Reklama

Jan Paweł II

Rodzinne klimaty domu Wojtyłów

Jana Pawła II w dużej mierze ukształtował dom rodzinny. Karol Wojtyła wyniósł z niego wartości, które później rozwinął w stopniu heroicznym

Lata dwudzieste XX wieku. Gdy mały Lolek wracał ze szkoły, do swego mieszkania w Wadowicach przy ul. Kościelnej musiał się wspinać po krętych, żelaznych schodach. Na futrynie drzwi wejściowych zawieszona była fajansowa kropielniczka z wodą święconą. Przechodząc, miał obowiązek się przeżegnać. Następnie siadał przy stole kuchennym, naprzeciwko białego kredensu z porcelaną, i odrabiał lekcje. Czasem sam, czasem z kolegami. Potem matka szykowała obiad, a kiedy po południu z pracy w pobliskich koszarach przychodził ojciec, zabierał Lolka na spacer nad Skawę. Opowiadał mu o dziejach ojczystych, uczył języka niemieckiego, przywoływał bohaterów szkolnych lektur.

Wieczorem domowa kuchnia zamieniała się w łazienkę: Emilia Wojtyłowa przynosiła w wiadrze wodę ze studni, potem balię i Lolek się mył. A potem szedł spać do pokoju obok, gdzie stały dwa drewniane łóżka i regał z książkami. Jego brat Edmund, starszy od niego o czternaście lat, dłużej odrabiał prace domowe (po zdaniu matury w 1924 r., Edmund rozpoczął studia medyczne w Krakowie).

Reklama

I tak toczyło się życie, zwyczajnie i prosto, jak w wielu innych rodzinach w tym mieście.

Mieszkanie Wojtyłów było dokładnie tam, gdzie dzisiaj znajduje się multimedialne Muzeum Dom Rodzinny Jana Pawła II – na pierwszym piętrze w kamienicy, tuż przy centralnym kościele wadowickim. To jedyne miejsce na świecie, gdzie można jeszcze poczuć klimat rodzinnego domu Papieża. Tutaj przyszedł na świat i tu mieszkał aż do matury.

Wychowywał się w czasie, gdy Polska wybiła się na niepodległość i znów pojawiła się na mapie Europy. W domu wojskowego, a więc z tradycjami. Porucznik Karol Wojtyła senior w 1918 r. skończył służbę w wojsku austriackim i zaczął ją w Wojsku Polskim, w 12. Pułku Piechoty Ziemi Wadowickiej. Matka, Emilia Wojtyłowa, prowadziła dom.

Reklama

Klimat Wadowic był niepowtarzalny: XIII-wieczne miasteczko pięknie położone u podnóża Beskidu Małego, z pulsującym życiem Rynkiem otoczonym kamieniczkami i sklepami, z magistratem i XIV-wiecznym kościołem Ofiarowania Najświętszej Maryi Panny. Tutaj osiedlali się artyści, lekarze, urzędnicy państwowi, nauczyciele, prawnicy. Tu rozwijała się kultura, odbywały się koncerty, przedstawienia teatralne. Kwitł handel, a w czasie jarmarków na rynku zbierali się straganiarze, malarze, grywali muzycy uliczni. Nie brakowało szkół, bibliotek, klubów sportowych. O tym wszystkim zresztą mówił Papież w słynnym przemówieniu podczas pielgrzymki do Wadowic, doceniając walory takiej atmosfery i mając świadomość, że to ona go ukształtowała.

Matka

Atmosferę w domu rodzinnym Wojtyłów w dużej mierze tworzyła matka.

Emilia Wojtyłowa, z domu Kaczorowska, rocznik 1884, to piękna kobieta o przenikliwym spojrzeniu, w eleganckich sukniach i biżuterii (tak widnieje na starych fotografiach), uczesana w kok. Dorastała w Galicji, gdy Polska była jeszcze pod zaborami. Kraków, w którym mieszkała, był stolicą kulturalną kraju, co musiało wywierać wpływ na pannę Kaczorowską. Na co dzień słyszała o bohemie młodopolskiej i cyganerii, która gromadziła się w kawiarniach w Rynku, obserwowała rozwój prasy i nowinek technicznych, zwiedzała zabytki. Dorastała w rodzinie o silnych tradycjach religijnych. Zahartowana, uodporniona na trudy życia, bo w dzieciństwie straciła matkę i kilkoro z rodzeństwa. Doświadczała trudnej prawdy o konieczności przemijania i śmierci, ucząc się zaufania Opatrzności i głębszego rozumienia życia.

Już jako mężatka (w 1906 r. wyszła za mąż za oficera Karola Wojtyłę) i matka małego Edmunda, straciła córeczkę Olgę. Dziewczynka żyła tylko szesnaście godzin, umarła matce na rękach. Kilka lat później Emilia Wojtyłowa dowiedziała się, że znów spodziewa się dziecka i że ciąża jest zagrożona. Jeśli urodzi to dziecko, ona sama umrze – usłyszała od lekarza, który zalecił jej aborcję. Trzydziestopięcioletnia wtedy Emilia, mając pełną świadomość, że może umrzeć przy porodzie, zdecydowała się urodzić dziecko. I to właśnie był syn Karol. Zdrowy, silny chłopak. Przyszły papież.

Jaki wpływ matka wywarła na Jana Pawła II?

Znamienne, że sam Ojciec Święty o matce prawie w ogóle nie mówił. I z pewnością nie dlatego, że miał tylko dziewięć lat, gdy umarła. Być może zbyt bolesne było dla niego przeżycie tej straty. Bo razem z ojcem po odejściu Emilii na zawsze zamknęli pokój, w którym leżała chora, a potem umarła. To tak, jakby zamknęli ją w tym salonie i nie pozwolili jej odejść. Jakby wyparli tę śmierć, skazując się na jeszcze większe cierpienie – tak tłumaczy to dzisiejsza psychologia.

Nigdy też publicznie Papież nie mówił, że matka urodziła go, poświęcając dla niego swe życie. Ale wszystko wskazuje na to, że o tym wiedział. Kard. Dziwisz wspominał, że Ojciec Święty rozmawiał o swych narodzinach z akuszerką z Wadowic. Także włoski dziennikarz Renzo Allegri przeprowadza ciekawą analogię: w książce „Dwie matki Jana Pawła II. Emilia Wojtyłowa i św. Joanna Beretta Molla” zestawia życie matki Papieża z życiem świętej, która urodziła czwarte dziecko, mając świadomość, że – jeśli donosi ciążę – sama umrze. I tak się stało. To Jan Paweł II wyniósł Joannę na ołtarze, wiedząc, że znalazła się w takiej sytuacji jak kiedyś jego matka. Przedwczesna śmierć Emilii Wojtyłowej była przecież konsekwencją urodzenia syna. Obie te kobiety, jak zaznacza Allegri, przeżyły wielki dramat macierzyństwa. „Musiały wybierać między własnym życiem a życiem dziecka, które nosiły w sobie. I obie wyraźnie wybrały ocalenie dziecka. To matki heroiczne, męczennice, święte” – pisał włoski autor, stawiając też ciekawą tezę: Papież z tak wielkim entuzjazmem prowadził proces beatyfikacyjny Joanny Beretty Molli, bo widział w niej własną matkę, a czyniąc Joannę świętą, uczynił świętą też swoją matkę.

Sam Jan Paweł II powiedział też kiedyś, że „nauczył się cierpienia od matki”. To mocne słowa. Wypływają one zapewne stąd, że Jan Paweł II zapamiętał swą matkę jako osobę wciąż chorą, leżącą w łóżku, cierpiącą, niemogącą chodzić i zajmować się domem, a także nim – małym chłopcem. Sąsiadki z Wadowic wspominały, że pani Wojtyłowa – bo tak o niej mówiły – miała reumatyzm, chore serce, cierpiała na bezwład nóg i poruszała się na wózku inwalidzkim, a były okresy, że całymi tygodniami leżała w zamkniętym salonie. Mąż wynosił ją na leżaku na balkon. Jednak nawet w takim stanie szyła ubrania synom. Przy tym nie złorzeczyła, nie narzekała. Modliła się, umiała ofiarować cierpienie Panu Bogu, tłumacząc, że nie musi wszystkiego rozumieć. To ona pokazała Karolowi, jak znosić chorobę, jak się nie załamać. Bo gdy nie mogła się nim opiekować, umiała tę opiekę zorganizować – prosiła o pomoc sąsiadki, pomagali jej też starszy syn Edmund i mąż. Dom nie był zaniedbany, nie zdarzało się, aby nie było zakupów, obiadu, a dzieci były niedopilnowane. Miała poczucie obowiązku, czego mały Karol też się od niej uczył.

Wreszcie, to matka nauczyła Karola znaku krzyża i pierwszej modlitwy. Nic dziwnego, sama bowiem pochodziła z pobożnej rodziny, była też absolwentką szkoły zakonnej. To ona powiesiła w domu kropielniczkę z wodą święconą i uczyła dzieci, że muszą się przeżegnać, wychodząc z mieszkania. W Wadowicach wspominano Emilię jako kobietę pobożną, chodzącą do kościoła nie tylko w niedzielę, ale także np. na nabożeństwa majowe, do których miała sentyment (wszak przy śpiewie Litanii Loretańskiej rodził się Karol).

Matka Papieża była kobietą wykształconą i dbała o edukację swych dzieci. Nie wiadomo wprawdzie, do której konkretnie żeńskiej szkoły zakonnej chodziła, ale wszystkie prowadzone wtedy przez siostry szkoły w Krakowie były na wysokim poziomie. Dziewczęta miały wszystkie zajęcia po niemiecku (zabór austriacki), uczyły się francuskiego, angielskiego, literatury, kaligrafii, gry na instrumentach muzycznych, geografii, historii, przyrody, zasad savoir-vivre’u, szycia, prasowania, prac ręcznych. Były to szkoły „dla dziewcząt z wyższej sfery”. Absolwentka takiej szkoły mogła być damą dworu księżnej, hrabiny, musiała dbać o wygląd zewnętrzny. W takiej atmosferze Emilia dorastała i później prowadziła dom w Wadowicach.

Mówiąc o wpływie matki na przyszłego Papieża, trzeba też wspomnieć o inspiracji poetyckiej. Karol Wojtyła bowiem w 1939 r. napisał wiersz pt. „Matka” z dedykacją: „Emilii – Matce mojej”. Wyraził w nim tęsknotę, ale też ogromną miłość i szacunek do nieżyjącej już matki, którą nazywa „zgasłym kochaniem”.

Ojciec

Nie byłoby domu rodzinnego w Wadowicach w takim kształcie, gdyby nie ojciec przyszłego papieża – Karol Wojtyła senior. To postać wyjątkowa. Jak podkreślał kard. Dziwisz, Jan Paweł II wspominał ojca jeszcze kilka dni przed śmiercią, przez całe życie wiele o nim mówił.

Rocznik 1879, urodzony w Lipniku koło Białej (dziś dzielnica Bielska-Białej). Przystojny mężczyzna z wąsikiem, wojskowy, który po służbie zasadniczej, trwającej trzy lata, pozostał w armii autriackiego cesarza Franciszka Józefa, służąc najpierw w Krakowie, potem w Wadowicach, a w 1918 r. z radością mógł przejść do armii polskiej. Biegle mówił po niemiecku, cieszył się znakomitą opinią. W wojskowych dokumentach austriackich charakteryzowano go tak: „Niezwykle rzetelny, uczciwy, sumienny, ma poprawne czystopisy, szybko pisze na maszynie, pod każdym względem poprawny, całkowicie godny zaufania, godny każdego wyróżnienia”.

To on razem z Emilią zdecydował na przełomie 1919 i 1920 r, by żona nie dokonywała aborcji, gdy miał się urodzić Karol. System wartości, jaki Wojtyła senior wyniósł ze swego domu rodzinnego, przede wszystkim silna, ugruntowana wiara nie pozwalały mu na inną opcję.

Przez całe życie to on utrzymywał dom. Pensja urzędnika wojskowego nie była wprawdzie zbyt wysoka, ale wystarczała na podstawowe potrzeby żony i dwóch synów. Jak wspomina Eugeniusz Mróz, kolega Papieża z Wadowic, ojciec Lolka codziennie prosto z pracy przychodził do domu i zajmował się synami. A kiedy Emilia ciężko chorowała – to on prowadził dom. Gdy w 1927 r. przeszedł na wcześniejszą wojskową emeryturę, sam robił zakupy, przygotowywał posiłki, sprzątał, prał, pomagał w lekcjach Lolkowi i jego kolegom, zabierał ich na wycieczki, na spacery nad Skawę. Uczył ich nawet języka niemieckiego, także historii Polski, opowiadał ojczyste dzieje. – Pamiętam, jak ojciec Lolka szył, jak przerabiał stare ubrania na nowe – opowiada Eugeniusz Mróz.

Po śmierci Emilii zaś ojciec był dla przyszłego papieża matką i ojcem, bez reszty poświęcił się synowi, nie ożenił się po raz drugi. Wprowadził w domu regularny rytm dnia: wczesnym rankiem – o godzinie siódmej – szli do kościoła na Mszę św., potem Lolek szedł do szkoły, po południu razem z ojcem odrabiał lekcje, po czym szli na obiad do pobliskiej jadłodajni Banasia, a następnie, czasami, na spacer nad Skawę. Wieczorem wspólnie się modlili, czytali na głos Biblię. Ojciec stanowił dla Lolka wzór wiary, o czym Jan Paweł II wiele razy mówił, także wtedy, gdy już był papieżem. „Mogłem na co dzień obserwować jego życie, które było życiem surowym. Nieraz zdarzało mi się budzić w nocy i wtedy zastawałem mego Ojca na kolanach, tak jak na kolanach widywałem go zawsze w kościele parafialnym” – pisał Papież w książce „Dar i tajemnica”. W innym miejscu Jan Paweł II podkreślał: „Moje lata chłopięce i młodzieńcze łączą się przede wszystkim z postacią ojca (…). Ojciec, który umiał od siebie wymagać, w pewnym sensie nie musiał już wymagać od syna. Patrząc na niego, nauczyłem się, że trzeba samemu sobie stawiać wymagania i przykładać się do spełniania własnych obowiązków. Mojego ojca uważam za niezwykłego człowieka”. Te słowa mówią same za siebie.

W 1938 r. Karol Wojtyła senior wraz z synem Karolem przeprowadził się z Wadowic do Krakowa. Także wtedy była widoczna silna więź ojca z synem. Kiedy we wrześniu 1939 r. wybuchła II wojna światowa, Karol z ojcem, tak jak reszta mieszkańców Krakowa, zaczęli uciekać na wschód. Dotarli do Sanu, za Tarnów. Kiedy jednak dowiedzieli się, że 17 września Polskę od wschodu zaatakowali Sowieci, postanowili wrócić do Krakowa, który był już pod okupacją niemiecką.

Karol bardzo przeżył śmierć ojca. Kiedy w lutym 1941 r. wrócił z pracy do domu, ojciec nie żył. Rozpłakał się wtedy jak dziecko. Całą noc klęczał przy ojcu i się modlił. Kard. Stanisław Dziwisz wyznał kiedyś, że Papież wiele razy powracał wspomnieniami do tego tragicznego dnia. – Ojciec Święty opowiadał, że po powrocie z fabryki zastał w domu martwego ojca, siedzącego na krześle, z głową opuszczoną wraz z rękami na stole. Obok stała szklanka herbaty. Niedopitej do połowy.

W rozmowie z André Frossardem Papież wspominał: „Ten mój ojciec, którego uważam za niezwykłego człowieka, zmarł – prawie że nagle – podczas drugiej wojny światowej i okupacji, zanim ukończyłem dwudziesty pierwszy rok życia”.

Pochował ojca na cmentarzu Rakowickim w Krakowie, tuż przy matce, w grobie rodzinnym Kaczorowskich.

Brat

Mało kto dziś pamięta, że Papież miał brata. To postać ważna w jego życiu, był z nim mocno zżyty. Już od dzieciństwa, kiedy to Edmund pomagał matce opiekować się młodszym braciszkiem, a później zabierał małego Lolka na górskie wycieczki albo grali razem w tenisa.

Edmund Wojtyła, rocznik 1906, z wykształcenia lekarz, zastępca ordynatora Oddziału Zakaźnego Szpitala Miejskiego w Bielsku. W środowisku medycznym Edmunda już wtedy bardzo ceniono, słynął z profesjonalizmu i z oddania powołaniu lekarza. Uwidoczniły się również jego zainteresowania leczeniem ludzi ubogich i bezdomnych. Zachowały się też świadectwa, że pacjenci szpitala wyczuwali jakąś wyjątkową dobroć doktora Wojtyły i bardzo go lubili, darzyli zaufaniem. Szybko zresztą nawiązywał z nimi kontakt.

Lolek wraz z ojcem, po śmierci matki, odwiedzał Edmunda w Bielsku systematycznie w każdą niedzielę. Wędrowali wówczas razem po okolicznych wzgórzach i górach. Dzięki tym spotkaniom więź między braćmi po śmierci matki stała się jeszcze silniejsza. Lolek uwielbiał te górskie wyprawy, bardzo kochał Edmunda. Zresztą z wzajemnością. Bracia podzielali wspólne pasje, nawet aktorskie. I Lolek, i Edmund wystawiali teatrzyki pacjentom w szpitalu, urozmaicali im czas, by choć na chwilę zapomnieli o swoich dolegliwościach, o chorobach. Bracia traktowali to jako misję. Obaj przejawiali wrażliwość na ludzkie cierpienie, o którym Papież powie później, że go „onieśmielało”.

Wkrótce jednak doszło do tragedii

Jesienią 1932 r. do szpitala w Bielsku trafiła dwudziestojednoletnia dziewczyna chora na szkarlatynę. Edmund Wojtyła starał się za wszelką cenę ratować chorą. Tym bardziej gdy dowiedział się, że została umieszczona w izolatce i inni lekarze opuścili ją w obawie przed zarażeniem się. Wtedy Edmund postanowił sam się nią zająć. Osobiście przy niej czuwał, nawet nocą. Niestety, zaraził się od niej. Tym samym sprowadził również na siebie wyrok śmierci. Bo zmarła i pacjentka i – po dziesięciu dniach – również Edmund. W chwili śmierci miał dwadzieścia sześć lat.

Ta śmierć odbiła się echem w całej okolicy. Rada Miasta Bielska podjęła uchwałę, że powstanie fundusz pogrzebowy doktora Edmunda Wojtyły na koszt miasta. Odejście młodego lekarza znalazło też odzwierciedlenie w prasie. Wystarczy przejrzeć gazety z tamtych dni, by się przekonać, że Edmund poświęcił życie świadomie, w imię realizacji swego powołania.

„Ilustrowany Kuryer Codzienny” z 9 grudnia 1932 r. podaje: „Doktor Edmund Wojtyła oddał swe młode życie w ofierze cierpiącej ludzkości”. W innym artykule, pt. „Zgon lekarza na posterunku pracy”, czytamy: „Śp. Edmund Wojtyła zmarł dnia 4 grudnia br., po ciężkiej, a tylko cztery dni trwającej chorobie – na ciężką, septyczną płonicę. Dziesięć dni przedtem spędził noc przy łóżku szpitalnym ciężko chorej na płonicę, którą chciał wyrwać ze szponów śmierci – lecz bezskutecznie. Stąd wyniósł zabójczy zarazek i równocześnie dla siebie fatalny wyrok śmierci”. Prasa charakteryzowała go jako lekarza wyjątkowo rzetelnego, okazującego współczucie chorym. „Był bowiem dr Wojtyła nieprzeciętnym, lecz wartościowym człowiekiem, który miał wszelkie dane dla znakomitego lekarza w pełnym tego słowa znaczeniu, od którego ludzkość mogła się wiele, bardzo wiele spodziewać”.

Doktor Stanisław Bruckner w imieniu pracowników szpitala mówił: „A jednak, choć nie byłeś żołnierzem niosącym śmierć morderczym narzędziem, jesteś bohaterem, jesteś męczennikiem swego młodego życia, boś poległ ofiarnie właśnie w walce z tą śmiercią. Przemogła Cię, przytuliła do swego łona, gdyż Ty, drogi Kolego, odważyłeś się próbować wyrwać życie młodej dziewczyny z jej szponów! Odszedłeś! Poszedłeś, Ty, Drogi Mundku, Ty, który za młodu, przeszedłszy twardą szkołę życia, jąłeś się pracy, zrozumiawszy przedwcześnie Mickiewiczowskie «Zgińcie me pieśni, wstańcie czyny moje!». I powstał Twój czyn – czyn przepotężny, za który nie ludzie, lecz Najwyższy niech Cię osądzi”.

Pogrzeb Edmunda odbył się w Bielsku. Tłumy ludzi – pracownicy szpitala, lekarze, pielęgniarki, pacjenci, władze Bielska, duchowni. I narzeczona Jadwiga (nigdy po tej tragedii nie wyszła za mąż). Wiele przemówień, ciepłych słów. Tuż za trumną – ojciec, Karol Wojtyła, i brat – ukochany Lolek.

Śmierć brata była dla Lolka silnym wstrząsem. Jak wyznał po latach jako papież: „Mój brat, Edmund, zmarł u progu samodzielności zawodowej, zaraziwszy się jako młody lekarz ostrym wypadkiem szkarlatyny, co wówczas (1932) przy nieznajomości antybiotyków było zakażeniem śmiertelnym. Są to wydarzenia, które głęboko wyryły się w mej pamięci – śmierć brata chyba nawet głębiej niż matki, zarówno ze względu na szczególne okoliczności, rzec można tragiczne, jak też i z uwagi na moją większą wówczas dojrzałość. Liczyłem w chwili jego śmierci dwanaście lat”.

Edmund spoczął na bielskim cmentarzu przy ul. Grunwaldzkiej. Później ekshumowano ciało i trumnę przeniesiono do rodzinnego grobowca w Krakowie. Teraz leży on obok swoich rodziców na cmentarzu Rakowickim.

Nie znaczy to jednak, że szpital w Bielsku o nim nie pamięta. Wręcz przeciwnie, na budynku wisi tablica pamiątkowa ku jego czci. Nadto dzisiaj szpital nosi imię doktora Edmunda Wojtyły. Imię patrona zostało nadane w roku 2002, a więc Papież jeszcze się o tym dowiedział, przesłał nawet telegram z podziękowaniem.

W 2003 r. delegacja pracowników szpitala udała się z pielgrzymką do Papieża. Ktoś wtedy zaprosił – chorego już bardzo – Ojca Świętego do Bielska. A Jan Paweł II skomentował z humorem: „Do szpitala?!”.

Tego samego dnia na audiencji dla Polaków Papież powiedział: „Szczególnie witam dziś pracowników szpitala w Bielsku-Białej, w którym pracował mój brat i któremu niedawno zechcieliście nadać jego imię. Dziękuję za to upamiętnienie”.

W 1997 r. we Włoszech zawiązał się komitet do spraw beatyfikacji Edmunda Wojtyły. 25 lutego rzymski dziennik „Il Tempo” poinformował, że „grupa osób skupionych wokół wydawnictwa katolickiego w Padwie dąży do otwarcia jak najszybciej procesu beatyfikacyjnego”.

2014-04-22 14:51

Oceń: 0 0

Reklama

Wybrane dla Ciebie

Wiedeńskie uroczystości w dniu liturgicznego wspomnienia św. Jana Pawła II

2020-10-24 18:59

[ TEMATY ]

Jan Paweł II

Joanna Ritter

Katedra św. Szczepana

Katedra św. Szczepana

Po raz dziewiąty, 22 października, w rocznicę inauguracji pontyfikatu obchodzone było liturgiczne wspomnienie św. Jana Pawła II. W jubileuszowym roku setnej rocznicy urodzin Karola Wojtyły miało ono w stolicy Austrii szczególny charakter.

Obecne czasy nie sprzyjają organizowaniu doniosłych uroczystości, a mimo to w Wiedniu byliśmy świadkami dwóch jakże ważnych wydarzeń, upamiętniających ten wyjątkowy dzień.

Joanna Ritter

Odsłonięcie i poświęcenie relikwiarza w katedrze św. Szczepana

Uroczystość odsłonięcia relikwii św. Jana Pawła II, w nowym, specjalnie zaprojektowanym relikwiarzu, poprzedziła Msza św. o godz. 18.00 upamiętniająca 42. rocznicę rozpoczęcie pontyfikatu Papieża Polaka. Nabożeństwo, mające wiele polskich akcentów, sprawował proboszcz katedry ks. Toni Faber.

Joanna Ritter

W zeszłym roku, 5 maja 2019 r., Metropolita lwowski abp Mieczysław Mokrzycki przekazał relikwie św. Jana Pawła II wspólnocie parafialnej katedry św. Szczepana w Wiedniu. Prawie półtora roku trwały prace nad projektem i wykonaniem relikwiarza, w którym miała znaleźć się kapsułka z kosmykiem włosów Świętego. Od samego początku było wiadome, że relikwie zostaną na stałe wyeksponowane w katedrze, w miejscu związanym z Papieżem i łatwo dostępnym dla wiernych.

Joanna Ritter

Podczas swoich trzech podróży apostolskich do Austrii (1983, 1988 i 1998 r.) Jan Paweł II gościł w katedrze św. Szczepana i za każdym razem przed rozpoczęciem nabożeństwa modlił się w kaplicy św. Eligiusza przed Najświętszym Sakramentem oraz przed obrazem Matki Bożej przy ołtarzu »Maria Pócs«. Między tymi kaplicami od siedmiu lat znajduje się portret z podobizną Jana Pawła II pogrążonego w modlitwie. Jest on dziełem austriackiego artysty Bernda Faschinga. Jemu też powierzono zaprojektowanie relikwiarza, który zamontowany został poniżej portretu, przez co nadał temu miejscu szczególny charakter. Relikwiarz w kształcie klucza Piotrowego wykonany jest z brązu. Forma klucza ma symbolizować również szeroko rozumiane „otwieranie się“ – podkreślił artysta. Kapsułka z relikwiami Świetego umieszczona jest w otworze klucza. Całość znajduje się w szklanej gablocie, a w szybie na wysokości relikwii wbudowane jest szkło powiększająca, aby były one bardziej widoczne.

Dokonując odsłony i poświęcenia relikwiarza, probosczcz Faber wyraził życzenie, aby wstawiennictwo Jana Pawła II było dla nas wszystkich darem z nieba. I dodał „Nich to miejsce zachowa pamięć o wspaniałych wizytach Jana Pawła II w naszej świątyni oraz w Wiedniu. Niech pamięć o nim będzie kontynuowana i pielęgnowana na całym świecie.”

Uroczysta Msza św. na zakończenie wystawy »Jan Paweł II – Apostoł pokoju« w kościele św. Michała

W dniach od 1 do 22 października 2020 r. w wiedeńskim kościele św. Michała można było zwiedzać wystawę »Jan Paweł II – Apostoł pokoju«. Jej organizatorem był Instytut Polski w Wiedniu we współpracy z kościołem św. Michała. Zdjęcia akredytowanego w Watykanie polskiego fotografa Grzegorza Gałązki, autora portretu beatyfikacyjnego i kanonizacyjnego Jana Pawła II, ilustrujące szeroko rozumiane pojęcie pokoju w długim pontyfikacie Ojca Świętego, spotkały się z dużym zainteresowaniem osób odwiedzających wystawę. Natomiast dołączone do zdjęć teksty i cytaty Papieża Polaka, wybrane i zredagowane przez kuratorkę wystawy Joannę Łukaszuk-Ritter, miały przedstawić osobę Jana Pawła II jako niestrudzonego głosiciela pokoju oraz uświadomić zwiedzającym, że dążenia Papieża Polaka do budowania zgody i miłości na świecie poprzez Ewangelię Chrystusa są ciągle aktualne.

W ostatnim dniu wystawy prac fotograficznych Grzegorza Gałązki odbyła się o godz.19.30 uroczysta Msza św. koncelebrowana przez grupę księży z diecezji wiedeńskiej pod przewodnictwem ks. dr Ignaza Hochholzera. Zastąpił on biskupa Klausa Künga, który z przyczyn zdrowotnych nie mógł wziąć udziału w uroczystości. Na wstępie ks. Hochholzer podziękował za inicjatywę zakończenia wystawy Mszą świętą w dniu upamiętniającym św. Jana Pawła II, cytując słowa biskupa Künga „Papież Jan Paweł II jest Papieżem, który pociesza, a my tego pocieszenia i otuchy potrzebujemy. Módlmy się za Papieża Franciszka, za Kościół w Polsce i Austrii, w Europie i na świecie. Prośmy o wstawiennictwo świętego Papieża, aby również w obecnych czasach światło Chrystusa dotarło do świata.”

Joanna Ritter

Ksiądz Ignaz Hochholzer przeczytał również przygotowaną na tę okazję przez biskupa Künga homilię, rozpoczynającą się następująco: „42 lata temu, w dniu rozpoczęcia swojego pontyfikatu, Jan Paweł II wypowiedział znamienne słowa: »Nie lękajcie się! Otwórzcie bramy Chrystusowi!«. Dobrze nam to robi, gdy przypominamy sobie jego wezwanie. Są chwile, kiedy wydaje się, że w Kościele i na świecie nastaje ciemność. Obecnie cierpimy, wszystkie kraje świata cierpią z powodu pandemii, która ukazuje nam jasno, że człowiek nie jest w stanie zapanować nad wszystkim. Ale jeszcze bardziej cierpimy w poczuciu, że wiele osób zapomina o Bogu, że negatywny rozwój wydarzeń, które Jan Paweł II wyraźnie rozpoznał i nazwał, postępuje w najwyraźniej wymykający się spod kontroli sposób.” Dalej biskup Küng stawia pytanie „Co by nam powiedział (Jan Paweł II), gdyby mógł teraz do nas przemówić?“ i odpowiada „Nietrudno zgadnąć: wskazywałby nam, że pośród ciemności istnieje też światło.

Zapewne wskazałby nam Tajemnicę Zbawiciela, który ulecza każdą chorobę, a nawet wskrzesza zmarłych i prowadzi wszystkich do Ojca i do życia wiecznego.“ Cytując motto papieskie »Totus tuus« – »Cały Twój«, odnoszące się do Maryi, biskup Küng wyjaśnia, że prawdziwą odnowę Kościoła może utorować droga poprzez modlitwę, w szczególności modlitwę do Matki Bożej, droga poprzez ofiarę i cierpienie. Jan Paweł II „uświadomiłby nam prawdopodobnie, że w naszych czasach, w obecnych okolicznościach, wszystko zależy od nas. Konieczne jest – jak to wyraził papież Franciszek w swoim liście »Gaudete et exsultate« – osobiste dążenie do świętości, do bycia prawdziwym chrześcijaninem.” – napisał w swojej homilii biskup Klaus Küng.

Podczas Euchrystii na ołtarzu wystawione były relikwie św. Jana Pawła II udostępnione przez Polskie Sanktuarium Narodowego na Kahlenbergu, którymi ks. Hochholzer udzielił wiernym błogosławieństwa na zakończenie Eucharistii.

Msza św., odprawiana w języku niemieckim z kilkoma akcentami polskimi oraz wzbogacona programem muzycznym w wykonaniu organisty Nikity Gasser z Opactwa Norbertanów w Schlägl i mezzosopranistki Aliny Mazur, transmitowana była na żywo przez polskojęzyczne wiedeńskie Radio Droga oraz na kanale YouTube.

Uroczyste nabożeństwo w kościele św. Michała, którego organizatorem była »Wspólnota Modlitewna św. Jana Pawła II« w Wiedniu, »Stowarzyszenie im. Jana Pawła II w Austrii« oraz proboszcz kościoła św. Michała, ks. Erhard Rauch SDS, było godnym upamiętnieniem dnia liturgicznego wspomnienia św. Jana Pawła II. w roku jego jubileuszu oraz pięknym uwieńczeniem wystawy poświęconej jego osobie.

CZYTAJ DALEJ

"Wszystko Co Najważniejsze": Prof. Kleiber: skończmy z tym szaleństwem

2020-10-28 09:51

Archiwum prywatne

Prof. Michał Kleiber były prezes Polskiej Akademii Nauk

Prof. Michał Kleiber
były prezes
Polskiej Akademii
Nauk

Skutki obecnych protestów dot. orzeczenia Trybunału Konstytucyjnego mogą być tragiczne dla nas wszystkich - pisze we "Wszystko co najważniejsze" prof. Michał Kleiber. I apeluje: "skończmy z tym szaleństwem!" Jego zdaniem, "sprawy zaszły tak daleko, że kompromis jest absolutnie konieczny".

Prof. Michał Kleiber, były prezes PAN, redaktor naczelny pisma "Wszystko Co Najważniejsze" w środowym artykule "Skończmy z tym szaleństwem" ocenia, że "totalna niezgoda (...) ostatnio osiągnęła zupełnie karygodny poziom, przekraczając cywilizowane granice publicznego sporu, tworząc prawdziwe zagrożenie dla naszej pomyślnej przyszłości".

"Niedocenienie przez rządzących szerokich społecznych emocji najpierw w przypadku projektu ustawy o ochronie zwierząt, a ostatnio orzeczenia Trybunału Konstytucyjnego musi budzić zdziwienie" - pisze b. prezes PAN. W jego ocenie, sposób wprowadzenia tych zmian w życie - bez szerokiej dyskusji i jasnego przedstawienia już na samym początku środków łagodzących kluczowe konsekwencje proponowanych działań - niejako gwarantował powstanie poważnych problemów. "Tym groźniejszych, że powstających w trudnych warunkach rosnących zagrożeń pandemią" - pisze Michał Kleiber.

Ocenia jednak, że orzeczenie TK w sprawie aborcji pod względem prawnym nie budzi najmniejszych zastrzeżeń. "Prawo w sprawie obecnego konfliktu jest więc jednoznaczne i każda niezgoda z jego wydanym obecnie potwierdzeniem jest próbą obalenia obowiązującej konstytucji"- pisze prof. Kleiber.

Naukowiec uważa, że skutki obecnych protestów mogą być tragiczne dla nas wszystkich. "Zdominowani przez ogromne emocje, agresywnie nastawieni demonstranci łamią bowiem wszystkie obowiązujące w związku z pandemią zasady zachowania, co grozi wybuchem epidemicznej bomby. W połączeniu ze skandalicznymi i ewidentnie łamiącymi prawo atakami na kościoły i księży oraz zakłócaniem przebiegu obrzędów religijnych będzie to zapewne niebawem skutkować zdecydowanymi działaniami policji, co z kolei wywoła w odpowiedzi wzmożoną agresję protestujących" - pisze b. prezes PAN. I zastanawia się, czy jest przed nami droga do sytuacji jak na Białorusi. "Czy właśnie tego chcemy? Naprawdę potrzebujemy trochę dobrej woli wszystkich stron istniejących sporów, aby takiego tragicznego scenariusza uniknąć" - ocenia.

Według niego, "sprawy zaszły tak daleko, że kompromis jest absolutnie konieczny".

W jego ocenie, zażegnaniem sporu mogłoby być np. szybkie uchwalenie ustawy "rozdzielającej przypadki nienarodzonych dzieci ze zdiagnozowanym zespołem Downa, wyłączone z prawa do aborcji, od przypadków innych wad płodu, uważanych za nieodwracalne i będących dla większości społeczeństwa akceptowalną z konieczności przesłanką do tego zabiegu".

Naukowiec apeluje do wszystkich środowisk politycznych, aby dojść wspólnie do niezbędnego kompromisu, zaprzestać chaotycznych protestów i rozpocząć debatę dotyczącą wszystkich spornych spraw.

"Jest ich dużo, od lat doświadczamy tego sporu niemal codziennie. Ograniczmy jednak wreszcie emocje oraz słowną i, niestety, już także fizyczną agresję – naprawdę, nie traćmy szansy na niezakłóconą kontynuację budowy naszej wspólnej, pomyślnej przyszłości" - kończy naukowiec. (PAP)

CZYTAJ DALEJ

Bronili Królowej

2020-10-29 11:31

[ TEMATY ]

Jasna Góra

Akcja Katolicka

aborcja

protesty

Karol Porwich/Niedziela

Akcja Katolicka Archidiecezji Częstochowskiej zorganizowała w środę 28 października na placu przed szczytem jasnogórskim i w Bramie Lubomirskich czuwanie modlitewne pod hasłem „Broń Królowej!”. Wzięło w nim udział kilkaset osób.

– Dziękuję za waszą obecność i dar odwagi. W tym niespokojnym czasie, w którym znalazła się nasza ojczyzna, zawierzamy się Maryi – powiedział ze szczytu Jasnej Góry ks. Radosław Rychlik, asystent Akcji Katolickiej Archidiecezji Częstochowskiej. Kapłan poprowadził Różaniec i Koronkę do Bożego Miłosierdzia w intencji ochrony życia ludzkiego, rodzin, szczególnie starających się o dar potomstwa, oraz uczestników czuwania.

Zobacz zdjęcia: Czuwanie modlitewne

Głównym organizatorem wydarzenia był dr Artur Dąbrowski, prezes Akcji Katolickiej Archidiecezji Częstochowskiej. W rozmowie z „Niedzielą” przypomniał, że „wiara bez uczynków jest martwa, a z modlitwy musi wynikać czyn”. – Pokażmy, że Kościół jest piękny i potrafi zadbać o wartości. Dzisiaj Kościół nas potrzebuje. Przypominam, że Kościół to nie tylko hierarchia, ale cały lud Boży. Musimy czuć się w tym Kościele potrzebni. Nie możemy pozwolić na to, żeby profanowano święte wizerunki i świątynie – podkreślił.

Jak przyznał, dyskutowanie z przeciwną stroną jest trudne, „bo nie ma się do czego odwołać”. – Mamy do czynienia z jawną rewolucją kulturową i marszem przez instytucje, którego zadaniem jest pozostawienie na nich wulgarnych szyldów, łącznie z Kościołem. Widać chęć zmiany doktryny i antropologii, żeby każdy mógł się identyfikować z kim chce i jak chce. Ktoś może powiedzieć, że środowiska nam przeciwne wygrywają, dlatego że nasz przekaz jest racjonalny, a ich emocjonalny.

Artur Dąbrowski ubolewał nad faktem, że podczas protestów używa się wulgaryzmów i dochodzi do znieważeń w przestrzeni publicznej, pod Jasną Górą i w obecności dzieci.

Zaznaczył również, że osoby świeckie czują potrzebę wsparcia w obecnej sytuacji ze strony duchownych.

Dodał, że po poniedziałkowej manifestacji Akcja Katolicka monitoruje licznie napływające informacje i skargi. Zapewnił o pomocy prawników dla osób, które spotkają się z trudnościami prawnymi.

Prezes Akcji Katolickiej Archidiecezji Częstochowskiej odniósł się także do często formułowanego zarzutu ze strony przeciwników orzeczenia Trybunału Konstytucyjnego ws. aborcji eugenicznej, którym ma być zmuszanie kobiet do heroizmu. – Nie zmuszamy do żadnego heroizmu. Proszę, żeby wszyscy, którzy tak twierdzą, dokładnie przeczytali, czego dotyczy ten wyrok. Człowiek jest istotą wolną. To on podejmuje decyzję i może dokonać wyboru, również złego. Kościół wypowiada się na ten temat od ponad dwóch tysięcy lat. Jego nauczanie jest w tej kwestii niezmienne i takim pozostanie – stwierdził.

Artur Dąbrowski zapowiedział również powołanie straży ochrony budynków sakralnych na terenie Częstochowy i archidiecezji. Spotkanie w tej sprawie ma odbyć się najpóźniej na początku przyszłego tygodnia. Informacje pojawią się również na Facebooku Akcji Katolickiej Archidiecezji Częstochowskiej. Zaznaczył jednak, że będą one szczątkowe, „bo jesteśmy strasznie banowani przez lewaków”.

Na zakończenie czuwania modlitewnego przekazał jego uczestnikom podziękowania od abp. Wacława Depo .

Czuwanie było odpowiedzią na kolejny protest kilku tysięcy osób, które również w środę manifestowały w centrum Częstochowy, wyrażając sprzeciw wobec orzeczenia Trybunału Konstytucyjnego ws. aborcji eugenicznej.

CZYTAJ DALEJ
Przejdź teraz
REKLAMA: Artykuł wyświetli się za 15 sekund

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję