieniądze, które Lasy Państwowe będą musiały zapłacić, nie do końca trafią tam, gdzie powinny. Miejmy nadzieję, że nasze Lasy Państwowe – państwowymi pozostaną.

– Akcja zbierania podpisów pod wnioskiem o poddanie pod referendum ogólnokrajowe sprawy przyszłości Lasów Państwowych i polskiej ziemi rozkręca się…

– Nadleśniczemu trudno jest tutaj aktywnie występować. Wiem, że podpisy zbierają związki zawodowe istniejące na terenie Nadleśnictwa. Robi to Polskie Towarzystwo Leśne, sympatyzują z nami księża, nasi kontrahenci drzewni i tzw. ludzie dobrej woli. W naszym imieniu działają posłowie różnych partii, szczególnie opozycyjnych, następnie Stowarzyszenie Inżynierów i Techników Leśnictwa i Przemysłu Drzewnego. Czekamy z niepokojem i nadzieją, że może uda się złagodzić skutki znowelizowanej ustawy. Firma pozbawiona możliwości inwestowania traci szansę rozwoju. Ważne, żeby nie załamała się koniunktura na drewno. Dwa lata przetrwamy, ale co dalej? Gospodarka leśna jest bardzo ważną gałęzią gospodarki narodowej. Próba włożenia kija w te tryby może skończyć się fatalnie. Warto wiedzieć, że jesteśmy czwartym eksporterem mebli w świecie, a co dziesiąte euro z eksportu pochodzi z tzw. przemysłu leśno-drzewnego. Zagrożenie prywatyzacją istnieje zawsze, bo nikt nie będzie dotował lasów, skoro tyle lat utrzymywały się same. Boję się, że jak w naszym pięknym kraju coś nie wyjdzie, to sięgnie się do lasu, który jest postrzegany jako absolutnie modelowa forma leśnej gospodarki. I to nie jest przechwalanie się. Każdy obcokrajowiec, który tu był, stwierdzał, że nasze lasy są w fantastycznej kondycji.

– Zwolennicy referendum przypominają, że siła nabywcza naszych obywateli jest znacznie niższa od siły nabywczej najbogatszych państw UE. Leśnicy alarmują też, że w Puszczy Białowieskiej, której nie można eksploatować, gnije drewno o wartości 2 mld zł, a rząd z wyniku nowelizacji ustawy chce uzyskać jedynie 1,6 mld zł.

– To prawda. Lasy są własnością suwerena (czytaj: wszystkich obywateli Rzeczypospolitej Polskiej) i mają być dostępne dla wszystkich na równych prawach. Sceptyków tego poglądu zachęcam do odwiedzenia innych krajów (Skandynawia), gdzie prywatna własność leśna jest dominująca, i sprawdzenia, czy np. wolno zbierać grzyby i jagody, jeśli w ogóle wjechać tam wolno.

– Co chciałby Pan powiedzieć Czytelnikom „Niedzieli Podlaskiej”?

– Zapraszam do naszych wspólnych lasów po zdrowie, relaks, a także na grzyby i inne dary, jakie lasy niosą.

– A ja życzę Panu, żeby Lasy Państwowe wyszły obronną ręką z trudnej sytuacji. Ku pożytkowi nas wszystkich.

Tagi:
przyroda

Finał akcji ratowania sokołów wędrownych

2018-08-07 09:36

Robert Borkacki

Kolejne pięć młodych sokołów wędrownych zamieszkało w sztucznym gnieździe na terenie Nadleśnictwa Żmigród.

Stowarzyszenie na Rzecz Dzikich Zwierząt "Sokół"

To finał tegorocznej akcji zasiedlania tych drapieżnych ptaków. W 2018 r. sprowadzono łącznie na Dolny Śląsk 34 ptaki z Słowacji, Niemiec i krajowych hodowli.

Akcja jest możliwa dzięki wsparciu finansowemu Wojewódzkiego Funduszu Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej we Wrocławiu.

- Nadrzewna populacja europejska tego drapieżnika całkowicie wyginęła w latach 60-tych, m.in. z powodu zatrucia środowiska szkodliwą chemią - mówi Bartłomiej Wiązowski, Zastępca Prezesa WFOŚiGW we Wrocławiu. Aby przywrócić populację sokołów w naszym regionie, Fundusz od lat wspiera akcje ich reintrodukcji. Ptaki są umieszczane w sztucznych gniazdach i dokarmiane, a później wypuszczane na wolność.

Zobacz zdjęcia: Finał akcji ratowania sokołów wędrownych

Od 2010 r. zasiedlono na Dolnym Śląsku 187 sztuk tych drapieżników. Organizatorem projektu jest Stowarzyszenie na Rzecz Dzikich Zwierząt "Sokół".

W ostatnich trzech latach projekt przyniósł pierwsze sukcesy: wyległo się wówczas 11 sokołów. Jeszcze na początku XX wieku sokół wędrowny występował w całym kraju. Do zagłady drapieżników przyczyniło się do m.in. zatrucie środowiska szkodliwym pestycydem DDT, który po dostaniu się od organizmów ptaków, nie był z nich wydalany i kumulował się w ich tkankach.

Zaburzał on gospodarkę wapnem co skutkowało tym, że składne jaja miały zbyt cienkie skorupki, które pękały po ciężarem wysiadującej je samicy. Mimo, że DDT nie jest już stosowany w Polsce, to skrzydlaci drapieżcy wciąż nie mają łatwego życia. Przyrodnicy narzekają na niektórych kolekcjonerów jaj oraz hodowców gołębi i drobiu domowego, którzy prześladują te ptaki. Na młode sokoły polują puchacze i jastrzębie a gniazda są plądrowane przez kuny.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Nowy blask Pana Jezusa

2019-08-21 11:25

Łukasz Krzysztofka
Edycja warszawska 34/2019, str. 4

Jest nie tylko wyjątkowym zabytkiem, ale przede wszystkim obiektem otaczanym kultem wiernych. Cudowny krucyfiks z warszawskiej archikatedry właśnie poddawany jest konserwacji

Łukasz Krzysztofka
Każdy odwiedzający Muzeum AW może podpatrywać przez szybę, jak przebiega konserwacja

Prace w Muzeum Archidiecezji Warszawskiej potrwają do końca października. Każdy odwiedzający Muzeum może podpatrywać przez szybę, jak przebiega konserwacja. A w kaplicy Baryczków w archikatedrze, w miejscu, gdzie znajdował się krucyfiks, obecnie oglądać można jego wierną kopię w postaci dużego cyfrowego zdjęcia.

W Warszawie już prawie pięćset lat

Rzeźba przestawiająca Chrystusa Ukrzyżowanego wykonana została z drewna w pierwszych dekadach XVI wieku w Norymberdze. Do Warszawy trafiła w 1525 r. za sprawą kupca i radcy miejskiego Jerzego Baryczki. Gdy w 1602 r., podczas huraganu, zawaliła się wieża kolegiaty, niszcząc sklepienia i wiele obiektów wyposażenia kościelnego, wizerunek Chrystusa pozostał nienaruszony. Wówczas uznano zdarzenie to za cud.

Z krucyfiksem związana jest znana legenda, która mówi, że wkrótce po umieszczeniu krzyża w katedrze na rzeźbie zaczęły rosnąć włosy. Gdy urosły tak, że zasłoniły twarz Chrystusowi, postanowiono je przystrzyc. A ponieważ wciąż odrastały, obcinały je co roku w Wielki Piątek cnotliwe panny. Obcięte włosy miały mieć moc leczniczą. Lecz gdy postrzyżyn dokonała prawnuczka Baryczki, która popełniła grzech cudzołóstwa włosy przestały rosnąć. – Włosy na rzeźbie Jezusa nie są włosami ludzkimi, tylko zostały dodane przypuszczalnie po zakończeniu wojny, ponieważ zapewne spaliły się w czasie pożaru. Prawdopodobnie są to włosie końskie. Niestety, w tamtych czasach nie było żadnej dostępności do peruk – rozwiewa legendę prof. Maria Lubryczyńska z Wydziału Konserwacji Dzieł Sztuki Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie.

W czasie Powstania Warszawskiego katedra została niemal doszczętnie zburzona przez hitlerowców. Walące się mury pogrzebały większość pomników nagrobnych i epitafiów. Kaplica z krucyfiksem ocalała od zniszczenia. 16 sierpnia 1944 r. krzyż został wyniesiony z katedry przez kapelana AK ks. Wacława Karłowicza. – To jak został uratowany krucyfiks, uznajemy za cudowne wydarzenie w aspekcie naszej wiary. Ślady tych doświadczeń powstańczych na krucyfiksie są bardzo widoczne. Tak jak cierpiała Warszawa i jej mieszkańcy w czasie powstania, tak również cierpiał Chrystus, który później wrócił do katedry – zauważa ks. prał. Bogdan Bartołd, proboszcz archikatedry.

Niezbędna konserwacja

Po zakończeniu wojny krucyfiks został umieszczony w obecnym kościele seminaryjnym. Trzy lata później był uroczyście przeniesiony do dźwiganej z ruin katedry. Towarzyszyło temu wielkie zainteresowanie, były tłumy wiernych. – Szczycimy się tym, że przy tym cudownym krucyfiksie modlili się w czasie I pielgrzymki do Polski i podczas kolejnych św. Jan Paweł II, potem w 2006 r. również papież Benedykt XVI – podkreśla ks. Bartołd.

Ostatnia konserwacja krucyfiksu miała miejsce w 1958 r. Utrwalono wtedy m.in. odpadającą polichromię i odkażono ją środkami owadobójczymi, usunięto brud i ślady opalenizny, uzupełniono złoto na perizonium oraz włosy w peruce. Pokryto także pastą woskowo-żywiczną całą figurę i wypolerowano. Krucyfiks nie był dotąd przedmiotem badań naukowych. Jest na terenie Polski jednym z nielicznych cennych zabytków sakralnych dotąd nieopracowanych. Wymaga podjęcia prac konserwatorskich. – Na uszach Chrystusa widoczne są ślady nadpalenia polichromii i obecnie jest ona ciemno brązowa. Zły stan zachowania włosów nie pozwala na ich regenerację. Konieczne będzie wykonanie nowej peruki – mówi prof. Lubryczyńska.

Zdjęcie rzeźby z krzyża pozwoliło też na ocenę stanu zachowania polichromii na szyi i ramionach Chrystusa. Okazało się, że zniszczenia, a zwłaszcza nadpalenia powierzchni są bardzo rozległe. Przed przystąpieniem do konserwacji wykonane będą badania specjalistyczne, m.in. fotografie w świetle rozproszonym i podczerwieni, rentgenogramy, badania mikroskopowe i mikrotechniczne. Po zakończeniu prac konserwatorskich, przed uroczystym przeniesieniem krucyfiksu do archikatedry, będzie można podziwiać go przez pewien czas w Muzeum Archidiecezji Warszawskiej.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Jasna Góra: pieszo, na rowerach i biegiem - trwa drugi szczyt pielgrzymkowy

2019-08-25 08:58

it / Częstochowa (KAI)

Na Jasnej Górze rozpoczął się drugi szczyt pielgrzymkowy. Na uroczystość Matki Bożej Częstochowskiej przybywają kolejne tysiące pieszych, rowerowych i innych pątników. To głównie grupy parafialne i dekanalne z metropolii łódzkiej, katowickiej i częstochowskiej, ale są też diecezjalne kompanie. Wczoraj weszło ponad 20 grup, a dziś przyjdzie następnych ponad trzydzieści.

Krzysztof Świertok

W 94. pielgrzymce łódzkiej, wśród ok.2 tys. pątników, jak zwykle przyszli: papieski jałmużnik kard. Konrad Krajewski i abp Grzegorz Ryś, metropolita łódzki.

Abp Ryś podkreślał, że pielgrzymka jest „przecudownym doświadczeniem Kościoła”. - Jak odkryliście to przecudowne doświadczenie Kościoła, gdzie wszyscy podążają za Chrystusem, nawracają się, znają się po imieniu, poznają nowych ludzi, którzy od razu są ich dobrymi znajomymi, a jak trzeba to wszyscy idą na grilla, to uczyńcie Kościół taki w waszych parafiach, wspólnotach i mówicie - chodźcie i zobaczcie - zachęcał pielgrzymów metropolita łódzki.

Pątnik witał każdą z grup pieszych pielgrzymek z metropolii łódzkiej. W sumie z terenu jego archidiecezji weszło ok. 6 tys. osób.

- To jest specyfika pielgrzymki z arch. łódzkiej, że jest wiele wspólnot, które idą w tym samym czasie, z różnych miejsc, idą i razem i osobno, więc biskup się musi przenosić z miejsca na miejsce - wyjaśnia arcybiskup. Podkreśla, że zaczął pielgrzymować ze Zgierzem, „to było 20-tego, potem wyszedłem z Łodzią 21-go, potem szedłem z Łaskiem, następnie z Aleksandrowem i z Pabianicami, Kaszewicami i czekam na pozostałe grupy”.

Jak zaznacza „to bardzo piękne doświadczenie, bo w tych mniejszych grupach ludzie poczuwają się do bliższej wspólnoty, jakoś łatwiej czytają swoją tożsamość”. - Dobrze jest z nimi być. Na każdym etapie ludzie podchodzili, spowiadali się, rozmawiali, stawiali rozmaite pytania – podkreślał pasterz.

Dodawał, że Jasna Góra jest dla niego ważnym miejscem w życiu. - Pewnie sam mógłbym przyjechać w różnym czasie, ale dla mnie jest ogromnie ważne przejść z ludźmi z mojej archidiecezji, także po to, żeby skrócić pewien dystans, żeby zobaczyli, że biskup nie jest kimś na koturnach i niedostępnym, tylko idzie z nimi i sutannę ma tak samo mokrą, jak oni kurtki czy koszule. Bardzo dobre doświadczenie - podsumował arcybiskup.

Pielgrzymi podkreślają, że przybywają na imieniny Matki. - Matka chce swoje dzieci zawsze mieć wszystkie przy sobie, Maryja nas jednoczy - powiedziała pani Bożena, która siódmy raz przyszła z Wolbromia.

Karol, 10-letni pielgrzym podkreślał, że choć ciężko się szło, „bo to sto kilometrów a nogi bolą jak zwykle, to jak się tu wchodzi to jest się szczęśliwym i dumnym, że się doszło”.

Ania przedstawicielka młodzieży podkreślała, że pielgrzymka to „zawsze wspaniały czas kiedy można się modlić z innymi ludźmi i wzmacniać się w wierze”.

Niektórzy pokonali sto kilometrów, inni tysiąc. Z paulińskiego klasztoru w Rumunii i z miejsca ostatniej wizyty papieża Franciszka w Csíksomlyó przybiegło 10 osób.

Pomysłodawcą pielgrzymki jest Marian Płaszczyk, mieszkaniec Knurowa, członek Rycerstwa Jasnogórskiej Bogarodzicy, który corocznie organizuje pielgrzymki biegowe z miasteczka Knurów w woj. śląskim na Jasną Górę. Od trzech lat do pielgrzymek krajowych postanowiono dołączyć pielgrzymowanie zagraniczne, związane z tradycją i historią Zakonu Paulinów, odwiedzając klasztory paulińskie w Europie.

- Biegaliśmy od paulińskiego klasztoru do następnego. To było spotkanie z jedną Matką, ale o wielu obliczach, bo każde miejsce, gdzie zatrzymywaliśmy się było związane z Maryją - powiedział pomysłodawca wyprawy.

- Mam 57 lat, biegam dość długo, ale pielgrzymka to coś wspaniałego – wyznała pani Dorota z Bytomia. Dodała, że „ to wspaniałe przeżycia, bo człowiek sam siebie zwycięża, było trudno, deszcz, słońce i goniące nas psy. Rumunia dała nam popalić”.

W 2017 r. biegacze pokonali trasę z Jasnej Góry do Marianosztra na Węgrzech, skąd Zakon Paulinów przybył do Polski i na Jasną Górę. W 2018 r. wyruszyli z Jasnej Góry do Šaština, gdzie znajduje się Sanktuarium Matki Bożej Siedmiobolesnej, Patronki Słowacji, od niedawna klasztor odzyskany przez paulinów. W tym roku postanowiono zmodyfikować trasę pielgrzymki, i biec na Jasną Górę.

Przybywające teraz pielgrzymki są bardzo „malownicze”. Mają przeróżne pielgrzymkowe emblematy, parafialne proporce, sztandary, idą w nich druhny i druhowie z Ochotniczych Straży Pożarnych, przedstawicielki Kół Gospodyń Wiejskich, orkiestry dęte.

Sporo pielgrzymek, które docierają teraz, na odpust 26 sierpnia, w drogę powrotną uda się również pieszo.

Tak jest np. w pielgrzymce z Przedborza. - Wędrujemy dwa i pół dnia na Jasną Górę, by pokłonić się Matce Bożej, po uroczystościach w Częstochowie wracamy również pieszo do naszej Pani Serdecznej, do naszego kościoła, by ten trud pielgrzymi ofiarować również w intencji naszej Ojczyzny - opowiada ks. Stanisław Obratyński i dodaje: „wędrujemy od Matki Bożej Serdecznej do Matki Bożej Jasnogórskiej, by ta radość naszej grupy mogła się wypełnić”. Dziś dotrze jedna z największych - piesza pielgrzymka tarnowska – w której podąża ponad 8 tys. osób, przyjadą także pielgrzymi na rolkach z Warszawy.

W sumie na poniedziałkowy odpust wejdzie ok. 90 pielgrzymek, a w nich ponad 30 tys. osób.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem