Reklama

Jan Paweł II

Niczego nie robił na pokaz

O codziennej modlitwie Jana Pawła II, jego wrażliwości i świętości z abp. Mieczysławem Mokrzyckim, metropolitą lwowskim, rozmawia ks. Ireneusz Skubiś

KS. IRENEUSZ SKUBIŚ: – Należymy do szczęśliwego pokolenia wiernych Kościoła, dla których Karol Wojtyła był papieżem. Ksiądz Arcybiskup jako sekretarz Jana Pawła II był bardzo blisko niego. Czy pomyślał Ekscelencja kiedyś, że człowiek, któremu posługuje, będzie w mszale widniał jako święty?

ABP MIECZYSŁAW MOKRZYCKI: – Rzeczywiście, miałem szczęście być drugim sekretarzem papieskim przez 9 ostatnich lat jego życia. Była to łaska darmo mi dana. Ojciec Święty, mimo że odszedł od nas, nadal jest żywy – w nas. W moim sercu, ale i w sercach wielu Polaków, nie tylko chrześcijan. Ciągle o nim myślimy, pamiętamy, pragniemy go słyszeć. Czasem nie tyle modlę się, ile rozmawiam z nim, proszę go, by pomagał mi w duszpasterzowaniu, w prowadzeniu Kościoła archidiecezji lwowskiej. Powracam do niego myślami, wspomnieniami. Czuję jego obecność w różnych sytuacjach. Przede wszystkim widzę go jako człowieka głębokiej wiary, który zaufał w pełni Panu Bogu, zawierzył Mu swoje codzienne życie, swoje posługiwanie Piotra naszych czasów.

– Jak Ksiądz Arcybiskup postrzega Jana Pawła II jako człowieka wiary?

– Ojciec Święty – jak każdy z nas – był człowiekiem z krwi i kości. Takim samym jak my, a jednocześnie innym, odróżniającym się w jakiś sposób swoją postawą, sposobem bycia, sposobem przemawiania, docierania do drugiego człowieka. Swoją szczególną wiarą już na początku swojego pontyfikatu zachwycił cały świat. Zalecał nam otworzyć się na Chrystusa, całkowicie Mu zawierzyć. Myślę, że przygotowywał się do tego przez poprzednie lata swojego życia, kapłaństwa i biskupstwa. Wzorem pełnego zawierzenia Bogu była dla niego Maryja, stąd zawołanie „Totus Tuus” – Cały Twój. Ojciec Święty mimo wielu trudności, wielkiej odpowiedzialności za cały Kościół – bo Kościół to ludzie – miał w sobie wewnętrzny pokój. Troszczył się o cały świat, uwikłany w różnych konfliktach, ale też wierzył w to, że poprzez modlitwę, wytrwałość w dobru, rozmowy można wyciszyć pewne burze i niepokoje.

– Zapewne jednym z takich momentów, o których mówi się ciągle za mało, jest prześladowanie chrześcijan, ich męczeńska śmierć. Jak Papież przeżywał ich męczeństwo?

– Gdy tylko dowiadywał się o takim wydarzeniu, słyszałem westchnienie: „Boże!”. Potem szedł do kaplicy i modlił się. Ale też reagował: rozmawiał z arcybiskupem ministrem spraw zagranicznych, w jaki sposób można interweniować, i pisał list, telefonował. Na „Anioł Pański” czy podczas audiencji środowych często nawiązywał do tego wydarzenia, by pokazać swoją solidarność z prześladowanymi i wezwać ludzi do zastanowienia się, do modlitwy o pokój i docenienie go. Podejmował także dialog z przywódcami różnych religii, wyznań czy z głowami państw. Wrażliwość Ojca Świętego na ludzką krzywdę była bardzo duża. Wzywał nas wszystkich do tolerancji, wzajemnego szanowania się. Często też, m.in. przez spotkania w Asyżu, podkreślał, że wszyscy wierzymy w Boga, tylko jeszcze nie wszystkie religie czy wyznania mają tego Boga w pełni objawionego. Gdybyśmy wszyscy wierzyli naprawdę w Boga – nie byłoby nieporozumień, prześladowań, morderstw.

– Czy u ludzi światowej dyplomacji, przywódców państw, zwierzchników i wyznawców innych religii, którzy spotykali się z Papieżem, można było zauważyć, że mają świadomość kontaktu z człowiekiem Bożym, ze świętym?

– Ojciec Święty był głową Państwa Watykańskiego, ale jednocześnie był głową Kościoła. Widziałem, że kiedy przyjeżdżali prezydenci różnych państw, traktowali Papieża nie tyle jako głowę państwa, ile jako zwierzchnika Kościoła, który ma wielki autorytet i ogromne znaczenie. Widać było jakiś szczególny szacunek dla niego. Nie przychodzili po rady ekonomiczne czy wskazówki, ale by napełnić się duchem, jego osobowością, by spotkać się z nim. Widać było, że ich serca napełniają się pokojem, którym Ojciec Święty promieniował. Spotkania z Papieżem różnych głów państw przyniosły na pewno wiele dobrych owoców.

– Jak Jan Paweł II przeżywał kontakty dla niego niełatwe, które z jednej strony kazały mu być dyplomatą, a z drugiej prorokiem Boga?

– Ojciec Święty był w swoim nauczaniu i przepowiadaniu stanowczy. W czasie niepokoju między Stanami Zjednoczonymi a Irakiem, kiedy USA chciały interweniować tam militarnie, Papież wysyłał swoich delegatów na rozmowy, sam telefonicznie rozmawiał z ministrem spraw wewnętrznych Stanów Zjednoczonych. Potem, kiedy widział, że rozmowy nie przynoszą większych rezultatów, na „Anioł Pański” poza tekstem oficjalnym, w którym apelował, by nie było więcej wojny, wrócił do swoich wspomnień z lat dziecięcych i II wojny światowej, zaznaczając, że wie, czym ona jest. Często też uwrażliwiał ludzi na zło, jakie przynosi konflikt zbrojny. Nigdy natomiast w swoim nauczaniu, w swojej postawie nie był pobłażliwy. Wiemy, że dzięki Ojcu Świętemu – jego modlitwom, rozmowom z głowami państw – blok komunistyczny rozsypał się bez przelewu krwi. Zwłaszcza obywatele wszystkich państw postsowieckich tak myślą, uważają, że zawdzięczają to pontyfikatowi Jana Pawła II.

– A jak Jan Paweł II przyjmował informacje o tym, że blok sowiecki się rozpada?

– Zawsze podkreślał, że Bóg powoli kruszy kajdany i żelazne serca. Był pewien, że cierpienia i modlitwy wielu wiernych chrześcijan przełamały system, blokadę, że wiara ludu przyniosła zwycięstwo prawdy i wolności.

– Skąd Papież brał siły i moc dla swojego działania?

– Na samym początku dnia, jeszcze przed udaniem się na poranną toaletę, Ojciec Święty, leżąc krzyżem w swojej sypialni, odmawiał cząstkę Różańca św. Potem dużo czasu spędzał w swojej kaplicy na modlitwie. Wielokrotnie w ciągu dnia brał do ręki różaniec i modlił się. W każdy piątek – nie tylko w Wielkim Poście, ale przez cały rok – odprawiał Drogę Krzyżową. Wiele godzin spędzał przed Najświętszym Sakramentem. Wierzę, że siła i moc płynęły z jego modlitwy.
Chociaż był mistykiem, w jego codziennym życiu modlitewnym były także proste modlitwy, które odmawia każdy chrześcijanin. Papież zaczynał od pacierza katechizmowego: „Ojcze nasz”, „Zdrowaś Maryjo”, „Wierzę w Boga”, 10 przykazań Bożych, codziennie modlił się o dary Ducha Świętego i śpiewał Godzinki. W każdy czwartek odmawiał też Godzinę Świętą. Swoje medytacje, rozmyślania przeplatał polskimi pieśniami eucharystycznymi, które nucił albo śpiewał. Odmawiał ze swojego modlitewnika wszystkie litanie. Czasami zastanawiałem się, czy trzeba aż wszystkie – ale on to robił. Już przy końcu swojego życia modlił się, słuchając nas. Często widziałem go zatopionego w modlitwie. W mojej pamięci pozostanie obraz Ojca Świętego klęczącego na klęczniku w swojej prywatnej kaplicy.
Co mnie jeszcze uderzało? Na klęczniku miał spis pracowników całej Kurii Rzymskiej z „L’Osservatore Romano” w języku polskim: od sekretarza stanu, podsekretarza, aż po wykaz wszystkich kongregacji i instytucji. Każdego dnia po Mszy św. brał go do ręki, przewracał kartki (cztery strony) i potem krótko się modlił. Modlił się więc także za swoich najbliższych współpracowników.
Codziennie w swojej prywatnej kaplicy odprawiał Mszę św. w konkretnej intencji. Potem pisał intencje na karteczce – mogliśmy podpatrzeć: często polecał Panu Bogu swoją kurię, diecezję rzymską, cały Kościół powszechny. Raz w tygodniu Msze św. były w intencjach, które wierni przesyłali do niego z prośbą o modlitwę indywidualnie czy w jakichś szczególnych wydarzeniach w życiu Kościoła. To był człowiek modlitwy, bardzo wrażliwy na potrzeby innych, na to, co się dzieje w świecie, w Kościele.

– Ksiądz Arcybiskup zawstydza nas, mówiąc o tym, co praktycznie moglibyśmy realizować my wszyscy, księża, a także biskupi, tymczasem często tłumaczymy się, że nie ma czasu. A Ojciec Święty...

– Tak. Czasem możemy się zastanawiać, skąd Ojciec Święty brał na to wszystko czas. A on nigdy nie opuścił swoich codziennych praktyk religijnych, modlitwy. Nawet podczas trudnych podróży apostolskich, kiedy program był bardzo napięty, organizatorzy wiedzieli, że muszą znaleźć czas na Godzinę Świętą, jeśli wizyta przypadała w czwartek, na Drogę Krzyżową w piątek – bo inaczej to Ojciec Święty opóźniał program o całą godzinę.
Jan Paweł II był człowiekiem bardzo zdyscyplinowanym, każdy jego dzień miał swój program – tego się trzymał. Potem, już przy końcu życia, swoje zadania wykonywał wolniej, brakowało więc trochę czasu na niektóre sprawy i spotkania. Kiedyś abp Dziwisz mówi: „Może by Ojciec Święty coś opuścił, bo ciągle w kaplicy modli się, a potem czyta”. A Papież na to: „To mnie trzyma”. Ten harmonogram dnia zachował do końca swojego życia. Był głodny wiedzy i dlatego też dużo czasu poświęcał na pogłębienie swojej wiedzy teologicznej czy pochłanianie literatury świeckiej.

– To bardzo pouczające, Ekscelencja przypomina zarówno kapłanom, jak i świeckim, jak wzrastać w tym, co się nazywa „virtus religionis” – cnota pobożności.

– Ojciec Święty uczył nas prostego życia, uczył bycia chrześcijaninem normalnym. Mimo że był tak wielkim człowiekiem, że osiągnął świętość, to w jego życiu duchowym były proste praktyki religijne – modlitwy katechizmowe, pieśni. Od Bożego Narodzenia do 7 stycznia wieczory były zawsze wypełnione kolędami, w których widział głębię treści teologicznej i biblijnej. Potem, w Wielkim Poście – Droga Krzyżowa, „Gorzkie Żale”; w maju zawsze po kolacji wychodziliśmy na taras, gdzie była kaplica Matki Bożej Fatimskiej, i tam śpiewaliśmy majówki, w czerwcu – Litanię do Najświętszego Serca Pana Jezusa.
Jan Paweł II miał wielką cześć do Matki Bożej. Od lat dziecięcych pielgrzymował do Jej sanktuariów, a potem czynił to jako papież podczas swoich wizyt apostolskich. Często wtedy koronował obrazy, wręczał Matce Bożej swój papieski różaniec czy złotą różę. Zwracał uwagę na kult przydrożnych kapliczek, które są w naszych miejscowościach. Nie wstydził się nosić szkaplerza ani odmawiać Różańca, choć często kojarzy się on nam z osobami starszymi. Te proste formy pobożności w życiu Jana Pawła II były obecne i coraz bardziej doskonaliły jego osobowość, więź z Bogiem i życie duchowe.

– Wszyscy mamy w pamięci krzyż, do którego Ojciec Święty przytulił się podczas swojej ostatniej wielkopiątkowej Drogi Krzyżowej. Ekscelencja jest także z tym krzyżem związany...

– Ten krzyż ma swoją historię. Otóż każdej niedzieli Ojciec Święty przyjmował w Watykanie pielgrzymów z Polski. Pewnego razu pielgrzymi z Zakarpacia ofiarowali mu zwyczajny, prosty krzyż. Ponieważ rozpoczynałem wtedy swoją posługę u Ojca Świętego i potrzebny był krzyż do mojego pokoju, zapytałem po audiencji Papieża, czy mógłbym ten krzyż zatrzymać. I tak od 1996 r. był on w moim pokoju. Podczas tego szczególnego Wielkiego Piątku Ojciec Święty uczestniczył w Drodze Krzyżowej w swojej kaplicy. W czasie rozważania kolejnych stacji dał znać, że potrzebuje krzyża. Wtedy abp Dziwisz powiedział: „Mieciu, przynieś swój krzyż”. Po nabożeństwie krzyż wrócił do mnie, na swoje miejsce. Kiedy Ojciec Święty Benedykt XVI mianował mnie arcybiskupem we Lwowie, zabrałem tę cenną pamiątkę ze sobą. Ten krzyż peregrynuje po Polsce. Jest to już wielka relikwia, do której Polacy są szczególnie przywiązani.

2014-04-22 14:51

Oceń: 0 0

Reklama

Wybrane dla Ciebie

Ukraina: abp Mieczysław Mokrzycki ustanowił sanktuarium w Tartakowie

[ TEMATY ]

sanktuarium

Ukraina

abp Mieczysław Mokrzycki

Jasna Góra/Krzysztof Świertok

„Dzisiaj po wielu dziesiątkach lat, szanując wyjątkowość tego miejsca i tę wiekową tradycję, powracamy pełni ufności w odnowienie i ożywienie słów Pana Jezusa: `Byłem chory, a odwiedziliście Mnie`” – powiedział abp Mieczyław Mokrzycki 4 lipca w kościele pw. św. Michała Archanioła w Tartakowie k. Sokala. Świątynia została podniesiona do godności sanktuarium. Przywrócono też tam kult Matki Bożej Uzdrowienia Chorych. Metropolita lwowski również ustanowił odpust sanktuaryjny, który w każdą pierwszą sobotę lipca będzie Archidiecezjalnym Dniem Modlitwy za Chorych i Służbę Zdrowia.

„W tym roku naszą modlitwą obejmujemy tych, których dotknęło cierpienie pandemii koronawirusa. Spośród tej grupy, naszą szczególną uwagę przyciągają zakażeni - tak osoby świeckie, lekarze, pielęgniarki, jak również duchowni i siostry zakonne. W wielu szpitalach spotkali się oni i podjęli walkę o życie. Modlitwą ogarniamy tych, którzy tę walkę przegrali oraz ich rodziny, dotknięte cierpieniem odejścia najbliższych im osób” - zaznaczył abp Mokrzycki.

Arcybiskup przywołał słowa św. Jana Pawła II, który mówił:

"Kościół, który wyrasta z tajemnicy Odkupienia w Krzyżu Chrystusa, winien w szczególny sposób szukać spotkania z człowiekiem na drodze jego cierpienia. Na tej drodze posługi spotyka się kapłan z lekarzem, aby wspólnie posługiwać choremu, którego obszar cierpień jest zróżnicowany i wielowymiarowy, tak jak wielowymiarowa jest egzystencja człowieka. Taka wspólna posługa duszpastersko-medyczna ma szczególne znaczenie dla chorego, który zbliża się do kresu ziemskiego bytowania”.

„Idąc za myślą św. Jana Pawła II, niech właśnie to sanktuarium, stanie się miejscem spotkania kapłanów, lekarzy, pielęgniarek z ludźmi chorymi. A centrum tego spotkania niech będzie modlitwa u Matki Bożej, Uzdrowienia Chorych. Dlatego doroczny odpust w Tartakowie, będzie od dzisiaj, dniem spotkania nas wszystkich, zatroskanych o drugiego człowieka, w znaku jego cierpienia i choroby” – zaznaczył metropolita lwowski.

„Niech nasze dzisiejsze spotkanie, przy Matce Bożej, powracającej po latach w znaku Uzdrowienia Chorych, umocni tych, którzy uczestniczą w Apostolstwie Chorych, a tych, co się jeszcze zastanawiają nad drogą miłości uczynkowej, niech zachęci do podania ręki bliźniemu w potrzebie. Niech z tego miejsca znów popłyną zdroje łask, tak dla chorych, jak i dla tych, którzy są blisko nich. Niech w tym miejscu, dzięki wstawiennictwu Maryi, dokonuje się zwycięstwo miłości nad obojętnością, i w ten sposób dokonują się wielkie czyny miłości bliźniego, aby nie wierzący i wątpiący, widząc nasze czyny, mówili – patrzcie, jak oni się miłują" - –życzył na zakończenie homilii abp Mokrzycki.

Modląc się przed obrazem kopii Matki Bożej Tartakowskiej abp Mokrzycki nie krył swego wzruszenia. Oryginał tego cudownego wizerunku znajduje się w jego rodzinnej wsi Łukawiec k. Lubaczowa, gdzie po II wojnie światowej zamieszkali też Polacy wysiedleni z Tartakowa. W styczniu 2004 r. w Watykanie Jan Paweł II poświęcił korony i kopię cudownego obrazu Matki Bożej Tartakowskiej.

Ks. Kazimierz Szałaj z Sokala, który opiekuje się kościołem w Tartakowie przypomniał, że kościół pw. św. Michała Archanioła wzniesiono XVII w. Świątynia została ozdobiona malowidłami Stanisława Stroińskiego. W 1764-1944 znajdował się tam obraz Matki Boskiej Tartakowskiej Uzdrowicielki Chorych, który w 1777 r. uznano za cudowny.

Sanktuarium tartakowskie stało się miejscem pielgrzymek katolików obu obrządków z Wołynia, Galicji oraz Chełmszczyzny. Za czasów sowieckich kościół został przekształcony w spichlerz zbożowy i zdewastowany. W 2002 r. całkiem zrujnowaną świątynię władze ukraińskie najpierw przekazały prawosławnym, potem oddano ją katolikom obrządku łacińskiego. Nadal trwa renowacja świątyni.

W uroczyści uczestniczyli duchowieństwo i wierni z wielu parafii archidiecezji lwowskiej oraz grekokatolicy.

CZYTAJ DALEJ

Od 25 lat chodzi z krzyżem po Polsce i Europie, wcześniej był rolnikiem

2020-08-07 11:48

[ TEMATY ]

pielgrzymka

krzyż

pokuta

Pielgrzymka 2020

facebook.com/NowinyGliwickie

Pan Mieczysław pochodzi spod Elbląga, ma prawie 70 lat i od 25 lat chodzi z krzyżem po Polsce jak i całej Europie. Najdalej był w Paryżu. Jak sam o sobie mówi: Nawróciłem się. Chcę ludziom przybliżyć Jezusa, chcę im przekazać, żeby strzegli się grzechu, że człowiek, który przesiąknie grzechem jest stracony, ale może się zawsze od niego uwolnić – czytamy w Dzienniku Elbląskim.

Pielgrzym, który wcześniej był rolnikiem chodzi ubrany w pokutną szatę, na barkach niesie drewniany krzyż, a na plecach niewielkich rozmiarów plecak, w którym jak mówi nosi ze sobą swój nocleg. Ma śpiwór, bieliznę, folię przeciwdeszczową. Dużą uwagę przywiązuje do pism ewangelizacyjnych, którymi może pomagać innym.

 — Jezus daje mi znaki. Czasem w drodze dzieją się cuda, to daje mi wiarę w sens tej pielgrzymki — mówi p. Mieczysław w Dzienniku Elbląskim.

Spotyka przyjaciół krzyża, ale są też i jego wrogowie, którzy krzyczą „do tartaku idziesz z tym drzewem?” — I takich trzeba wysłuchać — podsumowuje z uśmiechem pan Mieczysław.

Pan Mieczysław swoje pielgrzymowanie finansuje z własnej emerytury, czasem dostaje od ludzi także drobne datki i wsparcie.

- Moje ciało jest niczym, a ja tylko imieniem - bez Boga nie byłoby mnie, to niesamowite, jak wypełnia moje ciało i pozwala mu żyć – mówi pokutnik.

— Nawróciłem się. Chcę ludziom przybliżyć Jezusa, chcę im przekazać, żeby strzegli się grzechu, że człowiek, który przesiąknie grzechem jest stracony, ale może się zawsze od niego uwolnić.

— Piłem, żyłem w grzechu. Było źle. Wtedy przyszedł do mnie Pan Jezus i zrozumiałem, że tak dalej być nie może. Bóg mnie uzdrowił i poczułem się zobowiązany, by głosić ludziom Jego imię — czytamy w Dzienniku Elbląskim.

Przeczytaj także: 27-latek idzie z krzyżem przez Polskę. Modli się o nawrócenie narodu

- Pana Mieczysława z krzyżem i różańcem w ręku, ubranego niczym ksiądz Robak, zauważyłem na ulicy 31 Stycznia. Szedł od skrzyżowania w stronę starostwa. Zanim zawróciłem i zostawiłem samochód na parkingu zdążył wejść do sklepu spożywczego. Jednak wiedziałem, gdzie jest. Pod sklepem zostawił oparty o ścianę duży drewniany krzyż. – Dzień dobry – powiedziałem, gdy wyszedł z drobnymi zakupami spożywczymi – czytamy na portalu chojnice.com opis jednego ze spotykających go ludzi.

Dokąd zmierza? Kogo spotyka? – Nie wiem dokąd idę, o tym czasami decyduje ułamek chwili, jakaś rozmowa – mówi pan Mieczysław. Uważa, że w życiu nie ma nic bez sensu, że wszystko dzieje się po coś. Ludzie, których niby przypadkiem spotyka i którym pomaga, są mu przeznaczeni. Chociażby jeden z rozmówców, który pomylił wagony i zamiast do 12 przyszedł do 15. I już został, bo wciągnął się w rozmowę z panem Mieczysławem i poczuł ulgę, gdy wydusił z siebie swoje problemy.

Pan Mieczysław w miejscowościach które odwiedza szuka kościołów w których może się pomodlić. Nie narzuca się przechodniom, nie wciska nic na siłę. Czeka aż ktoś sam podejdzie, zacznie rozmowę. Dzieli się swoim świadectwem wiary, przekazuje to, co ma najcenniejsze.

 – Wiele razy poczułem, że to co robię ma sens, bo ludzie nawracali się, wracali do Kościoła po wielu latach rozłąki z Bogiem – wyznaje p. Mieczysław.

Pan Mieczysław spotkał się w ostatnich dniach z Michałem, który w te wakacje przemierza Polskę z 3m. krzyżem na plecach.

facebook.com/PanstwoBoze

Przeczytaj także: 27-latek idący z krzyżem przez całą Polskę dotarł na Giewont!
CZYTAJ DALEJ

Abp Marek Jędraszewski: Krzyż nie może być poniewierany

2020-08-12 08:39

[ TEMATY ]

homilia

abp Marek Jędraszewski

Biuro Prasowe Jasnej Góry

Uczestnicy 40. Jubileuszowej Pieszej Pielgrzymki Krakowskiej zgromadzili się na wieczornej Mszy św. na jasnogórskim Szczycie pod przewodnictwem abpa Marka Jędraszewskiego, metropolity krakowskiego.

Wspólnie modlili się przewodnicy grup, kapłani, siostry zakonne, bracia zakonni, klerycy, członkowie wszystkich służb odpowiedzialnych za przebieg pielgrzymki. Mszę św., która rozpoczęła się o godz. 19.00, koncelebrowali: abp Stanisław Nowak, arcybiskup senior z Częstochowy, który pochodzi z arch. krakowskiej i mimo podeszłego wieku, co roku uczestniczy w tej Mszy św.; bp Jan Zając, biskup pomocniczy arch. krakowskiej oraz ks. Jan Przybocki, koordynator 40. Pieszej Pielgrzymki Krakowskiej.

Słowa powitania skierował do pielgrzymów o. Samuel Pacholski, przeor Jasnej Góry. „Jestem głęboko wdzięczny za to, że po raz 40. przybywacie na Jasną Górę, że przybywacie tutaj od samego początku dziękując za św. Jana Pawła II – pierwsza pielgrzymka wyruszyła jako dziękczynienie za uratowanie Jego życia po zamachu w maju 1981 roku, i jesteście temu pielgrzymowaniu wierni. Gratuluję Wam i bardzo się cieszę, że w tak trudnym roku, tak trudnym dla pielgrzymek, zwłaszcza pieszych, jesteście tutaj. Brawo dla was! - mówił o. przeor - Wykazaliście się niezwykłą roztropnością i odpowiedzialnością, że przy tych rygorach sanitarnych potrafiliście zorganizować się w ten sposób, że jak dotychczas, jako najliczniejsza pielgrzymka, jesteście na Jasnej Górze. Jestem Wam głęboko za to wdzięczny, za Waszą determinację, miłość i świadectwo wiary”.

W homilii abp Marek Jędraszewski mówił: „Krzyż nie może być poniewierany, bo nie może być poniewierana miłość Boga do człowieka. Chrześcijanin, który nie chce być Bożym dzieckiem, który przyjmuje mentalność tego świata i obojętnieje na najświętsze wartości, zamyka przed sobą przyszłość”.

Abp Jędraszewski: chrześcijanin nie może być obojętny na najświętsze wartości ani ich profanowanie

W homilii abp Marek Jędraszewski mówił o czterech wymiarach miłości chrześcijanina: do Boga, człowieka, Ojczyzny i Kościoła.

- Nie pozwólcie, aby Imię Boże było obrażane w waszych sercach, w życiu rodzinnym czy społecznym apelował w homilii za św. Janem Pawłem II metropolita krakowski. Przypomniał papieskie nauczanie o wartości znaku krzyża.

Odnosząc się do ostatniej profanacji pomnika Chrystusa Zbawiciela dźwigającego krzyż na Krakowskim Przedmieściu w Warszawie, podkreślił, że chrześcijanina musi boleć, że krzyż jest tak bardzo znieważany.

- Krzyż nie może być poniewierany, bo nie może być poniewierana miłość Boga do człowieka. Chrześcijanin, który nie chce być Bożym dzieckiem i który przyjmuje mentalność tego świata, obojętnieje na najświętsze wartości, zamyka przed sobą przyszłość – tłumaczył kaznodzieja.

– To nas musi boleć, bo jeżeli nie będzie, to znaczy, że zatraciliśmy w sobie jakąś najbardziej podstawową wrażliwość ludzką, że w nas coś zostało stłumione, przyjęło najbardziej przerażającą postać obojętności, która przyjmuje jakże piękne imię tolerancji – mówił abp Jędraszewski i diagnozował, że za tym kryje się uległość ducha oraz paraliżujące uczucie niemożności.

Hierarcha zwrócił uwagę, że kochać Boga, to także kochać siebie stworzonego na Boży obraz i Boże podobieństwo, „odkrywać w sobie tę szczególną godność, jaką w nas umieścił sam Pan, wywyższając nas ponad wszystkie inne istoty tego świata, kochać siebie jako kobietę, jako mężczyznę, bo takich nas stworzył Bóg”. W godności osoby ludzkiej wymiar płciowości jest niezwykle ważny, a tego nie można dowolnie zmieniać ani ośmieszać – zaakcentował. – Ten wielki dar bycia kobietą czy bycia mężczyzną trzeba kochać w sobie, co przekłada się na miłość do dzieci, będących owocem miłości ich rodziców – wyjaśniał abp Jędraszewski.

Zwrócił uwagę, że piękna i odpowiedzialna miłość do dzieci wyraża się także w trosce o ich dzieciństwo, rozwój i ochronę, „przed tymi ideologiami, które chcą pozbawić niewinności i to już w wieku przedszkolnym, które pragną je znieprawiać”. - To jest nasza troska o to, jaki będzie naród polski w kolejnych pokoleniach – podkreślił metropolita krakowski.

Abp Jędraszewski przypomniał także o trzecim wymiarze chrześcijańskiej miłości, którą jest umiłowanie Ojczyzny, nawet wtedy, kiedy ta miłość staje się trudna i bolesna. Duchowny, przywołując wydarzenia sprzed stu lat, czyli zwycięstwo w wojnie polsko-bolszewickiej, przypomniał, że „ cud, który się dokonał, dzięki Bożej interwencji za przyczyną Matki Najświętszej, to cud, za którym stała ofiarna miłość prostych, nieznanych nam w większości ludzi, ale naszych bohaterów”. – Tak było w 1939, tak było podczas Powstania Warszawskiego, przez dziesięciolecia zmagań o polską duszę, o naszą prawdę historyczną w trudnych czasach PRL-u. Tak jest także i dzisiaj, kiedy przychodzą trudne chwile, ale w tych naprawdę trudnych chwilach Polska staje się najważniejsza – tłumaczył. Ponadto zwrócił uwagę, że tożsamość Ojczyzny ocala się przez pamięć.

Metropolita krakowski stawia chrześcijanom za zadanie we współczesnym świecie przede wszystkim starania, by ocalić tożsamość chrześcijańską, „nie dać się złamać przez żadne ideologie, które chciałyby wyrwać Boga z naszych serc w imię tolerancji i samorealizacji, tworzyć zupełnie nowy świat”. Dobrego świata nie da się urządzić bez Boga, co pokazuje historia ludzkości, świat bez Boga staje się światem przemocy i rozpaczy – przekonywał.

Wskazując na chrześcijańską miłość do Chrystusowego Kościoła, zwrócił uwagę na potrzebę gotowości do podjęcia nawet heroicznej ofiary, co potwierdza chociażby nasz kult świętych męczenników a także na naszą odpowiedzialność za powołania.

W tym roku z wawelskiego wzgórza, na 6-dniowy pielgrzymi szlak liczący około 150 km wyruszyło ok. 1350 pątników. Szli w dziewięciu niezależnych prawnie kompaniach, z odrębnymi trasami i noclegami. Pielgrzymi z okolic Suchej Beskidzkiej i Bochni pokonali w ciągu 8 dni około 220 km. W pielgrzymce opiekę duchową sprawowało 27. kapłanów diecezjalnych i zakonnych.

Według szacunków, w ciągu 40. lat w pielgrzymce krakowskiej przyszło na Jasną Górę ok. 400 tys. osób.

Pielgrzymi z Krakowa wyruszyli po tzw. białym marszu w 1981r., dziękując za ocalenie życia Jana Pawła II po zamachu i prosząc za Ojczyznę. Dziś wciąż modlą się za Polskę i papieża.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję