Reklama

„Głos” Jana Pawła II

2014-04-22 14:51


Niedziela Ogólnopolska 17/2014, str. 22-27

GRZEGORZ GAŁĄZKA

Z Joaquínem Navarro-Vallsem – byłym dyrektorem Biura Prasowego Stolicy Apostolskiej, długoletnim współpracownikiem Jana Pawła II – rozmawia Włodzimierz Rędzioch

Być może nie wszyscy wiedzą, że znany dziennikarz Joaquín Navarro-Valls (urodzony 16 listopada 1936 r. w Kartagenie w Hiszpanii), rzecznik prasowy Papieża, jedna z najbardziej znanych i szanowanych postaci związanych z pontyfikatem Jana Pawła II, jest z zawodu lekarzem – ukończył z wyróżnieniem studia medyczne w 1961 r., uzyskując dyplom i specjalizację na uniwersytetach w Granadzie i w Barcelonie, a następnie kontynuował studia doktoranckie z zakresu psychiatrii.

Te doświadczenia sprawiły, że Navarro-Valls – nie ukrywając bólu, który mu towarzyszył – był osobą szczególnie dobrze przygotowaną do tego, aby dziennikarzom i całemu światu przekazywać informacje na temat zdrowia Jana Pawła II w dniach jego odchodzenia. Jako student na wydziale dziennikarstwa na Uniwersytecie Nawarry w Pampelunie Navarro – bo tak jest powszechnie nazywany – uzyskał stypendium na Uniwersytecie Harvarda. Dziennikarstwo ukończył w 1968 r., a w 1980 r. zdobył dyplom z zakresu komunikacji społecznej.

Już w latach pięćdziesiątych ubiegłego wieku nawiązał kontakt z Opus Dei i jako numerariusz stał się jego członkiem. W początkach lat siedemdziesiątych przeniósł się do Rzymu i zamieszkał w siedzibie „Dzieła”, gdzie przebywał także jego założyciel – ks. Josemaría Escrivá de Balaguer.

Reklama

Jako korespondent zagraniczny miesięcznika „Nuestro Tiempo”, a następnie korespondent w Rzymie madryckiego dziennika „ABC”, poznał osobiście Jana Pawła II i towarzyszył mu w jego podróżach apostolskich. Dla Papieża była to okazja, by poznać i docenić tego młodego dziennikarza, którego nieoczekiwanie w 1984 r. postanowił powołać na stanowisko dyrektora Biura Prasowego Stolicy Apostolskiej – Navarro pozostał na tym stanowisku jeszcze przez dwa lata po śmierci Karola Wojtyły, na wyraźną prośbę Benedykta XVI.

Przez ponad dwadzieścia lat Joaquín Navarro-Valls był w centrum komunikacji watykańskiej, uczestnicząc w imieniu Stolicy Apostolskiej również w licznych konferencjach międzynarodowych ONZ, na których poznał osobiście najwyższych przedstawicieli największych religii i głowy państw. Jest on więc wyjątkowym świadkiem naszych czasów, pozostając jednocześnie jedną z osób najbliżej związanych z Janem Pawłem II.

WŁODZIMIERZ RĘDZIOCH: – Dwadzieścia siedem lat pontyfikatu Jana Pawła II – od 16 października 1978 r. do 2 kwietnia 2005 r. – naznaczyło życie każdego katolika naszego pokolenia. Chciałbym rozpocząć naszą rozmowę od pytania: Co Pan robił tego historycznego, jesiennego popołudnia 1978 r.?

JOAQUÍN NAVARRO-VALLS: – Śledziłem w Rzymie konklawe i wybór Karola Wojtyły na papieża. Starałem się zrozumieć znaczenie tego wyboru w roku, w którym w ciągu kilku miesięcy mieliśmy trzech papieży. To wszystko wydawało się trochę surrealne. Miałem jednak za zadanie informować czytelników gazety, dla której pracowałem, o faktach. Starałem się więc koncentrować na wydarzeniach, zachowując chłodny realizm, co było jednak niełatwym zadaniem.

– Czy spodziewał się Pan, że ten nieznany polski arcybiskup pchnie papiestwo, Kościół i cały świat na nowe tory?

– Był nieznany powszechnemu odbiorcy, czego nie można powiedzieć o środowiskach kościelnych, a już na pewno nie o kolegium kardynalskim.
Młody biskup Karol Wojtyła uczestniczył we wszystkich sesjach Soboru Watykańskiego II jako jedyny delegat z Polski. Wiele podróżował. Niektóre jego książki zostały przetłumaczone i cieszyły się popularnością. Jego pierwsze słowa po konklawe, ale też język ciała jednoznacznie dawały do zrozumienia, że rozpoczyna się nowy rozdział w historii papiestwa.

– Kiedy spotkał Pan Papieża po raz pierwszy?

– Pierwszy raz zobaczyłem Jana Pawła II z bliska nazajutrz po ukazaniu się białego dymu nad Kaplicą Sykstyńską. Otrzymałem informację, że nowy Papież wybiera się do szpitala Gemelli, by odwiedzić swojego przyjaciela – bp. Andrzeja Deskura. Ja też się tam udałem. Jako lekarz bez większych trudności dostałem się do pokoju chorego, który w tym czasie był nieprzytomny. Chwilę później do szpitala przybył Karol Wojtyła i wprowadzono go bezpośrednio do pokoju przyjaciela. Znalazłem się tam razem z nim. Nie mówił wiele w takich chwilach, ale jego gesty mówiły same za siebie. Rzucała się w oczy jego młodzieńczość, spontaniczność i naturalność. Żadnych rytualnych gestów, dostosowanych do okoliczności. Wszystko w nim było autentyczne, normalne. Intuicyjnie pojąłem, że z tym Papieżem wszystko jest możliwe. Coś radykalnie nowego pojawiło się na szczytach hierarchii Kościoła. Przyszłość wydawała się otwarta.

– Kiedy odbyło się Pana pierwsze osobiste spotkanie z Papieżem?

– Towarzyszyłem Papieżowi jako dziennikarz w jego pierwszych podróżach zagranicznych. Ale pierwsze osobiste spotkanie miało miejsce w apartamentach papieskich, na obiedzie.
Jan Paweł II polecił skontaktować się ze mną, wiedząc, że dwa lata wcześniej zostałem wybrany na przewodniczącego korespondentów zagranicznych we Włoszech. Papież od razu zaproponował temat rozmowy, tj. oczekiwał sugestii na temat metod zarządzania komunikacją społeczną Stolicy Apostolskiej, aby uczynić jasnym i wyrazistym przesłanie ludzkie i chrześcijańskie w przesyconej informacjami przestrzeni publicznej. Powiedziałem wtedy coś, co wydawało mi się oczywiste. Po pewnym czasie z ogromnym zaskoczeniem przyjąłem wiadomość, że Ojciec Święty mianował mnie dyrektorem Biura Prasowego Stolicy Apostolskiej.
Miałem, oczywiście, pewne wątpliwości, które nie były ani małe, ani pozbawione znaczenia. Zadanie to – tak przynajmniej je wtedy pojmowałem – wydawało mi się wyzwaniem gigantycznych rozmiarów. Ale zaufałem Papieżowi, był to jego wybór, nie mój. Wydawało mi się, że słuszne będzie go przyjąć, z całym ryzykiem z nim związanym oraz ze świadomością, że moje życie zawodowe miało ulec zmianie. A może nie tylko zawodowe, ale i osobiste.

– Przez ponad dwadzieścia lat pracował Pan dla Papieża jako dyrektor Biura Prasowego Stolicy Apostolskiej, ale wszyscy widzieli w Panu „rzecznika Papieża”, czyli kogoś znacznie ważniejszego. Jakie były Wasze relacje?

– Były to relacje, które wydawały się niezbędne przy tego typu pracy: z tym właśnie Papieżem i w tych wyjątkowych czasach. Bez częstego osobistego kontaktu nie można było pełnić tej funkcji. Już na początku powiedziałem o tym Papieżowi, a on dał mi do zrozumienia, że właśnie tego oczekiwał. Towarzysząc mu w jego podróżach, na wakacjach w górach, w czasie pobytu w szpitalu, prowadząc z nim wielogodzinne rozmowy, miałem możliwość dogłębnie poznać jego sposób myślenia, jego sposób rozumienia swojej posługi oraz interpretowania czasów, w których przyszło mu żyć. Miałem także możliwość zbliżenia się trochę do jego osobistej relacji z Bogiem. Niosło to ze sobą niezwykłe bogactwo, które wraz z upływem lat i wspólnie spędzonych godzin otwierało się nie tylko na zachwyt, ale z czasem także na przyjaźń.

– Dlaczego Papieżowi tak bardzo zależało na kontaktach z mediami?

– Pańskie pytanie można byłoby odwrócić: dlaczego mediom tak bardzo zależało na Janie Pawle II? W istocie bowiem to zafascynowani dziennikarze towarzyszyli Papieżowi od początku jego pontyfikatu. Przyczyn tego zainteresowania niewątpliwie należy szukać w fakcie, że Papież był nieprzeciętnie ekspresyjny. Ale również – a może nawet przede wszystkim – ze względu na to, co mówił, na jego idee i myśli, które dzięki tej niezwykłej ekspresyjności wyrażał tak dobrze.
Nienowe przecież przesłanie ewangeliczne głoszone było w sposób, który budził zainteresowanie wśród ludzi. Papież dobrze znał współczesne prądy intelektualne, kulturowe i te z zakresu moralności, dlatego nie sprawiało mu trudności prezentowanie prawd ludzkich i chrześcijańskich, których społeczeństwa i narody potrzebowały. Jak nigdy wcześniej, także wielu niechrześcijan pociągało to przesłanie.
Nowoczesność pogrążona w niepewności, plasująca się gdzieś pomiędzy arogancją a zagubieniem, postawiona została wobec wizji głęboko ludzkiej, ale jednocześnie – całkowicie duchowej. Współczesny człowiek, tzn. każdy z nas, mógł znaleźć w końcu twardy grunt pod nogami, aby zacząć rozumieć samego siebie i własną relację z Bogiem.

– Kim stał się dla Pana Karol Wojtyła?

– Papieżem, oczywiście. Ale również osobą, którą darzyłem miłością czysto ludzką. Kimś, d kogo wiele się nauczyłem. Tak wiele, że może sam do końca nie jestem tego świadomy. Człowiekiem niezwykłym, który hojnie darzył mnie swym zaufaniem, bliskością i szczerym uczuciem. Papież, ojciec i przyjaciel jednocześnie. Ale też już wtedy widziałem w nim świętego, tzn. człowieka, który na wszystko, o co Bóg go prosił, potrafił odpowiedzieć: „tak”. A było tego niemało…

– Stwierdził Pan ostatnio, że w wielu opracowaniach na temat Jana Pawła II brakuje nie tyle faktów, ile prawdziwego obrazu Karola Wojtyły jako człowieka.

– Potrzebowałbym wiele czasu, aby rozwinąć tę myśl. Ale pozwolę sobie powiedzieć coś konkretnego, co może nie jest powszechnie znane. Papież był człowiekiem wesołym. Miał świetne poczucie humoru. Sprawiał wrażenie człowieka, który łatwo i chętnie się uśmiecha. Z upływem lat, ze względu na zesztywnienie mięśni wywołane chorobą Parkinsona, uśmiech zniknął z jego twarzy, jednak w jego sercu nieustannie panowała radość.
Papież nie był jedynie człowiekiem o nastawieniu optymistycznym, ale był naprawdę człowiekiem pełnym radości. A radość była w nim nie tylko stanem emocjonalnym, ale też głęboko zakorzenionym przekonaniem. Moim zdaniem, ta charakterystyka jest kluczowa dla zrozumienia Karola Wojtyły – człowieka.

– Czym była dla Pana śmierć Jana Pawła II?

– Końcem jego cierpienia. Powrotem do Boga, w którym był szaleńczo zakochany. Dla niego – chwilą na drodze ku niekończącej się szczęśliwości. Pamiętam, jak na którejś z konferencji prasowych jedna z niemieckich dziennikarek zapytała mnie: „Czy będzie Panu teraz brakowało Jana Pawła II?”. Odpowiedziałem, że nie. I starałem się to lepiej wytłumaczyć: „Wcześniej rozmawiałem z nim jedną lub dwie godziny dziennie, w zależności od okoliczności. Teraz mogę z nim rozmawiać dwadzieścia cztery godziny na dobę”. Jego śmierć otworzyła nowy wymiar w mojej osobistej relacji z nim. Od tej chwili relacja ta mogła stać się jeszcze bliższa.

– Jaki Kościół zostawił Jan Paweł II?

– Kościół większej nadziei. Kościół, w którym więcej ludzi widzi w Bogu bardziej Ojca – kogoś bliższego, mniej enigmatycznego. Kościół odważniejszy, ponieważ ufający Bogu. Kościół, w którym młodzi ludzie nie tylko słuchają, ale są wysłuchiwani i mogą nauczyć czegoś dorosłych. Kościół pokorniejszy, ale jednocześnie bardziej śmiały. Kościół, w którym nie brakuje problemów, ale który problemy te potrafi dostrzec, nazwać, a więc może znaleźć sposób ich rozwiązania.

– Czy widział Pan w Janie Pawle II niezwykłe zdolności dyplomatyczne, które pozwoliły mu, wraz z Reaganem i Gorbaczowem, zmienić świat, który zaistniał po II wojny światowej? Czy mógłby Pan powiedzieć coś na ten temat?

– Historycy nie mają już wątpliwości, że zmiany historyczne, które wpłynęły na życie milionów ludzi, miały swój początek w 1979 r., wraz z pierwszą wizytą Jana Pawła II w Polsce. Trzeba było dziesięciu lat, aby zmiany dojrzały, ale proces ten rozpoczął się właśnie wtedy.
Przy okazji ostatniego spotkania z prezydentem Michaiłem Gorbaczowem wspominaliśmy, jak to w 1988 r. wraz z kard. Agostino Casarolim zawieźliśmy na Kreml długi list od Jana Pawła II. „Od tego się wszystko zaczęło” – powiedział Gorbaczow. Miał rację, ponieważ dla niego to był moment podejmowania decyzji, a jego decyzje uwzględniały wydarzenia, które miały miejsce po 1979 r.; brał pod uwagę błędy swoich poprzedników – od Breżniewa do Czernienki – oraz doświadczenia Polski i innych krajów Układu Warszawskiego. Kiedy inwazja na Polskę wydawała się nieuchronna, Jan Paweł II napisał do Breżniewa list, w którym przypominał o zobowiązaniach, jakie Związek Radziecki przyjął na siebie, podpisując Akt końcowy konferencji w Helsinkach. Na ten list nigdy nie nadeszła odpowiedź, ale inwazja, wbrew przewidywaniom amerykańskiego prezydenta Ronalda Reagana, nie nastąpiła.
W tych latach Papież odwiedzał Polskę, nawet w czasie stanu wojennego. Wystarczyłoby jedno jego słowo źle zinterpretowane przez ludzi, a mogłoby dojść do rewolty, która z kolei stałaby się „usprawiedliwieniem” represji zbrojnych. Te lata, od roku 1979 do 1989, były arcydziełem roztropności i odwagi, które jego mądrość, a przede wszystkim modlitwa potrafiły utrzymać połączone w skutecznej równowadze.

– Po czym można było poznać, że Jan Paweł II – człowiek, który kierował Kościołem katolickim i wywierał wpływ na politykę światową – był także wielkim mistykiem?

– Czasem wchodziłem do kaplicy w jego apartamencie, a on nie zdawał sobie sprawy z tego, że nie był sam. Widziałem go przed tabernakulum, jak rozmawiał z Bogiem. A czasem zaczynał śpiewać. Nie były to śpiewy liturgiczne… Jego dialog z Bogiem trwał nieustannie, on potrzebował modlitwy bez przerwy. Również w miejscach publicznych, w obecności tłumów. Działanie i kontemplacja w nim wydawały się jednym i tym samym. Ostatni raz, kiedy go widziałem poza łóżkiem, na którym zakończył swoje ziemskie życie, siedział na wózku popychanym przez siostrę zakonną. Trasa była krótka, dziesięć metrów pomiędzy jego pokojem i kaplicą. Chciał wręcz fizycznie być blisko tabernakulum. Przebywał tam całymi godzinami. Były to jego ostatnie godziny na tej ziemi.

– Zaraz po śmierci Jana Pawła II rozpoczął się jego proces beatyfikacyjny w celu potwierdzenia heroicznego charakteru jego cnót chrześcijańskich. Które z tych cnót szczególnie zwróciły Pańską uwagę?

– To, że nie marnował ani chwili, ale nigdy się nie śpieszył. Modlił się dużo, ale jego modlitwa żyła potrzebami innych. Był zakochany w swoim kapłaństwie. Od Boga przyjmował wszystko, nawet to, co najtrudniejsze i najboleśniejsze, również fizycznie. Jego niezwykła odwaga była konsekwencją zaufania Bogu, nie sobie samemu.
Niczego nie potrzebował. Jego ubóstwo było całkowite. Kochał książki, ale jego lektury nie zabierały mu nawet jednej chwili czasu, który poświęcał swojej posłudze. Kochał sakrament pokuty i spowiadał się raz w tygodniu w jednym ustalonym dniu. Pościł przez cały dzień poprzedzający święcenia biskupie lub kapłańskie, których udzielał.

– Jakie uczucia będą towarzyszyły Panu w trakcie kanonizacji Jana Pawła II?

– Nie będę zaskoczony, to pewne. Ale w trakcie ceremonii może powiem mu to, co już kilka razy mu powiedziałem: „Dziękuję, Janie Pawle II, za to arcydzieło, którym uczyniłeś swoje życie, dzięki łasce Bożej i swojej wielkoduszności”.

– Czym zajmuje się obecnie były dyrektor Biura Prasowego Stolicy Apostolskiej?

– Powróciłem do życia akademickiego. Jestem przewodniczącym komitetu doradczego Uniwersytetu Campus Bio-Medico w Rzymie oraz członkiem zarządu Fundacji Enrica Mattei. Piszę i, niestety, często muszę podróżować.

– Czy opublikuje Pan kiedyś wspomnienia z tych pamiętnych lat?

– Może powinienem był to już dawno zrobić…

Tagi:
wywiad Jan Paweł II wspomnienia

Rusza akcja „Z uśmiechem do szkoły”

2019-08-13 12:56

Romawia Małgorzata Polit
Edycja zielonogórsko-gorzowska 33/2019, str. 6

Ofiarowane dobro zawsze wraca. Zaangażowanie w pomoc tym, którzy najbardziej potrzebują wsparcia, jest pięknym gestem. Szczególnie gdy w grę wchodzi troska o dobro najmłodszych, ich edukację i lepszy start, który będzie rzutował na ich dorosłe życie. Przypominamy, że tak jak od wielu lat, tak i w tym roku Caritas organizuje na terenie całej Polski akcję „Z uśmiechem do szkoły”. Już wkrótce będzie miała ona swoje miejsce również w naszej diecezji. O tym, jakie są główne cele zbiórki, do kogo jest skierowana i w jaki sposób możemy wziąć w niej udział, mówi Dominika Danielak

Archiwum Caritas
Dominika Danielak zachęca do udziału w akcji

MAŁGORZATA POLIT: – Na czym polega akcja „Z uśmiechem do szkoły”?

DOMINIKA DANIELAK: – Caritas Diecezji Zielonogórsko-Gorzowskiej już po raz kolejny organizuje zbiórkę przyborów szkolnych. Zachęcamy wszystkich diecezjan do pomocy naszym najmłodszym podopiecznym.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Portoryko: tragiczna śmierć polskiego misjonarza

2019-08-19 14:19

vaticannews / San Juan (KAI)

W Portoryko tragicznie zginął polski misjonarz ks. Stanisław Szczepanik ze Zgromadzenia Księży Misjonarzy. Wiele wskazuje na to, że poniósł śmierć w wyniku nieszczęśliwego wypadku. Okoliczności bada jednak policja, ponieważ nieprzytomnego kapłana znaleziono leżącego na chodniku z rozbitą głową. Obok stał rower, którym misjonarz jechał na poranną Eucharystię. Nie było żadnych świadków zdarzenia. Do wypadku doszło 16 sierpnia w Ponce, gdzie ostatnio pracował. Dwa dni później zmarł w miejscowym szpitalu. Zgodnie z ostatnią wolą ks. Szczepanika, zawartą w testamencie napisanym zakonnym zwyczajem przed wyjazdem na misje, jego narządy przekazano do przeszczepu.

pixel2013/pixabay.com

„Był człowiekiem niezwykle przyjacielskim, otwartym na ludzi, którym służył, ale i braci, z którymi dane mu było pracować” – mówi Radiu Watykańskiemu ks. Jarosław Lawrenz, którego zmarły kapłan wprowadzał w realia pracy misyjnej w Zairze. Następnie w 2000 r. razem zakładali placówkę misyjną na Haiti.

"Ks. Stanisław przede wszystkim był otwartym człowiekiem, poszukującym zawsze najlepszego rozwiązania dla dobra drugiego. Był bardzo pracowity i bardzo od siebie wymagał. Zawsze chciał się dobrze przygotować do pełnionej funkcji. Pamiętam, jak kończył pracę w terenie i poproszono go, żeby poprowadził kierownictwo duchowe w seminarium w Kinszasie. Zwrócił się wówczas do przełożonych, by wysłali go na studia. I w Paryżu u jezuitów skończył duchowość. Z kolei gdy szedł do buszu uczył się lokalnego języka, by móc z się porozumiewać z ludźmi, którzy zostali mu powierzeni. Pamiętam, że gdy w 2000 roku razem wyjechaliśmy na Haiti, zajął się klerykami będącymi na początku formacji. Pierwszą rzeczą, od której zaczął tych ludzi przygotowywać do kapłaństwa i otwierać na sens i bogactwo powołania było Słowo Boże i liturgia. Dla niego Eucharystia była bardzo ważna i myślę, że ktokolwiek go z tego czasu pamięta, to będzie wskazywał na znaczenie kaplicy w jego życiu. Dla niego miejsce spotkania z Panem było bardzo ważne. Zawsze odwoływał się do łaski Pan. Mówił, że jeżeli Bóg nas tutaj wysłał i jeżeli Bóg chciał byśmy tu byli, to On nam pomoże” - wspomina w rozmowie z papieską rozgłośnią ks. Lawrenz.

Ks. Szczepanik miał 63 lata. W 1981 r. wstąpił do Zgromadzenia Księży Misjonarzy, a w 1985 r. przyjął święcenia kapłańskie. Rok potem wyjechał na misje najpierw do dawnego Zairu (obecnie Demokratyczna Republika Konga), a następnie na Haiti, Dominikanę i do Portoryko. Współbracia wspominają go jako oddanego ludziom kapłana, niestrudzonego spowiednika i kierownika duchowego. Był też wielkim promotorem kultu Bożego Miłosierdzia. Wolą misjonarza było zostać skremowanym i spocząć w Polsce.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Proponowane w Polsce standardy edukacji seksualnej WHO

2019-08-19 17:36

Marcin Przeciszewski / Warszawa (KAI)

- Dziecko nie może uczestniczyć w żadnych tego typu zajęciach bez wyraźnej zgody rodziców lub prawnych opiekunów – napisał dziś bp Marek Mendyk, przewodniczący Komisji Wychowania Katolickiego KEP, w apelu skierowanym do rodziców w związku z planowanym wprowadzeniem ich przez niektóre samorządy. Postulowane przez niektóre samorządy programy edukacji seksualnej w szkołach mają opierać się na standardach i wytycznych Światowej Organizacji Zdrowia (WHO). W poniższej analizie prezentujemy ich główne założenia.

Bożena Sztajner/Niedziela
Dary dla dzieci z Białorusi

Wytyczne te zostały przedstawione w dokumencie „Standardy edukacji seksualnej w Europie”, będącym wspólną publikacją Biura Regionalnego Światowej Organizacji Zdrowia dla Europy i niemieckiego Federalnego Biura ds. Edukacji Zdrowotnej. Publikacja ta, wydana w 2010 r., zawiera zalecenia dla osób i instytucji odpowiedzialnych za zdrowie i edukację seksualną. Jej polskie tłumaczenie zostało wydane w dwa lata później.

Dokument ten - jak czytamy we wstępie - opiera się na tzw. podejściu holistycznym do seksualności człowieka i ma za cel „pomóc dzieciom i młodym osobom w rozwinięciu podstawowych umiejętności umożliwiających im samookreślenie ich seksualności i związków na różnych etapach rozwoju, (...) w przeżywaniu swojej seksualności oraz partnerstwa w sposób satysfakcjonujący i odpowiedzialny”.

Autorzy dokumentu zaznaczają, że podejście „holistyczne” ma zastąpić modele edukacji seksualnej obowiązujące w wielu krajach. Informują, że pierwsza ich grupa – promowana szczególnie silnie przez Republikanów w USA – bazowała na zapoznaniu dzieci i młodzieży z biologicznymi kwestiami dotyczącymi płci i życia seksualnego, co jednak było połączone z promocją wstrzemięźliwości seksualnej do momentu zawarcia związku małżeńskiego. Druga grupa programów, realizowanych dotąd w większości krajów europejskich, abstynencję seksualną traktuje jako zachowanie opcjonalne, a obok niej przedstawiane są zasady antykoncepcji i tzw. bezpiecznego seksu.

Natomiast program WHO ma charakter znacznie bardziej liberalny, uwzględnia również orientację homoseksualną, a płeć – zgodnie z teoriami gender - traktuje jako zjawisko bardziej społeczne niż biologiczne. Na równi z małżeństwem definiowanym jako związek mężczyzny i kobiety, stawia na równym poziomie inne rodzaje związków.

Konkretne propozycje w zakresie edukacji

Dokument „Standardy edukacji seksualnej w Europie WHO” prezentuje „Matrycę” która stanowi przegląd tematów, które powinny zostać omówione w poszczególnych grupach wiekowych: 0–4 lata, 4–6 lat, 6–9 lat, 9–12 lat i 12-15 lat. Zakłada się, że zajęcia te powinny być obowiązkowe (niezależnie od woli rodziców) już od wieku przedszkolnego, a powinni je prowadzić różni specjaliści, niekoniecznie wychowawcy czy nauczyciele. Przewiduje się zatem możliwość prowadzenia edukacji seksualnej przez organizacje pozarządowe mające taki zapis w statutach, a szkoła pełniłaby rolę koordynacyjną.

0–4 lata

Program przewiduje, że szkolni seksedukatorzy powinni przekazywać dzieciom w wieku poniżej 4 lat podstawową wiedzę o ludzkim ciele i narządach płciowych, o różnicach płciowych oraz pochodzeniu dzieci, czyli ciąży i porodzie.

Ma być również kształtowane „pozytywne nastawienie do własnej płci biologicznej, jak i społeczno-kulturowej” oraz wiedza, że związki natury seksualnej mogą być różnorodne, a tej różnorodności powinna towarzyszyć akceptacja.

Niezależnie od tego mają być przekazywane takie treści jak „radość i przyjemność z dotykania własnego ciała” czy wiedza o „masturbacji w okresie wczesnego dzieciństwa”.

4–6 lat

Dzieci w wieku od 4 do 6 lat mają dalej zgłębiać tę tematykę, włącznie z pozytywnym podejściem do masturbacji pojmowanej jako „radość i przyjemność”.

Zarazem mają być omawiane różnorodne emocje, w tym „pierwsza miłość” jako rodzaj zauroczenia, a także przygotowywanie do radzenia sobie w sytuacji, w której uczucie nie zostaje odwzajemnione.

Dziecko w tym okresie ma być również zapoznawane ze „związkami do osób tej samej płci” oraz kształtowane w pozytywnym podejściu do własnej tożsamości płciowej. Kształtowana być winna postawa, że „moje ciało należy do mnie”, więc mam określone prawa z tym związane. Towarzyszyć temu ma świadomość, że są osoby, które „mogą posunąć się do przemocy oraz, że muszę nauczyć się jak należy się przed nimi chronić”.

6–9 lat

U dzieci w wieku od 6 do 9 lat ma być pogłębiana wiedza o rozwoju fizjologicznym, z uwzględnieniem miesiączkowania, ejakulacji itp. Duży nacisk ma być położony na antykoncepcję. Jest ona proponowana jako jedyna możliwość planowania rodziny. Prezentowane mają być także różnorodne techniki współżycia płciowego. Zaznacza się tylko, że „akceptowalne współżycie/seks, winien być odbywany za zgodą obu osób, ma być on dobrowolny, równy i stosowny do wieku i kontekstu, zapewniający szacunek do samego siebie”. Żadne inne etyczne normy i zasady dotyczące podejmowania współżycia seksualnego nie są proponowane. Za to ma być uświadamiany „pozytywny wpływ seksualności na zdrowie i dobre samopoczucie”.

Prezentowane mają być również „prawa seksualne”, rozumiane jako prawo do informacji i edukacji seksualnej, jak i cielesnej integralności.

Podobnie jak na poprzednich etapach – wobec dzieci w wieku 6–9 lat - proponowana jest masturbacja i autostymulacja seksualna. Mowa ma być również o „seksie w mediach” (włącznie z internetem), oraz o „radzeniu sobie z obrazem seksu w mediach”. Nie pojawia się w tym kontekście pojęcie pornografii jako zjawiska mającego negatywny wpływ na rozwój człowieka.

Jest też mowa o małżeństwie, ale pojęcie to pojawia się wyłącznie w kontekście możliwości rozwodu. Prezentowane mają być także „różne związki rodzinne” w kontekście umiejętności „negocjowania kompromisów, wykazywania tolerancji i empatii”.

9–12 lat

Na etapie od 9 do 12 lat przedmiotem nauczania ma być szczegółowe poznanie różnych (skutecznych i nieskutecznych) metod antykoncepcji oraz „zrozumienie, że antykoncepcja to odpowiedzialność obu płci”. Wiele ma być mowy o przeżywaniu ciąży i poszczególnych jej etapów, włącznie z ciążą „w związkach między osobami tej samej płci”.

Uczniowie mają być również uświadamiani z zakresie niebezpieczeństwa przemocy seksualnej i konieczności obrony przed nią.

Prezentowane mają być różne orientacje seksualne oraz „miłość wobec osób tej samej płci”. Tym dzieciom, które odkryły swą odmienność seksualną - proponowany ma być «coming out», czyli publiczne ogłoszenie tego faktu jeszcze przed ukończeniem 12. roku życia. Zgodnie z teorią gender ma być przekazywane także przekonanie o „różnicach między tożsamością płciową i płcią biologiczną”.

Cel edukacji ma być osiągnięty wraz z ukończeniem 15. roku życia, kiedy młody człowiek powinien już osiągnąć pełną „akceptację, szacunek i rozumienie różnorodności dotyczącej seksualności i orientacji seksualnych”. Nigdzie natomiast nie ma mowy o potrzebie opanowywania popędu seksualnego, nie pojawia się więc pojęcie wstrzemięźliwości. Nie istnieje pojęcie „uczyć wyższych” rozumianych jako rozwój miłości, którym powinny być podporządkowane „uczucia niższe”, w postaci pożycia seksualnego.

Zaznaczyć należy, że tak zarysowany program edukacji seksualnej pozostaje w diametralnej sprzeczności nie tylko z chrześcijańską koncepcją rozwoju osoby ludzkiej, ale także z „integralną wizją ludzkiej seksualności” zawartą w obowiązującej w Polsce podstawie programowej, wprowadzonej rozporządzeniem Ministra Edukacji Narodowej z 14 lutego 2017.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem